fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Pięciu wykonawców z kręgu synthwave, od których warto zacząć

072 075 Hifi 01 2021 006„Kiedyś to było, teraz to nie ma”. Tak brzmi skompresowana i sparodiowana wersja narzekactwa bardziej leciwych pokoleń, krążąca jako viral. Pewnie dlatego chętnie wracamy do starej muzyki, w tym tej z lat 80. XX wieku. Jako słuchacze robimy to jednak niezbyt twórczo. Ile bowiem można słuchać radia nadającego szlagiery z tamtej dekady? Wracać do teledysków z początków MTV lub wspominać nieliczne koncerty zachodnich gwiazd, które odbyły się w Polsce?




A czy wiecie, że istnieje grono aktywnych muzyków, którzy przywołują atmosferę tamtych czasów poprzez (uwaga!) premierowe kompozycje? Nie są to żadne rekonstrukcyjne cover bandy, tylko prawdziwi fascynaci, odtwarzający pełny klimat jedynej i niepowtarzalnej dekady! Robią to z wdziękiem; bez sztuczności i bez przebieranek! Niektórzy w lżejszym, inni w bardziej zaawansowanym stopniu. Zwykle jednak nuta lat osiemdziesiątych pozostaje czysta i szczera.


Wprowadzenie
Nie chodzi jedynie o instrumenty i brzmienia z tamtych lat, ale także o charakterystyczne struktury kompozycji oraz poetykę tekstów. Co warto zaznaczyć, do głosu dochodzą nie ckliwa stylizacja czy banalne klisze, lecz staroświeckie metafory i specyficzne figury językowe. Nawet jeżeli komuś się zdarzy za mocno zagrać na jednej nucie, to i tak dzięki konsekwencji i równowadze słuchacz unika wybicia z rytmu. Tu wszystko się ze sobą klei. Dotyczy to zarówno warstwy muzycznej, jak i lirycznej. Wykonawcy z kręgu synthwave zachowują się tak, jakby lata osiemdziesiąte wciąż trwały, a my mielibyśmy do czynienia z kolejnym odgałęzieniem ich ewolucji. Jeśli na chwilę przestaniemy postrzegać czas liniowo, to w sumie taka wizja jest do przyjęcia i o to chyba w tej zabawie chodzi.
Popularność nurtu rośnie, choć jego początki sięgają połowy lat 2000, a wytwórnia NewRetroWave rozpoczynała działalność w roku 2011. Tak naprawdę trudno ustalić jednoznaczną cezurę. Zwłaszcza że podejść do tej stylistyki było już kilka. Nie udało się na przykład norweskiemu zespołowi Donkeyboy, działającemu w latach 2009-2012. Cóż, może było za wcześnie na prawdziwą podróż w dekadę Ronalda Reagana i Margaret Thatcher? A może panowie zwyczajnie stracili impet, kiedy im się zachciało typowo popowej kariery? Kariery, która się załamała, gdy tylko odcięli się od nawiązań do lat 80. Nie o nich jednak dziś.


Krótko o nurcie
Nie jest łatwo trafić na synthwave, zwany także retrowave’em, futuresynthem czy retro electro. Nie jest łatwo się dowiedzieć, że taki nurt w ogóle istnieje. Można zatem mówić o gałęzi poza mainstreamem, idącej jednak w milionowe odsłuchania i wyświetlenia. Zauważymy to, gdy odwiedzimy youtube’owy kanał wytwórni NewRetroWave, stanowiący bodaj najliczniejsze skupisko fanów gatunku. To zresztą nie tylko kanał na Youtubie oraz portal, ale również cała społeczność, gromadząca się wokół wspólnej idei.
Zjawisko, choć popularyzowane głównie w internecie, na nim się nie kończy. Odbywają się koncerty i spotkania z fanami. Ukazują się nawet płyty, w tym limitowane edycje winyli. Oczywiście pięknie wydanych, bo przecież jak powrót do pewnego rytuału, to tylko z klasą.
Klipy do utworów charakteryzują dwa bieguny estetyczne. Albo jest nowocześnie, jedynie z lekkim nawiązaniem do dawnego klimatu, a i to nie zawsze, albo mamy do czynienia ze pełną „stylizacją na VHS”, czyli kontrastującymi kolorami, wyraźnym ziarnem i falującym obrazem. Czasem pojawiają się wycinki z dawnych programów telewizyjnych czy reklam.


Teledyski, okładki i image wykonawców z kręgu synthwave zawierają także nawiązania do fantastyki naukowej, retrofuturyzmu i filmów z epoki. Pojawiają się też nowe obrazy, opowiadające o tamtych czasach (np. serial „Stranger Things”, który z nurtem koresponduje idealnie).
Należy jeszcze wspomnieć o vaporwave. Synthwave bywa z nim mylony, ale chodzi o coś innego. Ten omawiany przez nas dzisiaj nie służy bowiem przerysowaniu ani parodiowaniu popkultury lat osiemdziesiątych. Przeciwnie, synthwave to jej gloryfikowanie, celebrowanie i zanurzenie w nostalgii. To apoteoza w czystej postaci. Wywoływanie tęsknoty, nawet u tych odbiorców, których wtedy nie było na świecie. To trochę takie zjawisko, jak tęsknota za epoką The Beatles u roczników urodzonych po 1970.


Czy to wszystko? Na pewno nie. Aby zrozumieć, czym jest synthwave, trzeba go poczuć. To zaś jest w pełni możliwe wyłącznie poprzez muzykę. Od jakich zatem wykonawców najlepiej zacząć przygodę? Oto oni.

072 075 Hifi 01 2021 007


1.Trevor Something
Mało kto wie, jak wygląda Trevor Something. Artysta dość konsekwentnie się ukrywa; w każdym razie nie eksponuje swego wizerunku. Gdyby się uprzeć, można go gdzieś namierzyć, ale ogólnie stara się pozostać anonimowy. Nikt też nie wie, jak się naprawdę nazywa.
Pochodzi z Miami na Florydzie, co czasem widać w jego teledyskach. Jeśli jednak ktoś się spodziewa kolorowego banału, może się zdziwić. Lokalna ojczyzna w optyce Trevora bywa neonowa, ale w bardziej mroczny sposób.
Od strony dźwiękowej jego największy atut to balans pomiędzy współczesną muzyką elektroniczną a inteligentnym nawiązywaniem do dawnych lat. Młodsze pokolenia, nieświadome tego, co było kiedyś, mogłyby odebrać jego twórczość jako całkiem nowoczesną. Dla starszych owe „wycieczki”, zarówno brzmieniowe, jak i wizualne, mogą stanowić dodatkową zaletę. Trzeba tylko mieć odrobinę otwartą głowę i dać szansę przebojom, których się jeszcze nie słyszało.
Warto podkreślić, że Trevor Something jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów gatunku synthwave, choć – z drugiej strony – nie trzyma się go kurczowo. Jego twórczość to raczej elektroniczny koktajl, w którym nawiązania do lat 80. XX wieku stanowią jeden z głównych składników. Ale czy dominujący? Odpowiedzcie sobie sami.
Można zacząć od płyty „Trevor Something Does Not Exist” z roku 2014, choć wykonawca ma na koncie same udane krążki. Z uwagą podchodzi nie tylko do kreowania swego anonimowego, romantycznego wizerunku, ale również do rzemiosła, które wykonuje.

072 075 Hifi 01 2021 001


2. FM-84
Pod nazwą FM-84 kryje się przede wszystkim Col Bennett, czyli producent muzyczny z Ayrshire w Szkocji, który od jakiegoś czasu mieszka w San Francisco. Zapewne uznał, że jego ojczyzna jest „za mało synthwave’owa”.
FM-84 bywa odbierany jako zespół z prawdziwego zdarzenia, mimo że najczęściej, nawet na scenie, funkcjonuje w formie duetu. Być może dzieje się tak dlatego, że jego muzyka robi wrażenie wielowymiarowej i multiinstrumentalnej.
Colowi Bennettowi towarzyszy zwykle Ollie Wride, amerykański wokalista, charakteryzujący się niezwykle „ejtisową” barwą głosu i takim też sposobem frazowania. Poza FM-84 Wride pojawia się w wielu innych projektach; prowadzi także działalność solową. Warto zaznaczyć, że wykonawcy synthwave’owi często ze sobą współpracują, w rozmaitych konfiguracjach. Można rzec, że stanowią jedną wielką rodzinę, choć z pewnością w jej skład wchodzą zarówno bliżsi, jak i dalsi kuzyni.
Muzycznie FM-84 to stylizacja pełną gębą, aczkolwiek z pewnością jeszcze bardziej podrasowana i dynamiczna niż oryginalna muzyka lat osiemdziesiątych.
Brzmieniowo jest krystalicznie i przestrzennie. Analog to tylko dodatek do wielowarstwowej struktury aranżacji. Jeżeli mielibyśmy stwierdzić, który to rok, najpewniej byłby to jakiś 1984, niedługo po premierze legendarnej Yamahy DX7. Choć równie dobrze mógłby to być późniejszy synthpop, o bardziej melodyjnym, radiowym charakterze. Ale uwaga! Nie new romantic. Klimatowi tworzonemu przez FM-84 brakuje tego dekadenckiego elementu, obecnego choćby w utworach Ultravox czy Classix Nouveaux. Tutaj mamy do czynienia z nieco odmienną estetyką: piękna, wzniosłości i naiwności. Co by nie mówić, to właśnie melodia jest największą siłą FM-84, mimo że inne elementy wcale nie obniżają poziomu.
Jeżeli chodzi o godną polecenia płytę, to przede wszystkim „Atlas” z roku 2016. Jak mówi o niej sam Col Bennet: „To opowieść o zdumieniu, wyobraźni, marzeniach, młodości, niewinności, miłości i złamanym sercu. Wszystko to zostało uchwycone w złotym świetle gasnącego letniego słońca”.

072 075 Hifi 01 2021 002


3. The Midnight
The Midnight to współpraca duńsko-amerykańska. Obywatel USA Tyler Lyle pisze teksty i śpiewa, obywatel Królestwa Danii Tim McEwan jest kompozytorem i instrumentalistą. Duet stylizuje się na lata osiemdziesiąte jedynie w pewnym stopniu i zależnie od płyty. To reprezentanci strawnej, melodyjnej i marzycielskiej muzyki elektronicznej, która czerpie inspiracje z epoki, ale nie tylko. Można jednak uznać, że w gronie polecanych wykonawców grają najbardziej nowocześnie. Być może właśnie dlatego The Midnight cieszą się popularnością nawet poza kręgiem fanów synthwave’u. Ich muzyka, mimo natychmiast rozpoznawalnego stylu, okazuje się dość różnorodna.
Dlatego trudno jednoznacznie wskazać płytę najbardziej godną polecenia. Jedni wybiorą „Nocturnal” z 2017, inni „Days of Thunder” z 2014. Idąc jednak tropem lat 80., na rekomendację najbardziej zasługiwałaby chyba „Endless Summer” z roku 2016. To wspaniały koktajl brzmień i melodii, które mogłyby powstać 30 lat temu.

 

072 075 Hifi 01 2021 003

 

4. Timecop1983
Pod tym pseudonimem kryje się holenderski muzyk i producent z Eindhoven. Jego prawdziwe nazwisko to Jordy Leenaerts. Jak łatwo się domyślić, urodził się w 1983 roku. U nas była wówczas głęboka komuna, choć z pewnymi symptomami zmian. Na Zachodzie przeciwnie – pełen dobrobyt; całkowite odrodzenie po II wojnie światowej i początek ery neoliberalizmu. Jordy raczej niewiele z tego pamięta, ale na pewno by chciał. Słychać to w jego muzyce. To jednak nie tylko kreatywna tęsknota za czasami dzieciństwa. To w pełni świadoma wizja artystyczna, połączona z fascynacją muzyką tamtych lat. Można rzec, że dźwięki te to taki nasterydowany Ian Hammer, z okolic ścieżki dźwiękowej do serialu „Miami Vice”. Noc, pęd, neony, kanciaste lambo, wielkie miasto.
Timecop1983 chętnie wchodzi w różne kooperacje, także z Trevorem Something i FM-84. Tym samym prezentuje autorskie podejście do cudzej twórczości. Nie jest przy tym ani nachalny, ani zbyt skromny.
Najgoręcej polecanym albumem Timecopa1983 będzie „Night Drive” z roku 2018.

072 075 Hifi 01 2021 004

 


5. Jessie Frye
Ta sympatyczna dziewczyna z Arlington w Texasie koncertuje z żywym składem, ale też chętnie nawiązuje współpracę z producentami, takimi jak np. Timecop1983.
Frye dysponuje głosem o sporych możliwościach. Potrafi zaśpiewać bardzo mocno (skojarzenia z Björk nie są bezpodstawne), ale i zwiewnie. Nie chodzi jednak o różne emisje, a o umiejętnie kontrolowaną regulację natężenia. Jej warsztat jest świadomy i łatwo rozpoznawalny. Choć bez wsłuchiwania się można uznać, że to tylko kolejny wokal, nawiązujący do lat 80. Byłby to jednak osąd niesprawiedliwy. Jessie Frye jest lepsza od wielu współczesnych piosenkarek, choć może jej niezbyt cukierkowa uroda oddala ją od spektakularnego sukcesu. Dysponuje nie tylko specyficzną barwą, naturalnymi zdolnościami i warsztatem, ale też z rozmysłem wprowadza znaki rozpoznawcze.
Siła tej muzyki leży jednak nie tylko w głosie. Twórczość Jessie to również kompozycje, aranżacje i brzmienie. Charakterystyczne, czasem nawet rockowe. Właściwie ze wszystkich omawianych tu wykonawców u Frye jest najwięcej gitar.
Album? „Kiss Me in the Rain” z roku 2020. Jessie Frye ma na koncie wiele wydawnictw, ale można zacząć właśnie od tego. Jest w pełni dojrzałe i świadome.

 

072 075 Hifi 01 2021 005


Podsumowanie
Kto poza wymienionymi wykonawcami? M.in. Cliff Martinez, Perturbator, Kavinsky, Carpenter Brut, Fixions, GosT, Glitch Black, Kyle Dixon & Michael Stein (soundtrack do „Stranger Things”), a z naszych polskich: Jeremiah Kane, Favorit89 i Zombie Commando. Wspomnieć o wszystkich twórcach z kręgu synthwave nie sposób. Jest ich mnóstwo na całym świecie. Liczne grono muzyków, którzy i tak próbowali „grać w lata osiemdziesiąte”, podchwyciło klimat. A bywało i tak, że zmęczona smartfonami młodzież sięgała po stare syntezatory i szła z nurtem. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, kto naprawdę w tym siedzi, a dla kogo to jednorazowa przygoda.
Tworząc powyższe zestawienie pięciu muzyków, brałem pod uwagę nie tylko własne upodobania, ale również poziom wykonawczy, dorobek płytowy i intensywność kariery. A także szczerość. Niektórzy bowiem muzycy, nie mając innego pomysłu na siebie, specjalnie przebranżawiają się na synthwave, by się podłączyć do czegokolwiek. Takim raczej podziękujemy. Ale czym innym będzie desperacki krok, spowodowany brakiem sznytu, a czym innym jednorazowa przygoda. Czym innym parodia z milionami wyświetleń, a czym innym inteligentna parafraza, którą podchwyci niewielu.
Granica jest płynna, więc najlepiej ją wyznaczyć we własnej głowie. Niektóre utwory vaporwave będą wciągające i fascynujące. Inne okażą się niepotrzebne. Dlatego zachęcamy do samodzielnych poszukiwań, a niniejszy tekst sugerujemy potraktować jak zachętę i punkt wyjścia.

 

 


Michał Dziadosz