fbpx

HFM

artykulylista3

 

Luxman L-509X

052 056042021 009
Kraj Kwitnącej Wiśni jest naszpikowany najnowocześniejszą technologią, która niczym krew krąży w jego żyłach. Gadżety, którymi bawi się japońska młodzież, trafią w ręce tej w innych krajach w przyszłości.

Jakby na przekór hi-techowi społeczeństwo pozostaje konserwatywne. Patrzy w przeszłość i stara się wykorzystać to, co w niej najcenniejsze. Szacunkiem nadal otacza się solidność i wysoką jakość. Liczy się nie tylko sam produkt, ale również wszystko, co go otacza.


Suma takich cegiełek składa się chociażby na Luxmana L-509X. To dowód stabilności, która powstawała przez blisko 90 lat.
Niewiele jest firm równie „japońskich duchem” co Luxman, pomijając może romans z Alpine Electronics w latach 1984-1994, kiedy to marka dotąd kojarzona z luksusem została użyta do firmowania produktów z supermarketu. Tanie wzmacniacze i odtwarzacze okazały się niewypałem i Alpine odsprzedało Luxmana. W 2000 go kupił fundusz inwestycyjny, a w 2009 firma trafiła do International Audio Group, gdzie wróciła na historyczną drogę cnoty.
Ta rozpoczęła się już w 1925 roku, w czasach kiedy to cesarz Yoshihito realizował program modernizacji kraju, zapoczątkowany przez jego ojca Matsuhitę jeszcze w XIX wieku. Założyciel Luxmana Tetsuo Hayakawa wystartował wprawdzie od importu ramek do fotografii, ale szybko wzbogacił ofertę o szalenie wtedy popularne radioodbiorniki. Jego brat był zdolnym elektronikiem i projektował własne konstrukcje, które okazały się lepsze od sprowadzanych zza oceanu. Po wojnie jakość wzmacniaczy i tunerów Luxmana zyskała uznanie, a wieść o nich zaczęła stopniowo obiegać świat. W latach 60. i 70. XX wieku powstawały urządzenia tak udane, że kilka z nich po odświeżeniu trafiło do aktualnego katalogu! Oparto je na lampach i stoją na szczycie cennika. Wyglądają prawie identycznie jak oryginały z epoki; czas doszlifował jedynie detale. Schodząc niewiele niżej, natkniemy się na układy tranzystorowe albo jedynie okraszone lampami, jak odtwarzacze CD. Największą popularnością cieszą się jednak wzmacniacze zintegrowane i łatwo zrozumieć, dlaczego.

052 056042021 002

 

Z tyłu.

 


Jeżeli sprzęt hi-fi może być na tyle piękny, by upatrywać w nim dzieła sztuki użytkowej, to Luxman osiągnął ten poziom. Ma wprawdzie konkurenta w postaci Accuphase’a, ale dyskusje, która firma proponuje piękniejsze klocki prowadzą donikąd. Wszystkie integry Luxmana wyglądają niemal tak samo. Patrząc na sam front, trudno odróżnić najtańszą 550 od topowej L-509X. A gdyby je przenieść na półki sklepów w latach 70. ubiegłego stulecia, czułyby się tam jak u siebie w domu.
Wzornictwo bazuje na trendach z tamtych czasów, a niektóre elementy (gałki, wskaźniki) to wierne kopie stosowanych wtedy. Nabywcom się to podoba, więc mamy kolejny dowód, że klasyka w najlepszym wydaniu nigdy się nie starzeje.

052 056042021 002

 

Aluminium o grubości 6 mm

 


Budowa
L-509X to najdroższy wzmacniacz zintegrowany w aktualnej ofercie Luxmana.
Obudowę wykonano ze stali i aluminium. To drugie znajdziemy na froncie, bokach i górze. Matowy front przyciąga oko wychyłowymi wskaźnikami podświetlonymi mlecznym, równomiernie rozproszonym blaskiem. Wyskalowano je w zakresie od -80 do 0 dB, z „bonusem” do około +5 dB, oznaczonym na czerwono. Jeżeli ktoś nie usłyszy, to przynajmniej zobaczy, że przesadził.

052 056042021 002

 

Pod pokrywką garnka gotują się
pyszne rzeczy.

 


Duże displaye przykrywa gruba sztaba akrylu. Wygląda efektownie, a kiedy przyjrzeć się uważniej, można docenić precyzję montażu. Pod wskaźnikami zamontowano siedem diod, sygnalizujących działanie wybranych funkcji. Zaświecenie środkowej oznacza tryb uśpienia. Większość opcji aktywuje się przyciskami albo małymi pokrętłami na froncie; pozostałe – pilotem. Wyposażenie jest po staremu bogate. Po nowemu uwzględniono by zapewne jeszcze DAC albo i streamer, ale w tym przypadku należy je dokupić w formie osobnych urządzeń. Luxman tłumaczy, że nie stosuje rozszerzeń modułowych, aby zachować spójność toru sygnałowego i uniknąć dodatkowych styków i połączeń degradujących dźwięk. Cokolwiek więc w konstrukcji uwzględniono, zostało zamontowane na stałe.
L-509X nie wyposażono w mechaniczny włącznik zasiania – po wpięciu sieciówki przez cały czas pozostaje pod napięciem, a do uruchomienia służy przycisk standby. Wyposażono natomiast w przedwzmacniacz korekcyjny dla wkładek MM i MC. Do wyboru służy przełącznik obrotowy. Kolejny przesyła sygnał do rejestratora. Magnetofon pojawia się we współczesnych systemach hi-fi coraz częściej, a osoba, która zainteresuje się Luxmanem, jest też potencjalnym użytkownikiem kaseciaka lub szpulowca. Następny przełącznik przeznaczono dla kolumn: dwie pary mogą pracować osobno albo razem. Kiedy zechcemy używać słuchawek, sami zdecydujemy, czy odciąć głośniki. Producent chwali się, że wzmacniacz słuchawkowy dorównuje klasą prostym zewnętrznym urządzeniom. Faktycznie, w teście Luxman pokazał podobny poziom, jak dziurka w redakcyjnym McIntoshu, chociaż jeszcze lepszy efekt dało podłączenie prosto do C.E.C-a CD5. Sygnał do nauszników wyprowadza gniazdo na duży jack (6,35 mm). L-509X oferuje też dwupunktową regulację barwy – dla niskich (50 Hz) i wysokich (10 kHz) tonów oraz ustawienie balansu. Czasem mogą się przydać, podobnie jak filtr subsoniczny albo tryb mono (ten ostatni ucieszy posiadaczy gramofonów).

052 056042021 002

 

Zasilanie.

 


Skoro zadbano o czystość toru sygnałowego, to całe to bogactwo trochę się kłóci z jego skracaniem. Jest na to recepta – tryb Line Straight, odcinający wszystkie dodatki. To podobne rozwiązanie jak Pure Direct czy Source Direct u innych producentów. Po obu stronach akrylowej szyby widzimy dwie duże gałki: wybierak źródeł i pokrętło wzmocnienia. Chodzą lekko i gładko, jak przystało na precyzyjny „instrument”.
L-509X łatwo odróżnić od tańszych modeli po górnej płycie. Solidny płat aluminium o grubości 6 mm ma wycięte prostokątne otwory, pod którymi widać drobniejszą siatkę. Umożliwia to chłodzenie, więc lepiej niczego na wzmacniaczu nie stawiać. Pod spodem przykręcono solidne żeliwne nóżki.
Z tyłu też bogato. Efektownie wyglądają zdublowane terminale głośnikowe; od razu widać, że masywniejsze i wygodniejsze niż w tańszych integrach. Przyjmują widełki i banany, a gruba warstwa przezroczystego plastiku chroni przed przypadkowym zwarciem końcówek.

052 056042021 002

 

Zamaskowana płytka.

 


Wśród wejść znalazło się jedno dla gramofonu – z zaciskiem uziemienia – oraz cztery liniowe RCA. Wyróżnia się Line 1 – jego trzpienie są wyraźnie większe i wykonane ze stopu miedzi i mosiądzu. Użytkownicy wykorzystają je dla głównego źródła w systemie, na przykład odtwarzacza CD. Wnikliwi zauważą, że wzmacniacz nie należy do tanich i można się było szarpnąć na takie same gniazda dla pozostałych źródeł. Pewnie można, ale – z drugiej strony – jest okazja do porównań. Idąc dalej, mamy pętlę magnetofonową i wejście do końcówki mocy/wyjście z przedwzmacniacza. Nie zostały spięte zworkami. Luxman pracuje domyślnie w trybie integry, a do rozdzielenia obu sekcji służy ostatni na froncie, nie opisany przycisk separate. Rozwiązanie umożliwia włączenie w tor zewnętrznego procesora AV, korektora akustyki pomieszczenia albo użycie w przyszłości lepszego preampu bądź końcówki mocy. Producent zaznacza w katalogu, że L-509X „łączy zalety wzmacniacza zintegrowanego i dzielonego”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Dla mnie raczej nic, bo gdyby tak było w istocie, to po co robić dzielone? Zestaw wejść zamykają dwa XLR-y, ale konstrukcja nie jest zbalansowana, a zaraz za gniazdami znajduje się desymetryzator. Nie wyciągajmy jednak wniosku, że to niepotrzebna ozdoba, bo niektóre odtwarzacze w porównywalnej cenie po prostu nie mają RCA. Warto też pamiętać że symetryczna konstrukcja łączówki chroni sygnał przed zakłóceniami z zewnątrz. Ma to wprawdzie znaczenie przy dłuższych odcinkach, ale wiadomo: człowiek zabezpieczony mniej nerwami żyje.

052 056042021 002

 

LECUA.

 


Zarówno gniazda symetryczne, jak i czincze zatkano plastikowymi zaślepkami. Niegłupi dodatek, bo te nie używane nie wpuszczają do środka kurzu. No i klient czuje się dopieszczony dbałością o detale.
W środku mamy „najnowocześniejszą technologię”? Bzdura. Zastanawiam się, po co w materiałach promocyjnych wypisuje się takie rzeczy. Brzmią dobrze tylko dla laika. „Nowoczesne technologie” zakładają oszczędzanie, gdzie się da – porządne zasilacze zastępuje się miniaturowymi impulsowymi, a tranzystory w końcówkach mocy – scalakami. Tradycyjne konstrukcje, takie sprzed kilku dekad, są droższe w budowie, ale też przeważnie lepsze. I taki jest na szczęście L-509X.
Wnętrze wypełnia elektronika, a na sześć sekcji dzielą metalowe przegrody. Dzięki nim obudowa jest sztywniejsza i mniej podatna na rezonanse, a układy nie zakłócają sobie nawzajem pracy polami magnetycznymi. W centrum znalazł się zasilacz z 600-VA transformatorem z rdzeniem E-I. Według Luxmana jest lepszy od toroidalnego, bo saturacja rdzenia zachodzi w nim łagodnie i nie powoduje zniekształceń przy gwałtownych skokach mocy. Prąd filtrują kondensatory o pojemności 4 x 10000 µF na kanał. Trafo jest wspólne, ale dalej zasilanie rozdzielono (quasi-dual mono). Osobne odczepy wyprowadzono dla: końcówek mocy, przedwzmacniacza, regulacji głośności i układu zabezpieczającego. Jest jeszcze jeden niewielki transformator, obsługujący tryb standby.

052 056042021 002

 

Niech Moc będzie z Tobą.

 


Za zasilaczem zmontowano układy wejściowe i przedwzmacniacz korekcyjny. Wejście MM ma wzmocnienie 35 dB, a MC – 55 dB, czyli warto sięgnąć po wkładki o wysokim napięciu wyjściowym (według producenta – powyżej 0,7 mV). Kolejna komora zawiera preamp liniowy, z którego przewód biegnie do regulacji głośności. Ta jest patentem Luxmana, który nazwano LECUA (Luxman Electric Controlled Ultimate Attenuator). Jak deklaruje producent, zapewnia stałą impedancję wyjściową, płaskie pasmo przenoszenia, brak przesunięć fazowych, niskie zniekształcenia i bardzo dobry odstęp sygnału od szumu. LECUA jest też ponoć długowieczna, w odróżnieniu od tradycyjnych potencjometrów. Kontrola siły głosu odbywa się w 88 krokach.
Końcówki mocy mają dwa stopnie wzmocnienia: pierwszy – z trzema równoległymi gałęziami i układami Darlingtona; drugi na czterech parach tranzystorów bipolarnych, przykręconych do solidnych, odlewanych radiatorów (układ push-pull, klasa AB). Wzmacniacz został objęty pętlą sprzężenia zwrotnego, nazwaną ODNF (Only Distortion Negative Feedback), obecnie w czwartej wersji. Producent obiecuje, że: „łączy zalety sprzężenia i jego braku” i „charakteryzuje się ultraszerokim pasmem przenoszenia i szybkim narastaniem sygnału, dzięki czemu nie trzeba stosować kompensacji fazowej”.
Japończycy podkreślają wysoką jakość komponentów, w tym rzadziej stosowanych płytek drukowanych z naklejaną maską. Technika ich wykonania jest praco- i czasochłonna, a polega na pozłoceniu ścieżek po wytrawieniu i odklejeniu maski, przez co są odporne na zanieczyszczenia. Ścieżki nie mają też ostrych załamań, dzięki czemu zachowują się dobrze w zakresie wysokich częstotliwości. Podobno ma to duże znaczenie dla ostatecznego efektu, co potwierdza chociażby Soulution. Szwajcarska manufaktura cieszy się w branży poważaniem, m.in. dlatego że nie stosuje magicznych sztuczek. Luxman prezentuje zbliżone podejście.

052 056042021 002

 

Piękno wcale nie jest względne.

 


Pilot jest aluminiowy, elegancki i poręczny, choć niezbyt intuicyjny w obsłudze. To wynik bogatego wyposażenia. Przyciski są malutkie i mają ostre kanty. Może niezbyt przyjemnie się ich używa, za to działają pewnie. Zastrzeżenia mam do regulacji głośności. Gałką można ją ustawić precyzyjnie, natomiast pilotem – nie za bardzo. Przyrost i spadek są zbyt szybkie i żeby złapać małe interwały, trzeba mieć refleks mistrza gry w łapki.
Klasa – to słowo przychodzi do głowy po spojrzeniu na L-509X, a uważne oględziny potwierdzają pierwsze wrażenie. Nabywca zintegrowanego Luxmana widzi, za co płaci. Jego znajomi też nie będą potrzebowali audiofilskich bajań, żeby mu pozazdrościć cudu japońskiej techniki.

052 056042021 002

 

Metalowy pilot.

 


Konfiguracja systemu
System testowy składał się z odtwarzacza C.E.C. CD5, kolumn Audio Physic Tempo VI i listwy zasilającej Ansae Power Tower. Okablowanie pochodziło z katalogu Hijiri (HCI/HCS) i Ansae (zasilające Supreme).


Parę słów wstępu
Coś mi tu pachnie McIntoshem i jego polityką konstruowania oferty. Dwa najwyższe wzmacniacze zintegrowane McIntosha (niedawno na samym szczycie cennika pojawił się MA12000) to inna liga niż pozostałe. Szkoda czasu na porównania i jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby zaoszczędzić różnicę pomiędzy MA9000 a modelem oczko niższym w cenniku, to nie będzie to pomysł najmądrzejszy, oględnie ujmując. I nie chodzi o uwarunkowania finansowe, jak w przypadku modeli już wyraźnie tańszych, przy których zaczyna to mieć sens. Trzeba po prostu mieć problem ze słuchem, żeby pożałować grosza i potem cierpieć jak chytry, co dwa razy stracił. Identycznie wygląda to u Accuphase’a. Dwóch szczytowych modeli w klasie A nie ma sensu porównywać z niższymi, bo nie mają z nimi nic wspólnego, oprócz marki i wzornictwa. To są różne światy.
Integry Luxmana zaczynają się od blisko 20000 zł. Za te pieniądze dostaniemy bardzo dobre wzmacniacze. Jednak flagowiec w bezpośrednim porównaniu najzwyczajniej narobi im wstydu. Tu bowiem również następuje analogiczny przeskok i pokonujemy nie kilka schodków, ale całe piętro. Niewykluczone, że tym razem faktycznie „ukradziono” jakość konstrukcji dzielonych.
Modele L-505uXII i L-550AXII („HFiM” 7-8/2020) grały świetnie. Z wdziękiem, oddechem, piękną górą pasma. Kiedy jednak w systemie zastąpi je L-509X, czujemy, że pęka kolejna bariera. Do wszystkich zalet dołącza jeszcze jedna: potęga. Przejawia się w dynamice, basie, rozmiarach sceny, ale też napięciu ukrytym w subtelniejszych bodźcach.

052 056042021 002

 

Żeliwne nóżki.

 


Wrażenia odsłuchowe
Skoro tak, to warto strzelać od razu z grubego kalibru. Ostatnie albumy Dream Theater wydają się wręcz stworzone dla topowego Luxmana, który skomplikowany aparat wykonawczy oraz rozbudowaną fakturę traktuje jako świetną okazję do pokazania swojego potencjału. Tutti i pomniejsze kulminacje wprowadzają koncertowy nastrój. Nic nie jest zduszone, pomniejszone ani zamglone. Dźwięk swobodnie się odrywa od głośników. Faktura pozostaje przejrzysta, a prezentacji towarzyszy swoboda. Wzmacniacz nie gubi informacji w hałasie. Robimy głośniej, a brzmienie się nie zlewa. Instrumenty nie zagłuszają się wzajemnie. Przeciwnie, w tym ataku nadal słychać drobiazgi tła, zwykle maskowane przez głośniejszy sygnał. Rozdzielczość łączy się z masywnością, a ściana dźwięku faktycznie przypomina dzielone konstrukcje zaliczane do „prawdziwego hi-endu”. Przestrzeń potrafi momentami uderzyć głębią. Nie zaskoczyć, ale właśnie uderzyć.
Dynamika i przestrzeń to jedno, ale największa niespodzianka to bas. A raczej basisko jak dzwon. Potężne, masywne i sprężyste, o niesłychanej jak na integrę głębi. Kojarzycie ten miły stan, kiedy jeden długo utrzymany dźwięk na samym dole powoduje, że z ust wyrywa się „łaaał!”? Wiele osób czeka na ten moment, więc z przyjemnością donoszę: Luxman L-509X to ma.

052 056042021 002

 

Przekaźniki.


Wzmacniacz tak samo zachowuje się w ciężkim rocku, elektrycznym jazzie czy mocniejszym popie – jak rasowy rockowy piec. W klasyce potrafi jednak pokazać drugie oblicze, nakierowane na muzykalność. Brzmienie jest spójne i plastyczne. Już nie tak wyrównane, bo da się dostrzec lekkie uprzywilejowanie skrajów pasma, ale należy to traktować jako szczyptę pikantnej przyprawy. Niewykluczone, że znajdą się wzmacniacze grające bardziej realistycznie, bliższe barwą koncertowi w filharmonii, ale mamy do czynienia z poziomem, na którym nie dyskutuje się o neutralności, tylko o niuansach. Dość powiedzieć, że symfoniki słucha się świetnie, podobnie jak fortepianu solo i opery.
Wspomniane uprzywilejowanie skrajów objawia się inaczej na górze, a inaczej na dole. W pierwszym przypadku skutek odczuwamy od razu i stale. Wysokich tonów jest więcej; zostają „wzmocnione”. Generalnie odbiorcom powinno to odpowiadać, ponieważ nie wpływają na barwę średnicy. Nie nadają piskliwości instrumentom dętym ani ostrości smyczkom. Wprowadzają rozświetlenie i ożywienie akustyki sali, choć czasem może się przemknąć także coś nieprzyjemnego dla ucha albo inaczej: to, co pojawiłoby się i tak, zostanie podkreślone. Poza tym, efekt zależy od jakości nagrania. W przypadku wzorcowej problemu nie ma; przy przytłumionej i matowej – jednoznacznie pomaga i dopiero gdy jest zbyt jasna, przeszkadza. Warto to ująć statystycznie. Realizacji bardzo dobrych jest coraz więcej. Natomiast starsze albumy generalnie cierpią na przypadłość koca na kolumnach. Hojność Luxmana nie jest panaceum na wszystkie bolączki, ale złagodzi objawy i poprawi odbiór. Nagrań jazgotliwych jest relatywnie najmniej, więc teoretycznie nie ma się czym przejmować. W niezłych wyskoczy czasem jakiś flet czy obój i wtedy może zaboleć, ale pamiętajmy, że Luxman tego nie stworzy, a jedynie lekko podkreśli.

052 056042021 002

 

Super-hiper RCA.

 


Ekspozycja basu w większości przypadków przebiega „bezobjawowo”. Dociążenie i pogłębienie dołu nie wpływa na barwę wyższych zakresów, więc nie ma o czym mówić? Raczej tak, bo wiolonczela to wiolonczela, a fagot to fagot. Pozostaje mniejszość, ale naprawdę minimalna. Na przykład solo bębna wielkiego w „Fantastycznej” Berlioza, wydanej przez Reference Recordings. Na kilkaset płyt z symfoniką, operą i innym repertuarem znajdzie się najwyżej kilka, gdzie pięciostrunowe kontrabasy, kontrafagot albo inny pancerfaust pośle do głośników impuls, który zagęści powietrze. Kiedy już się to wydarzy, to wypadałoby zapytać: no i co z tego? Albo jeszcze lepiej: komu to nie odpowiada i kto zamierza bronić tezy, że membrana bębna wielkiego nie jest aż tak wielka? Stawiam dolary przeciw orzechom, że nie znajdzie się ani jeden czytelnik, który podniesie rękę. A jeśli nawet, to i tak cała reszta przywita luksmanowe kłamstewko z uśmiechem.
W wydawnictwach audiofilskich, lżejszym materiale oraz starszych realizacjach (albumy Stockfischa, Pink Floyd, Cat Stevens itp.) największe wrażenie robią przejrzystość i czytelność. Wzmacniacz prześwietla nagrania i pozwala je rozłożyć na czynniki pierwsze. Mimo lekkiej ekspozycji góry, w dźwięku odnajdziemy szlachetność i starannie wykończone szczegóły. No i przestrzeń, naprawdę trójwymiarową i pięknie wypełnioną pogłosem.


Konkluzja
Luxman L-509X w pełni zasługuje na miano superintegry. Zalicza się do ścisłego grona najlepszych współczesnych wzmacniaczy zintegrowanych bez względu na cenę. A jest ich mniej niż dziesięć i o wyborze będą decydować głównie indywidualne upodobania.

 

2021 04 11 11 39 34 052 056 Hifi 04 2021.pdf Adobe Acrobat Pro DC

 

Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 04/2021