fbpx

HFM

artykulylista3

 

Wielcy producenci -Trevor Horn

074 077 Hifi 04 2019 001Częstokroć słyszymy o producentach muzycznych. Czy jednak wiemy, jaką odgrywają rolę? Przecież producent producentowi nierówny. Niektórzy czasem tylko wpadają do studia i mówią: „skasujcie te klawisze, a tu wstawcie sampel z trąbką”. Inni stale są na miejscu. Przebudowują struktury, pilnują pasm, z hitów potencjalnych tworzą hity prawdziwe. Ba! Zdarza się i tak, że tworzą muzykę niemal od początku, bo artysta przychodzi jedynie z pomysłem, z którym tak do końca nie wie, co zrobić.
Dlatego postanowiliśmy się przyjrzeć sławnym producentom i firmowanym przez nich wydawnictwom płytowym od zaplecza; rzucić światło na ludzi, którzy stoją za produkcjami, ale nie są tak znani jak wykonawcy firmujący albumy.



Zaczynamy od Trevora Horna. Kompozytora, basisty, wokalisty, ale przede wszystkim producenta. Ilość płyt, w których powstawaniu uczestniczył, jest imponująca. Znajdują się wśród nich albumy przełomowe, za którymi Horn stał całym sobą oraz takie, w których brał udział jedynie jako współproducent. Dziś przybliżymy te z nich, których wstyd nie znać.

074 077 Hifi 04 2019 002


ABC: The Lexicon of Love (1982)
Ten klasyczny album należy do kanonu new romantic. Do muzyki wnosi jednak więcej niż typowe elementy gatunku, jak: wrażliwy wokal, syntetyczna perkusja i osobliwe barwy syntezatorów. Brzmieniowo rozciąga się pomiędzy latami siedemdziesiątymi (przemyca mnóstwo wątków ze złotej ery disco) a tym, co nowe i futurystyczne.
Przestrzeń jest zbudowana bardzo inteligentnie. Nie drażni przeładowaniem, a barwy ciepłe przeplatają się z chłodnymi. Perkusja jest próbkowana, ale odnosi się wrażenie, że w jakimś stopniu pozostaje akustyczna. Zresztą, żywa gra przeplata się tu z rytmami zaprogramowanymi tak umiejętnie, że słuchacz do końca nie wie, co zostało wsamplowane, a co nie.
Sekcję uzupełnia ciepły, choć zdyscyplinowany bas. Strona rytmiczna nawet z dzisiejszej perspektywy brzmi świeżo. Przestrzeń wypełniają starannie dobrane klawisze i oszczędna, funkująca gitara. Główny wokal został umiejscowiony idealnie i nic niczego nie zagłusza.
Trevor Horn wiedział, jak grać ciszą. Stosował zasadę „less is more”, choć powiedzieć o tej produkcji, że jest skromna, byłoby przesadą. To rzecz zbalansowana, elegancka, ale też zróżnicowana. Zaskakujące, że nawet na starych masterach pasmo okazuje się bardzo szerokie. Horn antycypował to, co miało się stać z muzyką za kilka lat, kiedy do studiów wjadą stoły SSL i wielkie głośniki. Albo może po prostu, jako basista, nie wyobrażał sobie, że mogłoby zbraknąć potężnego dołu?

074 077 Hifi 04 2019 002


Yes: 90125 (1983)
O tej płycie napisano właściwie wszystko. Była kontrowersyjna i przełomowa. Dawni fani Yes się wściekli, że ich ukochany progresywny zespół zaczął grać pop. A jednak album przyniósł kilka błyskotliwych hitów, a za instrumentalny utwór „Cinema” grupa otrzymała Grammy.
Rzeczywiście, w porównaniu z klasycznymi krążkami Yes, takimi jak „Fragile” czy „Close to the Edge”, „90125” jest bardzo nietypowy. Cóż jednak mogli zrobić muzycy w czasie, gdy wszystko się zmieniało? Zamknąć się w coraz mniejszych klubach i łupać ciągle to samo dla starzejących się hippisów, czy zacząć robić coś nowego i wyjść do ludzi? Wybrali drugą opcję, a Trevor Horn (ich dobry znajomy, który zresztą śpiewał na albumie „Drama”) wziął się za produkcję i wyniósł brzmienie zespołu na wyżyny szlachetnej komercji.
Od momentu powstania „90125” pojawiają się głosy, że album jest przeładowany i przeprodukowany. Faktycznie, słychać, że każdy z muzyków zaangażował się na 300 %, a cały album aż kipi od atrakcji. Właśnie dlatego brzmienie musiało zostać ugrzecznione. Co innego aranżacje. Są tak gęste, że aż się pali. Pasma jednak uporządkowano i stonowano, choć stare mastery dają czasem wrażenie przeładowania środka kosztem skrajów. W tej produkcji chodziło jednak o coś innego: upakowanie jak największej ilości porywających elementów, które odzwierciedlą potencjał zespołu, a jednocześnie wyniosą go na szczyty list przebojów. Udało się.

074 077 Hifi 04 2019 002


Frankie Goes to Hollywood: Welcome to the Pleasuredome (1984)
Frankie Goes to Hollywood nie porywali taką sprawnością instrumentalną jak Yes. Powiedzieć o nich, że nie trzymali wysokiego poziomu, byłoby jednak niesprawiedliwie. Im po prostu chodziło głównie o trans i ekstazę.
Ich przełomową płytę z roku 1984 Horn potraktował jak pudełko pełne niespodzianek. Tak, by mogła stanowić wspaniały prezent lub bilet do ciekawego świata. Akcja rozwija się powoli. Ci, którzy znają Frankie jedynie z hitu „Relax”, mogą się bardzo zdziwić. „Welcome to the Pleasuredome” to przestrzenny pop, podbarwiony szerokimi jak kosmos klawiszami. Słychać – charakterystyczny dla Horna – głęboki bas oraz inteligentnie wykorzystane gitary elektryczne. Pomimo pozornego bałaganu wszystko jest uporządkowane. Nie ma tu zbędnego dźwięku ani zabiegu producenckiego, zaś melorecytacje Gary’ego Taylora (w wersji kasetowej Geoffreya Palmera) wzbogacają transowy klimat.

074 077 Hifi 04 2019 002


Grace Jones: Slave to the Rhythm (1985)
Grace Jones była nie tylko piosenkarką, ale także aktorką i modelką. Jej klipy wyglądały jak dzieła sztuki. Podobnie jak ona sama, bo właśnie taki wizerunek starała się tworzyć. Wysoka czarnoskóra piękność zagrała nawet w Bondzie („Zabójczy widok”, 1985).
O brzmienie jednego z jej najbardziej klasycznych albumów – „Slave to the Rhythm” – zadbał właśnie Trevor Horn. To produkcja bardzo zdyscyplinowana. Na pierwszym planie wyeksponowano sprężysty, funkujący rytm. Nie brakuje jednak fantastycznej, transowej przestrzeni, zgrabnie wplecionych sampli i psychodelicznego klimatu. Recytacje aktora Iana McShane’a potęgują atmosferę tajemnicy i niesamowitości. Co ciekawe, singlowy „Slave to the Rythm” został tu rozciągnięty niemal na cały album. Elementy z teledyskowej wersji pojawiają się w innych utworach, podkreślając integralność albumu. Przy czym należy zaznaczyć, że znanej powszechnie wersji tutaj nie uświadczymy. Podobny zabieg na płycie „The History Mix” zastosował zespół Godley and Creme z utworem „Cry”. Może to trochę drażnić tych, którzy nie słuchają albumów i czekają na skondensowane atrakcje, jednak w myśl tej koncepcji: liczą się nie hity, lecz zjawisko artystyczne.
Trevor Horn znakomicie zrealizował ten zamysł. Wyprodukował album spójny i bardzo stylowy. Bo przecież przede wszystkim o styl chodziło.

074 077 Hifi 04 2019 002


Propaganda: A Secret Wish (1985)
„Byłam wściekłą dziewczyną, której emocje rozpaczliwie szukały ujścia. Chodziło o bunt.” – wspomina Claudia Brücken, wokalistka niemieckiego zespołu Propaganda, który tworzyła wraz z Susanne Freytag. W ich muzyce element buntu i prowokacji był bardzo ważny. Wiedział o tym Trevor Horn, podpisując z grupą kontrakt z ramienia swojej oficyny ZZT.
Brzmienie Propagandy jest zadziorne i niebezpieczne. A porównując je z innymi produkcjami, można by rzec, że bywa chłodne i surowe. „A Secret Wish” okazuje się jednak płytą zróżnicowaną, nie pozbawioną wątków lirycznych, przestrzennych i przebojowych. Być może owe różnice wynikają z faktu, że Horn jedynie nadzorował produkcję? Funkcję głównego producenta sprawował Stephen Lipson. Zespół był kojarzony na całym świecie, a utwór „P: Machinery” trafił na ścieżkę dźwiękową serialu „Miami Vice”.

074 077 Hifi 04 2019 002


Pet Shop Boys: Introspective (1988)
W roku 1988 cały świat oszalał na punkcie singla „Domino Dancing”. Nawet w zmęczonej PRL-em Polsce oglądało się teledysk, puszczany po Teleekspresie. Za piosenką, podobnie jak za całą płytą, stał właśnie Trevor Horn.
Albumem „Introspective” Pet Shop Boys wpisali się w kanon lat 80. To muzyka przede wszystkim do klubu. Nikt nie porównuje brytyjskiego duetu np. do Frankie Goes to Hollywood, ale w produkcji słychać wiele cech wspólnych. Pewna zadziorność, podrywająca dźwięki do lotu, charakterystycznie osadzony bas i uporządkowana przestrzeń to podstawy. Krążek wyróżnia eksponowanie elementów rytmicznych. Wokal zdaje się lekko schowany za dominującą ścianą głównego groove’u. Słychać, że Horn ułożył wszystko tak, by żadne DJ-skie remiksy nie były już potrzebne, a płyta była gotowa do odtwarzania na głośnych imprezach.
Warto zauważyć, że wersje singlowe bardzo się różnią od albumowych. W krótszych wariantach radiowo-telewizyjnych kawa wykładana jest od razu na ławę. Miksy płytowe rozwijają się znacznie wolniej. Trwają dłużej i są o wiele mniej intensywne pod względem struktur. Ale u Horna to normalne.

074 077 Hifi 04 2019 002


Simple Minds: Street Fighting Years (1989)
W 1989 roku Zachód trąbił o dziurze ozonowej i krzywdach, jakie wyrządził w swoich dawnych koloniach, a Wschód za chwilę miał zrzucić kajdany zniewolenia. Muzycy też mówili o rzeczach ważnych, a gitarę traktowali jak miecz. Taka też jest płyta „Street Fighting Years”, na której, prócz dylematów refleksyjnych („Wall of Love”, „Belfast Child”), poruszane są tematy polityczne. Przykłady to „Mandela Day” czy „Biko”. Ten drugi jest coverem utworu Petera Gabriela, opowiadającym o mordzie, jaki w 1977 roku wydarzył się w Pretorii w RPA na posterunku policji. A muzycznie i brzmieniowo? Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: co nam przeszkadzało w wybitnej dotąd twórczości Simple Minds z lat 80.? Czy nie uważacie, że lekki bałagan? Pomimo świetnych kompozycji trochę za dużo się tam czasem działo. Trevor Horn dokonał niesamowitej rzeczy, bo nie dość, że uporządkował dźwiękową rzeczywistość, to jeszcze nie pozbawił zespołu artystycznego charakteru. Przestrzeń, ekspresja, basowe groove’y – wszystko zostało. Simple Minds są nadal sobą. Mało tego. Są w szczytowej formie.

074 077 Hifi 04 2019 002


Seal: Seal lub I (1991)
O tym, że właściwie za każdą płytą Seala stoi Trevor Horn, wiadomo nie od dziś. Nie było jednak łatwo wyprodukować tak wspaniałe albumy komuś, kto wcześniej właściwie stworzył sound lat 80. Nowa dekada przyniosła bowiem przełom. Mnóstwo osób odcięło się od poprzedniego okresu, skreślając go i uznając za przebrzmiały. Tymczasem Horn nie tylko zdefiniował zupełnie nowe brzmienia, ale w owej wolcie pozostał sobą. Co więcej, stworzył charakterystyczną otoczkę wokalu Seala, którą pielęgnował i rozwijał przez długie lata.
Muzyka jest subtelna i artystyczna, a jednak wpadająca w ucho i rozrywkowa. Horn chętnie zatrudniał muzyków sesyjnych, czasem do zagrania tylko jedynej, za to idealnej partii. Zapewne również dzięki temu ten album brzmi znakomicie do dziś. Stał się inspiracją dla wielu twórców. Po słynnego „Killera”, którego Seal nagrał wcześniej z brytyjskim muzykiem house Adamskim, sięgnął nawet George Michael.

074 077 Hifi 04 2019 002


Mike Oldfield: Tubular Bells II (1992)
Choć na łamach „Hi-Fi i Muzyki” prowadziliśmy już raz dyskusję na temat tego albumu (ja broniłem „dwójki”, Naczelny „jedynki”), pozostaję przy swoim zdaniu. Druga część jest bardziej dopracowana i kropka. Jej produkcja sprawia, że brzmi świeżo do dziś. A przecież od premiery minęło prawie trzydzieści lat!
Oldfield odpowiadał za pomysł i kompozycje, Trevor Horn – za produkcję. Tym samym udowodnił, że sprawdza się nie tylko w repertuarze popowym. Album został zbudowany na rozległych, ale jak zawsze uporządkowanych planach. Dużo dzwonków, perkusjonaliów, fortepianów, lekkich gitar, ale jak przyłoją basem, to od razu wiadomo, kto stał za konsoletą. Wszystko pozostaje stonowane i eleganckie. A także nadal bardzo współczesne. Być może dlatego, że nikt na siłę nie mieszał w instrumentarium. Dominują Steinway, Stratocaster i Korg M1.

074 077 Hifi 04 2019 002


Tina Turner: Wildest Dreams (1996)
Babcia Tina nagrała w 1996 jeden ze swoich najlepszych albumów. I choć nie była to ostatnia studyjna płyta słynnej wokalistki, to bez wątpienia można mówić o jej ostatnim wielkim wydawnictwie. Później zagrała światową trasę, nie omijając Warszawy. Byłem na tym koncercie i nie mogłem uwierzyć, że sześćdziesięcioletnia wówczas artystka ma w sobie tyle energii.
Sam album wielu mógł zaskoczyć. Fani bardziej rockowej Tiny mogą narzekać na próbkowany charakter niektórych utworów, ale nie brakuje też żywej perkusji, prawdziwego basu i innych nieprzetworzonych instrumentów.
Horn stworzył brzmienie na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Jest więc trochę utworów o charakterze soulowym, tych nieco zahaczających o rock, ale całość spina porządny radiowy pop. Świetnym przykładem może być kompozycja U2 „Goldeneye”, która znalazła się na ścieżce dźwiękowej do kolejnego odcinka przygód Jamesa Bonda. Ale u Horna, jak to u Horna, nie brakuje atrakcji. Prócz mocnej sekcji i bogatego tła, spotykamy się np. z melorecytacjami. Za jedną z nich („In Your Wildest Dreams”) stoi Antonio Banderas. Wersja na Stany Zjednoczone została zrealizowana z Barrym White’em. Album nie jest jednak eksperymentem. Wersje singlowe ogólnie pokrywają się z tymi na płycie, a brzmienia mają mało z ryzykownych remiksów. Może to jednak był moment, że trzeba było dążyć do spójności? W końcu najlepszy czas dla muzyki, czyli lata osiemdziesiąte, już dawno się skończył.

074 077 Hifi 04 2019 002


Podsumowanie
Nie sposób wymienić wszystkich produkcji i wykonawców, z którymi Trevor Horn jest powiązany. To długa lista, pełna imponujących tytułów i nazwisk. W środowisku mówi się, że to ciepły i wspaniały człowiek. Podobno obchodzi go nawet, czy muzyk ma wygodne łóżko, bo przecież w czasie sesji artysta powinien być zrelaksowany. On sam uważa, by w studiu nie zgubić istoty muzyki i nie siedzieć w nim zbyt długo. Ciekawe, bo wszyscy mówią, że zawsze jako pierwszy się zjawia i jako ostatni wychodzi…

074 077 Hifi 04 2019 002


Z Robertem Srzednickim – muzykiem, kompozytorem, autorem tekstów i realizatorem – rozmawia Michał Dziadosz:
Robert Srzednicki – założyciel i współwłaściciel Serakos Studio. Współpracował z takimi wykonawcami, jak: Riverside, Lunatic Soul, Farben Lehre, Komety, Amarok, Iluzjon, Skowyt, Lesław i Administratorr, Happysad, Pustki. Tworzy duet producencki razem z żoną Magdą.
Jego dorobek płytowy przekracza 160 albumów, z których kilkanaście znalazło się na liście Olis (zestawienie najlepiej sprzedających się płyt w Polsce). Wykładowca Akademii Menadżerów Muzycznych. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV oraz Członek Zwyczajny ZAIKS.

074 077 Hifi 04 2019 002


Jak postrzegasz Trevora Horna i jego działalność?
Trevor Horn to legenda. Działając od wczesnych lat siedemdziesiątych, był jednym z pionierów tej profesji. Prawdopodobnie był też jednym z pierwszych producentów muzycznych, których zdanie liczyło się na równi, a kto wie, czy nie bardziej od zdania artysty. To człowiek odpowiedzialny za finalny kształt płyty, począwszy od wyboru kompozycji, poprzez aranżację, dobór barw oraz instrumentów, po ostateczny charakter brzmieniowy tworzony w procesie miksu oraz masteringu. Kierownik całego przedsięwzięcia, kierujący ekipą zdolnych podwykonawców (jak np. realizator Steven Lipson).
Czy jego styl jest Ci bliski?
Bardzo doceniam dopracowanie i dbałość o szczegóły. Aranżacje są niezwykle bogate. Brzmienie głębokie, miękkie i bardzo profesjonalne. Niemniej, w produkcjach Horna jego sygnatura jest tak wyraźna, że niekiedy odnosi się wrażenie, iż sfera produkcyjna przesłania wartości muzyczne. Innymi słowy, opakowanie staje się ważniejsze od treści.
Być może dlatego Horn, poza wyjątkiem, jakim jest Seal, pracował z artystami tylko przy jednej płycie. Najczęściej udanej, niekiedy przełomowej, ale z jakichś względów współpraca na niej się kończyła.
Znasz jakieś sekrety pracy Horna?
O jego metodach i  trickach wiadomo relatywnie niewiele. O innych znanych producentach można przeczytać bardzo dużo. Są wywiady, opisy stylu pracy, sprzętu… Być może Horn strzeże swoich tajemnic, a może po prostu szczyt jego kariery przypadł na lata przedinternetowe. Jedną za znanych ciekawostek jest ta o powstaniu brzmienia „stopy” w utworze „Relax” Frankie Goes to Hollywood. Połączył tam samplowany bas z fortepianem, a następnie przepuścił przez sampler Fairlight.
Twoje ulubione płyty, które powstały przy udziale Trevora Horna?
Mike Oldfield – „Tubular Bells II”. Piękna, moim zdaniem lepsza i bardziej dopracowana od „jedynki”. Niezwykle plastyczna w doborze barw.
Simple Minds – „Street Fighing Years”. Najlepsza, najbardziej dojrzała, najbardziej przebojowa oraz emocjonalna płyta Simple Minds. Ponoć w trakcie sesji nagraniowej nie obyło się bez tarć. Perkusista Mel Gaynor, po kłótni z Hornem, został zdegradowany do funkcji muzyka sesyjnego (na płycie grają też Manu Katche i Steward Copeland), niemniej efekt jest świetny.
Seal – „II”. Tę płytę kochają prawie wszyscy znani mi muzycy. Materiał oscyluje gdzieś pomiędzy ambitnym popem, soulem a rockiem. Utwór „Bring It On” to mistrzostwo pod każdym względem.
W przypadku Seala to ponoć właśnie Horn jest głównym aranżerem i ubiera w dźwięki szkic, składający się z partii gitary akustycznej oraz wokalu. Kiedyś liczyłem (czytając opis na wkładce CD), ilu muzyków brało udział w nagraniu drugiej płyty Seala. Wyszło mi bodaj 63! Dużo, ale taki jest właśnie styl Horna.
Sam do powyższego zestawienia wybrałem „jedynkę” Seala. Trochę z przekory. Dziękuję za rozmowę.

 




Michał Dziadosz
Źródło: HFM 04/2019


Pobierz ten artykuł jako PDF