HFM

artykulylista3

 

Marantz KI Pearl Lite

44-49 11 2010 01Kiedy mówimy o osobowościach w świecie hi-fi, przychodzą nam na myśl twórcy niewielkich manufaktur albo charyzmatyczni założyciele sporych firm. Osobowości można jednak znaleźć nawet w koncernach, czego przykładem Marantz i pracujący dla niego już ponad 30 lat Ken Ishiwata.

Limitowane i specjalne edycje produktów pojawiają się w katalogach z różnych powodów. Głównie dla uczczenia okrągłych rocznic działalności firmy lub produkcji danego modelu;

czasami także jako hołd dla konkretnych osób. Rzadko się zdarza, żeby takie urządzenia były projektowane od podstaw. Najczęściej są to mniej lub bardziej przerobione wersje modeli znajdujących się w regularnej ofercie. Niektórzy idą na łatwiznę, wypuszczając na przykład słuchawki z muszlami pomalowanymi innym lakierem lub kolumny, które od normalnej wersji różnią się tylko okleiną i tabliczką przy gniazdach. U Marantza wygląda to inaczej. To Ken Ishiwata zajmuje się tuningiem fabrycznych urządzeń. Z Marantzem są jak AMG i Mercedes. Konstruktor bierze na warsztat zwykłe wzmacniacze i odtwarzacze, wydobywając z nich najlepsze cechy. Dobrze wie, jakie zmiany przyniosą poprawę brzmienia. Podstawowe modele nie są złe, ale ich kostruktorzy zwykle muszą oszczędzać. Większość urządzeń, przechodzących upgrade Ishiwaty, pochodzi ze średniej półki cenowej. Japończyk wybiera te poważnie wyglądające, w których można znaleźć ogniwa ograniczające jakość brzmienia. A wszystko, czego się dotknie, zamienia się w miedź. Wnętrza, tylne ścianki, a nawet śruby mocujące. Miejmy nadzieję, że pewnego dnia nie podzieli losu króla Midasa.
W ubiegłym roku Marantz i Ken Ishiwata uczcili 30 lat współpracy, wprowadzając na rynek system KI Pearl. Zestaw bazował na serii 15 i z zewnątrz nie różnił się od niej prawie niczym za wyjątkiem małych pereł, wkomponowanych w panele frontowe. Problem w tym, że, jak wiele jubileuszowych produktów, urządzenia KI Pearl były drogie, więc niewielu klientów miało okazję się z nimi zapoznać. Cena stawiała je poza zasięgiem wielu melomanów. Marantz poinformował więc, że w odpowiedzi na głosy klientów skonstruował urządzenia wykorzystujące podobne rozwiązania, ale tańsze. Oczywiście mistrz Ishiwata dołożył do nich swoje trzy grosze. Tak narodził się system KI Pearl Lite.

Budowa
Pierwsze wrażenia po wyjęciu sprzętu z pudełek są znakomite. Nowe wzornictwo, z wyraźnym podziałem na proste panele frontowe i lekko wygięte skrzydła po bokach, zawsze mi się podobało. Testowane urządzenia wyglądają jeszcze lepiej za sprawą wygiętych płyt bocznych, pokrytych błyszczącym czarnym lakierem. Jeśli komuś nie podoba się wersja prezentowana na zdjęciach, może zamówić kolor szampański. Boki pozostaną jednak czarne.
W katalogu Marantza serie KI Pearl i KI Pearl Lite to oddzielne zakładki, ale wiadomo, że nie zostały zaprojektowane od podstaw. Jak większość modeli sygnowanych nazwiskiem Ishiwaty są zmodyfikowanymi wersjami klocków z regularnej oferty. Producent nie podaje dokładnie, które modele wzięto na tapetę, ale z porównania perłowego systemu ze zwykłymi Marantzami wynika, że bazą wzmacniacza był PM7004, a odtwarzacza – SA8003. Z wyjątkiem bocznych paneli i drobnych zmian na tylnych ściankach prezentują się tak samo.

44-49 11 2010 02     44-49 11 2010 05

Odtwarzacz SA-KI Pearl Lite
Perłowy odtwarzacz wygląda na zwyczajne minimalistyczne źródło, przeznaczone dla zatwardziałych zwolenników płyt kompaktowych. W rzeczywistości SA-KI Pearl Lite potrafi więcej. I nie chodzi tu o możliwość odczytu płyt SACD. Wkraczamy w erę plików i Marantz zdał sobie z tego sprawę. Na przedniej ściance, oprócz szuflady transportu, wyświetlacza, sześciu przycisków i wyjścia słuchawkowego z potencjometrem, znajdziemy złącze USB i przycisk „Disc/Input”. Do odtwarzacza można podłączyć pendrive z plikami muzycznymi, choć musimy się zadowolić formatami MP3 i WMA (urządzenie nie obsługuje bezstratnych formatów takich jak np. FLAC).
Z tyłu ulokowano jeszcze trzy wejścia cyfrowe – koaksjalne, optyczne i kolejne gniazdo USB do podłączenia komputera. Wypróbowałem obie możliwości odsłuchu plików i to rozwiązanie bardzo mi się spodobało. Obsługa w przypadku podłączenia pendrive’u jest wyjątkowo prosta, a współpraca z pecetem to już banał. Wystarczy wpiąć przewód i zmienić urządzenie wyjściowe w panelu sterowania. Plug and play.
Odtwarzacze CD z gniazdami USB mogą być odpowiedzią na problem odsłuchu plików na audiofilskich systemach hi-fi. Dotychczas poruszaliśmy się w grupie serwerów, streamerów, zewnętrznych kart dźwiękowych i przetworników, ale skoro w odtwarzaczu CD mamy dobrej jakości konwerter c/a, to wystarczy dodać kilka gniazd cyfrowych, aby jego możliwości można było wykorzystać także do odtwarzania plików z komputera. Rozszerzenie funkcjonalności odtwarzacza CD nie powinno wpłynąć na jakość odczytu srebrnych krążków.
Wyposażenie SA-KI Pearl Lite obejmuje też dwa wyjścia cyfrowe (koaksjalne i optyczne), wyjście analogowe w postaci szeroko rozstawionych gniazd RCA i dwubolcową sieciówkę.
Skoro mówimy o płytach, ich odczytem zajmuje się znany z droższej serii KI Pearl transport Xylon. Jego chropowata brązowa szuflada ma pochłaniać niepożądane odbicia światła lasera. W czasie testu zdarzało mu się jednak „zamyślać” przed odczytaniem zawartości krążka. Chwilami słyszalne było również specyficzne cykanie, ale na szczęście na tyle ciche, żeby nie przeszkadzało w odsłuchu.
Wnętrze podzielono na trzy sekcje. Środkową zajęły transport oraz spory transformator toroidalny. Po bokach zamontowano dwie płytki drukowane. Pierwsza zawiera elementy zasilacza, przetwornik i układy cyfrowe, obsługujące wejścia pendrive’ów i komputerów. Konwersję c/a powierzono 24-bitowemu Cirrus Logicowi CS4398. Druga płytka to układy analogowe, w których zastosowano firmowe moduły HDAM-SA2 (Hyper Dynamic Amplifier Module). Wszystko spoczywa w obudowie pokrytej miedzią. Dodatkowo, w celu ochrony układów elektronicznych przed zakłóceniami transformatora, otoczono go metalową puszką ekranującą.

44-49 11 2010 04

Wzmacniacz PM-KI Pearl Lite
Perłowy wzmacniacz to kwintesencja stylu Marantza. Ortodoksyjni audiofile będą go obsługiwać tylko włącznikiem sieciowym (nie przewidziano trybu czuwania) i dwoma dużymi pokrętłami. Lewe służy do wyboru źródła, a prawe to regulator głośności, połączony z mechanicznym potencjometrem. Poziom wysterowania oznaczono ledwie widocznym wcięciem. Nawet w świetle dziennym można mieć problemy z określeniem wychylenia gałki. Warto więc przed odsłuchem upewnić się, czy kończąc poprzedni, nie zostawiliśmy potencjometru na godzinie dwunastej.
Przednią ściankę wyposażono jeszcze w cztery mniejsze pokrętła, służące do regulacji barwy i balansu. Znajdziemy tu także cztery nieduże przyciski aktywujące wyjścia głośnikowe (A i B), funkcję „SourceDirect”(ominięcieregulacjibarwy) i bezpośrednie wejście do końcówki mocy. Dla amatorów nauszników przewidziano duże gniazdo słuchawkowe.
Z tyłu uwagę zwracają masywne terminale głośnikowe. Nawet we wzmacniaczach z tej półki rzadko widuje się takie rarytasy. Gniazda umożliwiają wygodny montaż dowolnego typu wtyczek. W teście korzystałem z zakończonych widełkami kabli głośnikowych Albedo Monolith. Oprócz kompletu wejść liniowych mamy do dyspozycji wejście gramofonu z wkładką MM z zaciskiem uziemiającym, wyjście z przedwzmacniacza, wejście do końcówki mocy, dwie pętle magnetofonowe i złącze zdalnego sterowania.
Wnętrze, podobnie jak w odtwarzaczu, dosłownie ocieka miedzią. W zasilaczu zastosowano pokaźnych rozmiarów transformator toroidalny, otoczony ekranującą puszką i drugi, mniejszy transformator z rdzeniem E-I, obsługujący prawdopodobnie układy niezwiązane z częścią sygnałową. Zasilanie oddzielono od elektroniki blokiem radiatorów odprowadzających ciepło z tranzystorów mocy. Integra dostarcza 70 W na kanał przy ośmioomowym obciążeniu i 100 W przy czterech omach. Producent zapewnia, że wzmacniacz jest konstrukcją w pełni dyskretną, a gdzieś na płytkach drukowanych czają się moduły HDAM-SA3. Nie udało się ich jednak zlokalizować, bo całe wnętrze obudowy zostało dość ściśle zabudowane, a płytki miejscami ułożono piętrowo.

44-49 11 2010 03

Konfiguracja
System Marantza zagrał z Audio Physicami Tempo VI, ustawionymi w 18-metrowym pokoju o przyjaznej akustyce. Okablowanie pochodziło od Albedo i Tary Labs, a zasilanie składało się z sieciówek Ansae Muluc Supreme oraz listwy Fadel Art Hotline IEC. Elektronika stanęła na stoliku Base z granitowymi blatami i tłumieniem olejowym.

44-49 11 2010 06

Wrażenia odsłuchowe
Niektórzy mówią, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Rzeczywiście coś w tym jest, ale w przypadku sprzętu grającego pierwszy odsłuch potrafi być złudny. Dlatego jeśli testowany sprzęt już od pierwszych minut wypada korzystnie, niektórzy audiofile traktują go nieufnie. Tak było w przypadku Marantza.
Zagrał czysto, z werwą i pewnością siebie. Pomyślałem, że po kilku minutach ten styl prezentacji może zacząć męczyć. Stało się inaczej. Marantz w długim odsłuchu dowiódł swojej wartości i zamiast denerwować, jeszcze bardziej do siebie przekonywał.
Grał dostojnie, poważnie. Czysto, ale kulturalnie. Kiedy po kilku dniach lista wad wciąż świeciła pustkami, poddałem się i zacząłem używać KI Pearl Lite jak własnego systemu.
Jubileuszowy zestaw nie stawia na jeden aspekt prezentacji, ale utrzymuje równy, wysoki poziom w każdym z nich. Trudno wskazać jakiś słabszy punkt. Za to największą zaletą jest umiejętność dostosowania się do odtwarzanego repertuaru. Marantz radzi sobie z każdą muzyką i z każdej potrafi wydobyć to, co najlepsze.
W klasyce stawia na równowagę między zakresami i rzetelne odwzorowanie barwy instrumentów. Umie oddać relacje przestrzenne i informacje o akustyce sali, w której dokonano nagrania. Nie dodaje nic od siebie, a jeśli podkreśla niuanse, to robi to z klasą. Potraktowany muzyką elektroniczną, pokazuje pazur i dynamikę. Sekretem jest nie tyle mocny atak, co umiejętność błyskawicznego ucinania impulsów i kontrola niskich tonów. Pearl Lite potrafi grać rzeczowo i po męsku. A podłogowe Audio Physiki Tempo VI nie są najłatwiejszymi partnerami. Tylko naprawdę dobre wzmacniacze zapanują nad basowymi membranami. Marantz sprawdzał się tu znakomicie. Oczywiście między nim a używanym przeze mnie na co dzień McIntoshem MA6600 istnieje różnica kilku klas, ale charakter prezentacji wydaje się zbliżony. Nawet w karkołomnych nagraniach elektronicznych i trip-hopowych KI Pearl Lite nie dał się przyłapać na zmiękczeniu najniższego basu bądź uwypukleniu wybranej części pasma. Natomiast w muzyce akustycznej i wokalnej najważniejsze miejsce zyskała średnica. Nie było w niej wprawdzie lampowego osłodzenia, ale jednak trochę przyjaznego ciepła udało się zlokalizować. Jego ilość okazała się wystarczająca, żeby nie można było posądzić Marantza o brzmienie wyprane z emocji. Jak w każdym innym aspekcie, również i tutaj japoński system dąży do obiektywizmu, ale nie odbywa się to kosztem przyjemności słuchania. Temperaturę barw należałoby umieścić tuż powyżej umownego zera. Ważniejsza wydaje się umiejętność jej zróżnicowania, a z tym zadaniem jubileuszowy zestaw radzi sobie naprawdę świetnie. Instrumenty mają bogatą fakturę. Nic nie jest sprowadzane do wspólnego mianownika. Marantz stara się, aby muzyka nie zlewała się w papkę i nawet w ciężkim rocku pozostaje rozdzielczy.
Do stereofonii także nie mam uwag. System swobodnie kreśli kontury dźwięków i zostawia między nimi odpowiednią ilość powietrza. Audio Physikom bardzo się to spodobało. Nie ukrywam, że mi również. Do tego stopnia, że zrezygnowałem z rozdzielania systemu i opisywania jego elementów osobno. Pewnie zrobiłbym tak, gdybym przeczuwał, że jedno z urządzeń ogranicza jakość brzmienia. Ale ponieważ odsłuchy były bardzo przyjemne, uznałem to za bezcelowe.

Reklama

Konkluzja
Czy systemowi KI Pearl Lite można coś zarzucić? Raczej nie. KI Pearl Lite nie oferuje lampowego ciepła ani trudnego do opisania pierwiastka magii, dzięki któremu można by się było w nim zakochać. Jednak takie sytuacje zdarzają się rzadko i zwykle dotyczą sprzętu klasy hi-end. W swojej cenie testowany system pokazuje bardzo wiele zalet. Ken Ishiwata może być z niego dumny.

44-49 11 2010 T

Autor: Tomasz Karasiński
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Komentarze  

+4 #1 Rob Roy 2014-04-24 02:02
bazą wzmacniacza był PM7004

Raczej PM8004.
Cytować | Zgłoś administratorowi
+5 #2 MLP 2018-05-17 18:46
Witam
Podstawą wzmacniacza był PM8003 KI Perl Lite to PM8004 sprzedawany w USA. Różnice pomiędzy 8003 a 8004, 8005 jest marginalna schemat jest ten sam, inne są niektore kondensatory i one dają niewielką różnicę w brzmieniu.
Cytować | Zgłoś administratorowi
+7 #3 MLP 2018-05-17 18:54
Te wzmacniacze głównie różnią się regulacją barwy dzwięku w wersji 8004, 8005 jest dodatkowo regulacja tonów średnich i regulacja wysokich ma nieco inną charakterystykę, ale w trybie DIRECT nie różnią się. kondensatory filtrujące zasilanie przy wzmacniaczu mocy w PM8003 mają 18000uF a w pozostałych PM8004, PM8005 te kondensatory mają mniejszą pojemność 15000uF, w PM8003 potencjometr ma 20kom w pozostałych 50 kom. to są takie różnice więc i brzmienie jest podobne. We wzmacniaczach serii 7000 czyli np. PM 7003... to znowu ten sam układ elektroniczny ale kondensatory są z serii standardowej. transformator jest IE, a w serii 8000 jest toroid. To są świetne sprawdzone konstrukcje, bardzo udane.
Cytować | Zgłoś administratorowi