fbpx

HFM

artykulylista3

 

Burmester 911 MK3

46-51 09 2011 01Burmester powstał w 1977 roku z inicjatywy Dietera Burmestera. Od początku był pomyślany jako przedsięwzięcie o profilu high-endowym, dostarczające produkty wysokiej jakości w... adekwatnie nieprzystępnych cenach.

Ten wizerunek Burmester zachował do dziś. Niemieckiego kierownictwa nie skusiło ani cięcie kosztów, ani przeniesienie produkcji do Chin. Dzięki temu marka utrzymała status luksusowej, a Herr Dieter nawet w czasach ekonomicznej zawieruchy nie narzeka na brak klientów.


Jak na segment high-endu Burmester, z zatrudnieniem około 70 osób, jest sporym pracodawcą. Produkcja odbywa się w Berlinie, co zakrawa na rozrzutność, ale jak widać taka strategia przynosi dobre efekty. Firma nie ma ambicji konkurować z masowymi markami pod względem wolumenu sprzedaży. Woli wytwarzać mniej i sprzedawać drożej, przekonując odbiorców najwyższą jakością wykonania oraz niezawodnością.
Wiele lat temu Dieter Burmester niechcący okazał się wizjonerem, upatrując swych konkurentów nie wśród innych producentów hi-endu, ale wśród wytwórców jachtów, szwajcarskich zegarków czy sportowych samochodów. To właśnie z nimi chciał konkurować o względy i portfele rozpieszczonej klienteli. Długo też opierał się pokusie ekspansji na cały świat, koncentrując się na rynku lokalnym i Dalekim Wschodzie. Nawet Stany zaczęły na dobre poznawać berlińską manufakturę dopiero w XXI wieku, choć to przecież dla high-endu rynek chłonny i nadal perspektywiczny.
Burmester produkuje wszystko, co audiofilowi do szczęścia potrzebne – od monobloków, poprzez stereofoniczne końcówki mocy i integry, przedwzmacniacze, źródła i kolumny, a na kondycjonerach i okablowaniu kończąc. Potrzebny subwoofer dopasowany wzorniczo do reszty systemu? Żaden problem. A może głośnik centralny? I to da się załatwić. Są procesory AV, szafki na sprzęt, a ostatnio nawet serwer, bazujący w znacznej części na autorskich rozwiązaniach. Rano można mieć pusty pokój, a wieczorem słuchać muzyki z kompletnego i spójnego wzorniczo zestawu. Wystarczy wizyta w firmowym salonie i zasobny portfel. Tanio nie będzie, ale na to akurat klienci Burmestera są przygotowani.
Katalog podzielono na cztery linie stereo i jedną z kinem domowym. Najwyższe miejsce zajmuje Reference, z cieszącym się od ponad trzech dekad wielkim poważaniem przedwzmacniaczem 808, aktualnie w wersji MK5. Na miano klasyka zasługuje także końcówka mocy 911 MK3, należąca do serii Top. W linii Classic znajdziemy m.in. dwie integry; jedną z nich, oznaczoną jako 032, można kupić z opcjonalną pokrywą od 911; wygląda w niej naprawdę rasowo. Podstawowa Rondo Line to ukłon w stronę mniej zamożnych odbiorców. Przy cenach rzędu 5000 euro za odtwarzacz i wzmacniacz Burmester uważa je zapewne za budżetówkę.
W każdej serii znajdziemy wzmacniacz, źródło i kolumny. Mają prezentować zbliżony poziom i pasować do siebie dźwiękiem.
Recenzowany dziś model 911 ma już przeszło 20 lat! Nazwa wygląda jak nawiązanie do najsłynniejszego modelu Porsche, ale Dieter ma dla niej bardziej przyziemne wytłumaczenie. Liczbowe symbole urządzeń zawierają rok i miesiąc ich oficjalnej premiery, a pierwsza wersja wzmacniacza ujrzała światło dzienne w styczniu 1991. Podobnie pierwszy produkt Burmestera – przedwzmacniacz 777 – pojawił się w lipcu 1977 roku. Jego słynny następca 808 – w sierpniu 1980, a przedwzmacniacz 099 – we wrześniu 2009. Ta zasada działa w odniesieniu do większości urządzeń, z wyłączeniem niektórych kolumn i modeli z najnowszej kolekcji.
Aktualna wersja 911 nosi dopisek MK3. Pierwsze wzmianki na jej temat pochodzą z 2001 roku. W czasach, kiedy japońskie koncerny potrafią wymieniać katalog co sześć miesięcy, a szacowne wytwórnie przyjęły cykl 4-, 5-letni, utrzymywanie modelu przez ponad dekadę stanowi ewenement. 911 MK3 musi być naprawdę dobry, skoro przez cały ten czas nie zdecydowano się na zmiany. Co więcej, posiadacze starszych egzemplarzy – oryginalnej 911 i wersji MK2 – nie są pozostawieni sami sobie. Mogą zamówić uaktualnienie do najnowszej specyfikacji, obejmujące wymianę całych płytek stopnia wyjściowego oraz wewnętrznego okablowania. Fabryczna renowacja odświeża brzmienie, a przy okazji powoduje odnowienie gwarancji. To się nazywa serwis po sprzedaży!
Wzornictwo Burmestera kojarzy się z obfitością chromów. Owszem, niemieccy emeryci je uwielbiają, ale to nie jedyny powód ich nakładania. Chromowana powierzchnia dobrze znosi upływ czasu i po latach wygląda jak w dniu opuszczenia fabryki. W intencji właściciela firmy nieskazitelna lśniąca powierzchnia ma odzwierciedlać klasę i trwałość konstrukcji wewnętrznej. Burmester dopracował technikę chromowania do perfekcji, więc kupując jego urządzenia zyskujemy pewność, że za jakiś czas ozdobna warstwa nie zacznie odłazić. Nie jest to może dyskretnie elegancki design, ale na pewno trwały i kosztowny w wykonaniu.
W 911 MK3 chromu jest mało – wykończono nim tylko fragmenty przedniej ścianki i górnej pokrywy. Resztę stanowią anodowane na srebrny mat powierzchnie z aluminium. I to się może podobać.
Obudowę wykonano w całości z aluminium, włączając w to płytę dolną i pokrywę. Tę drugą zdobią grube wyżłobienia oraz wykonane z bajeczną precyzją stylizowane logo firmy. Każdy polski producent wzmacniaczy, mając dostęp do takiej klasy materiału i obróbki, rozpłakałby się ze szczęścia. Burmester ma, ale najpewniej słono go to kosztuje. Powierzchnia radiatorów jest duża, a jako że stopień końcowy nie pracuje w klasie A ani nawet z wysokim prądem spoczynkowym, gwarantuje tranzystorom mocy pracę w komfortowych warunkach termicznych, niezależnie od obciążenia. To istotne, ponieważ firma deklaruje, że 911 MK3 wysteruje dowolne kolumny. Nie może zatem dojść do sytuacji, w której nie będzie efektywnie chłodzona.
Poza radiatorami nie przewidziano innych sposobów chłodzenia, np. wiatraczkami. Burmester powinien pracować bezgłośnie, ale w praktyce okazuje się czuły na zakłócenia z sieci. Mimo że system hi-fi korzystał z osobnego obwodu zasilającego, bezpiecznika i uziemienia, końcówka wyłapywała szum włączonej w innym pomieszczeniu suszarkialbo odkurzacza. Na szczęście działo się to sporadycznie i nie uprzykrzało użytkowania.
Instalacja kabli jest wygodna, o ile dysponujemy XLR-ami. Wzmacniacz wyposażono tylko w wejścia w tym standardzie. Jeśli zdecydujemy się na połączenie niezbalansowane, należy zastosować dołączone w komplecie przejściówki. Terminale głośnikowe przyjmują kable z widełkami i bananami, ale w instrukcji producent wyraźnie odradza stosowanie tych drugich. Najlepsze mają być miedziane widełki. Ich dociśnięcie ułatwiają duże motylkowe nakrętki.
Wzmacniacz można wykorzystać jako końcówkę stereo, a także jako monoblok. Stosowny adapter dołączono w komplecie. Użytkownik zdecydowany od razu na parę 911 może także zlecić stosowną przeróbkę w fabryce.
Duże udogodnienie stanowi systemowa magistrala, pozwalająca na przekazywanie komendy on/off. Jedno urządzenie załącza albo wyłącza pozostałe. Funkcja działa w ramach systemu Burmestera. Aby z niej korzystać, należy połączyć gniazda oznaczone jako „remote” dodatkowym przewodem (również w wyposażeniu).
Górna pokrywa to gruby płat litego aluminium przykręcony czterema śrubami. Gąbkowy element przyklejony od spodu skutecznie tłumi rezonanse. Wzmacniacz stoi na czterech odlewanych nóżkach podklejonych filcem. Zapobiegają one przenoszeniu się drgań na obudowę i ułatwiają przesuwanie urządzenia na półce.

46-51 09 2011 02     46-51 09 2011 07

Co w środku?
Wnętrze to konstrukcja quasi dual-mono z dużym, wspólnym dla obu kanałów transformatorem toroidalnym i rozdzielonymi między dwa kanały stopniami prostowania i filtrowania napięcia. Przed transformatorem umieszczono filtr sieciowy o obciążalności 20 A. Jego zadanie polega na usuwaniu największych zakłóceń przychodzących z sieci energetycznej, zanim jeszcze prąd trafi do właściwego zasilacza. Można to uznać za wstępny etap oczyszczania, innymi słowy: minikondycjoner. Główne trafo ciasno nawinięto miedzianym drutem i zalano żywicą epoksydową. Zamknięcie w obudowie z lekkiego stopu eliminuje wpływ zakłóceń elektromagnetycznych na resztę obwodów. Osobne uzwojenia wtórne oraz towarzyszące im mostki prostownicze i bloki kondensatorów filtrujących poprowadzono do stopnia wzmocnienia wstępnego i prądowego. W każdym kanale mamy więc dwie linie zasilające, przeznaczone dla sekcji o zróżnicowanym zapotrzebowaniu na prąd.
Główny blok filtrujący tworzy sześć dużych elektrolitów BC Components, po 10000 μF/100 V. Wytłumiono je elementami z tworzywa sztucznego, które pochłaniają energię mechaniczną i przeciwdziałają efektowi mikrofonowemu. Do tego dochodzi 27 mniejszych kondensatorów Matsushity (2200 μF/100 V), przeznaczonych do filtracji napięć dla wstępnego stopnia wzmacniającego oraz rozlokowanych w bezpośrednim sąsiedztwie tranzystorów mocy. W całym wzmacniaczu użyto 12 dużych i 54 małych elektrolitów o łącznej pojemności 238800 μF. Projektant przewidział, że ładowanie takiego magazynu energii przy każdym uruchomieniu mogłoby powodować przeciążenie domowej sieci, dlatego wyposażył 911 MK3 w rozbudowany układ opóźnionego załączania (tzw. soft start). Przy okazji obsługuje on tryb zdalnej aktywacji. W praktyce wszystko działa poprawnie. Żarówki lekko przygasają, ale na tym atrakcje towarzyszące uruchamianiu wzmacniacza się kończą. Bezpieczniki mogą się oddawać błogiemu lenistwu.
Płytki z układem sygnałowym zamontowano na radiatorach. Wzmacniacz wstępny pracuje w klasie A. Burmester używa określenia X-Amp. Dalej widać parę tranzystorów sterujących oraz cztery pary ręcznie selekcjonowanych Sankenów (2SA1295 /2SC3264). Producent podkreśla, że układ jest symetryczny i charakteryzuje się bardzo niską impedancją wyjściową (wysokim współczynnikiem tłumienia). Zwraca też uwagę, że niskie zniekształcenia uzyskano z użyciem płytkiej pętli sprzężenia zwrotnego. Za to jak zrealizowanej! W przytłaczającej większości wzmacniaczy „feedback” ma postać ścieżki wytrawionej w laminacie. Tutaj poprowadzono go drucikiem, łączącym wejście układu sygnałowego z dodatnim terminalem głośnikowym. Taki odcinek rzeczywiście obejmuje całą drogę sygnału, a korekta ewentualnych błędów uwzględnia wszystkie podzespoły, włączając w to przekaźniki wyjściowe i kabel łączący końcówkę mocy z terminalami wyjściowymi. Rozwiązanie proste i skuteczne zarazem.
Jeżeli chodzi o wewnętrzne połączenia, to konstruktorowi wyraźnie zależało na zminimalizowaniu strat energii. Zarówno do przesyłu zasilania, jak i sygnału wykorzystał grube przewody, sygnowane logiem Burmestera. Prąd z gniazda zasilającego transmituje odcinek ekranowanej sieciówki, a końcówkom dostarczają krótkie skrętki z czystej miedzi. Sygnał płynie kablami srebrzonymi. Laminat na płytki jest gruby, a komponenty montowane techniką przewlekaną. Masa całego układu zbiega się w jednym punkcie.
Wzmacniacz jest chroniony przed przeciążeniem, przegrzaniem i przekroczeniem dopuszczalnego poziomu napięcia stałego. Kiedy układ zabezpieczający wykryje błąd, przekaźniki odetną wyjście.
Całość wygląda bardzo dobrze i została wykonana z podzespołów świetnej jakości i z dużą kulturą techniczną. Nic się tu nie dzieje przypadkiem i mimo że układ jest w gruncie rzeczy prosty, to został gruntownie przemyślany i uwzględnia uwarunkowania praktyczne. Aż miło popatrzeć.

46-51 09 2011 04     46-51 09 2011 06

Konfiguracja
Burmester to tranzystorowa ekstraklasa i wysteruje nawet wymagające kolumny. Te najtrudniejsze do osiągnięcia pełnego potencjału mogą wymagać jeszcze większej wydajności (np. dwóch 911 MK3 w formie monobloków), ale takie sytuacje będą należeć do rzadkości. Dobierając kolumny, kierujmy się własnymi upodobaniami. Burmester jest duży i z większością wynalazków sobie poradzi.
O ile to, co podłączymy do terminali kolumnowych nie ma specjalnego znaczenia, o tyle końcówka okazuje się wymagająca wobec przedwzmacniacza. Producent podaje, że impedancja wejścia XLR wynosi 1,88 kΩ. To strasznie mało i należy zapomnieć o większości preampów lampowych. Przygotowany do odsłuchu BAT-VK3ixSE miał tym razem urlop. Amerykanie zalecają, żeby wejście współpracującej z nim końcówki miało impedancję nie mniejszą niż 10 kΩ. Oczywiście, można próbować sterować Burmesterem przez adapter RCA – impedancja rośnie wtedy do 22,9 kΩ tylko po co? Lepiej wycisnąć ze wzmacniacza, ile się da, sięgając po pewne rozwiązania. A pewne są preampy solid state oraz odtwarzacze CD z regulowanym poziomem sygnału, pod warunkiem, że ich impedancja wyjściowa jest niska. Duża wydajność prądowa będzie dodatkowym atutem. Z kolei napięcie nominalne spokojnie może wynosić standardowe 2 V (na wyjściu XLR uzyskujemy przeważnie 4 V), ponieważ czułość 911 MK3 dla pełnej mocy wynosi 0,77 V.
Jeżeli chodzi o obsadzenie pinów, to Burmester stosuje wariant z „ujemną dwójką”, choć w większości urządzeń amerykańskich (ale też japońskich wyposażonych w wyjścia zbalansowane) ujemny jest pin nr 3, natomiast nr 2 – dodatni. Może się więc zdarzyć, że odwrócimy polaryzację sygnału. Nie należy jednak dramatyzować. Sprawdziłem 911 MK3 z „odwrotnie” obsadzonym preampem Soulution 721 i grało fantastycznie. Jeżeli jednak ta kwestia będzie kogoś gnębić, może po prostu zmienić z jednej strony obsadzenie wtyków w łączówce. Rozwiązanie stuprocentowo pewne to oczywiście przedwzmacniacz i źródło Burmestera. Można jednak śmiało szukać innych opcji.
I teraz czas na paradoks. Podłączając pierwszą konfigurację, nie znałem danych technicznych. Pewnie gdybym pierwszy odsłuch poprzedził lekturą katalogu, nie odważyłbym się podpiąć do 911 MK3 Accuphase’a DP-500. Co prawda jest tranzystorowy, ale wymagania niemieckiej końcówki wydają się tak wygórowane, że z miejsca założyłbym, iż relatywnie niedrogi odtwarzacz ich nie spełni. Zanim zdążyłem się przestraszyć, ustawiłem system. Nie mogłem się doczekać, jak Burmester zagra z Harbethami Super HL5. Okazało się, że z głośników popłynął świetny, zdrowy dźwięk i nawet odwrotne obsadzenie pinów nie przeszkadzało. Wymiana Accuphase’a na blisko trzykrotnie droższego Burmestera przyniosła poprawę we wszystkich aspektach, ale z DP-500 grało naprawdę nieźle. To doświadczenie pokazuje, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Bardzo dobry efekt – nawet ciekawszy niż z firmowym przedwzmacniaczem – uzyskałem z końcówki sterowanej bezpośrednio z regulowanego wyjścia odtwarzacza 089. Nie jest to może rozwiązanie komfortowe ze względu na dosyć duże przyrosty głośności pomiędzy poszczególnymi krokami na skali regulacji, ale brzmienie takiego zestawu zasługuje na uwagę. Opcja jest tym bardziej warta rozważenia, że do 089 można podłączyć jedno źródło liniowe (odtwarzacz pełni funkcję szczątkowego przedwzmacniacza). Funkcjonalność jest więc niezła, a oszczędzamy sporą sumę. Jedyne, co należy sobie darować, to firmowe łączówki. Nie pasują klasą do elektroniki i używając ich, nie dowiecie się, za co tak naprawdę zapłaciliście.
Ostatecznie do odsłuchów wykorzystałem dwa systemy. Pierwszy składał się z komponentów Burmestera z serii Top: końcówki mocy 911 MK3, przedwzmacniacza 088 i odtwarzacza CD 089. Źródło z preampem łączyła Tara Labs The Zero Gold, a preamp z końcówką – Tara Labs ISM Onboard The 0,8. Monitory Harbeth Super HL5, podłączone Fadelem Coherence, stały na podstawkach Stand Art SHL5. Prąd filtrował Gigawatt PC-3SE Evo, zasilany Harmoniksem X-DC 350, a dostarczały Gigawatty LS-1 i Acrolink PC 6100. Elektronika stała na stolikach Sroka i Stand Art STO MkII. Całość grała w 16,5-metrowym pokoju, delikatnie zaadaptowanym akustycznie.
Druga konfiguracja była jeszcze bardziej wyrafinowana. Burmester grał z przedwzmacniaczem Soulution 721, odtwarzaczem CD Soulution 540 i głośnikami Harbeth Monitor 40.1. Zestaw pracował w ponad 60-metrowym pomieszczeniu. Za dostawy prądu odpowiadała Shunyata Hydra V-Ray oraz zestaw sieciówek Anaconda Helix Alpha. Sygnał przesyłało okablowanie Tary Labs z najwyższej półki: łączówki The Zero Gold i The Edge oraz głośnikowe The Omega Edge.

Reklama

Wrażenia odsłuchowe
Zastrzeżenia dotyczące konfiguracji z przedwzmacniaczem lampowym częściowo się potwierdziły. Dźwięk z BAT-em VK3ix okazał się plastyczny, pełny, ale po dłuższym odsłuchu dało się zauważyć spłyconą dynamikę i nadmierne złagodzenie, będące często skutkiem nieprawidłowej współpracy komponentów. Nasycenie barwy i spokój w muzyce zachęcają jednak do eksperymentów. Istnieją bardzo drogie konstrukcje lampowe, w których poprzez równoległe połączenie lamp obniża się impedancję wyjściową, zwiększając przy okazji wydajność prądową. Niewykluczone, że uda się znaleźć lampowy preamp, który stworzy z 911 MK3 kombinację poprawną technicznie i pięknie brzmiącą. Szansa jest niewielka, ale jest.
Trwające blisko miesiąc odsłuchy ukazały Burmestera jako wzmacniacz o wielkiej muzykalności i naturalności. Gra detalicznie, pięknie prowadzi bas i nie wycofuje góry. Nie stara się kształtować brzmienia; raczejprzekazaćjaknajwięcejinformacji dostarczonych przez źródło i preamp. Prezentuje dźwięk swobodnie, zdawałoby się, bez ograniczeń dynamicznych, a od siebie dodaje odrobinę słodyczy i gładkości. Zdecydowanie nie należy do urządzeń klinicznych czy wyzutych z emocji. Najlepiej pasują do niego określenia „gładki”, „słodki w górze pasma” i „naturalny”. Najeżona radiatorami bryła tego nie zwiastuje, ale dźwięk jest przyjazny i zrównoważony. Nie słychać cienia agresji czy niepokoju. Tylko pewność, że wzmacniacz wie, co robi i panuje nad sytuacją niezależnie od okoliczności. W tej pewności nie wyczuwa się jednak arogancji. Raczej zawodowstwo i mnóstwo entuzjazmu.
911 MK3 gra tak, jakby został przygotowany zarówno do pracy z audiofilskim plumkaniem, jak i wymagającym materiałem symfonicznym. Dianę Krall odtwarza tak ciepło i łagodnie, że z głośników zamiast dźwięków leje się miód. Włączona chwilę później IV symfonia Mahlera ukazuje precyzję odwzorowania szczegółów i wzorcową neutralność instrumentów. Wzmacniacz zmienia oblicze. W lot chwyta specyfikę nagrania i przekazuje ją z całym bogactwem. Gra w sposób opanowany i spontaniczny zarazem. Nawet w gęstych fakturach nie uśrednia szczegółów.
Jeżeli w szufladzie odtwarzacza albo na talerzu gramofonu wyląduje świetnie zrealizowany jazz, usłyszymy feerię barw, wybrzmień i kontrastów. Całe mnóstwo odcieni, którymi dźwięk zaczyna się mienić, przyciągając uwagę i zachęcając do zanurzenia się w muzyce. Któregoś wieczora dwa razy przesłuchałem „What a Wonderful Trio” Tsuyoshi Yamamoto. To wzorcowa realizacja FIM-u, a z Burmesterem działo się tyle, że nie mogłem się od niej oderwać. Trudno było uwierzyć, że Harbethy Super HL5 potrafią zapewnić aż tak wysoki poziom realizmu, ale wypełniająca pokój muzyka na pewno nie była złudzeniem. 911 MK3 i SHL5, pomimo dysproporcji cenowej, stworzyły zestawienie synergiczne. Monitory 40.1 z Burmesterem i Soulution zagrały z jeszcze większą swobodą i oddechem, ale cena tamtej konfiguracji poszybowała w przestrzeń kosmiczną. Piątki ustawione w mniejszym pokoju, zasilone rozgrzewanym przez cały dzień kompaktem i wzmacniaczem Burmestera stworzyły efekt magiczny. Przeskoczenie chociaż jednej ścieżki byłoby równoznaczne z utratą kilku minut fascynującego spektaklu.
Słyszeliście zapewne stwierdzenie, że „na pewnym poziomie dywagacje: lampa czy tranzystor tracą znaczenie”. Burmester to właśnie ten poziom. Słodycz i otwartość środka pasma i szybkość narastania sygnału przywodzi na myśl wyrafinowane konstrukcje próżniowe. Może zagrają o włosek bardziej organicznie (chociaż w czasie pisania tych słów pióro mi zadrżało), ale 911 MK3 lepiej zapanuje nad przestrzenią i ostatecznie będziemy mieli remis. Tak czarować potrafią tylko najlepsze konstrukcje solid-state, a niemiecki wzmacniacz to ścisła czołówka. Gra bez zamulenia, dźwięczną, otwartą górą, prezentując jednocześnie gęstą i różnobarwną średnicę. To dowód, że w technologii półprzewodnikowej tkwią wielkie możliwości. Szkoda jedynie, że trzeba wydać fortunę, by się o tym przekonać.
Burmester to gwiazda. Wybitna końcówka mocy, oferująca jakość brzmienia... adekwatną do ceny. To dźwięk luksusowy, dający wyszukaną przyjemność ze słuchania. Nietuzinkowy i nieoczywisty nawet na swoim pułapie cenowym. Nie jest wielką sztuką zaprojektować wydajny, kompatybilny tranzystor. Ale skonstruować tranzystor grający tak gładko i równo to prawdziwy wyczyn. Burmestera miałem dotychczas za sprzęt dla zamożnych emerytów, którzy nad jakość dźwięku przedkładają grubość warstwy chromu. 911 MK3 zmienił ten osąd. Niemcy potrafią zaproponować wzmacniacz o niepospolitej kulturze i wdzięku. Taki, który potrafi muzyką zafascynować, zachowując aptekarską dokładność.
Czy to oznacza, że nie można lepiej? Można, ale Burmester, nawet jak na wzmacniacz z segmentu hi-end, wypada ponadprzeciętnie. W trybie monobloków osiąga jeszcze wyższy pułap rozdzielczości i bogactwa przekazu. Soulution 710 redefiniuje pojęcia neutralności i przejrzystości, ale w obu przypadkach mówimy o dwukrotnie wyższej cenie. 911 MK3 w wersji stereo to atrakcyjna i, paradoksalnie, rozsądna propozycja. To rasowy, audiofilski wzmacniacz dla zamożnych koneserów. Mimo że test trwał ponad miesiąc, pozostaję pod jego wrażeniem i będę go mile wspominał. Może się jeszcze spotkamy.
Celowo pomijałem dotąd wątek basu i przestrzeni. W dużych, wydajnych wzmacniaczach niskie tony traktujemy jak oczywistość. Podobnie bardziej doceniamy bogactwo barw i kulturę niż obszerną i poukładaną przestrzeń. Zgadza się, z tym, że Burmester w obu aspektach przekracza oczekiwania. Jego bas jest kontrolowany, a jednocześnie cięższy, bardziej masywny. Wystarczy kilka minut z „Tutu Revisited” Marcusa Millera czy „Heligolandu” Massive Attack i już wiemy, że czeka nas coś szczególnego. Mocny bas faktycznie nam się należy, ale jego różnorodność i zwinność wykraczają poza program obowiązkowy.
W przestrzeni słychać głębiej w głąb i szerzej wszerz. Prawdziwiej. Ograniczenia wprowadzane przez fizyczną obecność głośników tracą znaczenie. Można się gapić jak sroka w gnat w szerokie fronty monitorów, a i tak nie uda się przypisać do nich partii instrumentów. W dobrych produkcjach gra powietrze wokół głośników. One same uzasadniają jedynie obecność muzyki w pomieszczeniu. W końcu jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że dźwięk nie bierze się znikąd i coś grać musi.

Konkluzja
Nawiązanie do Porsche 911 okazuje się i adekwatne, i mylące. Adekwatne, bo Burmester jest wyjątkowy. Prawdziwy klasyk, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Mylące, bo nie stara się zrobić piorunującego pierwszego wrażenia. To propozycja dla znawców, którzy docenią jej jakość i dystans, jaki ją dzieli od mniej zaawansowanych urządzeń. Porsche spodoba się nawet motoryzacyjnym laikom; Burmester jest mniej oczywisty, ale potrafi sprawić porównywalną przyjemność. Niezwykle udana konstrukcja, na którą warto zwrócić uwagę. Nawet nie będąc zamożnym niemieckim emerytem...

46-51 09 2011 T

Autor: Jacek Kłos
Konsultacja techniczna: Piotr Górzyński
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz artykuł jako PDF