HFM

artykulylista3

 

McIntosh MC451

056 061 Hifi 10 2023 003

McIntosh jest tak mocno wpisany w krajobraz hi-endu, że ignorancją, a w najłagodniejszym przypadku nieporozumieniem jest go nie rozpoznać, nawet w ciemnym pomieszczeniu i bez okularów. Czarne fronty przykryte taflą szkła, podświetlone błękitem wskaźniki wychyłowe, zielone logo i symetrycznie rozmieszczone pokrętła – ma je nawet gramofon MT-10. A co mają monobloki MC451?

 

Dual mono kojarzy się ze wzmacniaczem stereo z maksymalnie rozdzielonymi torami zasilania i sygnałowym każdego kanału. To jakby dwa układy monofoniczne, tyle że zamknięte we wspólnej obudowie. Z kolei myśląc o wzmacniaczu hybrydowym, w pierwszym odruchu myślimy o integrze, która łączy lampowy przedwzmacniacz z tranzystorową końcówką mocy. Czy zatem w odniesieniu do monobloków oba określenia nie brzmią cokolwiek dziwnie?
I oto właśnie potknąłem się o parę McIntoshy MC451, określanych przez producenta jako Dual Mono Power Amplifier i wyposażonych w rozwiązanie Hybrid Drive. Ale… że jak?


Budowa
Na pierwszy rzut oka to kolejne monobloki. Oko oczywiście nie myli, ale nie wszystko widać na ów pierwszy jego rzut. McIntosh wie, że nic tak nie przyciąga audiofilskiej uwagi, jak blask rozżarzonych lamp, zwłaszcza gdy wszystkie noszą jego logo. Szklane bańki w stopniu mocy świecą na tyle intensywnie, że dwie widać z wnętrza obudowy, przez okienka w szklanym froncie. W rzeczywistości są tam cztery KT88, ustawione w drugim rzędzie i osłonięte przykręcaną klatką. Zapewniają 150 W. W pierwszym rzędzie widać trzy małe triody. Lewa i środkowa to 12AT7, prawa – 12AX7A. Poza okienkiem z przodu, ze wszystkich stron otaczają je lustrzane powierzchnie, a zielone podświetlenie od spodu nadaje wyrazisty styl. Styl idealnie spójny z zielonym podświetleniem loga McIntosha, nazwą modelu oraz opisami pokręteł. Prawe to trójpozycyjny włącznik z trybami on, off i remote (przyjmowanie komendy aktywacji albo wyłączenia z innego urządzenia w systemie). Wzmacniacz wyposażono też w oszczędzanie energii auto off, które uruchamia się przełącznikiem w tyłu. Wyłącza ono urządzenie po około 30 minutach milczenia. Funkcja działa tylko przy pokrętle w pozycji on; remote ją dezaktywuje. Wybór jest więc trudny: albo wygoda, albo oszczędność.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Kwadra KT88.

   

 

 


Lewe pokrętło wyłącza podświetlenie lamp wejściowych i mierników mocy oraz przełącza tryb pracy tych drugich pomiędzy dynamicznym (watts) a bardziej statycznym (hold).
W centrum zamontowano główną firmową atrakcję, czyli duży wskaźnik wychyłowy. W sumie to nawet bardzo duży. A do tego podwójny – widać tu dwie skale, umieszczone jedna nad drugą oraz dwie wskazówki. Okazuje się bowiem, że sekcja lampowa to tylko pół wzmacniacza. Partneruje jej druga część – solid state – dwukrotnie mocniejsza. Z zewnątrz jest niewidoczna, ale jej lokalizację wskazuje radiator ozdobiony literami Mc. Pracują w niej bipolarne tranzystory ON Semiconductor typu Thermal Trak, po sześć par MJL1302DG/NJL3281DG na kanał. Zasilanie dla nich filtrują kondensatory elektrolityczne 2 x 15000 µF. Nominalne moce wyjściowe wynoszą 300 W dla części półprzewodnikowej oraz 150 W dla lampowej i sumują się do niebagatelnych 450 W.
Uważne oko dostrzeże jeszcze diody systemów zabezpieczeń. Subtelnym akcentem jest umieszczony w lewym dolnym rogu symbol Hybrid Drive. Po obu stronach frontu zamontowano masywne aluminiowe uchwyty, niezbędne do bezpiecznego przenoszenia wzmacniacza.
Każdy z nich waży aż 60,3 kg, za co w głównej mierze odpowiadają trzy transformatory: zasilający pośrodku i dwa wyjściowe po bokach. Ten po lewej obsługuje wzmacniacz tranzystorowy, a po lewej lampowy. Niezależnie od nominalnej impedancji obciążenia moc pozostanie jednakowa.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Dyskretne logo Hybrid Drive.

   

 

 


Z tyłu znalazł się jeszcze jeden uchwyt, również bardzo przydatny przy przenoszeniu. Poza tym na użytkownika czeka niespodziewanie wiele elementów. Są tam przełączniki mono/separate, gniazda sygnałowe RCA i XLR dla części lampowej i tranzystorowej wraz z selektorem połączenia, pokrętła wewnętrznej zwrotnicy (płynna regulacja 100-1000 Hz) oraz czułości wejściowej sekcji lampowej (od -6 dB do + 3 dB), do tego zaciski głośnikowe Solid Cinch dla 2, 4 i 8 omów i oczywiście gniazda zasilania, oddzielne dla każdej sekcji. Listę uzupełniają złącza wyzwalaczy i wspomniany automatyczny wyłącznik.
McIntosh pozostawia możliwość wyboru połączenia RCA albo XLR, jednak optymalne jest to drugie. Nie tylko ze względu na symetryczny tor sygnałowy, ale także prawdopodobne ustawienie wzmacniaczy bliżej kolumn, a dalej od preampu, co wymusi korzystanie z dłuższych łączówek. Producent nie wyklucza ustawienia monobloków bezpośrednio na parkiecie lub dywanie, ale zaleca, żeby urządzenie miało minimum 50 cm wolnej przestrzeni od góry oraz dopływ powietrza od dołu. Typowe stoliki pod sprzęt hi-fi więc odpadają. Najlepiej się zaopatrzyć w solidne platformy.
Do standardowego podłączenia MC451 wystarczy jeden interkonekt, ale konieczne będą dwa komplety przewodów głośnikowych (typowo dla bi-ampingu), niekoniecznie takie same dla części lampowej i tranzystorowej. Przypomniały mi się czasy, kiedy korzystałem z bi-ampingu moich Eposów ES14, wykonanego w oparciu o integrę i wydajniejszą końcówkę mocy Exposure 2010. Używałem przewodów Audioquesta. Wyższy Bedrock lepiej się spisywał w sekcji wysokotonowej, sterowanej integrą. Końcówka zasilała niefiltrowany głośnik nisko-średniotonowy niżej pozycjonowanym CV-4. Zapewne i w przypadku MC451 można eksperymentować, jednak tym razem korzystałem z takich samych przewodów. Trójdrożne monitory ATC SCM-50PSL zostały przystosowane do tri-ampingu. W ich przypadku rozpiąłem zworki pomiędzy zaciskami średnio- i niskotonowymi.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Lampy wejściowe oraz wskaźnik
wspólny dla obu sekcji.

   

 

 


Należy zwrócić uwagę na właściwe ustawienie przełącznika wejścia i podłączenie interkonektu do gniazda w sekcji tranzystorowej (mono/solid state). Następnie, w oparciu o dane techniczne zestawów głośnikowych, trzeba ustawić potencjometrem częstotliwość zwrotnicy. Potencjometr czułości wejściowej stopnia lampowego pozwala dostosować proporcje zakresów lub zabawy w wyrównanie poziomów głośności w trybie separate.
Koncepcja dwóch autonomicznych, w dodatku różnych wzmacniaczy w jednej obudowie wydaje się karkołomna, wręcz przesadzona. Co więcej, MC451 może się okazać intrygującym narzędziem dla recenzenta lub po prostu osoby lubiącej sprawdzanie różnych urządzeń i zestawień. Gdy się oswoiłem z taką rzeczywistością i planowałem różne konfiguracje, przyszło mi do głowy tyle możliwości, że aż się zhiperwentylowałem. No bo można by i razem, i osobno, i na krzyż, i z trzema parami kolumn, byle przewodów wystarczyło. Ale tak naprawdę MC451 należy rozpatrywać jako wzmacniacz do bi-ampingu zestawów minimum dwudrożnych. Poza tym wydaje mi się, że dopiero korzystanie z jego pełnego potencjału uzasadnia niebagatelny w końcu wydatek.
Po włączeniu monobloków triody wejściowe zostają podświetlone na pomarańczowo, a dioda sygnalizuje przygotowywanie optymalnych parametrów dla lamp mocy. Po kilkunastu sekundach iluminacja zmienia się na zieloną i MC451 są gotowe do pracy.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Uchwyt pomocny
przy przenoszeniu wzmacniacza..

   

 

 


W konfiguracji mono – czyli równoczesnego korzystania z części lampowej dla tonów średnich i wysokich oraz tranzystorowej dla basu – w błękitnych oknach można obserwować taniec długich wskaźników części lampowej oraz krótszych tranzystorowej. W obu przypadkach wyskalowano je w watach (logarytmicznie) oraz decybelach. Zakres skali mocy dla sekcji lampowej opisano wartościami 1,5 mW – 150 W, a dla solid state: 3,0 mW – 300 W. Najniższym wartościom odpowiada -50 dB, a najwyższym – 0 dB. Na skrajach i małymi cyframi naniesiono jeszcze 300 W i 600 W – nie jestem pewien, na jakie pokuszenie. Wskazówki nie pracują równolegle. Dłuższa zwykle wyprzedza krótszą, a w utworach z wysokim natężeniem basu potrafią się spektakularnie wyprzedzać i „krzyżować”. Niewątpliwie przykuwają wzrok. Gdyby zbytnio rozpraszały, to można wygasić ich tło. Nie ustaną w tańcu, lecz będą go kontynuowały dyskretniej.

Reklama


Nie można pominąć faktu, że dwa wzmacniacze na jedną kolumnę to zdublowane ryzyko awarii. Na szczęście przewidziano systemy ochronne. Power Guard SGS (Screen Grid Sensor) śledzi w czasie rzeczywistym natężenie prądu na siatce KT88 i zmniejsza je w razie przekroczenia wartości bezpiecznej. Jego działanie sygnalizuje ta sama dioda, która po załączeniu monobloku wskazuje rozgrzewanie stopnia lampowego. Drugie zabezpieczenie, Power Guard, działa w sekcji półprzewodnikowej. Mierzy i dostosowuje sygnał wejściowy, zapobiegając zniekształceniom oraz potencjalnemu uszkodzeniu głośników. Jego załączenie sygnalizuje dolna dioda. Jej świecenie może też oznaczać przegrzanie radiatorów. Jest jeszcze Sentry Monitor, kontrolujący natężenie prądu w transformatorze wyjściowym. W przypadku zwarcia lub awarii lampy system wyłączy wzmacniacz, a trzy triody wejściowe zostaną podświetlone na czerwono. Resetowanie zabezpieczenia polega na wyłączeniu wzmacniacza na minutę, a następnie ponownym załączeniu.
Do uruchamiania najwygodniej korzystać z wyzwalaczy. Prawe pokrętła należy ustawić w pozycji remote i połączyć odpowiednim przewodem gniazda triggerów w monoblokach i preampie.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Klatka zabezpieczająca
lampy mocy.

   

 

 


Konfiguracja
MC451 grały z przedwzmacniaczem tranzystorowym C53 (test w „HFiM” 12/2020), wyposażonym w moduły phono i DAC, oraz monitorami ATC SCM-50PSL. Jako źródła analogowe wykorzystałem gramofon Brinkmann Taurus z ramieniem Brinkmann 12.1 („HFiM” 7/2020) i wkładką Air Tight PC-1 Coda („HFiM” 10/2020), transformator Air Tight ATH-2A Reference i stopień korekcyjny Pre-Amplifikator Gramofonowy z zasilaniem akumulatorowym. Pliki z wewnętrznego dysku oraz streaming z sieci obsługiwał 432 Evo Aeon („HFiM” 7-8/2023), podłączony do wejścia USB w przedwzmacniaczu przewodem Supra Excalibur. Uzupełniającą konfigurację Fonikę GS464 z wkładką Audio-Technica AT3600L może i powinienem pominąć, ale niech zostanie jako budżetowe źródło. Licealny gramofon małżonki został przeze mnie jakiś czas temu odnowiony, nasmarowany i działa idealnie. A wkładkę ustawiłem najlepiej, jak potrafię, także w zakresie azymutu. Wykorzystałem miernik Fosgometr V2 i płytę testową, czego efektem jest dźwięk nadspodziewanie dobry. Jak to powiedział jeden z moich gości: „Fonica złamała system”.

Reklama


Wraz ze wzmacniaczami otrzymałem dwa komplety przewodów głośnikowych Transparent Audio Ultra. W sumie nie jest to wymóg bezwzględny, jednak jeśli chodzi o elegancję, wydaje się uzasadniony. Wykorzystałem też sieciówki Transparent Audio XL Powercord oraz łączówkę Ultra Balanced. Poważna gra, to i zrobiło się poważnie cenowo, ponieważ zestaw okablowania jest aktualnie wyceniony na 88000 zł. Poprosiłem także o przewody głośnikowe McIntosha. Model CS2M jest sprzedawany na sztuki i każda kosztuje 4980 zł, co wydaje się propozycją godną rozważenia. Poza tym użyłem jeszcze moich Fadeli Coherence One (łączówki, sieciówki i listwa).

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Z przodu lampy,
za nimi transformatory
i sekcja tranzystorowa.

   

 

 


Kable, kabelki
Z okablowaniem Transparent Audio dźwięk okazuje się nieco wytrawniejszy, ale też bardziej elegancki. Wydaje się, że decydującą rolę w budowaniu ogólnego wrażenia bardzo równego, kontrolowanego i zdyscyplinowanego brzmienia odgrywają przewody zasilające. Podmiana na customowe o grubym przekroju „nabuzowała” dźwięk, wprowadzając więcej niskich tonów oraz wrażenie podwojenia liczby gitar basowych i ich delikatnego rozjazdu rytmicznego, jakby pojawiał się pogłos. Podobne obserwacje dotyczą średnicy: głosy zyskały tu jakby więcej przestrzeni wokół lub właśnie ten zdublowany, zespolony z głównym. Z jednej strony powodowało to wrażenie ożywienia, ale z drugiej – zrozumiem wielbicieli większego rygoru.
Przewody Transperenta pasują do siebie i to samo można powiedzieć o używanych przeze mnie na co dzień Fadelach. Pokuszę się o stwierdzenie, że w pierwszym przypadku głośnikowe wymagają przygotowania terenu przez firmowe sieciówki podłączone do wzmacniacza. W drugim może ważniejsza jest interakcja setu zasilającego źródło i preamp z przewodem sygnałowym. Porównanie kompletów okablowania od przedwzmacniacza do kolumn nie było możliwe, gdyż nie posiadałem drugiej pary głośnikowych Fadeli Coherence One. Spędziłem nieco czasu na dopracowaniu konfiguracji i stopniowo podążałem do układu Fadel Coherence One plus różne opcje głośnikowych. A poza dwoma kompletami Transparentów Ultra dysponowałem także dwoma McIntoshami SC2M oraz budżetowymi KaCsa KCE-LSW25. Zasilanie oraz interkonekty Fadela dobrze uzupełniały Transparenty Ultra, dodając barwom mocniejszych odcieni. Ale przecież nie o oplataniu się przewodami ma być ta recenzja.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Po lewej wejścia
sygnałowe i regulacje.
Po prawej – zaciski
głośnikowe
do bi-ampingu.

   

 

 


Wrażenia odsłuchowe
O brzmieniu monobloków McIntosha MC451 wolałbym napisać krótko, a wygospodarowany czas poświęcić na słuchanie ich w kółko i w kółko. Utwór „911” Johna Van der Veera pokazał drzemiące w nich tygrysy. Wystartowały w tę muzykę bez specjalnej rozgrzewki, z kopyta, z nieskrępowaną siłą i drive’em. Pokazały idealnie punktualny rytm i niezwykle realistyczną mikrodynamikę. Holograficzna scena, a na niej – wodospady gitarowych dźwięków. Każda ze strun została szarpnięta naturalistycznie i wybrzmiewała pełnie i angażująco. Trudno się było skupić na czymś innym. Bez strachu zatem poddałem się naporowi ściany dźwięków w utworach „Right Here, Right Now” i „The Rockafeller Skank” Fatboy Slima. Kontrola nad tym łoskotem ujawnia prawdziwy potencjał dynamiczny MC451, umiejętność rozbijania „gęstego” na kosmos zdarzeń i trzymanie nad nimi pełnej kontroli. A przyjemność słuchania i tak pozostaje. Nawet przestery i efekty pitch nie wytrąciły mnie z pozycji lotosu. Za to zachęciły moją żonę do tanecznej rozgrzewki przed zajęciami prawdziwej jogi. A ja – niestety albo stety – zostałem w domu z tym McIntoshem i kontynuowałem rozgryzanie albumu „3121” Prince’a.

Reklama


To kolejna dawka muzyki, która – w odróżnieniu od akustycznej – zabrzmiała w większym skupieniu sceny, co pewnie skomplikowało, ale nie przeszkodziło w pokazaniu w-s-z-y-s-t-k-i-e-g-o (chciałem to rozbić na sylaby, ale mi się nie udało). A MC451 potrafi robić dowolne sztuki. Wgląd w muzykę jest wspaniały, rozdzielczość imponująca, a potęga – onieśmielająca. Niskotonowa gęstość, wolumen i szybkość zadawania ciosów z pewnością zadowolą nie tylko miłośników takich wrażeń, ale może przede wszystkim krytyków, którzy odmawiają muzyce tanecznej dzikości, rytmicznej supermocy i żywiołowego temperamentu, a zamiast niej słuchają brzdąknięć. Przesadzam trochę z tym konfrontacyjnym tonem, ale chociaż sam wolę się relaksować przy muzyce rozproszonej, to tym razem Prince został ze mną już do końca sesji odsłuchowej.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Jeden McIntosh MC451.

   

 

 


Jeżeli sądzicie, że w klasyce ten zapas mocy ma mniejsze znaczenie, to odsłuch MC451 przekonuje, że ma ogromne. Z wyjątkową swobodą i lekkością McIntosh pokazuje najbardziej palcołomne popisy skrzypków. Fortepiany są odtwarzane wzorowo. W czasie ich odsłuchu wydawało mi się, że znalazłem się możliwie najbliżej nich. Pojawiło się wrażenie podejścia do wykonawcy, przybliżenia się do instrumentu, fizycznego poczucia jego drgań, słyszenia większej ilości detali. A wszystko to bez nawet śladu natarczywości, przekroczenia granicy, atakowania odbiorcy.
Obserwując, co się dzieje w dziedzinie kreowania wrażeń przestrzennych oraz czystości brzmienia, nie mogłem sobie odmówić „Les nuits d’été” Hectora Berlioza w wykonaniu Régine Crespin i L’Orchestre de la Suisse Romande pod dyrekcją Ernesta Ansermeta (Decca, 1963). Na tym też etapie zmieniłem przewody głośnikowe na McIntoshe SC2M. Od lat poszukiwałem wzmacniacza, który potrafiłby powtórzyć wyczyn D’Agostino Master Power Classic Stereo („HFiM” 2/2017). Warto było czekać. Para MC451 przeniosła mnie do krainy brzmienia wymarzonego. I jednak przebiła dotychczasowy wzorzec. Wrażenie słuchania głosu na żywo z całym skomplikowaniem wykonawczym, rozśpiewywaniem i przygotowaniem do rozkwitnięcia w najwyższych dźwiękach było wprost dojmujące. Niemłoda już realizacja zabrzmiała bardzo naturalnie i bez nosowych naleciałości. Także tym razem miałem wrażenie przebywania bardzo blisko wykonawcy. Ten, jak się wydaje, lampowy element brzmienia czyni je szczególnie pociągającym. Bo McIntosh pozostaje przy tym bardzo naturalny i rzetelny w każdym innym aspekcie. Uczucie wsparcia orkiestry, jej mocny oddech za solistką, wyrazistość akompaniamentu, uwolnienie detali, ich różnicowanie, wreszcie gotowość do zmian głośności wydają się nieograniczone.

Reklama


Nie mniej MC451 angażują słuchacza w jazz. Czy to Tomasz Stańko New York Quartet, czy Yuri Honing Acoustic Quartet, czy inne realizacje akustyczne – lampowe wykończenie dodaje im niesamowitej intymności i hipnotyzującej emocjonalności. Nie jest to uwodzenie kolorami przypraw, lecz odsłanianie czystej muzyki, która nie dosyć, że brzmi naturalnymi barwami, to jest wyświetlana na wielowymiarowej scenie, tworzącej przestrzenne projekcje dźwiękowe. Wybrzmienia tria za solistą zostają wyraźnie doświetlone, wydobyte z czarnego położonego jeszcze dalej w głębi tła. Dają poczucie fizycznego wchodzenia w muzykę, omywania całego pokoju jej dźwiękami. Przełączenie na „On The Corner” Milesa Davisa gwałtownie wyrywa z tego błogostanu. Pojawia się zamieszanie wynikające wyłącznie ze zmiany klimatu muzyki. Ale zaangażowanie emocjonalne pozostaje niezmienne, a po chwili funkowy rytm i dziwne, kojarzące się z ulicznym ruchem dźwięki wypełniają pokój i mózg. Takie przełączenia dla McIntosha to bułka z masłem. Później utonąłem w „In A Silent Way”.

 

 

 

030 035 HFM 03 2024 001

 

Drugi McIntosh MC451.

   

 

 


Same lampy
Na którymś etapie podjąłem próbę ograniczenia śladu węglowego i zmniejszenia zużycia prądu poprzez czasowe przełączenie na odsłuch tylko toru lampowego. Stało się to, czego się spodziewałem. Brzmienie nieco się zbiegło, jakbym dysponował nie tylko niższą mocą, ale i mniejszym pomieszczeniem. Stało się płynne, lekko słodkie, nadal z dobrą i czytelną mikrodynamiką; bez sklejania dźwięków, ale też bez tego oddechu i głębi, jakie wnosi mocna podstawa basowa. Zapewnia ona także wrażenie ciemniejszego tła i lepszego kontrastu. Moc 150 W z KT88 trudno nazwać słabowitą, a dalszych kilka dni słuchania w tej konfiguracji pokazało, że to właśnie lampy zapewniają barwy i faktury w średnicy oraz czystość wysokich tonów; nie wyczułem przybrudzeń ani szumów. Przełączenie na sam tor solid state na tym etapie sobie darowałem – na co dzień słucham moich tranzystorowych MC301.
Ostatecznie uznałem, że dłuższe słuchanie połówek monobloków nie ma większego sensu. Dobrze mieć taką możliwość na sytuacje awaryjne, ale w poważnym użytkowaniu połączenie części lampowej z tranzystorową zapewnia najlepszy dźwięk. W końcu za to płaci nabywca tych monumentalnych wzmacniaczy. I w sumie taki dźwięk z nich otrzyma. Mocny, stabilny postument, strzelistą i czystą średnicę oraz niebiańsko przejrzyste najwyższe tony. Takich właśnie cech szukałbym, planując kolejne kroki w rozbudowie systemu. Para MC451 wyznacza kierunek pozytywnych zmian w każdym aspekcie.


Konkluzja
Monobloki McIntosh MC451 tworzą z muzyką jedność. Podążają za nią, a ona jest w nich.

 

Reklama


SC2M
Czy jest zaskoczeniem, że McIntosh w ogóle robi przewody? Zaryzykuję stwierdzenie, że generalnie McIntosh może sobie pozwolić na robienie wszystkiego, do czego ma przekonanie. Jeśli więc przy szerokiej gamie elektroniki proponuje jeden kabel głośnikowy, to należy przyjąć, że jest on dopasowany do wymagań firmowych wzmacniaczy. Firma oferuje go w dwóch standardowych długościach – 2 m oraz 3 m. Na zamówienie dostępne są odcinki dłuższe o kolejne metry.
Każdy bieg zawiera dwie wiązki przewodników o zróżnicowanym przekroju, wykonanych z miedzi OFC. Każda z wiązek uzyskuje łączną średnicę 2,9 mm i przekrój poprzeczny 6,63 mm2. Do izolacji wykorzystano piankę polietylenową, odporną na wysokie napięcia. Na zewnętrzną otulinę wybrano niepalne PVC UL CL2, zabezpieczone czarną nylonową siatką. Wiązki do zacisku czerwonego i czarnego wychodzą ze złotego (a jakże) splittera; oznaczono je czytelnie kolorami koszulek termokurczliwych. Na jednej z czarnych znalazło się także oznaczenie kierunku podłączenia. Kabelki nie są przesadnie sztywne i ładnie się układają za sprzętem.
Końcówki to solidne pozłacane widełki z brązu, idealnie pasujące do zacisków Solid Chinch montowanych we wzmacniaczach McIntosha. Nakręcane złote tuleje z napisem „McIntosh” wykonano z tworzywa. Ich zetknięcie z zaciskami w głośnikach nie powoduje zwarcia. Przewody są pakowane pojedynczo w oznaczone logiem McIntosha eleganckie woreczki z czarnego płótna oraz w osobne kartony.
SC2M można kupować na sztuki. Do klasycznego zestawu trzeba wziąć dwa, a do testowanych monobloków MC451 już cztery. Brzmieniowo nie potrafiłem im nic zarzucić. Cenowo chyba jeszcze mniej. W porównaniu z Transparentami Ultra są nieco łagodniejsze i słodsze w średnicy, przytulniejsze w basie, nie gorzej budują przestrzeń i śmiało uwalniają wysokie tony. W porównaniu z budżetowymi KaCsa KCE-LSW25 prezentują brzmienie znacznie dojrzalsze, już hi-endowe, bardziej zróżnicowane barwowo i dynamicznie, przestronniejsze i gładsze. Zdecydowanie warto je sprawdzić w zestawieniu z McIntoshami. Fajne są!

 

 

Reklama

 

 

Zrzut ekranu 2024 03 24 102240

 

Paweł Gołębiewski
Źródło: HFiM 03/2024