fbpx

HFM

artykulylista3

 

Precz z audiofilią!

high end 2550160 1280François de La Rochefoucauld wypowiedział wiele mądrych sentencji. Wśród nich jedna udała mu się szczególnie: „Wprawdzie nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, za to każdy – ze swego rozumu”.


Inaczej jest z urodą. Mimo że w lustrze podobamy się sobie bardziej niż na zdjęciu, zauważamy wystający brzuszek, pryszcz i co tam kto ma. Chociaż bywają też jednostki zadowolone z siebie bezkrytycznie. Mój kolega, muzyk, skądinąd wspaniały człowiek, ma to szczęście. Widzi siebie oczami zachwyconych kobiet. Opowieści męsko-damskie zawsze zmierzają do tej samej puenty: „Jest u nas w orkiestrze harfistka, przepiękna, przezgrabna. O, mam jej fotkę. I jak ona na mnie patrzy…”. Orkiestra to pierwszoligowa, więc zdarzają się transmisje z koncertów w telewizji. Oglądam z siostrą (to również jej kolega, studiowaliśmy wszyscy na tej samej uczelni). Pyta: „Gdzie jest Krzysiek?” (imię zmienione). Ja na to: „Poszukaj harfistki. Gdzie patrzy?”. Dla porządku doprecyzuję: Krzysiek nie jest dyrygentem. W kwestii zmysłów jesteśmy raczej obiektywni. Jeżeli niedowidzimy, nie mówimy, że mamy świetne oko; jeżeli niedosłyszymy – że ucho. Co innego gdy sprawa zaczyna dotyczyć gustu. Tutaj jest identycznie jak z rozumem. Gust mamy wszyscy świetny, więc potrafimy docenić sztukę, meble, architekturę i inne takie. Nawet jego pospolitość może się stać powodem do dumy. Ot, prosta chłopska strawa czy żołnierskie „luksusy” tylko z pozoru satysfakcjonują jednostkę przeciętną. Spartańskość wyróżnia z tłumu wielkomiejskich dandysów fiksatuarujących sobie wąsy i brody. Chociaż… Z tymi zmysłami też bywa różnie i nie traktujemy ich sprawiedliwie. Odkąd niedźwiedzie i lwy przestały na nas polować, słuch nie jest już tak ważny. O węchu nie wspominając, bo przydaje się głównie do zachwycania się perfumami bądź oburzania brakiem higieny u innych. Jesteśmy wzrokowcami, więc zazdrościć możemy co najwyżej orłom, nie psom. Jak to się ma do naszej działki? To zależy od punktu siedzenia.

Jeżeli należymy do audiofilskiej społeczności, wiadomo. Jeżeli nie, sprawa zaczyna się komplikować w sposób, którego nie ogarniam umysłem. Pozostańmy przy słuchu i wzroku, a więc i sprzęcie, który ma za ich pośrednictwem dostarczać nam przyjemności. Najbliżej ucha będą słuchawki, najbliżej oka – telewizor. Spójrzmy zatem, jak traktują te sprzęty portale technologiczne, które czytuję namiętnie. Pomijam wartość merytoryczną opisów, bo z nią bywa różnie. Skoncentrujmy się na nastawieniu. Do redakcji trafia telewizor za 200000 zł. 8K, 100 cali, wszystkie możliwe układy, polepszacze, oprogramowanie prosto ze strefy 51, z rozbitego latającego talerza. Czerń z Hadesu, kontrast przerastający percepcję oka orła, piksele niewidoczne z odległości centymetra. Trafia drugi, za 20000 zł. Też wspaniały. Trzeci, poniżej dyszki, wyjątkowo korzystny w relacji jakości do ceny. Opisy są podobne (warsztat się kłania); podobne jest także podejście. Każdy z tych telewizorów jest „dla ludzi” i nie przeszkadza w tym nawet krótkowzroczność. Różnice po prostu widać i będziesz miał jakość adekwatną do głębokości portfela. Nie wypada nawet o tym dyskutować, jak się ktoś uważa za dżentelmena.

A później trafiają słuchawki Sennheisera IE 80S BT. Douszne, bezprzewodowe, ale ze względu na cenę klasyfikowane przez autora jako „audiofilskie”. I od razu zaczyna się mędzenie: „Staram się rozróżniać słuchawki lifestyle’owe od tych audiofilskich. Z wielu powodów, ale naczelnym jest tutaj zupełnie inne przeznaczenie tychże – doskonałych odsłuchów raczej spodziewam się w domu, w komfortowych warunkach, ze sprzętu dobrej jakości i, co najważniejsze, z odpowiednimi plikami źródłowymi”.

Wyciągnijmy wnioski. Pierwszy: słuchawki mają inne przeznaczenie. Wypada zapytać: a przypadkiem nie mają służyć do słuchania? Muzyki, to wiadomo. Ale głosu matki albo żony w czasie telefonicznej rozmowy już nie? W czym przeszkadza, że lepiej je zrozumiemy? Chociaż tu łapię kontekst. Czasem lepiej nie słyszeć zbyt wyraźnie.

Drugi: inaczej się ich używa. Audiofilskie słuchawki, jak powszechnie wiadomo, najlepiej się sprawują, kiedy tyłek zagłębia się w kanapę, a gardło łaskocze trunek z pięcioma gwiazdkami. Inaczej decybele i herce uciekają jak przestraszona kaczka. A już w tramwaju dźwięk zbyt wysokiej jakości może być nawet przyczyną groźnych wypadków.

Trzeci to sprzęt. Ale przecież telefony mają takie same dziurki słuchawkowe i nie pamiętam, żeby kogoś prąd kopnął, kiedy trafi tam wtyk, kosztujący z resztą inwentarza 5000 zł. Co więcej, ryzyko porażenia nie wzrasta z ceną. Sprawdziłem inne zagrożenia wiążące się z użytkowaniem drogich słuchawek na przeciętnej jakości smartfonie i – naprawdę – nie ma się czego bać. Za to słychać znacznie lepiej i wyraźniej. Również dialogi w „M jak miłość”.

Czwarty: pliki. Zastanawia mnie opinia, że te słabe się nie nadają do dobrych słuchawek. Za to najlepsze do lajfstajlowych – jak najbardziej. Wydawało mi się, widać niesłusznie, że jest odwrotnie i słabe pliki wszędzie będą słabe, za to na zauważenie „lepszości” mamy większą szansę z Sennheiserami IE 80S BT niż z ich kolegami z katalogu za 49 zł.

Tymczasem telewizor 8K nadaje się do oglądania „Czterech pancernych i psa”, koncertów życzeń w TV Silesia i „Pytania na śniadanie”. Można bezkarnie patrzeć w ekran, krojąc cebulę albo prasując koszulę. Dekodery wszyscy mają podobne; platformy internetowe najwyżej każą sobie dopłacić za wyższą rozdzielczość. Telewizor nigdy nie jest „wideofilski”. Może być co najwyżej lepszy albo gorszy. Ktoś kiedyś zrobił krzywdę pasjonatom dobrego dźwięku. Wyodrębnił ich i oznaczył. Inaczej wzmacniacze też pozostałyby lepsze albo gorsze, tańsze albo droższe, i nikomu nie byłoby nic do tego. Podział dotyka jednak tak naprawdę nie urządzenia, a ludzi. „...fil” może oznaczać miłośnika, ale podświadomie kojarzy się z jednostką chorobową. Czyli „pacjent” kupujący głośniki za podejrzaną kwotę sam staje się podejrzany. Dlatego mam propozycję: skończmy wreszcie z tym „audiofilizmem” i zejdźmy na ziemię. Choćby po to, żeby posłuchać muzyki w najwyższej możliwej jakości. Ale już tak… normalnie.


Maciej Stryjecki