fbpx

HFM

artykulylista3

 

Bladelius Oden

050 055 Hifi 09 2020 001W „Hi-Fi i Muzyce” 4-5/2020 testowaliśmy wzmacniacz Bladelius Tyr III. To wydajna konstrukcja z solidnym zasilaczem. Wysteruje większość kolumn, ale i usunie się w cień, kiedy w pobliżu pojawi się Oden. Przy flagowym modelu Tyr będzie wyglądać jak zabawka.

Mike Bladelius od 1997 roku buduje wzmacniacze we własnej firmie i pod własnym nazwiskiem. Karierę rozpoczął jednak wcześniej, jako konstruktor w Classe Audio, u Nelsona Passa i Tresholda. Stąd wzięły się high-endowe tęsknoty, zrealizowane wreszcie w najnowszym projekcie Oden.
Wymiary, parametry i możliwości szwedzkiej superintegry czynią z niej konkurencję dla McIntosha, Accuphase’a czy Marka Levinsona, natomiast cenę skalkulowano ostrożniej. Bladelius nie zdobył jeszcze porównywalnej pozycji, więc musi się bardziej starać. Może to okazja, żeby wsiąść do pociągu w najlepszym momencie?

Budowa
Wśród bogów rezydujących w Valhalli Odyn jest szefem wszystkich szefów. Jest najsilniejszy i nikt mu nie podskoczy, nawet Thor. Nikogo się nie boi, bo dysponuje mocą 400 W/8 ? i 800 W/?. Dobrze, że nie trzeba go podłączać do „siły”, choć łapczywie wysysa ampery z gniazdka w ścianie.
Przedsmak potęgi Odena dostaniemy już w trakcie wyjmowania go z pudełka i stawiania na szafce. Jest ogromny i nieporęczny, więc należy od razu porzucić myśl, że poradzimy sobie sami. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wzmacniacz waży 60 kg. Czego oni tam napchali? Głównie transformatorów. Po odkręceniu 14 śrubek i zdjęciu pokrywy widać dwie bombardy o mocy 1600 VA każda. Pochodzą z firmy Noratel i mają rdzeń ze specjalnego materiału, który nie dopuszcza do dużego rozproszenia pola magnetycznego. Za nimi wylądowały dwa mniejsze trafa (szwedzkie Micro Traf), pełniące role dławików redukujących m.in. zakłócenia radiowe i zapobiegające pikom. Napięcie filtruje bateria kondensatorów BC Components. Wygląda pięknie: 16 sztuk, po 10000 µF każda, ustawionych w rzędach po cztery. Główne transformatory zamocowano pionowo do płyty aluminiowej, będącej jednocześnie ekranem dla elementów zamontowanych tuż za frontem – wyświetlaczy, przełączników i potencjometru głośności. Kanały są zasilane osobno i pozostają rozdzielone do końca. Mamy więc do czynienia z pełną topologią dual mono.
Wejścia XLR też nie są ozdobą, ponieważ układ jest symetryczny.

050 055 Hifi 09 2020 002

Pełne dual mono.
  

 




Końcówki mocy przytwierdzono pionowo do potężnych radiatorów. Grzeją jak kaloryfer, więc część mocy jest zapewne oddawana w klasie A.
Sekcję napięciową zredukowano do jednego stopnia. Pod płytką zamontowano moduły wejściowe. Oparto je na czterech tranzystorach J-FET (po dwa na kanał), pracujących w konfiguracji określanej jako „foldback cascade”. Ich pracę stabilizuje układ DC-serwo.
Układ objęto sprzężeniem zwrotnym. Konstruktor zapewnia, że starał się, by było możliwie najpłytsze i ograniczało się do lokalnych pętli.
W końcówce mocy każdego kanału pracuje 20 tranzystorów MOSFET. Starano się skrócić ścieżkę sygnałową, ale zbudowano ją z podzespołów najwyższej jakości. Podobno dobieranych na podstawie efektów brzmieniowych. Bladelius obiecuje długowieczność i bezawaryjność wzmacniacza, co ma wynikać z klasy komponentów. Montaż jest głównie przewlekany, choć częściowo także powierzchniowy.

050 055 Hifi 09 2020 002

Poważny wzmacniacz.
  

 




W podstawowej wersji Oden jest wzmacniaczem liniowym. Preamp MM/MC może zostać dodany za dopłatą 7490 zł. Ma regulowane wzmocnienie, dzięki czemu obsłuży szeroką gamę wkładek. Phono w opcji to normalna praktyka, natomiast brak wyjścia słuchawkowego wypada uznać za niedopatrzenie. Tym bardziej, że dziurka na froncie na pewno nie zepsułaby efektu wizualnego.
Ten jest bowiem, mówiąc oględnie, dyskusyjny. Na szczęście nie chodzi o jakość materiałów ani precyzję wykonania. Bladelius chwali się, że obudowę zamawia u podwykonawcy, który współpracuje także z Hasselbladem. Kto widział aparat fotograficzny szwedzkiej firmy wie, jaka to nobilitacja.
Oden jest zrobiony równie starannie. Wrażenie robią aluminiowe płyty, pasujące do siebie jak kamienie w piramidach. Świetnie wygląda pokrywa w formie wentylującej wnętrze kratownicy; dzięki niej pudło nabiera lekkości. Jednak sam front wygląda, w moim odczuciu, jak połączenie bunkra na linii Zygfryda z „nowoczesną” architekturą budynków użyteczności publicznej z początków XXI wieku (baseny, siedziby ZUS, a już wypisz-wymaluj słynny z „urody” kościół NMP w Zawierciu). Wprawdzie na stronie internetowej Bladelius zamieszcza informację, że wzornictwo Odena to przejaw skandynawskiej prostoty, ale ja tego nie kupuję. Tę znajdziemy choćby w Ikei, która dzięki uniwersalności designu oraz pewnej surowości połączonej z symetrią odniosła międzynarodowy sukces. Jakoś nie znajduję tu punktów wspólnych. Zdaję sobie sprawę, że uroda to pretekst do wymiany poglądów, a nie oceny, ale jeżeli Bladelius ma konkurować z produktami McIntosha, Accuphase’a czy Marka Levinsona, to… pozostańmy przy perfekcji Hasselblada.

050 055 Hifi 09 2020 002

Gałka niezbyt ładna,
za to niewygodna.
  

 




Na froncie znajdziemy niewiele elementów, co nie oznacza, że jest spartański. Centrum zajmuje pokaźna szyba, za którą znalazł się wyświetlacz z czcionką a la Commodore. Można go, na szczęście, wygasić lub przyciemnić w trzech krokach, za pomocą przycisku poniżej. Kolejny służy do wyboru źródła, a pierwszy z lewej aktywuje tryb standby. Oprócz nich jest jeszcze pokrętło regulacji głośności, które również niespecjalnie mi się spodobało.
Odena wyposażono w sterowanie mikroprocesorem. W menu można ustawić balans, sposób przechodzenia w tryb standby, czułość wejść, parametry opcjonalnego phono i wiele innych rzeczy, w których użytkownik bankowo się pogubi. Zabrakło natomiast regulacji barwy.
Pilot jest porządny, jak na hi-end przystało. Aluminiowy, solidny i efektowny. Osobna kwestia to wygoda korzystania z niego. Po pierwsze, guziki są mikroskopijne i kłują w palce. Po drugie, jest ich… 50 (słownie: pięćdziesiąt!). To chyba jakiś żart. Na szczęście, w komplecie znajduje się drugi sterownik; ten sam, co do Tyra. Tani, plastikowy, prosty w użyciu.

050 055 Hifi 09 2020 002

Kratownica robi wrażenie.
  

 




Na tylnej ściance panuje już prawdziwy porządek. Na złoconych gniazdach RCA zrealizowano dwa wyjścia – pre out i nagrywanie – oraz pięć wejść liniowych. Obok znalazły się dwa wejścia XLR, a nad nimi RCA dla gramofonu. Nad gniazdem zasilania widać główny włącznik mechaniczny. Zaciski głośnikowe produkuje Mundorf. Mają szerokie plastikowe skrzydełka, co jest rozwiązaniem typowym dla drogich końcówek mocy. Ich użytkownicy korzystają często z grubych i ciężkich kabli, więc trzeba mocno dokręcić widełki, żeby się nie wysunęły. McIntosh do swoich terminali dołącza nawet plastikowy kluczyk; w Bladeliusie instalację można wykonać palcami i bez wysiłku. Problem pojawia się tylko w przypadku wygiętych widełek, jak np. w okablowaniu Hijiri.
Odyn to mocny wzmacniacz z potężnym zasilaniem. Bardziej niż zintegrowanych konkurentów przypomina końcówki mocy z jeszcze wyższej półki. Patrzenie na jego wnętrze daje wiele satysfakcji. Z drugiej strony, firma mogłaby popracować nad wzornictwem i kilkoma „drobiazgami”. W tej cenie każdy z nich jest ważny.
Konfiguracja systemu
Spójrzcie na dane w tabeli parametrów i wszystko stanie się jasne. Do Odena można podłączać, co tylko się chce. Elektrostaty, szerokopasmowe głośniki zamontowane w starych drzwiach albo stada membran w zamkniętych obudowach.
W teście szwedzki wzmacniacz pracował z kolumnami Audio Physic Tempo VI, a sygnał z płyt czytał odtwarzacz C.E.C CD 5. Okablowanie pochodziło z oferty Hijiri (HCI/HCS/Million), a prąd czyścił Power Tower Ansae. Elektronika usadowiła się na stolikach StandArtu, a granitowe podstawy pod kolumny wykonał renomowany, choć nie audiofilski zakład kamieniarski w Ząbkach.

050 055 Hifi 09 2020 002

Frezowane logo.
  

 




Wrażenia odsłuchowe
Słuchałem i zastanawiałem się: skąd znam ten dźwięk? Pytanie powracało tym uporczywiej, że tamten wzmacniacz w swoim czasie zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To samo podejście do przejrzystości, taki sam sposób prezentacji przestrzeni i to spojrzenie na muzykę z innej perspektywy – niby z zewnątrz, bo inaczej się nie da, a jednak z samego środka akcji. Tamten wzmacniacz grał z kolumnami Wilson Audio. Zaraz, zaraz… Wiem! D’Agostino Momentum Stereo.
Kto miał z nim do czynienia, nie zapomni tego dźwięku. A jeśli dodatkowo trafił w jego subiektywne wyobrażenie o idealnej elektronice, to znalazł wzmacniacz docelowy. W moje trafił. Pozostała w zasadzie tylko jedna przeszkoda, dla wielu nie do pokonania – cena. Ale skoro nic tak nie gra, to pozostaje zbierać grosz do grosza albo żyć nadzieją i od czasu do czasu wypełnić kupon toto-lotka.

050 055 Hifi 09 2020 002

Pokrywa.
  

 




A jednak jest coś, co tak gra. Czy to ta sama klasa? Nie, ale blisko. Jak blisko, nie wiem. Żeby to stwierdzić, musiałbym postawić obok siebie oba urządzenia i porównać łeb w łeb. Podejrzewam, że mimo wszystko Dan wygra, ale nawet jeżeli Oden to jego namiastka, to pierwsza udana, z jaką się zetknąłem.
Nie da się rozpocząć opisu Bladeliusa inaczej niż od szczegółowości i przestrzeni. Wystarczy dosłownie kilkanaście sekund, by się przykleić do kanapy. Będziemy jednak wstawać i zmieniać płyty, bo w każdej dobrej realizacji znajdziemy coś nowego.
Oden jednym stanowczym ruchem zrywa z dźwięku kotarę. Wydawało mi się, że MA9000 jest szczegółowy, ale to nie ta liga. Bladelius dosłownie wymiata wszystko, co niepotrzebne pomiędzy ścieżkami i pozostawia każdy instrument w otoczeniu absolutnej ciszy. Z niej wyłania się ostry obraz, dodatkowo wypolerowany i błyszczący, jakby chciał nas oślepić. Pojawianie się kolejnych instrumentów i planów niczego nie zmienia, bo każdy nadal słyszymy osobno. W porównaniu do innych wzmacniaczy zintegrowanych w tej cenie to nie poprawa, ale przeskok do innej rzeczywistości. Tej zarezerwowanej dotąd dla końcówek mocy i preampów za dwukrotnie większe pieniądze.
W uzyskaniu spektakularnego efektu pomaga bez wątpienia szybkość dźwięku. Słyszałem sporo wzmacniaczy zintegrowanych, a także kombinacji dzielonych za 50 kzł i odrobinę droższych. Pamiętam Spectrala, który był niczym błyskawica. Levinson również do leniwych nie należał. Oba lecą szybko jak Enterprise czy Sokół Millenium, ale Bladelius przechodzi w nadświetlną. Skąd to przyspieszenie? Zapewne z zasilacza. Sami widzicie, co w nim siedzi, i zostało wykorzystane do cna, jak w dowcipie o cytrynie. Najsilniejsi skapitulowali, a komornik jeszcze kilka kropel wycisnął. Kryształowa przejrzystość jest więc dodatkowo podkreślona; można nawet powiedzieć, że dopalona. To jednak efekt uboczny, choć ściśle związany z dynamiką. Za to prezentacja przestrzeni jest już nierozerwalnie związana z klarownością faktury.

050 055 Hifi 09 2020 002

Z pozoru toporne,
ale najwygodniejsze zaciski.
  

 




To, co Bladelius wyprawia ze sceną, przyprawia o ciarki na plecach. Jest niczym otchłań, a ściany pomieszczenia odsłuchowego przestają istnieć. Scena dosłownie wybucha, a fala rozchodzi się na wszystkie strony, aż po horyzont. Oden buduje też wysokość niemal równie sugestywnie jak lampowe konstrukcje Kondo. Perfekcyjna lokalizacja źródeł na trzech osiach daje złudzenie obecności muzyków w pokoju do tego stopnia, że wystarczy zamknąć oczy, by naprawdę poczuć atmosferę koncertu.
Pogłos jest dawkowany z aptekarską dokładnością. Nie wypełnia sceny jak popadnie; nie zalewa jej falą. Jest tam, gdzie trzeba i w takiej ilości, jak trzeba, a jednocześnie otrzymujemy o nim ogrom informacji. Bladelius prowadzi nas za rękę, prosto na scenę, a my przecieramy oczy ze zdumienia. I znów uderza czystość dźwięku i przezroczystość faktury. Jeżeli nie mamy na co dzień do czynienia ze wzmacniaczami za setki tysięcy złotych, to trzeba się przygotować na szok i odkrywanie nowego wymiaru muzyki.
Z przejrzystością łączy się otwartość. Moje Tempo VI jeszcze nigdy się tak nie otworzyły i po raz kolejny doceniłem ich potencjał. Owszem, czuję, że przy Odenie nie dają już rady w basie i ustawiają mu limit dynamiki, jednak w prezentacji sceny i szczegółowości wciąż dotrzymują mu kroku. To otwarcie nie ma nic wspólnego z przybliżaniem planu do słuchacza, typowym dla tzw. „szkoły brytyjskiej”. Ani z uprzywilejowaniem średnicy, bo jeśli już, to szukałbym jej raczej w głośnikach. Bardzo chciałbym na przykład posłuchać, jak Bladelius zagra z Harbethami; to może być petarda.
Powyższe obserwacje nie są zależne od repertuaru. W Dream Theater możemy się zachwycać perfekcyjnym odseparowaniem ścieżek gitar, co jest bardzo trudne, bo wszystkie bombardują ten sam skrawek pasma. Z Bladeliusem każdą słychać osobno. To kilka razy już przeczytaliście, więc należałoby opis jakoś wzbogacić, ponieważ efekt jest wyraźniejszy. Nie napiszę jednak, że „każda struna dźwięczy osobno” czy jakoś tak, bo każdy muzyk uznałby to za obelgę wobec swojego warsztatu. Powiem raczej, że każda ma swoje miejsce w przestrzeni i jesteśmy je w stanie odseparować, zanim się postaramy. Mniej skomplikowane konstrukcje, jak Dire Straits, The Police czy Queen zachwycają drobiazgami. Bladelius ożywia ich nagrania. Można do woli słuchać, jak pięknie gra Knopfler i jaką piękną solówkę wykrzesał. Jeszcze więcej radości będą mieli fani Pink Floyd i The Doors. Odpłyną, wsłuchując się w plany albo wokal Morrisona. Założę się też, że nie słyszeli tak rewelacyjnych talerzy.

050 055 Hifi 09 2020 002

Z tyłu porządek i logika,
tylko po co ta szybka?
  

 




Jeżeli chodzi o dynamikę, to czego się można spodziewać po 400 watach, dwóch wielkich transformatorach, baterii kondensatorów i liczniku prądu, który obraca się niczym śmigło w awionetce? Niby tego samego, co po redakcyjnym McIntoshu MA9000, bo to tylko 50 W mniej, a jednak Oden wciąga go nosem, pokazując zgoła inne podejście do tempa i energii impulsów. Błyskawiczny atak i powietrze pompowane sprężarką. Wszystkie te „falujące nogawki”, „brzęczące szklanki” i „obrazki spadające ze ściany” tu są i można zrobić wrażenie na znajomych. Jednak nie tylko brutalną siłą Oden stoi. Uderza przede wszystkim precyzją i kontrolą głośników. Bardzo chciałbym posłuchać, jak chwyta za membrany Legacy Signature SE. To mogłoby być duże przeżycie.
Dynamika jest spektakularna; dla konkurencji w tej cenie chyba nieosiągalna. Ja w każdym razie nie słyszałem dotąd niczego porównywalnego.
Pozostała nam barwa i charakter zakresów pasma. I tutaj sprawy się komplikują. Basem można się tylko zachwycić. Kiedy usłyszycie te tąpnięcia, zejście do najniższej głębi i utrzymanie tam ciśnienia do ostatniego ułamka sekundy, to jesteście kupieni. Podobnie jak po pierwszym uderzeniu w membranę bębna wielkiego. Za przeproszeniem, jak dupnie i łupnie, to kapcie spadają. To dla poszukiwaczy ulubionych sekund na albumach, które nigdy nie zostały przesłuchane od początku do końca. Z kolei przy normalnym słuchaniu oczy robią się wielkie jak u lemura, kiedy dotrze do nas praca sekcji rytmicznej i partia gitary basowej w „Brothers in Arms”. Ten album zawsze uważałem za zrealizowany przeciętnie i rzadko po niego sięgałem. Podobnie jak po „Synchronicity” The Police. Tymczasem tu zabrzmiały niemal jak audiofilskie realizacje Stockfischa. Oden zadziwia energią najniższego basu i w tym aspekcie rozwala system. Bladelius wykrzesał z Tempo VI dół, którego bym się nie spodziewał. Wycisnął z nich wszystko. Nawet rzeczy, które teoretycznie nie miały prawa się wydarzyć.

050 055 Hifi 09 2020 002

50 przycisków.
  

 




Z wysokim basem i średnicą mam z kolei pewien problem. W ich przypadku obserwacje prowadzą już do dwuznacznych wniosków. Z jednej strony, Take 6 zabrzmieli wzorcowo, wręcz nadnaturalnie. Tak jakbym przystawił im ucho do ust, a jednocześnie pozostawali ode mnie w rozsądnym dystansie. Barwa bez zarzutu, przestrzeń kościelna. Baryton i bas – nasycone i mięsiste. Otwarta, wspaniała góra kontratenora. A to przecież kwintesencja średnicy, materiał wzorcowy do prób odsłuchowych. Ale już fortepian i orkiestra okazały się bardziej suche, jakby z minimalnie cofniętym centrum pasma. Może to efekt prezentacji tego fragmentu na tle całego zakresu? To by sugerowało, że charakterystyka nie jest do końca wyrównana. Inna sprawa, że symfonika brzmi naprawdę świetnie, a ja się czepiam detali. To dlatego, że słuchałem Momentum Stereo, który zachował wzorcową barwę każdego instrumentu, czy to dętego, czy smyczkowego. Tu wzorzec oddano w 90 procentach i tych dziesięciu chciałoby się jak manny z nieba.
Można znaleźć kilka wytłumaczeń tego zjawiska. Pierwsze i najprostsze jest takie, że Tempo VI w pewnym momencie „się skończyły” i stały najsłabszym elementem systemu. Drugie, że D’Agostino Momentum to jednak układ odniesienia, tutaj odwzorowany w pewnym przybliżeniu. Prawda pewnie leży pośrodku, a jeżeli z przewagą drugiej opcji, to zawsze można dołożyć nieco ponad sto tysięcy i po kłopocie.
O klasie Bladeliusa najdobitniej świadczy fakt, że w ogóle mamy taki dylemat. Poza tym, warto dodać, że słuchałem go po 40 godzinach rozgrzewania od wyjęcia z pudełka fabrycznie nowego egzemplarza. Niewykluczone, że to za mało, bo na osiągnięcie pełnego potencjału potrzebuje ponoć aż 400. W każdym razie nie dostrzegłem otoczki miłego ciepła, za którą fani kochają McIntosha i Accuphase’a.
Nabraliście wątpliwości? Słusznie, bo życie nie jest tak proste, jak w westernach. Zwątpienie to głos rozsądku, ale pozwolę sobie znów go zakłócić, bo została jeszcze góra pasma. A ta jest rewelacyjna! Oden przemienił kopułki Tempo VI w przetworniki AMT, z ich zachwycającą rozdzielczością, zróżnicowaniem barw i fizjologiczną przyswajalnością. Wysokich tonów jest dużo, więc w kiepskich realizacjach mogą hałasować. Ale przecież rozmawiamy o sprzęcie najwyższego sortu, a tego byle czym się nie karmi.

050 055 Hifi 09 2020 002

Kawał kloca.
  

 




Konkluzja
Kilka miesięcy temu opisywałem dzielony wzmacniacz Emotivy PT100/A300, który przy cenie 4100 zł za komplet zagroził konkurentom za 10, a nawet 15 kzł. Oden też „wskakuje” na poziom trzykrotności swojej ceny i ośmiela się wygrywać porównania. Krótko mówiąc, mamy killera, którego musicie posłuchać, żeby później nie żałować.


2020 09 22 12 12 26 050 055 Hifi 09 2020.pdf Adobe Acrobat Pro DC

 

Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 09/2020