fbpx

HFM

artykulylista3

 

Tour de Chopin

100-105 11 2010 01Tour de Chopin - Podsumowanie XVI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie

 

Na świecie jest dziś 750 konkursów pianistycznych. Tylko w tym roku odbyło się ich 330. Życia by nie starczyło, by być uczestnikiem wszystkich, choć rekordzista zaliczył ich 120. Konkurs Chopinowski należy do najstarszych wydarzeń muzycznych i wciąż się liczy. Pianistów i publiczność przyciąga od 83 lat. Właśnie zakończyła się jego XVI edycja.

 

Zimowe początki i Chopin w Internecie
Wszystko zaczęło się w lutym, kiedy zebrała się komisja kwalifikacyjna, która przesłuchała nagrania nadesłane przez kandydatów. Wybrano wtedy 230 osób i zaproszono je do udziału w eliminacjach. Te odbyły się w drugiej połowie kwietnia i wyłoniły 81 pianistów. Ostatecznie do Warszawy przyjechało na początku października 79 osób. Tegoroczny konkurs został włączony w obchody roku chopinowskiego; postanowiono zatem nadać mu szczególną rangę. Było to widać przede wszystkim po składzie jury. Nigdy jeszcze w historii tej imprezy nie zdarzyło się, by do Warszawy zjechało tylu wielkich pianistów. W komisji zasiedli: Martha Argerich, Nelson Freire, Fou Ts’Ong, Dang Thai Son, Kevin Kenner, Philippe Entremont, Bella Dawidowicz, Michie Koyama, Adam Harasiewicz, Katarzyna Popowa-Zydroń, Piotr Paleczny i Andrzej Jasiński.


Skład to zacny, choć także w tym roku nie zaproszono żadnego artysty, który by zasłynął z nietypowych interpretacji Chopina. Nie zdecydowano się także wyjść poza schemat oceniania pianistów przez pianistów. Takie rozwiązanie być może gwarantuje zrozumienie materii gry przez jurorów, ale nie oznacza ich szerokich horyzontów w zakresie interpretacji. Nieraz zastanawiałem się, czy ktoś z takim nazwiskiem jak Argerich czy Freire ma w swojej bogatej karierze czas, by posłuchać innych wykonań. By poznać muzykę różną od tej, którą sam gra. Z rozmów z muzykami wynika, że raczej rzadko sięgają do nagrań, a już na pewno nie analizują wielu wykonań tego samego dzieła. Może więc warto by w przyszłości zaprosić do jury kogoś naprawdę osłuchanego? Dziennikarza, muzykologa, kompozytora? Tak już przecież bywało. Wtedy werdykt jury byłby średnią ocen ludzi patrzących z różnych perspektyw i być może w konkursie większe szanse zyskaliby ci, którzy wolą iść drogą młodego Ivo Pogorelicia niż Rafała Blechacza.
Konkurs starano się w tym roku wyraźnie umedialnić. O ile „na mieście” nie było o nim głośno, to w Internecie – naprawdę bogato. Konkursowa strona ruszyła dość późno, ale znalazły się na niej nie tylko zdjęcia czy biogramy uczestników, ale też transmisje online ze wszystkich etapów przesłuchań oraz dźwiękowe i wizualne archiwum konkursu. Każdego dnia późną nocą ukazywał się kolejny egzemplarz gazetki konkursowej – „Chopin Express”. Można w niej było znaleźć wywiady z jurorami i innymi znanymi osobami, związanymi z Chopinem i jego muzyką. Swoje stałe rubryki mieli dziennikarze komentujący kolejne dni konkursu. Na słuchaczy czekały też w filharmonii bezpłatne płyty CD, zawierające wybór z występów wszystkich uczestników. Realizowano je z dnia na dzień, co w polskich warunkach jest cudownym wydarzeniem. W sumie kolekcja liczy 20 płyt. Już wiadomo, że NIFC będzie chciał te nagrania wydać oficjalnie jako tzw. „niebieską serię”. Mają się w niej znaleźć wykonania zaprezentowane przez najbardziej interesujących uczestników konkursu.

100-105 11 2010 02     100-105 11 2010 04

 

Pierwsze sukcesy, pierwsze rozczarowania
I etap zaczął się 3 października. Każdy musiał zagrać dwie etiudy oraz dwa inne, zwykle nieco dłuższe utwory z listy w regulaminie. Uczestnicy najczęściej wybierali któryś z nokturnów, balladę, scherzo, fantazję f-moll lub barkarolę Fis-dur. Udało mi się w tym etapie wysłuchać 24 osób. Były wśród nich wykonania poprawne, lecz nie porywające, były też takie, w których od razu słyszało się braki techniczne. Obyło się za to bez kompletnych porażek. To znak, że eliminacje przeprowadzono solidnie, a konkursowicze dobrze przygotowali się do występu.
Wśród tegorocznych uczestników mieliśmy siedmioro Polaków. Wysłuchałem gry trzech z nich. Jacek Kortus od początku zyskał moją dezaprobatę zbyt ciężkim, masywnym dźwiękiem i przesadną dynamiką. W nokturnie E-dur zapomniał o budowaniu narracji i zmianach dynamiki; nie przejmował się też zbytnio barwą. W etiudzie a-moll zabrakło mu choć odrobiny finezji. W efekcie usłyszeliśmy krzykliwą, niewyraźną i niedokładną technicz
nie grę. Etiuda h-moll była tak zamazana i ciężka, że w notatkach napisałem: „Chopin pisał brzydkie rzeczy”. Na koniec było scherzo h-moll. Poszatkowane, niewyraźne w biegnikach, mechaniczne w finale i w dodatku zagrane nieładnym dźwiękiem, choć na steinwayu. Ze wszystkich występów słuchanych przeze mnie w tym etapie, ten był zdecydowanie najgorszy. Mimo to Kortus przeszedł do drugiego etapu.
Podobnie zresztą jak Marcin Koziak, któremu nadałem przydomek „drwal”. W nokturnie c-moll grał wolnym, jednostajnym tempem jak w marszu żałobnym. Nie zmieniał barwy, był patetyczny i głośny. Etiudy zagrał przyzwoicie, choć trochę nerwowo. W scherzu b-moll znów pokazał skłonność do ciężkiej ręki w forte i siłowej gry z twardymi, zduszonymi akordami stawianymi poprzez wbijanie klawiszy bez oderwania ręki od klawiatury. Nie dbał o cieniowania i zmiany barwy ani o płynność frazy.
Tym bardziej szkoda mi było kilku osób, którym nie dano już szansy rozwinięcia skrzydeł. Odpadły sympatyczna, muzykalna i dobra technicznie Niemka – Anke Pan oraz bardzo ciekawa Sheng-Yan Kuan z Tajpej – artystka, której dobra czytelność obu etiud oraz naturalna narracja i jasny dźwięk w fantazji f-moll przykuły moją uwagę. Odpadł wreszcie Rosjanin, Władimir Matusewicz, któremu udało się stworzyć wprost oniryczny nastrój w nokturnie cis-moll, a potem zbudować prawdziwy dramat w scherzu h-moll. Cytowaną tam kolędę „Lulajże Jezuniu” potraktował bez sentymentu, jako kolejną Chopinowską melodię i zabrzmiała ona w jego wykonaniu naprawdę pięknie.
Dobrze, że jury dając szansę Kortusowi i odrzucając kilkoro dobrze się zapowiadających pianistów przepuściło tych naprawdę ciekawych. Wśród nich 25-letnią Rosjankę, Juliannę Awdiejewą. Zaczęła nokturnem H-dur, nadając mu przepiękne pastelowe barwy, pokazując wrażliwość na frazę i pauzy, które mają znaczenie nie mniejsze od dźwięków. Ozdobniki grała precyzyjnie i z dużą finezją, a na koniec mieliśmy jeszcze migotliwy, niemal impresjonistyczny finał. Polubiłem też jej interpretację etiudy As-dur op. 10 nr 10. Zagrała ją precyzyjnie, łagodnym dźwiękiem i bawiąc się dynamiką oraz dialogami obu rąk. Występ zakończyła scherzem E-dur. Pokazała w nim dużo szczegółów, fascynujące dialogi sopranów z basami, precyzję i swobodę. Pięknie zagrała piano w części środkowej, stworzyła wciągającą opowieść i słychać było, że znalazła się na tym konkursie nieprzypadkowo. Uwierzyłem jej od razu, choć wokół roiło się od komentarzy, że sztuczna, że „Balladyna na motocyklu”, no i „jak w ogóle można było grać w butach na takim wysokim obcasie?”!
Do drugiego etapu wszedł także Paweł Wakarecy. Cieszyłem się z tej decyzji. Nokturn Es-dur zagrał, podkreślając ważne motywy. Miał ładną barwę i rozsądnie prowadził zmiany dynamiczne. Scherzo b-moll było bardzo męskie, ale też z pięknym miękkim brzmieniem w części środkowej. Była to naprawdę mądra i dojrzała interpretacja. W etiudach podobał mi się nieco mniej, ale zagrał je sprawnie, wyrównanym dźwiękiem i dobrze technicznie. Czekałem, co pokaże w kolejnych etapach.

100-105 11 2010 03     100-105 11 2010 06

 

Drugi etap z oddali i wschodzenie gwiazd
Trochę zmęczony pierwszym etapem i zajęty innymi obowiązkami, drugą część zmagań śledziłem w telewizji. Przeszło 40 osób. Musiały zagrać wybrane utwory z regulaminowej listy. Niektórzy dopiero w tym etapie brali się za ballady i scherza. Obowiązkowe były walce i mazurki, a także jeden z trzech polonezów i dowolny utwór Chopina, którego nie wykonali w I etapie. Czas występów był już dłuższy i wynosił 45-50 minut . Przesłuchania trwały od 9 do 13 października. Ich wynikiem było przepuszczenie do III etapu najlepszej, zdaniem jurorów, dwudziestki. Znależli się w niej także moi faworyci. Przeszła Awdiejewa, przeszedł też Wakarecy, który – choć wypadł nieco gorzej niż w I etapie – nadal dawał nadzieję na godne reprezentowanie kraju w konkursie. Ze zdziwieniem odnotowałem przejście Koziaka, a z aprobatą odrzucenie Kortusa. Na III etap postanowiłem chodzić bardziej aktywnie.
Zaczął się 14 października, kilka godzin po ogłoszeniu wyników poprzedniej rundy. Tym razem wszyscy młodzi pianiści musieli zagrać „Poloneza-fantazję” As-dur op. 61. Do tego mogli wybrać jedną z trzech sonat. Pierwszy raz w historii konkursu na liście znalazła się młodzieńcza, rzadko wykonywana sonata c-moll op. 4. Ze wszystkich uczestników eliminacji wybrało ją tylko dwoje, ale żadne nie przeszło do tego etapu. Ostat- nim elementem programu był dowolny utwór lub utwory Chopina, nie prezentowane w poprzednich etapach.
W III etapie coraz bardziej zaczęły się ujawniać silne indywidualności. Godzinne recitale dawały ku temu sposobność i wielu z niej skorzystało. Po raz pierwszy mieliśmy też do czynienia z owacjami na stojąco. Zasłużyli na nie dwaj pianiści. Pierwszym z nich był Ingolf Wunder. Wielki przegrany poprzedniego konkursu, za którym wielu płakało, kiedy nie wszedł do finałowej dziesiątki. Jak sam mówił, miał potem różne kryzysy, myślał nawet o porzuceniu kariery pianisty, ale nie był w stanie odnaleźć się w innym zawodzie. Po dwuletniej przerwie wrócił do Chopina i znów wystartował. Nic dziwnego, że od razu stał się faworytem sporej części melomanów.
Pięć lat pomiędzy edycjami wykorzystał na dopracowanie swojej techniki i pogłębienie interpretacji. Jego występ w III etapie należał do wielkich chwil tego konkursu. Zaczął „Rondem a la mazur” F-dur. Zagrał je filuternie, lekkim dźwiękiem, z dużą swobodą i fantastyczną precyzją techniczną. Jego bajeczne tryle przypominały estetykę Scarlattiego, a klasyczne proporcje z dobrym skutkiem odnosiły się do Mozarta. Potem było bolero a-moll. W nim podkreślił taneczność, dokładnie zagrał biegniki, oczarował zmianami tempa. Tu jednak po raz pierwszy pojawiła się u mnie wątpliwość – czy ów jasny, dość twardy, krótki, nie legowany dźwięk istotnie pasuje do poetyki Chopinowskiej frazy? Właściwszy byłby u Mozarta, Bacha albo Beethovena, ale tu
taj brzmiał trochę sucho i beznamiętnie. Z tym pytaniem pozostałem przez sonatę h-moll. Wunder zaprezentował w niej swoje charakterystyczne brzmienie, ale wciąż grał z dużą elegancją, budując dramaturgię akordami o dość luźnych proporcjach i zdecydowaną artykulacją. Pięknie zabrzmiało wyciszenie w III części, gdzie w końcu pokazał prawdziwie miękkie piano i z klawiszy fortepianu popłynęły wiersze, a nie proza. Na koniec usłyszeliśmy „Poloneza-fantazję”. Zaczął matowym, delikatnym i cichym dźwiękiem. Potem subtelnie, lecz czytelnie zaznaczał polonezowy rytm, wokół którego Chopin zbudował wszystkie fantazyjne motywy. Je także udało się Wunderowi zagrać bardzo dobrze, o dziwo, nawet zmieniając niekiedy barwę. Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, publiczność zerwała się z miejsc, choć byli i tacy, którzy kręcili nosem, mamrocząc coś o „niezrozumiałej wunderomanii”. Mnie się podobało.
Druga owacja miała miejsce po recitalu największego showmana tego konkursu, Bułgara Jewgienija Bożanowa. Nie słyszałem go w poprzednich etapach, przyszedłem więc bez oczekiwań i bez założeń. Po prostu usiadłem, słuchałem i... patrzyłem. A było na co. Bożanow w równym stopniu czyni teatr na fortepianie, co przy nim. Jego szerokie gesty, spojrzenia w stronę publiczności, unoszone co chwila ręce, akrobatyczne figury na wyjątkowym, własnym stołku sprawiły, że niekiedy trudno mi było powstrzymać uśmiech politowania. Starałem się jednak skupić na muzyce.
Zaczął „Polonezem-fantazją”. Faktycznie, słychać było oba te elementy. Czasem pianista popadał wręcz w fantazjowanie, ale nie można mu było odmówić pomysłowości i wyczucia stylu. Pokazał też bogatą kolorystykę i zrozumienie formy, tworząc całą muzyczną opowieść. Potem była sonata h-moll. Tu także sporo pomysłów, ale też niektóre nietrafione. Rubata grał tam, gdzie nie trzeba, przekombinował z prowadzeniem narracji. W III części zagrał piękną barwą, a w finale mocno podkreślił wirtuozerię, narzucił szybkie tempo, ale zapomniał o oddechu. Jego fraza zrobiła się drogą bez końca, a słuchacze nie dostali ani chwili odpoczynku. Muzyka rozpędziła się tak bardzo, że dały o sobie znać błędy techniczne. Mimo to Bożanow dostał burzę oklasków. Dla mnie jest pianistą sprawnym i wrażliwym, ale odniosłem wrażenie, że bardzo wyrachowanym, hochsztaplerem o dużych umiejętnościach technicznych. Dobrze wie, co się podoba zwykłemu słuchaczowi i tę wiedzę wykorzystuje, grając na emocjach nie gorzej niż na fortepianie. Jego migotliwe piano roztkliwia, potężne forte poraża, a gesty dają niektórym wrażenie, że mają do czynienia z człowiekiem natchnionym, w swoistym transie tworzenia. Mnie jakoś nie zahipnotyzował. Czułem, że to rzemieślnik, cyrkowiec, ale nie artysta z prawdziwego zdarzenia.
Nie mogłem, rzecz jasna, opuścić występu mojej faworytki. Julianna Awdiejewa zaczęła od ballady f-moll. Zagrała czytelnie, z konsekwentną narracją, może trochę zbyt dużo kombinowała z rubatem, ale za to pięknie kształtowała formę dzięki zmianom barwy i dynamiki. Potem słuchaliśmy dwóch nokturnów z opusu 27. Pokazała w nich matematyczną precyzję w lewej ręce, a w prawej łagodny śpiew, niekiedy nawet szept. Grała łagodną, płynącą powoli frazą, miękkim brzmieniem bez grama egzaltacji. W sonacie h-moll od pierwszych taktów było wiadomo, że będziemy widzami muzycznego dramatu. Gwałtowne, rozedrgane zmiany dynamiki i tempa, drapieżne, ostre akordy pokazały, jak wielki temperament drzemie w tej pianistce. Odkryła w Chopinie prawdziwego symfonika, a dzięki sprawnej technice była w stanie pokazać to przekonująco i precyzyjnie. Swój występ zakończyła „Polonezem-fantazją”, w którym wszystko było na swoim miejscu. Oczarowała bogactwem brzmieniowym i fakturalnym, ale niemal podprogowo wciąż zaznaczała polonezowy rytm. Dzięki temu wykonaniu naprawdę zrozumiałem istotę tego niezwykłego i trudnego dzieła. Nabrałem też pewności, że finał bez Awdiejewej byłby jak powitanie nowego roku bez szampana.
Do III etapu przeszło także dwóch naszych pianistów. Marcin Koziak zaczął „Polonezem-fantazją”. Zagrał sentymentalnie, bez większych zmian dynamiki i bez tytułowej fantazji. Nawet zaznaczony rytm polonezowy był sztuczny, nie wpisujący się w całość narracji. Potem słuchaliśmy równie nieciekawych nokturnów oraz kocich biegników i jednolitej barwy w scherzu E-dur. Na koniec zabrzmiała sonata h-moll. Mocny początek nie rozwinął się jednak w nic zajmującego. Wszystko zagrał wprost, bez próby zbudowania klimatu, a do tego pokazując monotonię w wolnej części. Zamiast wzniosłości mieliśmy senność, smutek, nawet depresję. Finał wybrzmiał na jednym oddechu, zagoniony i pod metronom, a do tego z błędami technicznymi.
Moje nadzieje związane z Pawłem Wakarecym także poległy w III etapie. Interesujące i zgrabnie zagrane preludia melodycznie nie były w stanie zrekompensować błędów, jakie popełniał w tych bardziej rytmicznych i wirtuozowskich. W „Polonezie-fantazji” tańca było mało, a fantazyjne motywy ani trochę nie przekonywały. Grał ładnym piano, ale chwilami aż nim epatował. Forte było nerwowe i nieopanowane, a w narracji bałagan. Sonata h-moll to natomiast obraz, jak się tego utworu grać nie powinno. Zdekonstruowane pochody akordowe, dużo błędów technicznych, wymuszone rubata, mało liryzmu, dużo chaosu. Byłem pewny, że ostatnia nadzieja Polaków zgasła z ostatnim akordem.

100-105 11 2010 05     100-105 11 2010 07

 

Jeszcze tylko występ z orkiestrą
Wszystko wyjaśniło się popołudniową porą, 16 października. Wyników słuchałem z mieszanymi uczuciami, od satysfakcji po rozczarowanie. Awdiejewa przeszła – i słusznie. Przeszli też Wunder i Bożanow. Koziak odpadł, czemu się nie dziwiłem. Przeszedł za to Wakarecy. Tego nie pojmuję. Nawet on sam był po wszystkim zdziwiony, a jego nauczycielka, zasiadająca w jury, ponoć wściekła. Paweł to utalentowany pianista, ale finał konkursu był dla niego na tę chwilę zbyt wysoko postawioną poprzeczką. Wiedział to on, wiedziałem to ja, wiedziało wielu, którzy go słuchali. Wrażenie powstało takie, że „komuś” zależy, by koniecznie w finale był jakiś Polak, podobnie jak wcześniej „ktoś” robił wszystko, by jak najwięcej naszych rodaków pchać przez cały konkurs. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że wystawiliśmy w tym roku silną ekipę. Te siedem osób grało nieźle, ale nie rewelacyjnie. Od rodaków Chopina trzeba wymagać znacznie więcej. Jeśli jakiś kraj wystawił w tym roku naprawdę silny zespół, to Rosja, co widać i słychać było w każdym etapie. Z odrzuconych przed finałem szkoda mi było ładnej i bardzo wrażliwej Włoszki – Leonory Armellini oraz Amerykanina – Andrew Tysona, który – choć grał niekiedy dziwacznie – miał swój urok i wzbudzał sympatię.
Po dwudniowej przerwie wypełnionej spekulacjami i rocznicowym koncertem w kościele św. Krzyża przyszedł czas na finałowe przesłuchania. Tym razem każdy musiał wybrać jeden z dwóch koncertów fortepianowych i zagrać go z orkiestrą FN pod dyrekcją Antoniego Wita. Tylko dwoje uczestników zdecydowało się na koncert f-moll. Przesąd głosi, że nikt nie wygrał konkursu, grając ten utwór. Tyle, że to nieprawda. W 1980 roku właśnie nim utorował sobie drogę do I miejsca Dang Thai Son.
Pierwszym finalistą był Rosjanin Mirosław Kultyszew. Czy to z powodu stresu, czy przemęczenia, a może braku obycia z orkiestrą, zagrał bezbarwnie i nerwowo. Publiczność przysypiała i wiadomo było, że po takim występie jego szanse na podium spadły do zera.
Drugim z Rosjan był Danił Trifonow. Kojarzyłem go z I etapu, gdzie przepiękną barwą zagrał nokturn H-dur. Tym razem także oczarował pastelowym piano, choć w II części trochę mi zabrakło emocji i z głównej melodii zrobiła się ckliwa kantylena. Widać też było sporo nerwów w szybkich tempach, niedogranych dźwięków i urwanych fraz.
Trzeci finalista to Paweł Wakarecy. Zagrał koncert f-moll, ale wyszła mu w nim jedynie II część. Tam pokazał prawdziwy liryzm i poezję. Części skrajne zagrał nerwowo i z błędami.
Jewgienij Bożanow w finale znów postanowił zaczarować wszystkich w filharmonii, tyle że tym razem królik z kapelusza boleśnie go ugryzł. Słychać było, że jego interpretacja koncertu e-moll jest przemyślana i wypracowana. Pokazał dużo szczegółów, ale nie wniósł do wykonania nic indywidualnego. To było sportowe granie, a nie wielka sztuka. Finał rozpoczął zawadiacko, mocno podkreślając lewą rękę. Ułańska fantazja coraz bardziej go ponosiła i z minuty na minutę trafiał coraz mniej dźwięków. Ostatecznie poległ z kretesem i mimo owacji nie było wątpliwości, że właśnie pogrzebał swoją szansę na wygraną.
Mikołaj Hoziajnow, 18-letni Rosjanin, był oczkiem w głowie wielu koleżanek z prasy. Kręcone blond włosy i drobna postura dawały mu wygląd cherubinka i szybko zyskał sympatię. W finale najładniej zagrał drugą część. Była tam ładnie zbudowana fraza, a cieniując barwy pianista stworzył tak sugestywny nastrój, że nawet orkiestra się mu poddała, grając jakby lepiej. W pierwszej części chyba się zdenerwował, bo było sucho i nerwowo. Miał też trochę wpadek technicznych. Finał zagrał jak wesołą piosenkę, sympatycznie, ale bez mocy i żywiołowości. Błędów było tam również sporo. Gdyby nie one, być może ostateczny werdykt byłyby inny.
O koncercie e-moll Awdiejewej mówiło się najwięcej, szczególnie po ogłoszeniu wyników. Moim zdaniem była to interpretacja dojrzała, w pełni ukazująca jej biegłość techniczną i indywidualne podejście do tej muzyki. Nie mogę powiedzieć, że mnie zachwyciła. Jej manieryczne przytrzymywanie kolejnych dźwięków i przesadne rubata nie były tym, co chciałem
usłyszeć. Brakowało lekkości i płynności, a więc tego, czym zawsze błyszczy Wunder. Z drugiej strony w środkowej części zagrała piękną liryczną barwą, nie pierwszy raz dając do zrozumienia, że nie jest pozbawiona wrażliwości. Krakowiak był natomiast żwawy i fikuśny, jakby kobiecy. Wykonanie może nie porywające, ale udane.
Ingolf Wunder pokazał w swojej interpretacji wszystko, co już wcześniej wiedzieliśmy. Zagrał koncert na sposób bohaterski; dużym, męskim dźwiękiem stawianym niekiedy zbyt twardo, co lirycznym tematom odbierało słodycz. Dopiero w końcówce drugiej części postanowił jakby ocieplić swój wizerunek, grając matowym, niemal schowanym za orkiestrę piano. W finale zagrał z właściwą sobie motoryką, niczym pod metronom, a niektóre biegniki zgrabnie wyciszał, jakby nie będąc pewnym, czy na pewno wyjdą czysto. Sala szalała. Wunderowi bez hipnotycznych gestów udało się najwyraźniej to, czego nie dokonał Bożanow.
Pozostałych finalistów słuchałem w transmisjach telewizyjnych. Francuzka Helene Tysman zagrała poprawnie, ale nudno i z zaskakującym brakiem wrażliwości. Ta piękna kobieta ładniej wyglądała w materiale filmowym wśród jesiennych liści Żelazowej Woli, niż potem grając. Może to stres? Podobnie bezbarwnie zaprezentował się jej rodak, Francois Dumont. Kurczowo trzymał się klawiatury, by błędów technicznych było jak najmniej, ale to za mało, żeby wygrać Konkurs Chopinowski. Najlepiej z ostatniej trójki zagrał Lukas Geniuszas. Ładnie frazował, grał właściwe dźwięki, pokazał sporo dobrych momentów. Był zaskoczeniem i prawdziwym rzutem na taśmę wskoczył potem na podium.

 

Finał bez fanfar
Na wyniki musieliśmy czekać około trzech godzin od ostatniego akordu finałowych przesłuchań. W tym czasie w telewizji Andrzej Jasiński poinformował, że jury zmieniło zasady głosowania, rezygnując z wcześniej ustalonych punktów, które uczestnicy gromadzili przez cały konkurs. Zamiast tego każdy z jurorów otrzymał arkusz, w którym wpisał miejsce na podium, jakie przewidział dla każdego z finalistów. Potem odbyła się dyskusja. Czy powodem tej zmiany były dziwne wyniki, które wyszły z sumowania punktów? Tego się pewnie długo nie dowiemy. Oficjalnie tłumaczono to dość mętnie, bo długością konkursu i słabą pamięcią jurorów.
Około północy wszystko było jasne. Jeszcze tylko mały zgrzyt w wykonaniu Waldemara Dąbrowskiego, który od razu podał nazwisko zwycięzcy, odbierając choć kilka sekund oklasków pozostałym laureatom i powodując bałagan wśród zgromadzonych ludzi. Ogłoszenie wyników teoretycznie powinno zakończyć domysły i stać się ostatnim akordem konkursu. Gdy on jednak zabrzmiał, w uszach wielu osób był nie durową toniką, ale drażniącym klasterem. W radiowej Dwójce szacowne grono komentatorów niemal rozdarło szaty, popisując się swoją erudycją i na sto sposobów odmieniając słowo „skandal” oraz wieszcząc zmniejszenie rangi konkursu na arenie międzynarodowej. W TVP Kultura komentarze były nie mniej zjadliwe, włącznie z wypominaniem zwyciężczyni nie zmienianego przez cały konkurs stroju. Cytaty można mnożyć, ale szkoda papieru. Słuchając pastwienia się nad werdyktem i nad Bogu ducha winną Julianną, odniosłem wrażenie, że jestem na bazarze przy straganie przekupki, która chwali swoje mleko jako najlepsze, bo jej Mućka pasła się wyłącznie na zacienionej stronie łąki. Początkowo te dyskusje mnie bulwersowały i irytowały. Teraz mam ich po prostu dość.
Po co było zapraszać do Polski takich sławnych ludzi, skoro dziś ich ostateczne zdanie każdy próbuje podważyć lub deprecjonować? Po co w ogóle organizować Konkurs Chopinowski? Mówi się o nim, że to święto muzyki. Dziś widać, że to guzik prawda! To kolejny powód do dzielenia Polaków. Muzyka jest czymś tak bardzo subiektywnym, że wsadzanie jej w ramy poniekąd sportowej rywalizacji zawsze musi nieść za sobą przykre konsekwencje. Tutaj nie ma matematyki; nikt nie będzie szybszy ani zwinniejszy. Pianiści grają dziś na tyle sprawnie technicznie, że proste liczenie błędów nie przejdzie. Mamy za to kłótnie, obrzucanie się błotem i wytykanie sobie nawzajem braków w wykształceniu. Gdy wygrała Awdiejewa, przez chwilę sięcieszyłem, a potem co chwila musiałem się z tego tłumaczyć, mając wrażenie, że jestem jakimś innowiercą albo dyletantem. Każdy, kto śmiał podnieść rękę na Wundera, od razu był wyśmiewany. Czy to jest normalne? A może chociaż zrezygnować z publicznych przesłuchań, tylko podawać wyniki po każdym etapie i na koniec zrobić koncert laureatów? Po co dzielić ludzi? Po co dawać powody do agresji, wulgarności i zniżania się do poziomu rynsztoka? Najwyraźniej nie jesteśmy gotowi do merytorycznej, spokojnej dyskusji i to nawet wśród profesjonalistów. Tego by na pewno nie chciał Chopin ani w roku swojego jubileuszu, ani w żadnym innym. Dobrze, że konkurs się skończył, a następny dopiero za pięć lat. Będzie trochę spokoju i wysokiej kultury.

 

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Zdjęcia: NIFC, Bartosz Sadowski i Wojciech Grzędziński
Źródło: HFiM 11/2010

 

Pobierz ten artykuł jako PDF