HFM

artykulylista3

 

Hegel H600

056 061 Hifi 10 2023 003W testach najbardziej lubię niespodzianki. Na przykład kiedy jakiś utwór, motyw czy dźwięk, niczym dotknięcie czarodziejskiej różdżki, otwiera zakurzone drzwi wspomnień. Albo bramę nowych wrażeń – takich, których wcześniej nie znałem.
Źródłem tych przeżyć jest oczywiście muzyka, ale bez sprzętu ani rusz. Zwłaszcza takiego, który oprócz dobrego brzmienia ma odpowiednie predyspozycje.



Hegel to norweska firma o ugruntowanej pozycji na naszym rynku. Jej popularność wynika nie tylko z aktywnego w swoim czasie marketingu, ale przede wszystkim z wysokiej jakości produkowanych urządzeń. Nie miałem dotąd przyjemności poznać Hegla w teście – z tym większym zainteresowaniem zająłem się H600.
To obecnie flagowa integra w katalogu; zastąpiła model H590. Pomimo podobieństwa zewnętrznego wiele elementów we wnętrzu zostało tu odnowionych lub całkowicie przebudowanych. Nie jest to więc jedynie kosmetyczny tuning. Kluczowe zmiany dotyczą DAC-a, układu obsługującego streaming, a także, co może się okazać najważniejsze, układu regulacji głośności. Zacznijmy jednak tradycyjnie – od tego, co widać.


Budowa
Wzornictwo Hegla jest nowoczesne, a jednocześnie stonowane. Pod względem wizualnym firmie o wiele bliżej do skromności liderów minimalizmu niż do przepychu firm lubujących się w wodotryskach. Nie przesądzam, które podejście jest lepsze. Niech ta kwestia pozostanie tam, gdzie jej miejsce – w sferze gustu.
Na przedniej ściance widać tylko trzy elementy: dwa pokrętła i wyświetlacz. Jak na wzmacniacz zintegrowany to rzeczywiście mało, ale jest w tym sens. Użytkownik na co dzień korzysta bowiem jedynie z regulacji głośności i wybieraka źródeł. Cokolwiek innego ustawia się na tyle rzadko, że dodawanie osobnego przycisku ma wątpliwy sens. Zwłaszcza kiedy producent przewidział ustawienia w menu – i to właśnie przypadek H600.
Kiedy naciśniemy lewe pokrętło, na wyświetlaczu pojawią się różne opcje, między którymi nawigujemy, obracając gałką. Zatwierdzamy jej naciśnięciem. Można ustawić domyślny poziom głośności po wybudzeniu z trybu stand by, sprawdzić dane związane z połączeniem sieciowym i wiele innych. No i dezaktywować dość irytującą (przynajmniej dla mnie) funkcję automatycznego przejścia w tryb czuwania przy braku sygnału lub gdy jest on cichy, jeśli przerwa potrwa godzinę. Ta funkcja, z tego co się zorientowałem, może być niedostępna w egzemplarzach skierowanych na niektóre rynki – zależnie od dyrektyw związanych z oszczędzaniem energii w danym kraju lub regionie. Ale u nas jest. Problem w tym, że jeśli chcemy mieć pewność, że wzmacniacz do odsłuchu zostanie odpowiednio rozgrzany (a również dotarte egzemplarze potrzebują niekiedy i godziny pracy, aby osiągnąć optymalną dyspozycję) i do tej rozgrzewki użyjemy cichej muzyki, to H600 sam się wyłączy.

 

 

Tranzystory Toshiby – po 12 na kanał.

   

 

 
Główny włącznik ukryto od spodu, ale dostęp jest łatwy, bo obudowa stoi na dosyć wysokich nóżkach, dopracowanych pod kątem izolacji od mechanicznych zakłóceń zewnętrznych. Pokrętło głośności, podobnie jak selektor źródeł, jest dwufunkcyjne. Obracając nim, robimy głośniej-ciszej, natomiast wciśnięcie aktywuje i dezaktywuje stan całkowitego wyciszenia. W pierwszych chwilach trochę mnie to zdezorientowało, bo po prawidłowej instalacji i sprawdzeniu wszystkich połączeń z głośników nie chciała płynąć muzyka. Na szczęście udało mi się w miarę szybko wpaść na pomysł wciśnięcia czego trzeba i świat z powrotem stanął na nogach.
Zabudowa tylnej ścianki jest typowa dla nowoczesnych wzmacniaczy z przetwornikiem. Sekcja gniazd cyfrowych obejmuje jedno wyjście BNC oraz serię wejść: BNC, RCA, trzy Toslinki oraz USB-B. Do połączenia z internetem służy LAN RJ-45.

Reklama


Poniżej znajduje się sekcja analogowa. Dostępne są dwa wejścia XLR i dwa RCA. Sygnał wyprowadzają dwa wyjścia RCA – stałe i zmienne. Wszystkie RCA są złocone. Po bokach umieszczono pojedyncze, solidne terminale głośnikowe Mundorfa. Listę zamyka gniazdo zasilania z klapką bezpiecznika.
Poza modułem phono jest wszystko, czego nawet rozbudowanemu systemowi do szczęścia potrzeba. Można użyć sygnału cyfrowego z zewnętrznego transportu, odtwarzać pliki z komputera albo słuchać streamingu. Można także korzystać ze źródła liniowego, które dostarczy sygnał analogowy. W tych cyfrowych czasach warto to podkreślić, żebyśmy nie zapomnieli, co jest podstawowym zadaniem wzmacniacza.
Jeżeli chodzi o streaming, to Hegel obsłuży Spotify Connect, Tidal Connect, UpnP, Apple AirPlay 2 i Chromecast. Opcja Roona będzie udostępniona wraz z jedną z najbliższych aktualizacji oprogramowania. Nie musimy też zaprzątać sobie tym głowy. O ile tylko H600 będzie podłączony do internetu, update zostanie zainstalowany automatycznie. To oznacza, że użytkownik może znienacka dostać w prezencie zupełnie nową funkcjonalność.
Do wzmacniacza dołączany jest solidny metalowy pilot. Co ciekawe, czujnik podczerwieni Hegla da się sparować z pilotem do telewizora (pod warunkiem, że mamy telewizor i to raczej nowszej generacji). To bardzo wygodna opcja. Wtedy nadajnik dostarczany z H600 możemy schować do szuflady.

 

 

Oddzielne trafo dla sekcji cyfrowej.

   

 

 
Urządzenie dysponuje mocą 303 watów na kanał przy obciążeniu 8 omów. Zaraz, zaraz… 303 watów? Po pierwsze – dlaczego aż tyle? Po drugie – dlaczego właśnie 303? Zacznijmy od drugiej kwestii. No cóż, producenci podają dane według własnych pomiarów. Jeżeli Heglowi wyszło 303 W, to niech tyle będzie. Ale chyba pierwszy raz w życiu zastanowiło mnie, dlaczego właściwie wszyscy inni podają wartości w zaokrągleniu do pełnych dziesiątek, jeżeli tylko wzmacniacz ma więcej niż, powiedzmy, 30 watów.
Ważniejsze jednak, że 303 W to naprawdę kawał mocy, nawet w kategoriach absolutnych. Z ciekawości zacząłem sprawdzać, czy kiedykolwiek miałem w domu mocniejszy wzmacniacz, i o ile czegoś nie przegapiłem, to zdaje się, że nie. Najbliżej była chyba, słabsza zaledwie o 3 W, stereofoniczna końcówka mocy Boulder 1160. A przypomnę, że to potwór o masie ponad 60 kg. Oczywiście znalazłoby się niejedno urządzenie od Hegla mocniejsze, ale jeśli miałoby pozostać przy tym tak samo względnie kompaktowe (jak na hi-end)… to już nie wiem. A nawet jeśli, i tak w najmniejszym stopniu nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z wyjątkową konstrukcją. Bo wielka moc to zaledwie początek atrakcji.

Reklama


Nie mniej imponująco wygląda współczynnik tłumienia, wynoszący 4000. Producent gwarantuje także stabilność przy spadkach impedancji do 2 omów. Jeśli chodzi o konstrukcję, to sprawdzimy ją, zaglądając do środka aluminiowej obudowy.
Stopień mocy zbudowano w oparciu o trzy firmowe koncepcje: Dual Amp, Dual Power i SoundEngine2. Pierwsze dwie to w zasadzie tylko nazewnicza przykrywka dla zasad chyba powszechnie stosowanych we wzmacniaczach tranzystorowych w tym segmencie cenowym. Dual Amp to nic innego jak Dual Mono, czyli rozdzielenie ścieżek sygnałowych obu kanałów. Dual Power to rozdzielenie zasilania obu kanałów. Wprawdzie transformator toroidalny jest wspólny, ale nie będziemy o to kruszyć kopii, bo poza tym wszystko się zgadza.

 

 

Zestaw wejść i wyjść cyfrowych
i analogowych. Pojedyncze terminale
głośnikowe.

   

 

 
Płytki końcówek każdego kanału przykręcono do radiatorów tworzących coś w rodzaju wewnętrznych ścianek bocznych; od zewnątrz jest jeszcze ścianka właściwa. W każdym kanale pracuje 12 tranzystorów bipolarnych Toshiby (2SC5949). Pojemności filtrujące też wyraźnie rozdzielono – na każdy kanał przypada po sześć sporych kondensatorów.
Trzeci z wymienionych elementów, czyli SoundEngine2, jest nieco ciekawszy. Cała historia norweskiej firmy wiąże się z poszukiwaniem sposobu wyeliminowania z sygnału zniekształceń. A te sprowadzają się do różnicy pomiędzy sygnałem na wejściu i na wyjściu. Wiadomo, że można tę różnicę niwelować za pomocą globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Można też dopracować układ tak dokładnie, żeby sprzężenie nie było potrzebne. Hegel we wzmacniaczach globalnej pętli nie stosuje. Stosuje natomiast rzeczony SoundEngine2. Jego działanie polega na eliminacji zniekształceń charakterystycznych dla układów pracujących w klasie AB. A owe zniekształcenia powstają, jak wiadomo, przy przechodzeniu sygnału przez zero. Opatentowane przez Norwegów rozwiązanie je koryguje, upodabniając tym samym wzmacniacz w klasie AB do klasy A, ale bez uszczerbku na mocy. Firma określa to jako lokalne adaptacyjne sprzężenie wyprzedzające.
Jeżeli chodzi o sekcję preampu, to w materiałach informacyjnych wyczytamy, że znajduje się w niej przejęty z flagowego P30A układ regulacji siły głosu. Nie dowiemy się jednak o nim niczego poza tym, że jest bardzo zaawansowany.
Już w H590 DAC był wysokiej jakości. Jednak w tej dziedzinie upływ czasu jest nieubłagany. Poza tym, z powodu pożaru w japońskiej fabryce Asahi Kasei, firma była zmuszona zastąpić chip AKM AK4493EQ czymś innym. W nowym przetworniku wybór padł na ESS Sabre 9038Q2M, dla którego zbudowano osobny zasilacz z własnym, mniejszym transformatorem toroidalnym.

 

 

Metalowy pilot.

   

 

 
Konfiguracja systemu
Z wyżej wspomnianymi parametrami technicznymi Hegla H600 należy uznać w ciemno za wzmacniacz, który żadnych głośników się nie boi. Nie zastanawiałem się więc w ogóle, czy wysteruje dość wymagające redakcyjne Dynaudio Contour 1.3 mkII, tylko je po prostu podłączyłem. Jako źródło wykorzystałem to, co zawsze, czyli odtwarzacz CD Naim 5X z zewnętrznym zasilaczem Flatcap 2X.


Wrażenia odsłuchowe
Praktycznie już w pierwszych chwilach odsłuchu brzmienie topowej integry Hegla pokazało swój analogowy charakter i tak już zostało do końca. Analogowość śmiało można uznać za kluczowy element charakterystyki brzmieniowej. Zdaję sobie sprawę, że jest ona na tyle pożądanym kierunkiem audiofilskich poszukiwań, że łatwo ją odnaleźć w wielu współczesnych urządzeniach. Ale przypadek Hegla jest nieco inny z dwóch względów.
Po pierwsze: wydaje się, że częściej analogowość idzie w parze z innymi cechami, natomiast tutaj jest absolutnie wiodąca, jakby kumulowała w sobie wszystkie pozostałe. Po drugie – analogowość H600 jest na swój sposób jeszcze bardziej analogowa w porównaniu z tym, co prezentują inni. Taka myśl pojawiała mi się co chwila w trakcie odsłuchu, i chociaż nie wiem, czy zebrałem wystarczającą liczbę wniosków, by ją uzasadnić, to mimo wszystko spróbuję.
Aby się wczuć w ten wyjątkowy sposób prezentacji, należy po kolei przybliżyć jej główne elementy. Zacznijmy więc od podstaw, czyli od basu.

Reklama

W wykonaniu Hegla jest mocny i pulsuje. Jego obecność odczuwamy jako bardziej ciągłą niż epizodyczną, ale nadal w tym wszystkim proporcjonalną. Wiadomo, że niektóre urządzenia dysponują niesamowitymi niskimi tonami, ale preferują podejście oszczędne – nie szafują nimi przez cały czas, bazując na koncepcji chwilowych pojawień. Inne z kolei oferują bas nieustannie pompujący prezentację, tak aby spragniony słuchacz mógł wejść w stan niczym niezakłócanej niskotonowej nirwany. Hegel plasuje się mniej więcej pośrodku. Niskie tony pracują cały czas, jednak ze zróżnicowaną intensywnością. Innymi słowy: we fragmentach mniej basowych jest go rzeczywiście mniej, ale jednak jest – w odróżnieniu od obu skrajnych podejść, kiedy to jest go więcej, niż potrzeba albo w ogóle go nie ma. Za to we fragmentach bardziej basowych jego potęga porusza ściany. Kontrola również została dobrana racjonalnie. Konsekwentnie trzyma cały dół pasma w ryzach, nie dopuszczając do jego nadmiernego poluzowania, ale jednocześnie robi to w sposób, który zapobiega twardości.

 

 

Minimalistyczne wzornictwo.

   

 

 
Niskie tony mają moc i jakość. Jednak pomimo ich wielkiej skali i głębi, określiłbym je bardziej jako majestatyczne niż wyczynowe. Taka też jest dynamika. Owszem, amplituda makro imponuje, ale mimo wszystko słychać, że heavymetalowe koncerty na pewno nie stanowiły głównego punktu odniesień dla norweskich inżynierów. I nawet jeśli „Unforgiven” Metalliki jeszcze się broni, to „Thunderstruck” AC/DC na pewno wypadłby lepiej w bardziej bezwzględnej estetyce, która wniosłaby więcej agresji i szorstkości.
Takie podejście jest jednak zgodne z przewodnią myślą całego brzmienia. Droga do analogowości wiedzie przez muzykalność, nie przez dynamiczne ekscesy. A muzykalność Hegla okazuje się wręcz hipnotyzująca. W średnicy odnajdziemy wszystko, o czym audiofil może pomarzyć. Są soczyste barwy, płynność i czystość. Jest harmonia, swoboda i brak efekciarstwa. Średnie tony zostają ładnie napowietrzone i przejrzyste w górnym zakresie, ale potrafią też świetnie oddać oleistą konsystencję instrumentów grających nieco niżej.

Reklama


Jeszcze jedną ważną cechę H600 odkryłem przy okazji analizy góry pasma. Kiedy zacząłem szukać w notatkach uwag o tym zakresie, to ich właściwie… nie znalazłem. Raz tylko odnotowałem, że nie zwracają na siebie uwagi. Na szczęście wzmacniacz nie został jeszcze oddany importerowi, więc czym prędzej wróciłem do odsłuchów, aby nadrobić tę zaległość. I co? Ano dalej to samo. Pod względem zawartości informacji sopranom niczego nie brakowało, ale grały w sposób tak oczywisty i nieinwazyjny, że naprawdę nie zwracały na siebie uwagi. Pozwalały zachować odpowiednią analityczność brzmienia i pełną gamę szczegółów, ale jednocześnie pozostały lekkie i zwiewne. Nazwałbym je łatwo przyswajalnymi. Nie ma w nich miejsca na świdrujące ostrości, ani nawet na najdrobniejszy kłujący odblask. Jest za to skromność, którą uzasadnia poczucie własnych możliwości. Tak jakby mistrz kung fu szedł ulicą i nagle wyskoczył do niego nabuzowany chuligan. Prawdziwy mistrz nie zada miażdżącego ciosu, lecz płynnie wyminie napastnika i spokojnie pójdzie dalej – na tym właśnie polega prawdziwy pokaz klasy. Takie też są soprany w wykonaniu Hegla H600. Czy można je wobec tego uznać za wycofane? Niektórzy użyliby tego określenia, ale chyba głównie ci, którzy po prostu lubią wyeksponowaną górę. Dla mnie były idealnie wyrównane i wpisane w całość. Owszem, łagodne, ale pełnowartościowe. Inna sprawa, że tak właśnie wolę.
A wspomniana cecha ogólna, odkryta przy okazji sopranów? No właśnie, H600 pomaga zapomnieć o sprzęcie. Zbliża do muzyki dzięki bezstresowej przyswajalności dźwięków. Wsłuchiwanie się w sybilanty, poszukiwanie nieparzystej harmonicznej czy sprawdzanie piętnastego herca będzie przy nim zwyczajnym nietaktem.

 

 

Dual mono w torze sygnałowym
i rozdzielone zasilacze,
ale ze wspólnym transformatorem.
Sekcja cyfrowa ekranowana od dołu.

   

 

 
Stereofonia pokazuje charakter zgodny z ogólną, analogową myślą przewodnią. Przy bardzo dobrych parametrach przestrzennych sposób lokalizacji źródeł dźwięku jawi się bardziej jako plastyczny niż chirurgiczny. Można dokładanie wskazać miejsce danego instrumentu, ale owa dokładność niesie też w sobie, paradoksalnie, pewną miękkość. Nie chodzi jednak o rozmycie konturów, lecz o taką właśnie plastyczną formułę pojawiania się i znikania dźwięku w danym miejscu. Duża rozłożystość sceny zapobiega zagęszczeniu, nawet w nagraniach z udziałem większych składów, a napowietrzona średnica pozwala zachować wzorową przejrzystość.
Wszystkie powyższe składniki brzmienia współtworzą zapowiedziane na wstępie pojęcie analogowości. Jednym może się ona kojarzyć bardziej z lekkim przyciemnieniem, innym z płynnością, a jeszcze innym – z elementami lampowości. Wydaje się, że Hegel ma tego wszystkiego po trochu. Wystarczy kilka dni odsłuchu, by się utwierdzić w przekonaniu, że w Norwegii naprawdę wiedzą, co robią. Miało być bez zniekształceń, z imitacją klasy A? Jeżeli przed odsłuchem miałbym sobie wyobrazić, jak taka koncepcja mogłaby brzmieć, to myślę, że właśnie tak, jak to w praktyce zrealizował H600.

Reklama


Jest jeszcze jeden element, który tym razem nie przynależy do żadnego aspektu brzmienia. Takie cechy spoza protokołu są oczywiście bardzo umowne, ponieważ opierają się nie na usłyszanych dźwiękach, lecz na nastroju, jaki wytwarzają. A nastrój, jak wiadomo, każdy może mieć inny. Skoro jednak u mnie powracał przez cały czas odsłuchów, to może wspomnienie o nim kogoś zainteresuje.
Dzięki swej analogowej formule H600 tworzy coś w rodzaju klimatu vintage. Niech nikt mnie źle nie zrozumie – współczesne nagrania brzmią nowocześnie, a klasyczne – klasycznie. Jednak Hegel proponuje coś, co sprawia, że sama czynność słuchania muzyki zostaje wzbogacona elementem nostalgii. Jak dla mnie właśnie to stanowi esencję i cel całej dźwiękowej filozofii tego wzmacniacza. Coś, co każdemu nagraniu, niezależnie od jego wieku, nadaje walor evergreenu. Który nigdy się nie zestarzeje, jeśli jest młody i pozostanie młody, nawet jeśli należy do minionej epoki. Weźmy na przykład „Kung Fu Fighting” Carla Douglasa – piosenkę z początku lat 70. XX wieku. Pierwszy raz usłyszałem ją dekadę później i, nic o niej nie wiedząc, czułem, że wprawdzie musi mieć swoje lata, ale brzmi tak świeżo, jakby należała do teraźniejszości. Minęło 40 lat i co? Zawsze słysząc „Kung Fu Fighting”, mam dokładnie to samo wrażenie. A Hegel taką świeżość i jednocześnie klimat nostalgii wytwarza przez cały czas. Intrygujące? Dla mnie bardzo. I właśnie dlatego uważam, że jego analogowość jest bardziej analogowa niż zwykle.
H600 to wzmacniacz o wyraźnie zaznaczonym charakterze, łączący majestat z muzykalnością. Pomimo ewidentnego dociążenia pozostaje nienachalny, zwiewny i przejrzysty oraz – co najważniejsze – bardzo nastrojowy. Taki dźwięk jest łatwy w odbiorze, co często, i słusznie, kojarzy się z wysokim współczynnikiem relaksu.


Konkluzja
Muzyka może być źródłem emocji, zwłaszcza kiedy sprzęt jej w tym pomoże. Hegel H600 spisał się znakomicie.

 

 

Reklama

 

unitra csh 801

 

Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 02/2024