fbpx

HFM

artykulylista3

 

ModWright KWA 150 Signature Edition

34-41 06 2011 01Do niedawna szczytowym modelem w katalogu ModWright Instruments była stereofoniczna końcówka mocy KWA 150. Ostatnio pojawiła się jej udoskonalona wersja, opatrzona dopiskiem Signature Edition.

Szef amerykańskiej manufaktury – Dan Wright – oraz projektant obwodów elektronicznych – Alan Kimmel – na poszukiwanie sposobów poprawy brzmienia poświęcili dwa lata. Jako że wersja bazowa udała się nadspodziewanie, panowie mieli twardy orzech do zgryzienia.
KWA 150 wprowadzono na rynek w 2009 roku.

Była pierwszym w historii firmy urządzeniem, w którym nie użyto ani jednej lampy. Związków z tradycyjną techniką budowania wzmacniaczy można się było dopatrywać w zastosowaniu transformatorów w torze sygnałowym albo relatywnie dużej ilości połączeń kablowych, przywodzących na myśl montaż przestrzenny. Konstrukcja pozostała jednak w pełni półprzewodnikowa, a w dodatku bazowała na wymagających przemyślanej aplikacji tranzystorach bipolarnych.
Końcówka okazała się sukcesem – tak medialnym, jak komercyjnym – a w recenzjach zgodnie chwalono jej muzykalność, naturalne ciepło i wyjątkowo korzystną relację jakości do ceny. ModWright zaganiał do pudełek renomowanych konkurentów, oferując swobodne brzmienie i typową dla tranzystorów kompatybilność z wymagającymi obciążeniami. O firmie, kojarzonej wcześniej z udanymi modyfikacjami odtwarzaczy CD i DVD oraz lampowymi przedwzmacniaczami, zaczęło się robić głośno. Poprawiły się też wyniki sprzedaży, ponieważ udało się trafić do nowych klientów, którzy do lampy jakoś przekonania nie mieli, a do muzykalnego półprzewodnika – i owszem.
Zachęceni ciepłym przyjęciem, Wright i Kimmel postanowili pójść za ciosem i wkrótce zaproponowali tańszy wzmacniacz KWA 100. Niedługo potem pojawiła się jego ulepszona wersja – KWA 100 SE, która szybko stała się firmowym bestsellerem. Tańsze modele ze sto pięćdziesiątką dzieliły pomysł na topologię układu i kluczowe elementy konstrukcji. Różniły się mocą i zastosowaniem MOS-FET-ów w stopniu prądowym.
Rok 2011 przyniósł kolejny produkt, tym razem skierowany do zamożniejszej klienteli. Rozpoczęto seryjną produkcję udoskonalonej wersji KWA 150, której w nazwie dodano SE. Wysyłka pierwszych egzemplarzy rozpoczęła się w pierwszym kwartale 2011. Od tego momentu KWA 150 Signature Edition jest flagowym modelem MWI.

34-41 06 2011 02     34-41 06 2011 04

Budowa
Na pierwszy rzut oka wersja Signature wygląda podobnie do standardowej, ale kiedy przyjrzeć się uważniej, widać dodatkowy napis na panelu czołowym. Z KWA 150 przeniesiono pomysł na włącznik zasilania. Nadano mu jajowaty kształt, w który wpisano logo MWI. Wystarczy nacisnąć, żeby uruchomić urządzenie. Tutaj widać różnice, nie tylko estetyczne. Podświetlenie przycisku jest dyskretniejsze w porównaniu ze zwykłą wersją i nie przeszkadza nawet w czasie cichego odsłuchu w nocy. Ponadto mechanizm włącznika pracuje znacznie płynniej i „nie haczy”. Wystarczy lekko przycisnąć, a wzmacniacz rozpoczyna procedurę załączania. Obie zmiany wyszły zdecydowanie na plus i powinny być wprowadzone także w modelu bazowym. Nie wpływają na jakość dźwięku, ale uprzyjemniają kontakt z urządzeniem.
Sekwencja załączania trwa tyle, ile dotychczas – około 40 sekund. Po tym czasie końcówka jest gotowa do pracy, chociaż na osiągnięcie pełni możliwości trzeba poczekać 20 minut.
Tylna ścianka wygląda niemal tak samo jak w wersji standardowej. Jedyną różnicą jest dodatkowy przełącznik, służący do wyłączania diod podświetlających górną pokrywę wzmacniacza. Co prawda diody świecą mniej intensywnie niż w KWA 150, ale mimo to dobrze, że można zrezygnować z iluminacji. Wejścia RCA i terminale głośnikowe to bardzo wysokiej klasy złącza Cardasa, wykonywane z rodowanej miedzi. Wright uznaje złocenie za niekorzystne dla dźwięku i z przekonaniem stosuje droższe terminale rodowane. Wejścia XLR pochodzą od Neutrika. Gniazdo zasilania to standardowe IEC 16 A, umożliwiające bezproblemowe zastąpienie fabrycznej sieciówki czymś bardziej wyrafinowanym. Niezależnie od tego, co wybierzemy, zwróćmy uwagę, żeby żyła gorąca w sieciówce dochodziła do lewego styku w gnieździe (patrząc od frontu). Tak sugeruje opis na płytce i tego należy się trzymać.
Z tyłu znajdziemy jeszcze przełącznik stereo/mono, umożliwiający przestawienie urządzenia w tryb monobloku, oraz odcięcie uziemienia. Może się ono przydać, kiedy w systemie pojawi się przydźwięk będący efektem pętli masy. Jako ciekawostkę warto zauważyć, że recenzowany w „HFiM 1/2011” egzemplarz KWA 150 miał naklejkę certyfikatu CE, choć kłóciło się to z możliwością odłączenia uziemienia. Na opisywanym dziś KWA 150 SE podobnego napisu już nie ma.
Ostatni przełącznik daje wybór pomiędzy niskim a wysokim prądem spoczynkowym tranzystorów mocy. W trybie „low bias” końcówka pracuje w klasie AB. Przełączona w „high bias” kilkanaście pierwszych watów oddaje w klasie A, czemu towarzyszy wzmożone wydzielanie ciepła oraz nagrzewanie się radiatorów i obudowy. Niezależnie od walorów brzmieniowych warto wskazać konsekwencje praktyczne każdego z ustawień. W trybie „low” wzmacniacz pobiera mniej prądu, a podzespoły pracują z ogromnym zapasem. Kondensatory przystosowane do działania w podwyższonej temperaturze mają komfortowe warunki pracy. Podobnie tranzystory i oporniki. Wzmacniacz pracujący w niskim biasie staje się praktycznie niezniszczalny. Choćby z tego powodu wysoki bias warto zarezerwować na czas kontemplacyjnych odsłuchów. Do codziennych czynności z muzyką w tle w zupełności wystarczy klasa AB. Zwiększona zawartość klasy A zmienia charakter dźwięku. Staje się on bardziej nasycony, gęstszy i kremowy, co może pasować do ostrzej grających kolumn. Wzmacniacz pobiera też znacznie więcej energii elektrycznej i mocno się nagrzewa. Musi więc mieć zapewnioną prawidłową wentylację. Od tej reguły nie ma wyjątków. Wykluczone jest stawianie na nim innych urządzeń, ponieważ będą one tamować przepływ powietrza. Nie wolno też zabudować go w szafce. Opcja niskiego prądu spoczynkowego jest pod względem praktycznym znacznie bardziej liberalna, choć oczywiście należy zachować rozsądek.
Obudowa jest dopracowana zarówno pod względem wzorniczym, jak i mechanicznym. W całości skręcono ją z grubych płyt aluminiowych, poddanych precyzyjnej obróbce. Przedni panel to solidny i starannie wyszczotkowany płat metalu. Laserowo wykonane napisy wyglądają elegancko. Górna płyta jest przykładem pomysłowości projektanta. Zrobione w niej nacięcia – wykorzystywane do chłodzenia – układają się w stylizowane logo MWI. Taki sam znak powtarza się na włączniku sieciowym. Osobie odpowiedzialnej za stylistykę ModWrighta nie sposób odmówić talentu.
Dzięki skręceniu z aluminiowych płyt skrzynka pozostaje sztywna, nawet pomimo dużych rozmiarów. Dodatkową izolację od drgań zewnętrznych zapewniają ostro zakończone stalowe kolce. Jeżeli szkoda nam podziurawić blat stolika albo komody, można pod nóżki podłożyć dostarczone w komplecie podkładki. Brzmienia nie zdegradują, a pomogą utrzymać meble w dobrym stanie.
Górną pokrywę przykręcono sześcioma śrubami. Żeby uniknąć rezonansów, pomiędzy nią a ramą obudowy przyklejono długie paski miękkiej gąbki.
Na zewnątrz KWA 150 w wersji standardowej i Signature pozostają podobne. Wystarczy jednak porównać wnętrza, by stwierdzić, że mimo wspólnej koncepcji wyraźnie się od siebie różnią.
Przekonstruowano blok zasilania, stosując inne, w domyśle: lepsze transformatory oraz zastępując duże kondensatory większą ilością mniejszych. Zamiast czterech potężnych elektrolitów Panasonica napięcie w każdym kanale filtruje 16 mniejszych Nichiconów, ustawionych piętrowo na dwóch wąskich płytkach. Dan Wright zapewnia, że to proste rozwiązanie pozwoliło znacząco obniżyć impedancję wewnętrzną zasilacza. Przekłada się to na lepszą odpowiedź impulsową i kontrolę basu, będące efektem przyspieszenia dostaw prądu do stopnia końcowego. Przy okazji wzrosła pojemność filtrująca tej sekcji – w KWA 150 mieliśmy 88000 μF (4 x 22000 μF), teraz jest to 108000 μF (16 x 6800 μF). Jest jeszcze coś, na co producent nie kładzie nacisku, a co wydaje się istotne, zważywszy na architekturę wzmacniacza i specyfikację jego działania. Nowe kondensatory mają wyższą wytrzymałość termiczną – 105° C zamiast dotychczasowych 85° C. W recenzji KWA 150 sugerowaliśmy, żeby zastosować coś lepszego. Fakt, że w KWA 150 SE zmiana została uwzględniona, warto podkreślić, ponieważ elektrolity znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie radiatorów. Kiedy wybierzemy tryb „high bias”, robią się one gorące. Dzięki zmianie będzie można bez wyrzutów sumienia smakować brzmienie wzmacniacza pracującego blisko klasy A.
Kolejna nowość w porównaniu z wersją bazową to płytka stopnia wejściowego. Już modyfikacja zasilacza wystarczyła, żeby Signature grała inaczej. Jeżeli dodamy do tego przeprojektowany układ wejścia, okaże się, że różnice w brzmieniu obu konstrukcji mogą być spore. Tym bardziej, że Dan Wright deklaruje, iż stopień wejściowy w projekcie Alana Kimmla jest „absolutnie kluczowy” dla dźwięku MWI. Sięgnięto tutaj po wyższej klasy transformator szwedzkiej firmy Lundahl, który desymetryzuje sygnał wejściowy oraz izoluje wzmacniacz od napięcia stałego. Zmieniono też okablowanie sygnałowe między gniazdami a płytkami drukowanymi. Teraz są to lite druciki z miedzi poddanej obróbce kriogenicznej. Nowe jest też okablowanie przesyłające wzmocniony sygnał do wyjścia (wiązka miedzi beztlenowej o wysokiej czystości). Przebudowa stopnia wyjściowego pozwoliła dodatkowo obniżyć poziom szumów własnych wzmacniacza, choć, jak podkreśla konstruktor, już w poprzedniej wersji pozostawał on wyjątkowo niski.
Oprócz wymienionych różnic obie konstrukcje łączy wiele podobieństw. I nie są to bynajmniej tylko charakterystyczne niebieskie radiatory, stanowiące znak rozpoznawczy ModWrighta. Signature pozostaje pełnym układem dual mono, z oddzielnym dużym transformatorem toroidalnym i symetrycznym mostkiem prostowniczym dla każdego kanału. Stopień wejściowy korzysta z własnych uzwojeń wtórnych, filtracji i prostownika, co pozwala go skutecznie izolować od reszty układu. Poza jednym elementem sprzęgającym – wspomnianym transformatorem Lundahla, cały układ jest łączony bezpośrednio (direct coupled) i symetryczny. W stopniu końcowym pracuje 12 bipolarnych tranzystorów typu ThermalTrak na kanał (24 w całym wzmacniaczu). Pochodzą prawdopodobnie z katalogu On Semiconductors. Ich liczba nie zmieniła się w stosunku do wersji podstawowej.
Wzmacniacz wyposażono w zabezpieczenie termiczne. Jeżeli radiator zbytnio się nagrzeje, nastąpi odcięcie zasilania. Będzie je można przywrócić dopiero, gdy urządzenie ostygnie. To sposób prosty i audiofilski zarazem, ponieważ układ znajduje się poza ścieżką sygnałową. Uwzględniono też miękki start, cenny choćby z tego względu, że wzmacniacz dysponuje niebagatelną mocą i magazynem energii. Jego szybkie załączenie mogłoby doprowadzić do przygasania żarówek, a nawet „wyrzucania korków”. MWI oszczędza nam podobnych atrakcji. Ponadto przewidziano zabezpieczenie przed zwarciem i napięciem stałym na wyjściu. One również mają działać, nie degradując sygnału.
KWA 150 SE pracuje bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Stosuje się tylko sprzężenia lokalne. Układ zmontowano na płytkach ze ścieżkami z czystej miedzi o niskiej impedancji. Jakość podzespołów, przeznaczonych do stosowania w sprzęcie hi-fi, jest wysoka. Oprócz elektrolitów Nichicona do filtracji zasilania wykorzystuje się bardzo cenione foliowe kondensatory MWI.
Urządzenia ModWrighta są fabrycznie przystosowane do pracy z napięciem obowiązującym w docelowym kraju odbiorcy. Produkowane są trzy wersje – 120 V na Amerykę Północną, 220 V dla Hongkongu i krajów azjatyckich, w których panują stabilne warunki zasilania oraz 240 V dla Europy. Dotyczy to również Polski, gdzie zgodnie z obowiązującą normą nominalne napięcie wynosi 230 V. Konstruktor tłumaczy tę decyzję tym, że znacznie większy kłopot sprawia zbyt wysokie napięcie, które w skrajnym przypadku może prowadzić do saturacji i gwałtownego wzrostu poziomu szumów. Zasilacz toleruje spadki napięcia do 25 %, wobec czego kilka procent różnicy nie odbije się na brzmieniu, a układ będzie pracował w bezpiecznych warunkach.
KWA 150 SE można kupić jako fabrycznie nowe urządzenie i wtedy będzie droższe od zwykłej wersji o 1500 dolarów. Dla posiadaczy KWA 150 przewidziano możliwość upgrade’u, który obejmuje zarówno wymianę elementów wewnętrznych, jak i płyty czołowej. Koszt takiej operacji u producenta wynosi 2000 dolarów, ale wysyłając urządzenie z Polski, należy doliczyć opłaty za transport i odprawę. Nie wydaje się to opłacalne, ale jeżeli kupimy używaną sto pięćdziesiątkę za rozsądne pieniądze, możliwość odświeżenia do stanu bliskiego fabrycznej nowości staje się kusząca. W Polsce koszt upgrade’u jest zbliżony do amerykańskiego i wynosi 4500 zł (nie obejmuje opłat dodatkowych).
Jeżeli chodzi o ceny samych końcówek, to ModWright najwidoczniej już się zorientował, że robi dobre wzmacniacze, bo od stycznia 2011 podniósł ceny. KWA 150 zdrożała do 7000 USD, zaś KWA 150 SE wyceniono na 8500 dolarów (plus podatek stanowy). Pamiętajcie, że w Stanach, inaczej niż w Europie, ceny podawane przez producentów i publikowane w magazynach specjalistycznych są cenami netto. Podatek jest doliczany zgodnie ze stawką ustaloną przez autonomiczne władze stanowe. W Polsce KWA 150 kosztuje aktualnie 24000 zł, a Signature – 28500 zł (brutto).

34-41 06 2011 03     34-41 06 2011 05

Konfiguracja systemu
Sto pięćdziesiątka poradzi sobie z większością kolumn. 150 W/8 Ω i 250 W/4 Ω to moc wystarczająca do pracy z głośnikami dynamicznymi i panelami. Dopiero w bardzo wymagających instalacjach przyda się opcja dodania drugiej końcówki i przełączenia obu w tryb monobloku. Przy 4 omach uzyskamy wtedy 650 W. Taka moc poruszy nawet płytę chodnikową.
ModWright nie ma wymagań co do charakteru urządzeń towarzyszących. Byle były dobre i Wam się podobały. Brak tutaj konkretnej filozofii, podobnie jak nie ma górnego ograniczenia ceny. Podłączyłem Soulution 540 i dCS-a Puccini. Wzmacniacz wyraźnie wskazywał różnice pomiędzy nimi, dając jednocześnie do zrozumienia, że ten poziom odtwarzaczy bardzo mu odpowiada. Jeżeli więc chodzi o wskazówki dotyczące optymalnej konfiguracji, wypada jedynie powtórzyć stwierdzenie z recenzji KWA 150 („HFiM 1/2011”): trzeba się postarać, żeby coś tutaj zepsuć.
W teście ModWright pracował z przedwzmacniaczem BAT VK-3iXSE oraz sterowany bezpośrednio z regulowanych wyjść odtwarzaczy. Opcja „direct” sprawdziła się ze źródłem Soulution. W przypadku dCS-a i Accuphase’a DP-500 zdecydowanie lepiej grało z preampem.
Użyte w teście kolumny Harbeth Super HL5 i Spendor SP100R2 nie należą do wymagających, ale bez obaw można podłączać znacznie trudniejsze obciążenia. Do zasilania używałem Gigawatta PC-3 SE i sieciówek Harmonix Studio Master X-DC 350, Gigawatta LS1 i Acrolinka PC6100. Elektronika stała na stolikach Sroki i Sound Artu; monitory – na podstawkach StandArt SHL 5. System grałw 16,5-metrowym pokoju zaadaptowanym akustycznie w stopniu nie kolidującym z normalnym funkcjonowaniem.

Reklama

Wrażenia odsłuchowe
Już KWA 150 to świetny wzmacniacz, nawet po podwyżce wart swojej ceny. Signature Edition zachowuje muzykalność wersji bazowej, poprawiając jednocześnie precyzję przekazu. Najprościej można to ująć słowami: SE to taka sto pięćdziesiątka, tyle że dokładniejsza. To lakoniczne stwierdzenie trafnie ilustruje różnicę między obiema konstrukcjami.
Najłatwiej to zauważyć w zakresie niskich tonów. Są bardziej zebrane i rytmiczne. Ich masa ani zasięg się nie zmieniają; poprawia się za to kontrola nad wybrzmieniami i zwiększa szybkość ataku. Wzmacniacz odbieramy jako bardziej zwinny i sprężysty. Zdolny do mocnego zaakcentowania impulsu i pewniejszej kontroli powrotnego ruchu membrany. Tak jakby ten sam bokser, dzięki dobrze zaplanowanemu treningowi, nabrał szybkości i pewności siebie na ringu. Różnica nie zwala z nóg, ponieważ KWA 150 grała wystarczająco dobrze, żebyśmy poddali się jej czarowi. Jest jednak zauważalna, bo dzięki niej dźwięk zyskuje na atrakcyjności.
O odchudzeniu czy utracie głębi nie może być mowy. ModWright przekazuje niskie impulsy i elektronicznie generowane efekty z łatwością właściwą tylko udanym i zwykle znacznie droższym piecom. Poprawia się czytelność dźwięku i określenie czasu jego trwania. Staje się bardziej energetyczny, co bezpośrednio przekłada się na lepsze odwzorowanie rytmiczności nagrań. Dźwięk zachowuje pewne oparcie w basie, zyskując zarazem lepszą definicję. Jest co najmniej równie głęboki i mięsisty, jak dotychczas, ale zwinniejszy i bardziej klarowny.
Podobne wrażenia towarzyszą obserwacji przestrzeni. Swobody, z jaką kreowana jest scena, jej obszerności i rozmachu nie oferują nawet drogie integry. ModWright wprowadza nas na wyższy poziom. Gra, jak przystało na rasowy piec zza Wielkiej Wody, ale bez nienaturalnego powiększania źródeł. Signature wnosi lepsze uporządkowanie sceny i dokładniejsze określenie pozycji źródeł pozornych. Rozmiary przestrzeni zależą od nagrania i wzmacniacz nadal nie ma problemu z budowaniem głębi ani panowaniem nad dalekimi planami. Poprawie ulega precyzja ich ułożenia i trójwymiarowość. Przybywa też informacji o akustyce miejsca, w którym dokonano rejestracji. Wzmacniacz utrzymuje także wyrazistość sceny w pobliżu jej skrajów. Nie następuje tam delikatne rozmycie, a przynajmniej nie w trybie „low bias”. Plan pozostaje równie czytelny jak w pobliżu centrum. Scena jest dokładnie rozstawiona i nie trzeba się domyślać rozlokowania instrumentów. I znowu: w wersji zwykłej wszystko było w porządku; w Signature jest lepiej.
Wzmacniacz wydaje się też nieco szybszy, żwawszy. Z jednej strony różnica nie jest ogromna; KWA 150 dawał ogromną przyjemność ze słuchania i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Z drugiej... no właśnie. Signature idzie dalej w kategoriach audiofilskich. Jest bardziej rasowy, staranniejszy; cyzeluje detale. Jego barwa zachowuje ujmującą odrobinę ciepła, ale czystość, większa szlachetność wybrzmień i bas al dente sprawiają, że całość odbieramy jako dźwięk wyższej klasy. W poszczególnych aspektach zachodzą drobne zmiany, które razem składają się na nową jakość.
Czy zatem warto dopłacić 4500 zł do Signature? Tak. Ale odwracając pytanie – czy jeśli nie mamy tej dodatkowej kwoty, powinniśmy rezygnować z zakupu KWA 150? Zdecydowanie nie. Signature jest bardziej wyrafinowany, audiofilski. Ale zwykła sto pięćdziesiątka to nadal kawał wzmacniacza, który ma serce do muzyki i potrafi nią zauroczyć. Może i jest bardziej wylewny, szybko zdradza swoje zamiary i łatwo się ekscytuje, ale jest w jego graniu szczerość, której trudno się oprzeć. Signature też potrafi się rozemocjonować, ale więcej w nim zawodowca. Nawet kiedy robi się gorąco, nie traci zimnej krwi i nie zapomina o wykończeniu detali. Paradoksalnie, to jego opanowanie sprawia, że wzrasta wiarygodność nagrań, a z ich odsłuchu czerpiemy jeszcze większą przyjemność. Pełniej odbieramy tak ich akustyczną specyfikę, jak nastrój.Większa dokładność przekłada się na większą ilość informacji, a w efekcie – na wyższą wierność oryginałowi. Bez popadania w rozjaśnienie czy nadmierną analityczność.
ModWright dostarcza wielu danych tak na temat specyfiki realizacji, jak i podłączonego sprzętu. Wydawać by się mogło, że to taki sympatyczny piecyk, która zawsze ładnie gra, a tymczasem w ciągu kilku minut udało mi się sporządzić listę różnic pomiędzy dCS-em Puccini i Soulution 540. Każde z tych arystokratycznych źródeł kosztuje znacznie więcej od amerykańskiej końcówki, a ta, jak gdyby nigdy nic, podyktowała ich cechy charakterystyczne. Wystarczyło wziąć do ręki notatnik i po prostu je zapisać. To dobrze świadczy o przejrzystości i zdolnościach analitycznych Signature. Pod miłą powierzchownością i brakiem zmanierowania kryje się precyzyjne narzędzie, które dostarcza wielu informacji tak o muzyce, jak i systemie towarzyszącym. Co nie mniej istotne, wzmacniacz ma bardzo dobrze ułożone priorytety i zamiast skupiać się na wytykaniu wad, koncentruje się na obiektywnym przekazie cech brzmieniowych.
To niezwykle pożądana cecha, szczególnie kiedy dużo słuchamy. Dostajemy bogaty i wartościowy materiał do analizy, ale nie płacimy za to bólem głowy. Jeżeli płyta jest źle nagrana, z ModWrightem dowiemy się, co zostało sknocone. Nadal jednak będziemy mogli jej słuchać i cieszyć się walorami czysto muzycznymi. Jest wiele pięknych albumów, których realizacja się nie udała. KWA 150 SE nie ukryje tego przed nami, ale też nie przetrzebi naszej kolekcji. Kiedy natomiast sięgniemy po dobrze brzmiącą płytę, jej odsłuch da nam wiele satysfakcji. W końcu będzie wiadomo, po co te wymrażane kable, lepsze transformatory i dwa lata intensywnej pracy nad poprawieniem czegoś, co od początku było dobre.
Udał się Wrightowi i Kimmelowi ten wzmacniacz, bez dwóch zdań. Pięknie gra, nie szumi, dobrze wygląda i wysteruje prawie każde kolumny. Coś takiego chciałoby się zatrzymać na dłużej. I wiecie co? Tak właśnie zrobię.

Konkluzja
Przed kilkoma miesiącami wypuściłem z rąk KWA 150. Nie wiem, co mnie podkusiło, bo miałem go ponad pół roku i zupełnie mi się nie znudził. Z KWA 150 SE już tego błędu nie powtórzę. Jest lepszy na tyle, że warto dopłacić i zamknąć temat na dłużej. Nadaje się do testowania, pozwala słuchać dla przyjemności, jest kompatybilny i wygodnie się go podłącza. No i podświetlane logo na froncie nie razi. Tak, to ostatecznie mnie przekonało. No i mamy nowy sprzęt w redakcji.

34-41 06 2011 T

Autor: Jacek Kłos
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF