fbpx

HFM

artykulylista3

 

McIntosh MCD550

mcint042015 09
McIntosh Laboratory to legenda w świecie hi-fi. Marka słynie nie tylko z dobrego brzmienia, ale także niepowtarzalnego wyglądu. Zapewne wielu z Was widziało zdjęcia realizowane dla potrzeb magazynów wnętrzarskich, na których system Maka idealnie uzupełniał dizajnerskie meble, wprowadzając do nowoczesnych apartamentów nieco oldskulowego dystansu.



Dla melomanów McIntosh to przede wszystkim przyjemność wielogodzinnych odsłuchów muzyki. Nie od dzisiaj wiadomo, że ta marka to charakterystyczny rodzaj brzmienia, które wprawne ucho wychwyci już po pierwszych taktach. To tak, jakbyśmy słuchali Leszka Możdżera, który na klawiszach fortepianu wyczarowuje niepowtarzalne dźwięki. Są one jak autograf artysty, rozpoznawalny od pierwszej chwili.


Budowa
MCD550 zastąpił w ofercie model MCD500. Nad nim znajdziemy już tylko referencyjny MCD1100.
Producent postawił na uniwersalność. Ktoś, kto zdecyduje się wyłożyć na zakup urządzenia 28500 zł, oprócz standardowego odtwarzacza CD/SADC otrzyma wysokiej klasy DAC.
Przednia ścianka kontynuuje stylistykę znaną od lat. Elegancki szklany panel z obu stron zdobi szlifowane aluminium. Właściciele starszych modeli nie odczują dyskomfortu, włączając MCD550 do systemu.
Symetrycznie rozmieszczone pokrętła, identyczne jak we wzmacniaczu, to także ukłon w stronę tradycji. Lewym wybieramy utwory; prawe służy do regulacji głośności. To bardzo przydatne rozwiązanie. Po pierwsze, pilotem można ustawić poziom sygnału na wyjściu; po drugie, źródło można podłączyć bezpośrednio do końcówki mocy.


mcint042015 01
Rozbudowana płytka sekcji sygnałowej z nowym przetwornikiem c/a.


Przyciski dyskretnie zlewają się z czernią frontu i tylko tradycyjnie czerwony włącznik zasilania i delikatnie świecąca dioda wyłamują się z wizualnej harmonii. Kształt przełączników od lat pozostaje niezmienny.
Jak przystało na sprzęt z górnej półki, wąską szufladę napędu wykonano z aluminium. Otwiera się bezszelestnie i z gracją. Dwie wiązki lasera o różnych długościach pozwalają na odczyt formatów CD i SACD. Chociaż każdemu przyporządkowano osobną wiązkę, współpracują z jedną soczewką.
Całość uzupełnia niebieski wyświetlacz oraz wyjście słuchawkowe. MCD550 wykorzystuje elastyczny układ High Drive, który w porównaniu z poprzednikiem oferuje wyższą moc. Dzięki temu można podłączyć praktycznie dowolne słuchawki bez obawy o ich wysterowanie.
Tylna ścianka przypomina, że mamy do czynienia z urządzeniem zbudowanym w XXI wieku. Do dyspozycji są dwie pary wyjść XLR oraz RCA. Wybierając sposób podłączenia, można albo skorzystać z wbudowanej regulacji głośności, albo przesłać sygnał bezpośrednio do wzmacniacza.
Cztery złącza systemowe pozwalają połączyć MCD550 z innymi firmowymi komponentami. Wtedy powstaje łatwa do obsłużenia całość. Sygnał w postaci cyfrowej wyprowadzimy, używając wyjścia koaksjalnego lub optycznego. Chcąc wykorzystać źródło jako DAC, mamy do dyspozycji identyczną parę wejść. Na deser pozostaje USB, do którego podłączymy np. komputer.


mcint042015 02
Wzornictwo niezmienne od lat i oby jak najdłużej.


Ukryte w obudowie ze stali nierdzewnej serce odtwarzacza to ośmiokanałowy konwerter c/a. Każdy kanał stereofoniczny obsługuje jego połowa, czyli cztery przetworniki, pracujące w poczwórnym układzie zbalansowanym. Dzięki takiemu rozwiązaniu udało się obniżyć poziom zniekształceń (THD 0,0015 % dla CD i 0,0025 % dla SACD), poprawić dynamikę oraz rozdzielczość. Układ przyjmuje dane do 32 bitów/192 kHz i obsługuje zarówno format PCM z płyt CD (lub wejść cyfrowych), jak i DSD – z nośników SACD.
Transport to nowa konstrukcja, osadzona w odlewie ciśnieniowym. Cyfrowe serwo ma zapewniać szybkość, bezszelestność oraz precyzję pracy. Dla lepszej korekcji błędów oraz dokładniejszego odtwarzania ścieżek dwukrotnie zwiększono (w porównaniu do standardowych rozwiązań) prędkość sczytywania danych (płyta obraca się szybciej), które zanim zostaną przetworzone, trafiają do bufora pamięci.

Za zasilanie odpowiadają transformatory mocy typu R-core, współpracujące z wielostopniowymi regulatorami napięcia. Ten liniowy układ zaprojektowano tak, aby pozostawał bezgłośny, nawet w przypadku nieoczekiwanych zmian napięcia sieci.
Projektantom obwodów elektronicznych należy się uznanie. Jeśli miałbym na cokolwiek narzekać, to ewentualnie na zbytnią delikatność układu odczytującego. Zdarzało się, że oryginalna, pozbawiona zarysowań płyta CD nie została odtworzona, a na wyświetlaczu pojawiał się napis „no disc”. Problem występował losowo i mógł dotyczyć każdego krążka, nawet tego, którego dopiero co słuchaliśmy.
Przydatną funkcją jest możliwość regulacji głośności. Jeśli używamy wzmacniacza innej marki, nie musimy trzymać w rękach dwóch pilotów. A kiedy korzystamy z tego udogodnienia, dźwięk nie traci na jakości.

Konfiguracja
McIntoshowi MCD550 towarzyszyły w teście następujące komponenty: wzmacniacz McIntosh MA6700; kolumny Waterfall Victoria i Cambridge Audio Aeromax 6 oraz okablowanie Fadel Art Aphrodite (głośnikowe) oraz Nordost Red Dawn XLR (łączówka).
Wrażenia odsłuchowe

Jak już wcześniej wspomniałem, oprócz niepowtarzalnego wzornictwa, Amerykanie stworzyli nie mniej rozpoznawalną szkołę brzmienia. Dlatego McIntosha można zarówno darzyć gorącym uczuciem, jak i omijać szerokim łukiem. Kiedy jednak spojrzymy na wysoką pozycję i renomę marki, przyznamy, że pierwsza opcja zdecydowanie przeważa. Siłą napędową koncernu są bez wątpienia wzmacniacze. Źródła rzadziej lądują w domach melomanów. Przypięta niegdyś łatka deprecjonowała odtwarzacze z zielonym logo jako zdecydowanie za drogie w stosunku do oferowanej jakości brzmienia. Sprawdzimy, czy z MCD550 ta opinia się potwierdzi.

Producent zapewnia o całkowitej „przeźroczystości” odtwarzacza. Tym bardziej byłem ciekaw, ile są warte obietnice w zderzeniu z charakterystyką pozostałych komponentów systemu.
Czytając opis konfiguracji, niektórzy zapewne zdziwią się wykorzystanymi do pracy kolumnami. Ale ponieważ znam je bardzo dobrze, mogłem łatwo określić sposób, w jaki odtwarzacz wpływał na dźwięk.
To, że mamy do czynienia ze źródłem z wysokiej półki, potwierdziły już pierwsze obserwacje. Na wzorowo wykreowanej scenie, na której każdy instrument ma swoją przestrzeń, uderza koegzystencja ciszy z muzyką. Może to trochę poetycka metafora, ale dokładnie takie wrażenie odniosłem na początku odsłuchu. Zaskoczenie będzie jeszcze większe, jeśli tuż przed podłączeniem MCD550 posłuchamy jakiegokolwiek budżetowego źródła. Czystość brzmienia McIntosha, połączona z jego lekkością, robi duże wrażenie, a Cambridge Audio Aeromax 6 oraz Waterfalle przeskoczyły dzięki nim do wyższej ligi.


mcint042015 04
Oddzielone zasilanie i obróbka sygnału. Transport z aluminiową szufladą.

Amerykański odtwarzacz potrafił wydobyć z nagrań najdrobniejsze szczegóły, a łatwość, z jaką mu to przychodziło, cieszyła ucho i zapewniała wielogodzinny relaks przy muzyce. Dzięki precyzji niuansowania barw i artykulacji, nie trzeba było nawet zbyt mocno rozkręcać gałki potencjometru. Detale docierały do naszych uszu także w trakcie cichego słuchania. Fakt ten docenią szczególnie osoby, których sąsiedzi regularnie oprotestowują nadmiar decybeli.
Przez cały czas użytkowania McIntosha nie udało mi się zidentyfikować jego choćby najmniejszego negatywnego wpływu na dźwięk. Płyty grały dokładnie tak, jak zostały zrealizowane, a kolumny jeszcze wyraźniej pokazały swoje charaktery.
Nie jest tajemnicą, że Waterfalle nie grzeszą nadmiarem basu. McIntosh także im go nie dołożył, ale zdecydowanie ułatwił prezentację ich atutu w postaci atrakcyjnej średnicy i dźwięcznej góry. Dobierając odpowiedni rodzaj muzyki, można było nawet odnieść wrażenie, że kolumny prezentują podobny poziom co źródło. Tak samo było z Aeromaksami 6. Tutaj basu nie brakowało, choć w pewnych sytuacjach można było mieć zastrzeżenia do jego kultury. Wykorzystanie high-endowego odtwarzacza pozwoliło nabrać niskim zakresom nieco ogłady. Dodatkowo poprawa sprężystości umożliwiła reprodukcję szczegółów artykulacji w stopniu nie gorszym, niż w pasmach średnich i wysokich. Przekaz zyskał na spójności.


mcint042015 16
Bogate wyposażenie. Stałe i regulowane wyjścia analogowe.


Jeśli miałbym jednym słowem scharakteryzować MCD550, postawiłbym na „neutralność”. Dzięki niej do naszych uszu dobiega muzyka brzmiąca tak, jak została zarejestrowana.
Dzięki neutralności MCD550 czuje się dobrze w każdym repertuarze. Radzi sobie zarówno z gęstą fakturą orkiestrowego tutti, jak i częstymi skokami dynamiki. Łatwość, z jaką pokonuje potencjalne przeszkody, jest wręcz rozczulająca. Kojarzy mi się to z Wyntonem Marsalisem, którego talent i genialna technika sprawiają, że słuchaczowi zaczyna się wydawać, iż trąbka to najłatwiejszy instrument na świecie.


mcint042015 17
Pilot jakby z innej bajki. Urodą nie grzeszy, ale działa.


Konkluzja
Słuchając płyt z McIntosha MCD550, utwierdziłem się w przekonaniu, że pogłoski o rychłej śmierci formatu CD są mocno przesadzone. To wysokiej klasy źródło, które odnajdzie się w dowolnej konfiguracji, a niejednokrotnie znacznie podniesie jakość brzmienia systemu. Biorąc pod uwagę legendarną markę, niepowtarzalny wygląd i uniwersalność, kwota 28500 zł nie wydaje się przesadzona. Tym bardziej, że takiego źródła zapewne długo nie będziemy chcieli zmieniać.

 

mcintoshmcd550 o



Artur Rychlik
Źródło: HFM 04/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF