fbpx

HFM

artykulylista3

 

Krew i wino - McIntosh 6850

macintosh6850
Klasyczny styl to wizytówka prawdziwego dżentelmena. Nienaganne maniery, dobrze skrojony garnitur i nieodłączne dodatki, ale zawsze dobrane z umiarem i smakiem. Prawdziwy dżentelmen nigdy nie jest demode.

Pewne rzeczy też nigdy się nie starzeją, a niektóre z wiekiem nabierają wartości. Wino, włoskie samochody sportowe, srebrne papierośnice... długo by wymieniać. Każdy człowiek docenia wartość ekskluzywnych drobiazgów, a tylko głupiec nazwie Jaguara z lat sześćdziesiątych starociem.

 
Wszyscy tęsknimy do spokoju i dystynkcji, jakie niesie ze sobą powiew luksusu sprzed lat. A może po prostu tęsknimy do starych, dobrych czasów? Wśród audiofilskich instrumentów wzmacniacze Mclntosha są esencją klasycznego stylu. Są jednak bardziej niezawodne i długowieczne niż ekskluzywne, brytyjskie samochody. W studiach NBC do dzisiaj pracuje kilka egzemplarzy Mclntosha 50 W1 z 1949 roku. Przeżyły swoich pierwszych użytkowników i nadal mają się dobrze. Przygoda Franka Mclntosha z dźwiękiem zaczęła się jeszcze przed drugą wojną światową. W 1946 roku nastąpił przełom. Ówczesne urządzenia służące do odtwarzania dźwięku były z technicznego punktu widzenia wręcz fatalne. 515% zniekształceń, to było coś, czemu Frank wydał bezlitosną wojnę. Przez trzy lata pracował, ale owoc wysiłków zdolnego inżyniera i wynalazcy przerósł wszelkie oczekiwania. Wzmacniacz 50 W1 produkował 1% zniekształceń w paśmie 10 Hz20 kHz. Jeśli uświadomimy sobie, że jego prototyp został zaprezentowany dyrektorowi studia NBC w 1949 roku, to łatwo będzie zrozumieć, dlaczego rozgłośnia natychmiast zamówiła pięćdziesiąt egzemplarzy. Głównym założeniem Mclntosha od początku było projektowanie, konstruowanie i wytwarzanie urządzeń mających przetrwać dziesiątki lat tak, aby nawet ich intensywne eksploatowanie nie wpłynęło na parametry i stan techniczny. Filozofia ta dotyczy nie tylko doboru komponentów i stopnia precyzji, z jakim zostaną dokręcone śrubki. Sięga głębiej, bo aż do stylu pracy i polityki personalnej, stosowanych przez laboratoria Mclntosha. Wielu pracowników, zatrudnionych przez spadkobierców Franka może pochwalić się trzydziestoletnim stażem pracy. Nie muszę chyba dodawać, że automat lub linie montażowe byłyby w tak zatwardziale konserwatywnym stowarzyszeniu co najmniej nietaktownymi gośćmi. Całość procesu produkcyjnego odbywa się z udziałem ludzkich rąk. Spora ilość części powstaje także u Mclntosha.

Żadna  praca, łącznie z lakierowaniem obudów, nie jest zlecana podwykonawcom. To kosztuje wiele wysiłku. Dość wspomnieć, że wykonanie tylko szklanej płyty przedniej 6850 zajmuje 28 godzin pracy kilku osobom. McIntosh zapewnia też dostęp do wszystkich części zamiennych do urządzeń wyprodukowanych kilkadziesiąt lat temu. Wielu kolekcjonerów kupuje wzmacniacze z Binghamton za sumę wielokrotnie przekraczającą ich cenę sprzed lat. 6850 powstał blisko pięć lat temu i nic nie wskazuje na to, aby przez następne pięć miał być wymieniony w katalogu przez nowy model flagowy integry. Świętej pamięci Frank mawiał: Jeśli coś robisz, to zrób to dobrze za pierwszym razem".

Konstrukcja

Wśród współczesnych wzmacniaczy zintegrowanych, zajmujących szczyty list rankingowych, 6850 wygląda jak choinka. Współczesny stereotyp superintegry wyraźnie określa wzorniczy kanon. Jednolita bryła, jedno pokrętło i samotna dioda. Tymczasem w Mclntoshu świeci się wszystko. Niebieskie, ogromne wychyłowe wskaźniki oddanej mocy. czerwone diody nad mnóstwem przycisków wraz ze wskaźnikiem głośności (od O do 99 w procentach). Na zielono błyszczą: logo fir my i opisy wszystkich funkcji, ustawienia regulatorów i instrukcje do czego służą poszczególne pokrętła, w mnogości przyprawiającej o zawrót głowy. Tak wyglądały wzmacniacze Mclntosha trzydzieści lat temu. Jedyną osobą, której amerykańska firma nigdy nie zamierza zatrudnić jest projektant linii wzorniczej. Z drugiej strony, może to właśnie ascetyczna prostota dzisiejszego highendu jest przejściową modą? Niewykluczone, ale jedno jest pewne. Za dwadzieścia lat wzmacniacze Mclntosha będą wyglądać tak samo i nic zmieni tego nawet trzecia wojna światowa. Wbrew wszelkim opiniom na temat przydatności czegokolwiek w jakimkolwiek celu 6850 ma dwa regulatory barwy, pokrętło balansu i funkcje wszechstronnie ułatwiające nagrywanie. W prawym dolnym rogu znalazł się także regulowany gałką filtr londness. Wszystko to można ustawić na „zero" i wtedy wzmacniacz okaże nam swoje prawdziwe oblicze. Nie zapominajmy, że używanie regulatorów jest jedynie możliwością, a nie koniecznością. Muszę jednak przyznać, że kilkakrotnie z nich ostrożnie korzystałem, co wcale nie wpłynęło na moje wrażenia z odsłuchu. Jedno jest pewne — 6850 podoba się lub nic. ale zawsze wzbudza zainteresowanie i odróżnia się... od wszystkiego, co możecie kupić. Jedyne porównanie, jakie mi się nasunęło, to Audio Research. Nie tylko ze względu na wzornictwo, ale chyba przede wszystkim na to, że nikt nic ośmielił się skrytykować produktów obu firm, bez względu na mniemanie o swojej wiedzy i osłuchaniu, ale o tym dalej. Trudno podejmować się opisu funkcji i regulacji 6850, ale i nie ma chyba takiej potrzeby, bo obsługa wzmacniacza jest prosta. Warto natomiast powiedzieć kilka słów o błękitnych wskaźnikach. Nadają one Mclntoshowi wygląd profesjonalnego narzędzia pracy i zapadają w podświadomość każdego, kto nawet pobieżnie przejrzał katalog firmy. Jednak nie są one tylko ozdobą. Choinka jest jednym z najmocniejszych wzmacniaczy zintegrowanych, dostępnych na rynku, a wskaźniki dokonują rzeczywistego pomiaru mocy wyjściowej w watach. Są do dziesięciu razy szybsze od wychyłowych wskaźników stosowanych w sprzęcie profesjonalnym. Precyzja ich działania jest naprawdę imponująca. Po co to komu? To już zupełnie inna kwestia, ale nie zapominajmy, że wzmacniacze Mclntosha pracują w studiach. Normalnemu audiofilowi mogą natomiast niezbicie udowodnić, że półtora wata to bardzo, bardzo głośno. Integra to w istocie przedwzmacniacz i końcówka mocy w jednej obudowie. Ten pierwszy jest dosyć prosty, ale w konstrukcji końcówki znajdziemy wiele niespotykanych rozwiązań. Najbardziej oryginalnym są transformatory wyjściowe. We wzmacniaczach lampowych są one koniecznością (oprócz OTL), ale w tranzystorowych stopniach mocy to prawdziwa egzotyka Zastosowanie transformatorów wyjściowych daje 6850 niesłychaną elastyczność i idealne dopasowanie wartości sygnału do impedancji głośników. 2, 4, 8 omów — wszystko jedno. Stabilność układu jest zagwarantowana i co ciekawe — oddawana moc będzie zawsze taka sama, niezmiennie 150 W. Techniczne uzasadnienie tego rozwiązania znajdziemy w prostej zależności. Wraz ze wzrostem mocy przy spadku impedancji rosną zniekształcenia i za• węża się zakres przenoszonych częstotliwości. Przy ekstremalnych obciążeniach wartość zniekształceń harmonicznych w 6850 nie przekroczy 0,005%. Autoformator Mclntosha zabezpiecza też głośniki przed zniszczeniem w trakcie pojawienia się nieprawidłowości w pracy końcówki mocy. Jeśli prąd stały pojawi się na wyjściu, zostanie przez niego zdławiony i nie dopuszczony do głośników. Wadą zastosowania transformatorów wyjściowych jest niski współczynnik tłumienia — około 40. Taką wartość możemy spotkać w dobrych układach lampowych, tranzystorowe końcówki mocy nieraz na pomiarach wykazują nawet 500. Z kolei jednak każdy kanał wzmacniacza może dostarczać pełną moc bez przesterowania! 6850 wyposażono w system Power Guard, dokonujący ciągłego pomiaru amplitudy sygnału wejściowego w stosunku do wyjściowego. Jeśli odchylenie sięgnie 0,3%, wzmacniacz dokona automatycznej korekty. Myślę, że w przypadku wielu równie drogich wzmacniaczy oddających pełną moc poziom 12% i tak zostałby uznany za dobry. A jest co kontrolować, bo wzmacniacz jest w stanie oddać natężenie 50 amperów. Jako że wartość ta została uczciwie zmierzona, powiem tylko, że jest to atomowy ładunek energii. 6850 ma płytkie sprzężenie zwrotne. Końcówka mocy używa dwóch stopni wzmocnienia napięciowego, poprzedzonych trzema stopniami wzmocnienia prądowego. Parzyste harmoniczne są niwelowane przez specjalne obwody. co w efekcie wydatnie ogranicza zniekształcenia. Do poprawienia liniowości i rozszerzenia pasma przenoszenia użyto luster prądowych. Każdy kanal końcówki wyposażono w cztery komplementarne pary tranzystorów bipolarnych w układzie Darlingtona Zasilanie wzmacniana jest solidne, chociaż nie znajdziemy tutaj ogromnego, toroidalne go talerza. Kondensatory McIntosh wykonuje samodzielnie. Wzmacniacz wyposażono w układ chroniący go przed przegrzaniem. Gdy temperatura przekroczy bezpieczną wartość, lias md Control automatycznie odcina zasilanie. Po ochłodzeniu urządzenie włącza się automatycznie. Stabilność termiczna jest jednak bez zarzutu, bo pomimo ciągłej pracy przez blisko dwa tygodnie nie miałem okazji być świadkiem zadzialania wyrafinowego patentu. Wszystko to wskazuje. że 6850 jest bardzo skomplikowanym urządzeniem. I tak i nie. Układy zabezpieczające, będące patentami Mclntosha nie wpływają na pogorszenie parametrów ani jakości dźwięku. Jedno jest pewne — wśród skutecznie oczyszczonych ze wszystkiego, co się da wzmacniaczy — instrumenty Mclntosha są wyjątkiem potwierdzającym regułę. Od strony inżynierskiej nie można im nic zanucić. Są do tego... nowoczesne. Tak — sześćdziesięcioletnia tradycja i skrajny konserwatyzm to jedna strona medalu. Wielu debiutantów mogłoby się sporo nauczyć od Franka McIntosha gdyby żył.

Konfiguracja systemu

Tutaj nie przeczytacie zbyt wielu mądrych rad, bo Mclntosh będzie pracować ze wszystkim i w każdych warunkach. Sto pięćdziesiąt watów i pięćdziesiąt amperów to wystarczająco dużo, aby wysterować elektrostaty. Jeśli napędzimy wielkie foliowce, to możemy zapomnieć o wszelkich problemach z konwencjonalnymi głośnikami dynamicznymi. Dodatkowym atutem jest możliwość dopasowania impedancji. Konia z rzędem temu, kto znajdzie wystarczająco dużo dwuomowych kolumn, aby w pelni uzasadnić obecność gniazda na tylnej ściance. Ale przecież i takie są, ale 6850 ich się nie boi. Charakter brzmienia intgery także wyklucza możliwość błędu. Jedynym zagrożeniem będą zamulone głośniki w rodzaju Colifluence, ale te przecież zagrają tylko z klinicznie rozjaśnionymi tranzystorami. Co do źródła — też pełna dowolność. Jedno zastrzeżenie —nie ma XLRów. Mclntosh nie montuje ich w integrach w ogóle. Dopiero w końcówkach mocy znajdziemy profesjonalne cannony, a że Mclntosh jest firmą dość drogą, to inwestycja w symetryczne połączenia pójdzie w sumy z pięcioma zerami. Nie wszyscy jednak wierzą w zbalansowany tor sygnału, a raczej nie wpadają w euforię na widok trójbolcowych wtyków. To logiC211t, bo wzmacniacz bez XLROw może być lepszy od wyposażonego w nie tak, jak herbata bez cukru może być smaczniejsza od kavn, z cukrem. Jeśli produkt jest gorszy, to cannony mu i tak nie pomogą. Wybitna kompatybilność 6850 w Połączeniu z tym, o czym dalej, zburzyła moją wewnętrzną harmonię, bo oto pojawiło się lepsze urza danie do pracy od Tabu. Bogate wyposażenie integry jest nie lada atutem. Możemy w końcu dodać pokrętłem jeden decybel w górze. W końcu co to za różnica. czy zrobimy to we wzmacniaczu, czy w zwrotnicy kolumn? Swoją drogą to interesujące, że minimalne przekręcenie gałki potępi każdy audiofil a przestawienie przełącznika na Maklerach Vienna Acoustic będzie już zupełnie zrozumiałą praktyką. Szkoda tylko, że wzmacniacz nie ma gniazdka dla słuchawek. W modelu 6800 było ono %montowane w miejscu wyłącznika sieciowego. Co do kabli — tutaj radzę kierować się własnym gustem. Biwiring jest trochę utrudniony — jest tylko jedna para terminali. Ale — wszystkie te wywody można zastąpić krótkim stwierdzeniem — możecie podłączyć, co tylko chcecie. Tego z pewnością zbyt szybko nie przeczytacie w rozdziale "konfiguracja".

Wrażenia odsłuchowe
Kiedy bardzo drogi wzmacniacz w ciągu pierwszych pięciu sekund słuchania rzuci nas na kolana dynamiką, basem. przestrzenią lub czymkolwiek innym, istnieje banko duże prawdopodobieństwo. że coś w jego dźwięku jest nie w porządku. Bitem przyjdą refleksje, a może nawet okazać się, że dźwięk na dłuższą metę jest męczący Dlatego na odsłuch highendowych urządzeń kosztujących bajońskie sumy. przy których normalny człowiek narysuje na czole kółko palcem, przeznaczam mnóstwo czasu. Po pierwsze po to, aby przyzwyczaić się do nowego dźwięku i zapomnieć o pierwszych wrażeniach, bez względu na to czy są dobre, czy złe. Włączenie 6850 w nasz system nie wywoła szoku — pierwsze dziesięć minut niezbicie dowodzi, że mamy do czynienia z dźwiękiem nadzwyczaj poprawnym i porządnym. Nic nie razi, ale i nic nic zachwyca. To rozbudziło moją ciekawość. bo zwykle takie klocki okazują się najciekawsze i pozostają w redakcjach jako sprzęt testowy. Po kilku godzinach odsłuchu bylem już
na tyle zafascynowany brzmieniem Mclntosha, że... postanowiłem dalej słuchać i słuchać. Kiedy już gruntownie poznałem możliwości naszpikowanej światełkami integry, żadna płyta i żaden materiał muzyczny nie byl w stanie zburzyć mojej opinii. Wszystkie obserwacje potwierdziły się i zgodnie z obietnicami Mclntosha — nie czekały mnie już żadne niespodzianki. Zacznę od rzeczy, która wydaje mi się najważniejsza. Specyfika większości amerykańskich wzmacniaczy to efektowna przestrzeń, superdynamika i lekkie cofnięcie środka pasma, wydatnie wspomagające wrażenie rozmachu i jednocześnie finezji. Trudno znaleźć kogoś, komu się nie spodoba, ale zawsze trzeba mieć świadomość, że efekt ten osiągnięto przez deformację pasma. Tymczasem Mclntosh gra równo. Kiedy już to zaobserwujecie, radzę posłuchać muzyki fortepianowej, bo jestem święcie przekonany, że tutaj 6850 pobije wszystkie supaintesoy w cenie około dwudziestu tysięcy na głowę. Miałem do bezpośredniego porównania dużego Tabu Gryphona, słyszałem Concentrę Jeffa Rowlanda, Krella i Electrocompanieta. To wystarczy, chociaż być może nieznany mi Attdio Research potrafiłby zagrozić Mclntoshowi — nie wiem. Fortepian byl wzorcowy, więc dalej napiszę nie o tym, jak go wzmacniacz prezentuje, lecz jak instrument brzmi na żywo, bo to chyba wszystko jedno. Przede wszystkim stabilność zakresów pasma, wyważenie ich propocji i stosunek zawartości niskich oktaw (poniżej oktawy malej to już jest bas) do środka skali i góry. Być może realizacja sonat Scarłaniego w wykonaniu kro Pogorelicha (Deutsche Grammophon) to jewitre nie mistrzostwo świata, ale tutaj usłyszałem coś, co zburzyło mój spokój. Jeden rodzaj barwy w całej skali instrumentu  to znaczy jednorodny kolor basu, średnicy i góry. Żaden zakres nie wychodzi na wierzch bez zamierzenia wykonawcy. Oczywiście — Pogorelich jest w stanie cieniować dynamikę i czarować słodkim pianem, ostrym forte. Przede wszystkim jednak jego wykonanie olśniewa artykulacją pojedynczych dźwięków — każdy słychać osobno, a jednocześnie garnki, których Scarlatti nic żałował są niesłychanie spójne — żaden dźwięk się nie wybija. Gdy słuchamy miniatur włoskiego mistrza jesteśmy przekonani o tym, że jest to muzyka prosm. Ale za jej wykonanie biorą się tylko najwięksi, bo wymaga perfekcyjnej techniki i powstrzymywania na wodzy emocji. Pogorelich gra olśniewająco — jego warsztat jest bez skazy, ale jednocześnie lamie kanon — to wykonanie na wskroś romantyczne, może niestylowe ale... najpiękniejsze, jakie słyszałem, dla mnie lepsze od genialnych kreacji Horovitza. A najlepiej brzmiało ono na Mclnstoshu. Naturalność dźwięku instrumentu jest doprawdy perfekcyjna, nie mniej niż technika Pogorelicha. Dźwięk jest wyważony, pełny, czysty. Na większości zestawień ta płyta brzmi matowo, a jeśli jest już czytelnie, to z kolei pojawiają się niepokojące symptomy wyostrzenia górnej średnicy. McIntosh brzmi gładko — nareszcie Steinway odzywa się swoją niepowtarzalną, krystaliczną i słodką barwą, i —wszystko słychać. Nie lubię wpadać w zachwyt, bo to nic przystoi, ale muszę przyznać, że 6850 oczarował mnie wspaniałym różnicowaniem dynamiki fortepianu, bez względu na to, czy słuchalem głośno, czy cicho. Do tego doszło coś, co nazwałbym naturalnym pogłosem. Instrument byl otoczony subtelną aurą, w której Wyszczali jednocześnie znajdował się w ściśle określonym miejscu na sali. Pogorelich gral z klapą na wpól otwartą, opartą na krótszej nóżce, a mikrofony postawione w dobrze wymierzonej odległości zbierały informacje z całej sali. Nic nie ulegało zamazaniu, a wyostrzenia — zapomnijcie. Steinway nigdy nie brzmi ostro, najwyżej agresywnie, ale nie u Scarlattiego, raczej u Liszta. I zabrzmiał — Totemanz z Zimermanem — to była furia, tylko niestety — nagranie nie było już tak dobre. Bas — posłuchajcie sami, bo jeśli napiszę cokolwiek więcej, to posądzicie mnie o brak obiektywizmu. Ale — nie mogę zachować zimniej krwi, bo tak dobry fortepian słyszałem tylko na żywo. Muzyka fortepianowa jest chyba najtrudniejsza do odtworzenia dla sprzętu i jednoznacznie określa jakość średnicy, ale przecież na niej świat się nie kończy. Głosy ludzkie. Czarnoskórzy magicy z Take 6 nagrali w 1991 roku świąteczną Wydrę „He is Christmas" (Remis° — \Vamer). Sześciu facetów stapia się na niej w jedną całość. McIntosh znowu pokazał, że jest zabójczo nautralnym instrumentem i tylko wtedy nie ma wzmacniacza w torze, gdy on tani jest. Piękna barwa, bez żadnych wyostrzeń, ale znowu wszystko słychać. W kolędzie „Amen!" panowie pstrykają palcami i 'Nona w dłonie. Proponuję proste doświadczenie — posłuchajcie, pstryknijcie i klaśnijcie. Raczej nie śpiewajcie, bo nie zrobicie tego tak dobrze jak oni. Dopiero potem skupcie się na ich glosach i wszystko powinno stać się jasne. Mclntosh nie kłamie, nie kradnie cennych informacji z góry pasma, nie upiększa i nie powiększa Zachowuje się jak staromodny dżentelmen — kulturalnie pokazuje nam czystą prawdę o tym, co nabroili dźwiękowcy. A nabroili, bo pomimo klasy produkcji Reprise udało mi się raz usłyszeć efekt pracy montażysty. 

Nie zepsuło mi to jednak przyjemności obcowania z brzmieniem głosów Take 6. Wrażenia te postanowiłem sprawdzić z „My Very Bat" Eileen Farrell (Reference Recordings). Muszę przyznać, że tak często słucham Farrell, że przebiję chyba nawet miłośników Sary K., ale cóż zrobić, jeśli jest to świetny materiał do testowania sprzętu (ciągle obiecuję sobie, że pójdę do sklepu i kupię coś nowego, ale nic Sarę K). Tutaj niektóre wzmacniacze zabrzmią być może bardziej efektownie (na przykład Gryphon), ale na pewno nie tak realistycznie, bo z głośników popłynął spójny i prawdziwy dźwięk Instrumenty (cala orkiestra symfoniczna) były perfekcyjnie ustawione w przestrzeni, a saksofon byl już zdecydowanie lepszy niż w Gryphonie, który jest genialnym wzmacniaczem, ale trochę osusza i wyjaławia średnicę. Tutaj nie było uwag, podobnie jak w przypadku prawdziwej symfoniki —wstawkach baletowych do oper („Exotic Dances from Opera" —Reference Recordings). Sto pięćdziesiąt watów to nie byle co. więc Mclntosh zagrał z potęgą i rozmachem na miarę dzielonych elektrowni. W wyimku z „Salomei Richarda Straussa bardzo wielkie znaczenie zyskały instrumenty perkusyjne — bęben wielki, kotły, Mangiel, werbel, tamburyn. Niesłychana czystość dźwięku to zasługa przede wszystkim wzorcowej średnicy. Znowu dźwięk byl czysty, stereofonia naturalna — nie przesadzona, ale obszerna i precyzyjnie rozplanowana. Mclntosh dysponuje większym potencjałem w basie niż Gryphon. Ten drugi atakuje szybciej, zbierając za sobą pogłos. Mclntosh prowadzi natomiast linię równiej, w całej skali uderzając z identyczną mocą. 6850 nigdy nie podbarwia — więc w „Salome" było tylko na tyle ostro, na ile było trzeba, a mimo to przejrzystość imponowała. Ksylofon brzmiał jasno i czysto. No i dynamika — rozmach, furia w wili i subtelne cieniowanie małych poziomów — było wszystko. Jeśli znów porównamy 6850 z Gryphonem, to dojdziemy do tego, że Gryphon jest trochę szybszy, ale Mclntosh — bardziej prawidłowy w dozowaniu mocnych wrażeń. Nie popada w przesadę, ale jak już gruchnie, to nic pozostawia żadnych złudzeń co do swojej klasy i rzetelności z jaką zostało zmierzone owo 50 amperów z katalogu. Ale znów nic tutaj czaruje —jego głównym atutem pozostaje nadal perfekcyjna naturalność brzmienia i przejrzystość osiągnięta bez eksponowania czegokolwiek. Czystość dźwięku pozwalająca bez wysiłku śledzić kaidy instrument z osobna. Na każdym kroku przeczytacie o szkodliwym wpływie układów zabezpieczających, regulatorów, sprzężenia zwrotnego i wielu innych rzeczy, skutecznie rugowanych z audiofilskich wzmacniaczy. I cóż z tego, jeśli bogato w nie wyposażony Mclntosh wygrywa z „oczyszczonymi" konkurentami właśnie na polu, na którym powinien być mniej rzetelny? Może czas zrewidować swoje poglądy. Ale zanim dojdę do konkluzji warto wspomnieć o muzyce rozrywkowej, w której rolę pierwszych skrzypiec przejmują instrumenty podłączone do sieci. Tutaj już nie można mówić o naturalnym brzmieniu. Priorytetowego znaczenia nabierają za to inne cechy, takie jak dynamika, bas, przejrzystość, a sam charakter dźwięku określa się z pomocą innych przymiotników niż, dajmy na to, w symfonice. Najnowszy album Toto może nie jest nagrany rewelacyjnie, ale znajdą się na nim tak bogate aranżacje dostarczające informacji o basie, górze, że może on stanowić niezłe narzędzie do testu. Z udziałem 6850 dźwięk staje się masywny, otwarty i kolorowy. To z pewnością zasługą mięsistej i wypełnionej szczegółami średnicy. Słychać wszystko, czasem wręcz aż za dużo, ale znów nigdy nie zabolą uszy. Warto wspomnieć o wysokich tonach. Są niesłychanie czyste i ładne. Osoby oswojone z metaliczną agresją muszą poświęcić im trochę więcej uwagi, bo Mclntosh bardzo różnicuje ich charakter. Wielu z nas przyzwyczaiło się do jednolitego cykania w górze, więc może być dla nich nie lada zaskoczeniem to, że cyka tylko kilka przeszkadzajek, a pozostałe mogą mieć zupełnie inną barwę. Jeśli już jednak poznacie Mclntosha, to łatwo zrozumiecie, że od przybytku głowa nic boli, a bogactwo to nie ilość, a jakość. Podobną klasę i sposób prezentacji wysokich tonów wśród kolumn głośnikowych pokazują Thiele, pozbawione wad taniej kopułki. W zakresie wysokich tonów integra McIntosha prezentuje jakość, której nie powtórzą nawet końcówki mocy w tej cenie. Przede wszystkim — fenomenalna rozdzielczość. Kiedy słuchałem akustycznego jazzu, ostrego rocka czy przeładowanych aranżacji Dave Grusina nie opuszczało mnie wrażenie, że mam do czynienia z niepowtarzalnym zjawiskiem. Miejscami ilość informacji wręcz przytłacza — wielokrotnie pojawiały się rzeczy, o których istnieniu nie miałem pojęcia, pomimo tego. że w swój system włączałem już różne cuda. Jednocześnie byl też spokój i blask. To tak jakby odslonić okno w pokoju i wpuścić do niego sionce, które przyjemnie ogrzewa twarz. poprawia nastrój. ale nic razi. Widzimy wszystko lepiej, wyraźniej. Dzięki 6850 możemy też dostrzec uchem nowe rzeczy. Poznać swoje płyty na nowo. Nie słyszałem lepszych wysokich tonów, nawet w droższych zestawieniach. Góra idealnie stapia się ze średnicą, tak że znalezienie umownej granicy jest chyba niemożliwe. To dobrze, że Mclntosh nie dzieli muzyki na obszary, ale integruje ją. Jeśli miałbym jednym słowem określić dźwięk 6850, to niezmiennie nasuwa mi się przymiotnik „szlachetny". Mclntosh jest szlachetny jak stare wino, dobre cygaro
i prawdziwa skóra w Jaguarze. Można to wszystko zastąpić substytutami, ale to nic będzie to samo. Spokój starszego pana czasem jednak ustępuje iskrze młodości. Mclntosh to żywy instrument, w jego obwodach plynie gorąca krew. Mikrodynamika przy takiej przejrzystości nabiera namacalności. Energia ukryta w detalach udem delikatnie, ale zdecydowanie. Klasa sama w sobie. Tak, obecnie nie znajduję rywala dla Mclntosha w tej cenie, a jedną uwagę krytyczną zostawiam na koniec. Jednak nie bierzcie tego ze śmiertelną powagą, bo obserwacje te odnoszę do konkurentów z wyższej półki — dzielonych, królewskich kombinacji. Wśród integr Mclntosh jest punktem odniesienia i chyba już nie można lepiej. Ras jest bardzo potężny i równo prowadzony. Tutaj można jednak przyczepić się do tego. że niektóre wzmacniacze są szybsze. Mclntosh dysponuje ogromnym potencjałem
w tym zakresie, ale charakter jego niskich częstotliwości raczej Mania się w stronę miękkiej pulsacji. Gdyby zalety 6850 połączyć ze sprężystością basu dużego Tabu Gryphona powstałby wzmacniacz doskonały, wart jakieś czterdzieści tysięcy złotych.

Konkluzja
Późną nocą, gdy wszyscy normalni ludzie już śpią, we wnętrznościach mojego odtwarzacza wylądowała płyta „The Heart of Things" Johna Mc Laughina. Ostatni ""When Love is Far away" sączył się z głośników wypełniając cały kój nieziemskim pogłosem, na którego tle silne palce Mc Laughina szarpały metalowe struny raz z drapieżnością pantery, innym razem z ojcowską czułością. Bytem pod tak silnym wrażeniem, że włączyłem repeat. Lubię poczytać przed snem, ale tym razem słuchałem w kolko ballady opowiadanej przez Johna. Zanim zdążył mnie znudzić dziewiąty lub piętnasty powrót tematu, zasnąłem. Rano wiedziałem, że mam do zrobienia interes z polskim dystrybutorem Mclntosha.
 



 

2875 12

2875 12

2875 12

2875 12

2875 12

 


Maciej Stryjecki
Źródło: Hi-Fi i muzyka 05/1999

Pobierz ten artykuł jako PDF