HFM

artykulyskrot3

Stein Music H2 i Blue Sun

24 27 HIFI 2 16 003
Audiofilski światek dzieli się z grubsza na dwa zantagonizowane obozy. Jedni to ci, którzy stosowanie akcesoriów i uzdatniaczy traktują jako przejaw naiwności albo wręcz skrajnej głupoty, a ich producentów nazywają szarlatanami.


Negują zasadność kupna np. high-endowych przewodów głośnikowych czy sygnałowych, o sieciówkach nie wspominając, a recenzje tychże w specjalistycznej prasie stawiają na równi z tabloidowymi sensacjami o lądowaniu UFO. Logikę ich argumentacji, w najlepszym razie podpartą pseudonaukowym bełkotem, można streścić w trzech słowach: „nie, bo nie” i nie podlega ona jakiejkolwiek dyskusji.



 
Druga grupa to ci, którzy święcie wierzą w działanie polepszaczy dźwięku, zwłaszcza drogich, a wszystkich sceptyków mają za głuchych ignorantów. Bezkrytycznie kupują każdy gadżet, na który ich stać, nawet jeśli jego działanie opiera się na efekcie placebo.
Jest jeszcze trzecia grupa, do której sam należę, otwarta na nowinki, jednak pod warunkiem, że ich zastosowanie naprawdę pozytywnie wpłynie na brzmienie. Podobnie jak w przypadku konwencjonalnych urządzeń, o przydatności akcesoriów powinny decydować przede wszystkim odsłuchy, a nie sekciarskie tekściki w folderach reklamowych i zapewnienia „słyszących więcej”. Jeśli faktycznie dostrzegę pozytywną różnicę w brzmieniu, to nie odrzucam nawet najdziwniejszych wynalazków tylko dlatego, że według sceptyków „nie mają prawa działać”. W końcu już sto lat temu naukowcy „udowodnili”, że ze względu na zbyt małą powierzchnię skrzydełek w stosunku do masy ciała trzmiele nie mają prawa latać, lecz nieświadome niczego owady fruwają w najlepsze.
Ten przydługi wstęp jest wprowadzeniem do testu akcesoriów niemieckiej firmy Stein Music. W zasadzie one również nie miały prawa zmienić brzmienia systemu, a jeśli już, to tylko na zasadzie autosugestii. Zachowały się jednak dokładnie tak, jak trzmiele.
Akcesoria
Firma Stein Music z Muelheim an der Ruhr oferuje konwencjonalne urządzenia grające, jednak w audiofilskim świecie stała się znana dzięki przeróżnym akcesoriom do systemów hi-fi, w tym… harmonizerom. Z ich obszernego wyboru do testu trafiły cztery aktywne pudełka H2 oraz kilka pasywnych krążków Blue Sun. Te ostatnie, dla niepoznaki, były w kolorze białym albo czarnym.

24 27 HIFI 2 16 001Magiczne Niebieskie Słońca.



Budowa
H2
Harmonizery H2 są sklejone z płyty MDF i wykończone grubą warstwą lakieru. Efekt do złudzenia przypomina plastik. Z przodu, poza nazwą, znajdziemy niebieską diodę informującą o aktywności. Można ją wyłączyć na czas nocnych odsłuchów oraz... by wypróbować skuteczność harmonizerów na przypadkowych słuchaczach. Z tyłu znajdziemy gniazdo zasilacza wtyczkowego, czteropozycyjny włącznik sieciowy i diody oraz pokrętło regulujące intensywność działania urządzenia.
H2 są sprzedawane w parach, z czytelnie oznaczonymi kanałami. Można też kupić pojedyncze urządzenie, przeznaczone do pracy solo. Osoby chcące uniknąć widoku kabli mogą wybrać wariant zasilany akumulatorkami (4 x AA). Modele zasilane z gniazdka także wyposażono w ten tryb pracy. Pobór prądu jest mniej niż symboliczny. Jeżeli harmonizer pracuje non stop, baterie trzeba wymieniać co dwa lata.
Magiczne pudełka Steina można postawić na przeznaczonych dla nich podstawkach, przyczepić do ściennych wieszaków lub po prostu postawić na półce za kolumnami. Jedyny wymóg dotyczy wysokości – dolna krawędź powinna się znaleźć metr nad podłożem.
Po odkręceniu dna nie ujrzymy tajemnic stworzenia, gdyż wszystkie elementy elektroniczne zostały zalane czarną masą plastyczną. Z materiałów producenta można się dowiedzieć, że są tam m.in. tajemnicze sproszkowane kryształy, zapewne pochodzące z meteorytu tunguskiego, na co wskazywałaby cena. Pierwszy test wiary przechodzimy właśnie przy kasie. Albo zdamy się na zapewnienia Steina, że harmonizery są warte żądanej sumy, albo przekonamy się sami w trakcie odsłuchów. Osobiście sugeruję drugą opcję.
Blue Sun
Jeszcze bardziej tajemnicze są kilkucentymetrowe krążki Blue Sun. Wykonano je z mieszanki włókna węglowego, kilku rodzajów sproszkowanych kryształów i zalano żywicą. Oczywiście, skład pozostaje słodką tajemnicą założyciela firmy, Holgera Steina. W odróżnieniu do H2, Blue Sun są elementami biernymi, nie wymagającymi dodatkowego zasilania. Ich działanie wynika z samej obecności w pokoju odsłuchowym, w ściśle określonym miejscu. W wersji idealnej jedną parę powinno się umieścić na ścianie, za linią łączącą harmonizery H2, nieco wyżej od nich. Drugą – za miejscem odsłuchowym, a ostatni, piąty element – przykleić na suficie.
W wersji oszczędnościowej zaleca się dwa magiczne krążki, jeden za linią łączącą kolumny, drugi za miejscem odsłuchowym. Jeśli Blue Sun faktycznie zadziałają to… sam nie wiem, co o tym myśleć.

24 27 HIFI 2 16 001Niepozorne pudełeczka
nieźle namieszały w systemie.



Wrażenia odsłuchowe
Aby nie przeżyć wstrząsu, wywołanego działaniem wynalazków Holgera Steina, postanowiłem stopniowo dawkować wrażenia. Najpierw przesłuchałem sauté kilka utworów biorących udział w teście, starając się zapamiętać każdy aspekt brzmienia.
Następnie sięgnąłem po pierwsze akcesorium – jeden harmonizer H2, ustawiony za kolumnami. Po włączeniu go scena natychmiast zrobiła solidny krok w tył. Jej szerokość nie uległa zasadniczej zmianie, natomiast bardzo wyraźnie została podkreślona perspektywa oraz separacja poszczególnych planów. Chóry i perkusja wylądowały za solistami, którzy także cofnęli się za linię łączącą głośniki. Po wyłączeniu H2 wszystko wróciło do poprzedniego stanu, jednak w porównaniu z aktywnym harmonizerem brzmienie wydało się bardziej ofensywne i bezpośrednie.
Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie działają H2, ale w moim przypadku ich skuteczność była bezdyskusyjna. Kilkakrotnie włączałem i wyłączałem urządzenie, nie aktywując przy tym diody, by nie ulec sugestii, i za każdym razem nie miałem najmniejszego problemu z rozpoznaniem trybu pracy. Mało tego, do tej niewdzięcznej czynności zagoniłem jednego z domowników, bynajmniej nie kota, i skuteczność w rozpoznawaniu działania była stuprocentowa. W końcu posadziłem mojego „asystenta” w fotelu odsłuchowym i sam zacząłem mieszać przełącznikiem. Za każdym razem ów bezstronny obserwator dostrzegał zmiany w brzmieniu, z grubsza pokrywające się z moimi notatkami.
Kolejnym etapem było włączenie H2 stojącego za plecami. Wbrew pozorom scena nie przybliżyła się w stronę słuchacza, lecz wypełniła powietrzem, zyskała lepszą definicję detali. W efektownie zrealizowanych utworach, np. fragmentach albumów „Amused to Death” Watersa i „90125” Yes, niektóre dźwięki wyraźniej wyskakiwały przed kolumny. Ich obecność była bardziej namacalna i lepiej zogniskowana. I znowu po wyłączeniu obu harmonizerów scena zapadła się w sobie; straciła na separacji.
Tu muszę nadmienić, że zaobserwowane zmiany nie miały żadnego wpływu na dynamikę systemu, kontrolę basu ani barwę. W tych aspektach obecność H2 była całkowicie neutralna.
Trzecim krokiem było ustawienie czterech harmonizerów tak, by wyznaczały wierzchołki czworoboku ograniczającego miejsce odsłuchu. Po ich włączeniu kolumny wyparowały jak kamfora.

24 27 HIFI 2 16 001Budowa harmonizerów H2
jest równie tajemnicza,
jak zasada ich działania.


Obszerna panorama stereofoniczna, jaka się przede mną roztoczyła, była bliższa instalacji wielokanałowej. Scena przybrała kształt wachlarza rozszerzającego się w tył i ginącego gdzieś za ścianą pokoju. Jej podstawa znajdowała się tuż przede mną i bez odrobiny wysiłku mogłem poklepać po ramieniu najbliższego muzyka. Każdy instrument zajął ściśle określoną pozycję, bez zachodzenia na któregoś z sąsiadów. We wspominanych przed chwilą fragmentach płyt dźwięki atakowały mnie ze wszystkich stron, prawie jak w systemie surround. O czytelności planów nawet nie wspominam, bo to rozumie się samo przez się. Powrót do stanu sprzed włączenia harmonizerów był bolesny. Scena zbiła się w kłębowisko instrumentów między kolumnami i system, który jeszcze niedawno uznawałem za optymalny, teraz stał się ledwie akceptowalny. A przynajmniej takie było moje subiektywne odczucie.

Nie macie jeszcze dość? To teraz będzie najlepsze.
Nawet jeśli działanie harmonizerów H2 można jakoś naukowo wyjaśnić po zgłębieniu ich budowy i zasady działania, to w przypadku krążków Blue Sun miałem do czynienia z czystą magią.
Z tych samych powodów co przy H2, na próbę sięgnąłem tylko po jedno „słoneczko”. Położyłem je na półce za kolumnami, jakieś 20 cm nad nimi i, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, scena powędrowała w górę. Muszę przyznać, że lekko zgłupiałem. Wyłączyłem harmonizery H2, jednak nawet bez nich klamra dźwiękowa spinająca kolumny przybrała kształt łuku. Po przestawieniu krążka na niższą półkę wszystko wróciło do normy. Gdy zaś powędrował jeszcze wyżej, jakieś 170 cm nad podłogę, wszystkie instrumenty podreptały za nim jak za psem pasterskim. I w tym momencie zgłupiałem doszczętnie.
Za coś takiego 500 lat temu założyciel Stein Music spłonąłby na stosie ku uciesze gawiedzi, a i teraz pewnie niejeden reprezentant klanu „racjonalistów”, czytając ten tekst, rozgląda się za zapałkami. By wykluczyć wszelkie podszepty podświadomości, ponownie poprosiłem o pomoc asystenta i sam z zamkniętymi oczami śledziłem ruchy Błękitnego Słońca. O pomyłce nie było mowy.
Rozmieściłem zatem wszystkie krążki zgodnie z sugestią producenta. Jeden nawet, pomimo gwałtownych protestów piękniejszej połowy mojej podstawowej komórki społecznej, przykleiłem blue tackiem do sufitu. Po włączeniu wszystkich czterech czarnych pudełek znalazłem się w samym centrum chmury dźwięków.

 

24 27 HIFI 2 16 001Podstawki za dopłatą

Do zmian zaobserwowanych przy okazji H2 doszło czytelne zróżnicowanie instrumentów w pionie. Bas i stopa perkusji znajdowały się nie wyżej od kolan, głos wokalisty – na linii głośników, a talerze perkusji wyraźnie połyskiwały nad kolumnami. Zmianie uległ także tzw. sweet spot. Przemieszczałem się wraz z siedziskiem o jedno miejsce w przód, w tył i na boki i nie zauważałem znaczącej różnicy w panoramie stereofonicznej. System zabrzmiał bardzo efektownie i zmiany, jakie zaszły w budowie sceny, warte były żądanych, a może i większych pieniędzy. Ba, nawet dołożenie tej, niemałej przecież, kwoty do nowej elektroniki nie będzie gwarantem uzyskania efektu osiągniętego przez tajemnicze kryształy Holgera Steina.
Jest tylko jedno „ale”.
Gdybym słuchał muzyki wyłącznie dla przyjemności, pudełek i słoneczek Steina już bym z domu nie wypuścił, nawet jeśli przyszłoby na nie zaciągnąć lichwiarski kredyt. Tak jednak nie jest. Poza krótkimi okresami przestoju w recenzjach, sprzęt stereo służy mi głównie do pracy i jako taki nie może upiększać rzeczywistości. Dlatego harmonizery Stein Music dopisuję do krótkiej listy rzeczy, które chcę kupić po przejściu na redakcyjną emeryturę i z niekłamanym żalem zwracam dystrybutorowi. Oby tylko do tego czasu nie zaprzestano ich produkcji.


Konkluzja
Jak akcesoria Holgera Steina mają się do wstępu tego artykułu?
Nieprzekonywalnych nie przekonam, choćby na własne uszy usłyszeli zmiany. Nie sądzę jednak, by kiedykolwiek zniżyli się do tak plebejskiej czynności, jak osobiste sprawdzenie skuteczności akcesoriów. Przecież i tak nie mają prawa działać. Pozostałych gorąco namawiam do odsłuchów. Nawet jeśli ich nie kupicie, to i tak będzie o czym opowiadać wnukom.
Tylko czy podobną nieufnością nie darzono kiedyś telegrafu bez drutu?

 






SteinMusic o

 

Mariusz Zwoliński
Źródło: HFM 02/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF