fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Święto wiosny

alpine cornflower 3431590 1280Prima aprilis już dawno za nami, ale uznaliśmy w redakcji, że kawały podyktowane tą tradycją można robić do końca kwietnia. Niniejszy dowcip polega na tym, że – wbrew tytułowi – nie znajdziecie tu zachwytów nad słynnym dziełem Igora Strawińskiego sprzed ponad stu lat. Przedstawimy za to pięć wspaniałych płyt, które perfekcyjnie współgrają z aktualną porą roku. Mamy nadzieję, że dzięki nim wiosna będzie jeszcze piękniejsza.


Talk Talk „The Colour of Spring” (1986)

080 083 HIFI 04 2018 002


Dla jednych fanów to płyta tak klasyczna, że aż oczywista. Dla innych – zupełnie nieznana. Jeszcze inni „coś tam kojarzą, ale nie do końca”, a przecież każdy miłośnik dobrego popu powinien ją mieć na półce.
To rzecz nie tylko dla zwolenników klimatów z kolorowej dekady lat 80. XX wieku. „The Colour of Spring” nadal brzmi świeżo. Zespół dołożył wszelkich starań, by muzyka była nie tyle modna, co zwyczajnie dobra. Tak powstają arcydzieła – najpierw wyprzedzające swoją epokę, a później ponadczasowe.
Talk Talk wykorzystuje całą gamę dostępnych w roku 1986 środków: kontrabasy, gitary akustyczne, automaty perkusyjne, samplery, syntezatory, organy Hammonda, ale też instrumenty klasyczne. Czasem pojawia się dziecięcy chórek, kiedy indziej emocjonalna gitara elektryczna. Wszystko brzmi elegancko, organicznie i kameralnie, choć w tle nie brakuje niesamowitej przestrzeni. Dobrą muzykę rozpoznaje się między innymi po wykorzystaniu ciszy. Tutaj ciszę wykorzystano po mistrzowsku.
Na krążku mieszają się i mienią najróżniejsze barwy. Organy symbolizują promienie słońca. Crescenda na dęciakach – budzący się owadzi mikrokosmos. Chłodne gitary akustyczne (z natury przecież ciepłe) i oszczędny, motoryczny bas – nieuchronną cykliczność przyrody. Kiedy trzeba, wszystko zwalnia i rozrzedza strukturę niczym kwietniowa mgła. Już pisanie o tych dźwiękach sprawia przyjemność. Ich słuchanie – jeszcze większą.
Płyta nie była debiutem brytyjskiej grupy. Zespół działał od roku 1981 i początkowo tworzył muzykę w duchu new romantic / synth pop. Po udanym albumie „The Party’s Over” (1982) Brytyjczycy odeszli jednak od new romantic i podryfowali w stronę rocka.
W roku 1984 pojawił się krążek „It’s My Life” – o wiele dojrzalszy, z największym komercyjnym przebojem pod tym samym tytułem (później zgrabnie zaadaptowała go grupa No Doubt). „The Colour of Spring” ukazał się dopiero dwa lata później. Po nim wyszły jeszcze tylko dwie płyty: kompletnie odjechana „Spirit of Eden” (1988) i postrockowa „Laughing Stock” (1991).
Dla jednych zespół wykazywał się sporą niekonsekwencją, bo nagrywał różne albumy, coraz bardziej kombinując. Dla innych taki charakter działalności jest przykładem cudownej ewolucji, którą przechodzą tylko nieliczni i najbardziej utalentowani. Talk Talk na każdym etapie owej ewolucji mieli do zaproponowania coś ciekawego, ale właśnie „The Colour of Spring” był tworem najbardziej dla ludzi, a jednocześnie szczytem ich artystycznej formy. Dlatego właśnie od tej płyty warto rozpocząć przygodę z Talk Talk. W kręgach audiofilskich to pozycja znana nie tylko ze względu na wartość artystyczną, ale też świetne brzmienie.
Ciekawostką jest, że większość partii organowych zagrał Steve Winwood, znany m.in. ze współpracy z Erickiem Claptonem, Davidem Gilmourem, Joe Cockerem i Christiną Aquilerą. Ale na „The Colour of Spring” nie wiedzie prymu. Idealnie wtapia się w muzykę, co bardzo dobrze o nim świadczy. Rozumie, że czasem trzeba zejść na dalszy plan, by stworzyć z innymi doskonałą całość.

Jan Garbarek Group „Twelve Moons” (1993)

080 083 HIFI 04 2018 001


Tej płyty świetnie się słucha przez cały rok, ale chłodne kwietniowe noce, przechodzące w majowy błogostan, korespondują z nią najlepiej. Każdy, kto zna Garbarka, na pewno zna też  „Twelve Moons”. A kto nie zna, może śmiało od niego zacząć.
Krążek zawiera dziesięć utworów. Klimatycznych, lekko mistycznych i mocno uwznioślających. Wszystkie spaja ezoteryczna aura dyskretnych klawiszy, mądre wykorzystanie ciszy i oczywiście gra samego Garbarka. Wszystkie też są świetnie wykonane przez znakomitych muzyków.
Na bębnach gra Manu Katche, a na basie Eberhard Weber. W niektórych utworach udzielają się Agnes Buen Garnas i Mari Boine – dwie niesamowite wokalistki z Norwegii, związane z muzyką folkową. Wzbogacają tę fantastyczną płytę o dodatkowy pierwiastek magii.
Pamiętajmy też o nucie słowiańskości, która bez wątpienia gra w duszy Garbarka. Choć sam saksofonista nie zna ani słowa w naszym języku, to świetnie zdaje sobie sprawę ze swoich polskich korzeni. Jego ojciec, Czesław Garbarek, w wyniku wojennej zawieruchy znalazł się w Norwegii, zakochał w piękności z północy i tam już został. Być może dzięki temu jego syn zrobił karierę światową, a nie jedynie lokalną. Na pewno za Żelazną Kurtyną byłoby mu trudniej.
Wiem, że nieelegancko tak się chwalić, ale będąc w Norwegii, słuchałem tej płyty jakiś kilometr od letniskowego domu Jana Garbarka. Nie twierdzę, że ta muzyka dopiero tam brzmi w pełni, ale piękna i dzika przyroda owych stron musiała wywrzeć inspirujący wpływ na twórczość wybitnego jazzmana.

Varius Manx „Emu” (1994)

080 083 HIFI 04 2018 004


Wydawać by się mogło, że takie zespoły jak Varius Manx nie potrzebują odświeżania po latach. Że na tyle mocno wbiły się w ludzką pamięć, iż przypominanie o nich w artykule o charakterze cokolwiek archeologicznym nie ma sensu. Tymczasem nie jestem pewien, czy dziś grupa nie kojarzy się bardziej z koszmarnym wypadkiem samochodowym z roku 2006, rotacjami wokalistek i innymi dziwnymi historiami. A przecież dwie-trzy dekady temu była czymś zupełnie innym niż dziś.
Nie jestem też pewien, czy omawiany album był kiedykolwiek rozpatrywany pod kątem poważnego odsłuchu. Owszem, w roku 1994 młodzież oszalała i zapewniła grupie Platynową Płytę, ale przecież wtedy kupowano głównie kasety, które do dziś raczej nie przetrwały. Warto też odnotować, że w roku 2018 „platynę” dostaje się za 30 tys. sprzedanych egzemplarzy, natomiast Varius Manx został uhonorowany dopiero przy… 270 tysiącach!
Wtedy rynek muzyczny szalał. Artyści byli bohaterami masowej wyobraźni, a płyty sprzedawały się jak świeże bułeczki. W takich warunkach Varius Manx wydał swój trzeci album pt. „Emu” i odniósł niesamowity sukces. Mnóstwo osób myśli, że ów krążek był debiutem zespołu, ale ten działał już od końca lat 80. Najpierw ukazał się „The Beginning” (1991), będący wypadkową ilustracyjnych fascynacji lidera, Roberta Jansona. Główne skojarzenia podążają w stronę Zbigniewa Preisnera, widzianego przez pryzmat twórczości Mike’a Oldfielda. Dziś nadal dobrze się tego słucha. Na pewno lepiej niż kolejnej płyty – „The New Shape” (1993), na której Janson zdecydował się śpiewać część partii. Momenty, w których pojawia się Robert Amirian albo gościnnie Edyta Bartosiewicz przynoszą ulgę i na tym poprzestańmy.
Na szczęście na trzeci krążek zaproszono Anitę Lipnicką. Zabawiła tylko przez dwie płyty, ale i tak było nieźle. I tu jest pies pogrzebany. Lipnicka nie ma wielkiego głosu. Nie jest wokalistką, która popisuje się oktawami i tłucze kieliszki; może nawet bardziej szepcze niż śpiewa. Ale od samego początku ma pomysł na siebie. Jest magnetyczna i urocza.
Co do płyty, mimo pewnej mozaikowatości, brzmi spójnie i ciekawie. To nieco zapomniana perełka, do której warto wrócić i rzucić na nią świeżym uchem. Choć Lipnicka nie śpiewa we wszystkich utworach, to pozostałe nie wydają się wypełniaczami, lecz są ciekawymi elementami urozmaicającymi. Czasem ambientowymi („A Key”), czasem bardziej progresywnymi („Vale of Tears” z Robertem Amirianem na wokalu) czy instrumentalnymi („Emu”). Klasyczne hity: „Zanim zrozumiesz”, „Piosenka księżycowa” i „Tokyo” – to oczywiście działka Lipnickiej. Warto jednak wspomnieć, że Anita obejmuje wokal także w mniej znanych, a znakomitych piosenkach, jak np. elektryzująca „In Spite of All” czy sentymentalna i dostojna „Gardeners”. Ogólnie jest bardzo miło. Może poza momentami, gdy Janson swoim ściśniętym i zbolałym głosem psuje strukturę („Father Pio”, „Emu”).
Phil Collins powiedział kiedyś, że jeśli śpiew i perkusja brzmią dobrze, to wszystko brzmi dobrze. Tutaj, niestety, nie jest to oczywiste. Perkusja gada czasem jak z koncertu, mimo że Sławomir Romanowski gra na poziomie. Kompresja głosu także mogłaby być lepsza, bo jest go albo za mało, albo za dużo. Ale wszystko inne jest przyzwoite i „Emu” nie brzmi w całości tak tragicznie, jak twierdzą niektórzy. Gitary akustyczne, klasyczne, klawisze i bas są w porządku. Nie mówiąc o warstwie wykonawczej. Ten zespół umie grać i słychać to w każdym takcie. Sentymentalne kompozycje z mądrymi tekstami to kolejny atut.
Ogólnie „Emu” to jedna z lepszych polskich popowych pozycji fonograficznych lat 90. XX wieku, choć w pierwszych recenzjach nikt nie nazywał tej muzyki „popem”. Na początku zaskoczeni dziennikarze chętniej pisali o rocku progresywnym, oczywiście w wersji radiowej, przystępnej i lekkiej.

Atmosphere „Atmosphere” (1997)

080 083 HIFI 04 2018 003


Nie chodzi o rapowy projekt ze Stanów Zjednoczonych o tej samej nazwie; można się nieźle pomylić, szukając teledysków w sieci. Chodzi o polski zespół. Mimo że ocierał się o sławę, to nigdy nie zdobył takiego statusu, jak np. Myslovitz. Umówmy się jednak, że muzyka Atmosphere była o wiele bardziej hermetyczna i odlotowa. Powstała w Lesznie grupa odniosła zwycięstwo na prestiżowym wówczas przeglądzie Marlboro Rock In. I to doprowadziło do nagrania debiutu, który ukazał się z końcem lata 1997.
Na pewno kojarzycie Marcina Rozynka – polskiego wokalistę śpiewającego przyjemnym głosem sentymentalne melodie z ciekawymi tekstami. Atmosphere to jego macierzysty zespół. Właśnie z nim nagrał dwie wartościowe płyty. Omawianą debiutancką oraz, dwa lata później, „Europę naftową”.
Jeśli podoba Wam się solowa twórczość Rozynka, ale jest za bardzo radiowa albo za mało ekstremalna, to wiedzcie, że w Atmosphere wszystko było dziesięć razy bardziej. Tyle że ludzie nie są gotowi na dawki trudne do przełknięcia. Często nie rozumieją lirycznego kodu, odwołującego się do rozbujanej wyobraźni. A jeśli ów kod jest otulony ambitnymi dźwiękami, to mamy gotową receptę na klapę. Pewnie dlatego zespół nie zdobył sławy, na jaką zasłużył.
Kompetentna sekcja rytmiczna (Łukasz Wachowiak i Dariusz Matuszewski) nie udaje modnego wówczas U2, a gra zupełnie po swojemu. Nie brakuje tu ani motoryki, ani rozmarzenia. Najlepsze niskie partie (proszę basistę o wybaczenie) wykonuje tu, zaproszony w gości, Zbigniew Wrombel. Grający na gitarze Waldemar Dąże buduje ciekawy styl, będący wypadkową jego własnych pomysłów oraz fascynacji tak odmiennymi światami, jak swoboda Adriana Belew, naturalność Jimiego Hendriksa i kontrolowane szaleństwo Allana Holdswortha. Klawiszowiec – Aleksander Wnukowski – tworzy atmosferę. Niby nic oryginalnego, ale w takiej muzyce na popisy klawiszowe nie ma miejsca i on świetnie to rozumie. No i Marcin Rozynek na wokalu, który w tamtych czasach pokazywał znacznie szerszy wachlarz możliwości niż dziś. Wtedy drugiego takiego śpiewaka na naszym rynku nie było.
Wszystkie utwory są ciekawe. I niemal wszystkie skąpane w przestrzeni pogłosów, klawiszy, onirycznego śpiewu i lejącej się gitary. Momentami orientalizujące, jak np. „Grzyb”, zeppelinowskie („Marcin Rozynek Fire”), ambientowo-morskie („Nie wiem”, „Drifting”) czy akustyczne, jak zamykająca płytę kompozycja „Poor”. Na szczególną uwagę zasługują trzy brylanty: „Zamykam oczy”, „Wyrzucenie” i „Niewielki skrawek ziemi”. Komunikatywne, choć poetyckie, przestrzenne i zdecydowane. Dwa ostatnie były singlami. Największym skarbem jest „Zamykam oczy”. Jego istotę zrozumie się w pełni tylko przy akompaniamencie wzrastającego uczucia. Jeżeli macie zamiar zakochać się tej wiosny – ta płyta świetnie się sprawdzi w roli ścieżki dźwiękowej.
Dziś debiutanckie CD Atmosphere chodzi na Allegro po kilka stówek. Ale co z tego, skoro zespołu w tamtej formie już nie ma? Próby reaktywacji były, ale fani wciąż czekają na nową płytę. Może kiedyś…

Uniqplan „Wilderness” (2013)

080 083 HIFI 04 2018 005


Twórcy nie lubią, gdy wychwala się ich działania sprzed lat. Woleliby, żeby to ostatnie dzieło było tym najważniejszym. Lider Uniqplan – Michał Wojtas – to wszechstronny muzyk, swobodnie poruszający się po różnych stylistykach i płynnie przechodzący od melodyjnego popu do bardziej złożonych struktur. Dlatego podkreślam, że w roku 2017 powrócił ze swoim macierzystym projektem – Amarok – nagrywając bardzo dobrą, artrockową płytę „Hunt”. Dziś jednak będzie o czymś innym.
Pięć lat temu jego popowy zespół – Uniqplan – nagrał jedną z najciekawszych płyt, jakie w ostatniej dekadzie ukazały się pod polskim niebem. Dzieło zostało gdzieniegdzie docenione i na tym temat się urwał. Wielka szkoda.
Pewnego razu wracałem rowerem z wycieczki i usłyszałem w radiu niesamowicie energetyczny utwór. Pomyślałem: „Ale grają, z jaką swobodą! Ci Amerykanie to jednak mają luz”. Dopiero później się okazało, że to żadni Amerykanie, tylko Polacy. Utwór nosił tytuł „Wilderness”. Zaskoczenie było ogromne, więc czym prędzej dotarłem do płyty i… zostałem z nią na długo. Warto podkreślić, że koncepcja i struktura są współczesne i w pełni czytelne dla dzieciaka przerzucającego Spotify. Ale w barwach syntezatorów, przestrzenności gitar oraz melodii niemal z każdego taktu wyfruwa tu miłość do lat 80. XX wieku. Nawiązanie jest w pełni świadome. Grający na gitarze i śpiewający Michał Wojtas dobrze wie, o co chodzi, a towarzyszący muzycy dzielnie dotrzymują mu kroku. Nie ma tu miejsca na popisywanie się i długie solówki. Wszyscy myślą o spójnym, organicznym tworzeniu zgrabnej całości. Sekcja rytmiczna – grający na perkusji Konrad Zieliński i basista Piotr „Kephas” Pawęska – są zdyscyplinowani, motoryczni i energetyczni. Klawiszowiec – Bartek Lewczuk – łączy brzmienia przestrzenne z tymi bardziej „wściekłymi” i robi to z wdziękiem. Ogólnie: dynamiczna, melodyjna, nieco taneczna i rześka płyta. Wspaniała do jazdy samochodem przy rozkwitających wiosennych krajobrazach.

 

 

Michał Dziadosz
Źródło: HFM 04/2018

Pobierz ten artykuł jako PDF