fbpx

HFM

artykulyskrot3

Xavian XN 125 Evoluzione Speciale

44-47 04 2011 01Dawno, dawno temu, w czasie jednego z pierwszych Audio Show, natrafiłem na kolumny nikomu nieznanej firmy Xavian. Prezentujący je wystawca miał jeszcze gramofony AU/RA, wzmacniacze Ri-Audio i inne urządzenia zza południowej granicy, których nazwy dla polskich audiofilów były czystą egzotyką.

Wśród wielu kolumn zebranych na wystawie czeskie monitorki wyróżniały się urodą, klasą wykonania, brzmieniem oraz przystępną ceną. Małe XN 125 ujęły mnie od pierwszego wejrzenia, a kolejne płyty wrażenie to pogłębiały.
Po stoczeniu słabej walki wewnętrznej wręczyłem pracownikowi dystrybutora żądaną kwotę i szybko oddaliłem się z nowym nabytkiem. On też musiał być w siódmym niebie, bo trafił na wariata, który uwolnił go od monitorów nikomu nieznanej marki, w dodatku pochodzącej z Czech – w naszym mniemaniu – audiofilskiej pustyni. Była to pierwsza para Xavianów XN 125 sprzedana w Polsce.

Numery seryjne: 17 i 18/98.
Pierwszymi zestawami, jakie opuściły w 1996 roku manufakturę Roberto Barletty, były monitory XN 225. Wkrótce dołączyły do nich podstawkowe XN 230 oraz podłogowe XN 325. W następnym roku debiutanckie XN 225 zostały zastąpione przez XN 125, a później poszło już z górki. Obecnie oferowanych jest kilkanaście modeli podłogowych, podstawkowych oraz głośników centralnych. Do tego dwa subwoofery oraz dwa modele stendów. Jak na ośmioosobową firmę – dużo. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektóre modele trzeba czekać nawet kilka tygodni. W dodatku rynek wtórny Xavianów jest niewielki, co dobrze świadczy o ich klasie.
Pierwsza wersja XN 125 utrzymała się w katalogu przez cztery lata. W 2001 roku przeszła lekki lifting, lecz w podstawowe założenia nie ingerowano. Trzecia wersja, z dopiskiem „Evo”, pojawiła się w 2006 roku i tutaj już zaszły iście rewolucyjne zmiany. Główne różnice polegały na zastosowaniu pojedynczych gniazd WBT (w poprzednich wersjach były podwójne zaciski z logo Xaviana), aluminiowego tunelu bas-refleksu, nowych przetworników oraz skórzanych etykiet w miejsce tradycyjnych naklejek z nazwą modelu. W 2009 roku wersję „Evo” zastąpiła „Evoluzione Speciale”, która jest wytwarzana do dziś. Na razie nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miała się pojawić edycja MkII.

Budowa
Z odległości kilku kroków XN 125 ES wyglądają jak wyciosane z jednego kawałka drewna i nawet przyłożenie nosa do obudów nie zdradza miejsc łączenia okleiny. Można za to wyczuć mieszaninę zapachów szlachetnego drewna i skóry. Stolarka jest perfekcyjna. Roberto Barletta zaopatruje się w forniry u jednego z najlepszych producentów w Europie, a fragmenty na poszczególne kolumny są dobierane z zachowaniem takiego samego układu słojów. Lakier nakłada się w sposób pozwalający zachować fakturę drewna.
Obudowy XN 125 ES wykonano z MDF-u o różnej grubości. Fronty mają po 18 mm, ścianki boczne i górna – 22 mm, natomiast dolna aż 4 cm. Nie bez powodu, ponieważ w dno wpuszczono dwie nagwintowane tuleje, dzięki którym można przymocować monitory do firmowych podstawek.
Wnętrze wytłumiono płatami gąbki i prasowaną watoliną przyklejoną do boków.
Charakterystyczną cechą wszystkich modeli XN są odchylone przednie ścianki, redukujące niezgodności czasowe przetworników. Poza tym maksymalnie zbliżono do siebie centra akustyczne głośników, co miało na celu poprawienie charakterystyki kierunkowej w pionie. W pierwszej wersji XN 125 górę pasma przetwarzała 18-mm miękka kopułka Scan-Speaka D2008, zaś środek i dół – 14-cm Peerless z blaszanym koszem i polipropylenową membraną. W najnowszych XN 125 SE na górze znalazła się 29-mm kopułka Morela z jedwabiu nasączanego Acuflexem, wyposażona w komorę obniżającą rezonans własny membrany. W testowanej parze średnie i niskie tony przetwarzał 15-cm Scan-Speak 15W/4532A00 z aluminiowym koszem, ale w materiałach producenta można znaleźć informację, że w XN 125 ES montowane są mid-woofery pochodzące od Peerlesa-Vify. Punkt podziału ustalono na 2700 Hz.
Głośniki są przykręcane śrubami z logo Xaviana, wpuszczonymi w nagwintowane tuleje. Wprawdzie normalny użytkownik nie będzie w nich gmerał, ale gdyby do tego doszło, to ponowne przykręcenie koszy nie spowoduje wypaczenia otworów montażowych.
Zwrotnicę 1. rzędu, ulokowaną na drukowanej płytce, przytwierdzono wprost do gniazd. Wśród elementów można dostrzec kondensator polipropylenowy i metalizowane oporniki, filtrujące kopułkę oraz cewkę rdzeniową w torze nisko-średniotonowca.

44-47 04 2011 02     44-47 04 2011 03

XN 125 ES są konstrukcją wentylowaną, z wylotem bas-refleksu umieszczonym z tyłu. Tunel to aluminiowa rurka o grubości ścianek przekraczającej 4 mm. Jak twierdzi konstruktor, metal, w przeciwieństwie do tworzyw sztucznych, gwarantuje wysoką sztywność oraz zapobiega modulowaniu niskich tonów. Pojedyncze terminale przyjmują dowolny rodzaj końcówek kabli. Jest to ten sam model, tyle że niezłocony, który przez lata stosowano we wszystkich Xavianach. Na podstawie wieloletniego użytkowania mogę stwierdzić, że sprawdza się w praktyce.
Zamiast tabliczki znamionowej Barletta nakleja na swoje kolumny paski skóry z wytłoczoną nazwą, oznakowaniem biegunów gniazd oraz numerem seryjnym. Testowane egzemplarze były 48. parą XN 125 Evoluzione Speciale, jak opuściła manufakturę w Kladnie. Jest w tym coś magicznego; dotykając obudów Xaviana, odnoszę wrażenie kontaktu z instrumentem wykonanym przez utalentowanego lutnika, a nie pochodzącym z taśmy produkcyjnej.
„Efektem ubocznym” grubszych ścianek i nowych głośników jest większa masa. Stare XN 125 ważą niecałe 6,5 kg; nowe są o 1,5 kg cięższe.

44-47 04 2011 04     44-47 04 2011 05

Konfiguracja
System odniesienia składał się z odtwarzacza Bladelius Syn, przedwzmacniaczy Audio Research Reference 5 i B.A.T. VK-3ix oraz wzmacniacza mocy Audio Research DS 450. Całość spięły kable Synergistic Research z serii Tesla, wyposażone w aktywne ekranowanie. Kolumny stanęły na podstawkach Stand Art Model 4. Sprzęt grał w pokoju o powierzchni 20 m2.

Wrażenia odsłuchowe
Choć miał to być zwykły test, postanowiłem porównać nową odsłonę Xaviana z moimi leciwymi XN 125. Myślę, że wielu czytelników zadaje sobie pytanie, czy modernizacje i wersje „specjalne” faktycznie niosą ze sobą poprawę brzmienia, czy też stanowią jedynie zabieg marketingowy. Sam byłem ciekaw.
Porównując oba modele, odtwarzałem te same fragmenty nagrań. Co się przy tym nagimnastykowałem, to moje, ale już po trzech, czterech płytach miałem jasny obraz sytuacji.
Brzmienie pierwszych XN 125 koncentrowało się na średnicy. Niewiele kolumn, które przewinęły się przez moje skromne progi, dorównywało czeskim monitorom w reprodukcji wokali. O ile odtwarzacz ze wzmacniaczem nie zmarnowały dobrze nagranej płyty, małe Xaviany otaczały mnie dźwiękiem wysokiej próby. Oddechy i mlaśnięcia były czytelne, a naturalność barw pozostawała poza dyskusją. Nie była to jednak laboratoryjna sterylność, lecz próba nawiązania intymnych relacji pomiędzy słuchaczem a wokalistą uwięzionym na srebrnym krążku.
Drugim atutem starych XN 125 był fortepian. W audiofilskich nagraniach pysznił się bogatą paletą barw. Mniej efektowne wysokie tony zdawały się przy średnicy ciut wycofane, ale wystarczyło posłuchać zespołu jazzowego z perkusistą grającym miotełkami, by porzucić podobne przypuszczenia.
Jedynym aspektem brzmienia, w którym głośniczki faktycznie ustępowały licznym konkurentom, jest zasięg basu. W pierwszej serii XN 125 niskie tony zaczynały się od 55 Hz i choć ich barwa i kontrola stały na wysokim poziomie, to praw fizyki nie da się oszukać. Brakowało głębszego zejścia, zwłaszcza w muzyce rockowej i organowej, ale przy wszystkich innych atutach mogłem przejść nad tym do porządku dziennego.
Najnowsza wersja XN 125 zachowuje większość zalet protoplastów, wzbogacając je o dodatkowe elementy.
W pierwszej chwili nowe Xaviany zdawały się grać głośniej od poprzedników przy tym samym ustawieniu wzmacniacza. Rzut oka na tabelę danych częściowo to tłumaczy. Pierwsza i druga seria XN 125 miały impedancję 8 omów. W wersji Evoluzione spadła ona do sześciu, co zaowocowało subiektywnie postrzeganym wzrostem dynamiki.
Czarowna średnica dawnych XN 125 została nieco pozbawiona uroku, za to zdecydowanie poprawiły się precyzja i detaliczność. Brzmienie się ochłodziło. Pojawiło się więcej głosek szeleszczących, oddechów i niuansów artykulacji. „Prawdziwość” nowej wersji działała hipnotyzująco i powrót do starych kolumn nie był już, niestety, bezbolesny.
Duże zmiany zaszły też w górze pasma. Stała się bogatsza i lepiej definiowalna. Można nawet użyć określenia:wyrafinowana. Odbiło się to, oczywiście, na budowie sceny. O ile w starych XN 125 była ona wysunięta przed kolumny i z wyraźnie zaznaczoną głębią, to teraz zrobiła dobre dwa kroki w tył. Można, rzecz jasna, eksperymentować z ustawieniem kolumn tak, by ogniskowa znalazła się przed lub za słuchaczem, ale powyższego spostrzeżenia dokonałem stawiając XN 125 ES dokładnie w miejscu ich poprzedniczek. Poprawie uległy wysokość i szerokość sceny, choć ten ostatni element był w pierwszej serii trudny do pobicia.
Analizując średnie i wysokie tony bliski byłem uznania wyższości najnowszej wersji XN 125 nad moimi ukochanymi monitorami. Resztę wątpliwości rozwiała reprodukcja basu.
W XN 125 ES schodzi on zdecydowanie głębiej. Wprawdzie pięć herców w paśmie przenoszenia nie powinno ruszyć z posad bryły świata, ale różnica była słyszalna już na pierwszy rzut ucha. Nie trzeba było używać wyobraźni, by dostrzec niskie tony w klasyce. Bas był obecny i budował zaskakująco solidną podstawę. Maluchom Xaviana wciąż daleko do kolumn podłogowych, czy nawet monitorów wyposażonych w duże woofery, ale uważam, że przy tych gabarytach trudno będzie osiągnąć lepszy rezultat.

Reklama

Konkluzja
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że moje wierne XN 125 udadzą się wreszcie na emeryturę. Tylko one wiedzą, jak bardzo na nią zasłużyły.

44-47 04 2011 T

Autor: Mariusz Zwoliński
Źródło: HFiM 04/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF