HFM

artykulylista3

 

Niechlujni erudyci

070 075102018 001
Choć trudno w to uwierzyć, 27 września 2018 roku minęła 50. rocznica założenia Led Zeppelin! Grupa istniała zaledwie dwanaście lat, ale jej przemożny wpływ na muzykę odczuwamy nawet dziś.

Na dwunaste urodziny dostałem od ojca monografię Led Zeppelin pt. „Hołd”. Był rok 1991, a księga wyglądała jak z innego świata. Pięknie wydana, z niesamowitymi zdjęciami, dodatkowo po polsku. Autor, Dave Lewis, w wielu punktach sugerował, że zespół garściami czerpał z dziedzictwa minionych dekad. Dla mnie brzmiało to jak oszczerstwo. Chciałem, by muzyka mojego ukochanego bandu była nowatorska i niepowtarzalna. Dziś wiem, że erudycja wcale nie musi być gorsza od pionierskiej kreatywności. Led Zeppelin mieli w sobie coś boskiego, ale owa boskość nie wzięła się znikąd. Poprzedziła ją ciężka praca, rozwijanie warsztatu i zdobywanie doświadczenia. Zacznijmy więc od głębokich lat 60. XX wieku, czyli epoki przed rozpoczęciem działalności brytyjskiego kwartetu.


Gitara jest najważniejsza!
„Gitara jest najważniejsza” – stwierdził młody Jimmy Page, kiedy odpuszczał sobie marzenia o karierze mikrobiologa. Pierwsze kroki na scenie stawiał z zespołem Yardbirds. Wcześniej, w latach 1963-1968, działał jako wzięty muzyk sesyjny. To właśnie jego gitarę słychać w „Downtown” Petuli Clark (1964), „I’m a lover, not a fighter” The Kinks (1964), „The last mile” Nico (1965), „Beck’s Bolero” Jeffa Becka (1967), „With a little help from my friends” Joe Cockera (1968) czy „Bald headed woman” The Who (1965) oraz „Heart of Stone” The Rolling Stones (1964), a to i tak jedynie część jego aktywności. Z Yardbirds Page grał od 1966 roku. Zespół był nie tylko lubiany, ale także szanowany. Przewinęło się przez niego wielu wspaniałych muzyków, w tym Eric Clapton i wspomniany Jeff Beck. Grupa miała nie tylko wymiar komercyjny, ale także ambicjonalny, ponieważ każdy szanujący się muzyk chciał do niej trafić.070 075102018 002
Nic jednak nie trwa wiecznie. Pod koniec lat 60. coś zaczęło się sypać, a Page potrzebował zacząć nowy rozdział. W czasie rozmowy z menadżerem Yardbirds wyznał, że potrzebuje pomocy przy stworzeniu nowej ekipy. Peter Grant skrzyknął znanych mu dobrych muzyków i zaczęły się przymiarki. Na razie bez wokalisty, ale Page był zachwycony sekcją poleconą przez Granta. Wprawdzie z basistą miał już kontakt, grając w Yardbirds, ale John Bonham był kimś zupełnie nowym. Jak wspomina Page: „sprawiał, że opadała szczęka”. John Paul Jones to nie tylko znakomity basista, ale także oaza spokoju i inteligencji. Tak jak w The Beatles „tym cichym” był George Harrison, tak w Led Zeppelin tę rolę odgrywał Jones. Jego dodatkowym atutem była umiejętność gry na instrumentach klawiszowych i niesamowity zmysł aranżacji. To właśnie dzięki jego pomysłom muzyka zespołu bywa tak finezyjnie rozbudowana. Trio czuło się ze sobą znakomicie. Nadszedł czas na znalezienie wokalisty.
Pierwszym poważnym kandydatem był Terry Reid. Dziś jest wspominany jako „ten, który odmówił Led Zeppelin”. To jednak właśnie on (a dokładnie jego kolega Jay) polecił Roberta Planta, którego Bonham znał dobrze ze wspólnego grania w Band of Joy.070 075102018 002
Niespełna 19-letni chłopak chętnie przystąpił do nowego projektu. Dziś mówi, że po prostu chciał zrobić coś wyjątkowego. Kochał śpiewać, a nieatrakcyjne prace przy rozbudowie dróg bardzo go męczyły. Niby miał kontrakt z CBS, ale niewiele z niego wynikało.
Pierwszy raz wszyscy czterej spotkali się na próbie 12 sierpnia 1968 roku. Zeszli razem do piwnicy i dali takiego ognia, że wszyscy wiedzieli, że to będzie to. Początkowo mieli się nazywać The New Yardbirds, ale publiczność przychodząca na pierwsze klubowe koncerty była zawiedziona, widząc skład inny od pierwowzoru. Chwilę później była już zachwycona. Kwartet wywoływał bowiem wyłącznie pozytywne reakcje.
Miesiąc później panowie byli już na zaawansowanym etapie przygotowań do płytowego debiutu. Cała sesja nagraniowa trwała, według różnych źródeł, około 40 godzin i kosztowała 2000 dolarów. Na płycie słychać, jak potężna magia działa się wtedy w studiu. A to był dopiero początek.070 075102018 002
Złote lata rock and rolla
Brytyjska prasa nie okazywała zespołowi nadmiernej przychylności. Peter Grant wiedział jednak, że nie ma się czym przejmować i trzeba zwyczajnie robić swoje. Wiedział też, że na rodzimym rynku nie ma prawdziwych pieniędzy i rozmachu koncertowo-fonograficznego. Poleciał więc za ocean i dogadał się z właścicielami Atlantic Records, którzy otwierali się wówczas na repertuar bardziej rockowy, a mniej soulowy. W ten sposób jeden z najlepszych zespołów brytyjskich stał się zespołem bardzo amerykańskim. I właśnie z odbicia w USA zrobił ogromną światową karierę.
Spokojnie można uznać, że tak jak lata sześćdziesiąte komercyjnie należały do The Beatles, tak następna dekada była okresem panowania Led Zeppelin. Dziwne, bo Peter Grant promował ich bardzo po swojemu. Żadnych singli, żadnych typowych ruchów. Tylko albumy, jako wartość sama w sobie. Gdy Atlantic samowolnie wypuściło jeden z singli, zwalisty, dwumetrowy Grant wparował podobno do biura wytwórni i zrobił karczemną awanturę. 070 075102018 002
Bardzo chętnie rozpuszczał plotki o złym prowadzeniu się członków zespołu, demolowaniu hoteli, piciu na umór i narkotykach. Tymczasem podobno wszyscy byli grzeczni, a po koncercie lubili sobie odpocząć przy herbatce.
Z drugiej strony, znana opowieść głosi, że pewnego razu Bonham rzeczywiście zdemolował hotelowy pokój. Kiedy sporządzający protokół zniszczeń pracownik dżentelmeńskim tonem zauważył, że ocalało wiszące na ścianie lustro, perkusista spokojnie do niego podszedł i dokończył dzieła. Innym razem menadżer, wraz z recepcjonistą, zliczali wyrządzone przez zespół szkody, żeby za nie zapłacić. W pewnym momencie pracownik hotelu wyznał, że nienawidzi swojego życia i swojej roboty i też chętnie by coś zdemolował. Na to agent: „Idź i niszcz. My płacimy”. Pracownik z ochotą spełnił swoje marzenie. Nie wiadomo, jaka jest prawda. Wiadomo jednak, że Peter Grant był genialnym menadżerem. Nie tylko zręcznie kolportował rock’n’rollowe legendy, ale potrafił wszystko załatwić i kiedy trzeba – postraszyć cwaniaczków, jakich w tym biznesie pełno. Wobec zespołu był jak troskliwy ojciec.
Pomiędzy rokiem 1968 a 1975 powstało kilka fantastycznych albumów, które koniecznie trzeba mieć w kolekcji. „Jedynka” wywołała wstrząs wśród publiczności. Wszyscy mówią, że bez niej nie byłoby heavy metalu. Zeppów określa się ojcami tego gatunku, jednak ich muzyka to przede wszystkim rock. Mocno osadzony w bluesie, nie stroniący od folku, eksperymentu, ale jednak rock.070 075102018 002
Druga płyta ugruntowała pozycję Led Zeppelin i sprawiła, że zaczęli wypełniać już nie tylko małe sale koncertowe. W samych Stanach jeszcze przed wydaniem albumu zamówiono prawie pół miliona kopii.
„Trójka” brzmi, jakby panowie chcieli nieco odpocząć od wrzawy, jaka się wokół nich zrobiła. Zespół częściej sięga tu po brzmienia akustyczne i folkowe. Ponoć ogromną rolę w komponowaniu utworów na tę płytę odegrała XVII-wieczna chatka Bron-Yr-Aur, położona w Walii. To właśnie tam zaszyli się Page i Plant, żeby tworzyć nowe kompozycje. Brak bieżącej wody i elektryczności bez wątpienia wpłynął na ludowy charakter wielu utworów, nie tylko z tego albumu.
„Trójka” okazała się rozgrzewką przed największą bombą. Album „IV” sprawił, że zespół zaczął wypełniać stadiony. Na okładce specjalnie nie ma tytułu ani nazwy wykonawcy. Jedynie cztery tajemnicze symbole, którymi posługiwali się członkowie. Ten ruch miał być podobno złośliwością wobec brytyjskiej prasy, która na frazę „Led Zeppelin” reagowała alergicznie.070 075102018 002
Artystycznie i komercyjnie krążek okazał się prawdziwym hitem. Już na zawsze ugruntował pozycję zespołu. A potem była płyta „Houses of the Holy”. Wspaniała! Skomponowana, zagrana i zaśpiewana z rozmachem, zaprezentowała Led Zeppelin z różnych stron. Sprawiła, że nawet brytyjska krytyka zaczęła spoglądać nieco przychylniej. Ale czas złotych lat powoli dobiegał końca.


Zmierzch bogów
„Physical Graphitti” potwierdził świetność zespołu. Porządny podwójny album, pełen różnorodnych utworów, połączonych wspólnym mianownikiem stylu Led Zeppelin. Warto zaznaczyć, że Peter Grant wydał tę płytę we własnej oficynie – Swan Song Records. Tak też było ze wszystkimi kolejnymi albumami studyjnymi.
Led Zeppelin robili swoje, wypełniali stadiony i coraz pewniej zaznaczali swoją obecność w historii muzyki rozrywkowej. Należy jednak zaznaczyć, że pod względem kreatywności tracili impet; zaczęli się też zmieniać mentalnie i wizualnie. Robert Plant nieco zakrył gołą klatę, z którą tak chętnie biegał przedtem po scenie. John Bonham przytył i wyglądał już nie jak drapieżny rockman z wąsem, a raczej jak wędkarz. Małe kapelutki, które wkładał, jeszcze bardziej pogłębiały to wrażenie. Jimmy Page przestał nosić psychodeliczne surduty i uderzył w nutę „schludnego pana z lekkim odchyleniem”. Jedynie John Paul Jones prezentował się tak jak wcześniej, czyli normalnie.
Zespół grał dobrze, ale nie tak porywająco jak kiedyś. Mimo zbliżającej się punkrockowej rewolucji, nadal dobrze funkcjonował na rynku, choć było go trochę mniej. Zagorzali miłośnicy interpretują ten ruch jako przemyślaną strategię, jednak prawda jest taka, że na ostatnich albumach czuć zmęczenie. Owszem, słychać też wybornych muzyków, ale brak tego ognia, co na pierwszych sześciu albumach.070 075102018 002
Era Led Zeppelin powoli dobiegała końca, ale zanim nadszedł ten moment, w 1976 ukazała się naprawdę niezła płyta – „Presence”. W USA pokryła się trzykrotną platyną; w Wielkiej Brytanii – pojedynczą. Następna – „In Through the Out Door” (1979) – sprzedała się jeszcze lepiej. Być może dzięki bardzo nośnemu hitowi „All of My Love”, który stacje radiowe chętnie grają do dziś. Warto zaznaczyć, że piosenka powstała na cześć zmarłego dwa lata wcześniej z powodu infekcji żołądka syna Roberta Planta. Tragedia, która definitywnie zamknęła rozdział Led Zeppelin, miała się jednak dopiero wydarzyć.
25 września 1980 roku, czyli dwanaście lat (bez dwóch dni) po pierwszej sesji nagraniowej, John Bonham zadławił się własnymi wymiocinami. Niby rock’n’rollowa śmierć, bo w ten sposób odeszło kilku innych wielkich. Ale z drugiej strony – strasznie głupia. Gdyby nie ona, Led Zeppelin zapewne odpoczęliby od siebie i po dekadzie wrócili w wielkim stylu. Niestety, odejście Bonhama oznaczało koniec pewnej epoki. Panowie nie chcieli kontynuować wspólnej działalności. W roku 1982 ukazał się ich ostatni album, „Coda”, z niepublikowanymi wcześniej nagraniami.
O „Led Zeppelin po Led Zeppelin” pisać nie będę, bo nie ma na to miejsca. Było kilka wspólnych projektów, małych powrotów, chwilowych reaktywacji na ważne koncerty. Mówiło się, że w nowym Led Zeppelin na bębnach będzie grał Jason, syn Johna Bonhama. Innym razem, że Phil Collins. Jeszcze kiedy indziej Plant spotykał się na scenie z Page’em i w towarzystwie różnych muzyków grali najważniejsze utwory macierzystej formacji.
Sam Jimmy Page solową płytę nagrał tylko jedną – „Outrider” (1988). Ale innych koncepcji i kooperacji było wiele. W 1999 Page i Plant zaprezentowali studyjny album „Walking into Clarksdale”.
070 075102018 002
 
Pięć słabych stron Led Zeppelin
Koncerty bywały różne. Zespół dość swobodnie traktował swoje rzemiosło. Na samym początku koncertowej drogi wszyscy byli trzeźwi i skoncentrowani, więc akurat wtedy słusznie zachwycali publiczność. Dopiero później sprawy przybrały niekorzystny obrót. Wprawdzie sekcja rytmiczna robiła, co mogła, jednak odurzony Page kaleczył riffy i solówki. Plant za to był tak zachwycony sobą, że widział się w roli wokalisty soulowego. Przesuwał frazę, zmieniał tekst, dopowiadał jakieś niepotrzebne głupoty. Ogólnie jednak Led Zeppelin dawali czadu i to liczyło się najbardziej.
Brzmienie albumów nie zachwyca; przynajmniej tych najlepszych muzycznie. Fani tłumaczą to eksperymentami, jednak prawda jest taka, że pierwsze płyty Zeppów są zrealizowane niechlujnie. Oczywiście, znajdą się obrońcy, którzy uznają, że tak miało być, ale przypomnę Pink Floyd i ich niezwykłą staranność (przynajmniej od „The Dark Side of the Moon”). I to pomimo faktu, że Floydzi, w porównaniu z Zeppami, nie potrafili grać.
Dyskografia jest nierówna. Właściwie po „Physical Graphitti” można mówić o zmęczeniu materiału. Winę można zrzucać na narkotyki Page’a, alkohol Bonhama i śmierć syna Planta, ale oceniamy tutaj twórczość.
Teksty były tak zawiłe i hermetyczne, że nawet Robert Plant nie umiał o nich opowiedzieć szczegółowo. Usprawiedliwiał się „abstrakcją” i „możliwością swobodnej interpretacji”. Zespół był nawet posądzany o satanizm, ponieważ w skomplikowanych metaforach doszukiwano się ukrytego, ciemnego przekazu. Sam band grał zresztą na nucie owego mętnego znaczenia. Z perspektywy czasu tamta mglista ezoteryka drażni.

070 075102018 002

Pięć mocnych stron Led Zeppelin
Natychmiastowo rozpoznawalne brzmienie. Tego zespołu nie da się pomylić z żadnym innym. Czegokolwiek by nie grali – od razu słychać, że to oni. Albo ktoś, kto próbuje się do nich upodobnić. Ostatnio nieźle się to udaje grupie Greta Van Fleet.
Hity. Zespołowi udało się stworzyć co najmniej dwadzieścia rozpoznawalnych przebojów, mimo że przecież specjalizował się w mało popularnym gatunku, jakim jest hard rock. Charakterystyczne riffy stały się kanonem dla gitarzystów, a „Schody do nieba” – symbolem epoki.
Mimo koncertowego i realizacyjnego niechlujstwa, w składzie nie było słabych ogniw. Jimmy Page jest uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów wszech czasów, a jego grę naśladowały pokolenia muzyków. Robert Plant to czysta energia i charakterystyczna składowa stylu zespołu. John Paul Jones i John Bonham z powodzeniem dotrzymywali kroku kolegom.
Niesamowita sekcja rytmiczna. John Bonham, czyli „Bonzo”, to perkusista, jakich mało. Owszem, walił mocno, ale umiał też grać finezyjnie. W pełni świadomy soulu, bluesa i jazzu, przemycał do muzyki Zeppów mnóstwo interesujących rozwiązań. Stał się inspiracją dla pokoleń. Nawet legendarny Jeff Porcaro przyznawał się do fascynacji Bonzem. Bonham grał bardzo inteligentnie. Dzięki niemu wszyscy uwierzyli, że perkusista to nie prosty chłopak, grający „cztery na cztery”, jak Charlie Watts z Rolling Stones.
Trzymający się nieco w cieniu basista John Paul Jones to nie tylko znakomity rytm i puls. Odpowiadał także za większość organowych i melotronowych brzmień. Zamieniał czasem gitarę basową na rhodesa. Bez zahamowań, że będzie „za mało rockowo”. Jako basista miał znacznie utrudnione zadanie, ponieważ Bonham, zamiast trzymać się linii basu, obudowywał rytmem gitarowe riffy Page’a. Ale nawet pomimo tego Jones perfekcyjnie trzymał time.
Otwartość na różne style. Choć dla niektórych ta zaleta może być wadą. Jednak prawda jest taka, że poszukiwania zespołu były bardzo ciekawe. Od klasycznego niemal bluesa, folku, przez rocka, hard rocka, na rocku progresywnym kończąc.

070 075102018 002

Pięć albumów Led Zeppelin, które trzeba mieć w kolekcji
„IV” Tak! Zdecydowanie warto zacząć od „Czwórki. Nie tylko dlatego, że znalazło się na niej „Stairway to Heaven”, ale przede wszystkim dlatego, że słychać tutaj mocny rdzeń zespołu, który się właśnie uformował. A takie utwory, jak „Rock and Roll”, „Black Dog” czy „The Battle of Evermore”, elektryzują do dziś.
„Houses of the Holy”, czyli piąty album grupy. Słychać, że zespół naprawdę w siebie uwierzył, ale też, niestety, na niej zaczął się wypalać. Liryczne i rozbudowane „The Rain Song”, dowcipne „D’yer Mak’er”, hipnotyzujące „No Quater”, ludowe „Over the Hills and Far Away” to fragmenty najbardziej progresywne, choć nie najłatwiejsze w odbiorze.
„II”. Druga płyta Led Zeppelin jest zwykle deprecjonowana przez krytykę. Że niby dopiero trzeci album to prawdziwy egzamin. I o ile „III” jest bardzo dobra, o tyle na „Dwójce” band nie traci impetu po błyskotliwym debiucie. W tej muzyce pełno spirytusu i ognia, choć głównym zarzutem, z jakim się spotyka, jest przeładowanie tradycyjnym bluesem, przy nie do końca wyklarowanym stylu. Bzdura. Od początku do końca słychać, że to Led Zeppelin – buzujący energią, soczysty i pomysłowy. Od klasycznych „Lemon Song”, „Ramble on”, „Moby Dick”, a na magicznym „Thank you” skończywszy.
„I”. Co to był za debiut! Co to jest za debiut! Led Zeppelin pokazali światu, że rock może być jeszcze ostrzejszy, niż wszystkim się zdawało. Owa moc nie przeszkadza jednak w zmyślnych poszukiwaniach. I tak, obok „Communication Breakdown”, na płycie można znaleźć przepięknie odjechane „Dazed and Confused”.
„Physical Graphitti” – podwójny album, przez wielu uważany za najwybitniejszy w dyskografii zespołu. Osobiście uważam, że jest trochę za długi, ale zawiera tak istotne utwory, że nie można przejść obok niego obojętnie. Najważniejsze to „Kashmir”, „In my time of dying”, „Ten years gone”. Poza tym jest przyzwoicie nagrany. Tym razem zespół zadbał nie tylko o treść, ale i o formę.


Pięć ciekawostek o Led Zeppelin
Kiedy w lutym 1970 Led Zeppelin koncertowali w Danii, zmienili nazwę na The Nobs. Chcieli w ten sposób uniknąć konfliktu z hrabiną Evą Von Zeppelin, która uznała, że brzmią jak rozwrzeszczane małpy, a to przecież nie przystoi.
„No Quarter” oznacza „nie ćwiartka”, a podobno właśnie ćwiartkami odmierzało się dawki „kwasu” – narkotyku zażywanego w celach rekreacyjnych. Hipnotyczny utwór z płyty „Houses of the Holy” wiąże się z deklaracją pójścia na całość: „dziś wezmę cały, a nie tylko ćwiartkę”. Ale może to tylko plotki.
Podobno Bonzo walił w bębny z taką mocą, gdyż przed erą muzykowania pomagał ojcu na budowie, wyrabiając niesamowitą siłę w rękach.
Prawdziwe nazwisko Johna Paula Johnsa to John Baldwin. Gdy basista miał 18 lat, spotkał na swej drodze menadżera Rolling Stones Andrew Oldhama. Ten, zachwycony grą przyszłego Zeppa, zasugerował mu zmianę nazwiska na „bardziej artystyczne”.
W roku 1973, w czasie trasy po USA, zespół poruszał się własnym Boeingiem 720-022, z wielkim napisem „Led Zeppelin”. Nazywali go The Starship. Pewnego razu Bonham pilotował maszynę na trasie Nowy Jork – Los Angeles… bez licencji pilota. Ciekawe, czy przynajmniej na trzeźwo?

 

 

Michał Dziadosz
Źródło: HFM 10/2018


Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

 

 

Komentarze  

+3 #1 Jurek B 2019-01-24 17:19
Jedynkę usłyszałem z radiowej Trójki w 1975, jako szesnastoletni uczeń liceum. Zakochałem się od pierwszego słuchania, no i tak zostało. Słuchając Zepp samotnie lub i nie, spędziłem wiele pięknych chwil, paru przyjaciół od muzyki i "działań towarzyszących"już odeszło do krainy wiecznych koncertów, ale moja miłość do ich muzyki została, tak jakby te 45 lat nie istniały. Serdecznie pozdrawiam wszystkich spod znaku LZ.
Cytować | Zgłoś administratorowi