fbpx

HFM

artykulylista3

 

Cambridge Audio Edge A

030 035 Hifi 04 2019 002Idea hucznego obchodzenia okrągłych rocznic w branży hi-fi przybrała ostatnio na sile. Specjalnie policzyłem – wśród ostatnich sześciu testowanych przeze mnie urządzeń, połowę przygotowano z okazji urodzin.

W tym gronie dzisiejszy gość jest najbardziej wiekowy, choć może bardziej pasowałoby określenie „półwiekowy”. Cambridge Audio skończyło właśnie 50 lat.
Nazwę przygotowanej na jubileusz serii wybrano dla uczczenia Gordona Edge’a – jednego z założycieli firmy i projektanta pierwszego modelu – wzmacniacza P40.


  Podtrzymywana przez CA legenda głosi, że P40 był pierwszym urządzeniem hi-fi, w którym zastosowano transformator toroidalny. Sprawdzenie tego twierdzenia nie byłoby łatwe, ale też trochę nie wypada zarzucać jubilatowi przesady.
Seria Edge składa się z trzech urządzeń: odtwarzacza sieciowego z przedwzmacniaczem Edge NQ, stereofonicznej końcówki mocy Edge W oraz testowanej integry Edge A. Grupa dziewięciu inżynierów pracowała nad nimi przez trzy lata. Ich zadanie polegało na uzyskaniu jak najwyższej jakości brzmienia, bez względu na koszty. Brzmi groźnie, ale ostateczną cenę (u nas niecałe 22000 zł w momencie przygotowywania recenzji) wiele firm specjalizujących się w ultrahigh-endzie skwitowałoby najwyżej wzruszeniem ramion.
Nie zmienia to faktu, że seria Edge jest bardzo droga w skali względnej, czyli na tle tradycji Cambridge Audio i obecnego katalogu firmy. Poza Edge’ami, aktualnie tylko jedno urządzenie – końcówka mocy serii Azur – przekracza, i to nieznacznie, próg 7000 zł. Trudno się więc dziwić, że firma tak bardzo podkreśla bezkompromisowe podejście do konstrukcji flagowych modeli.
Edge A pod wieloma względami jest rzeczywiście wyjątkowy. Przedsmak emocji poczujemy jeszcze przed podłączeniem. Trudno mi sobie w tej chwili przypomnieć staranniej zapakowane urządzenie, a wyjmowałem ich w swoim życiu niemało.


Budowa
Projekt wzorniczy jest bardzo udany. Aluminiowe panele na froncie oraz z tyłu zaokrąglają się w narożnikach łagodnymi łukami. Po bokach widać odsłonięte radiatory z ostrymi krawędziami. Trzeba na nie uważać przy przenoszeniu; cały wzmacniacz nie stoi bowiem na nóżkach, lecz na czymś w rodzaju podestu. Przez to trudno go porządnie chwycić.
Front urządzenia jest dość nietypowy. Zwykle wzmacniacze mają więcej niż jeden element sterujący (nie licząc włącznika). A tutaj widać tylko jedno pokrętło. Ale za to jakie!
Z pewnością można je uznać za technologiczny majstersztyk. Po pierwsze, nie jest to pokrętło zwykłe, ale dwufunkcyjne. Zwyczajne obracanie służy do regulacji głośności, ale ruch dodatkowego pierścienia pozwala wybrać źródło dźwięku. Sama konstrukcja jest bardzo złożona. Producent informuje, że precjozum składa się z 31 części. Jeśli komuś trudno to sobie wyobrazić, na oficjalnej stronie Cambridge’a może obejrzeć kapitalną animację, przedstawiającą demontaż.
Wokół pokrętła rozmieszczono świecące na biało diody z ikonami lub oznaczeniami wskazującymi aktywne wejście. Co ciekawe, przy braku sygnału, iluminacja wybranego źródła zaczyna powoli pulsować. Co jeszcze ciekawsze, urządzenie po 20 minutach bezczynności automatycznie przechodzi w tryb uśpienia. To tak zwany APD czyli Auto Power Down. Dla porządku dodajmy tylko, że w panelu przednim umieszczono jeszcze duże wyjście słuchawkowe (jack 6,35 mm).


Spód i pokrywę wykonano ze stali. Pokrywa została przymocowana „na miękko” i porusza się pod naciskiem dłoni. Początkowo myślałem, że coś nieopatrznie zepsułem, ale na szczęście okazało się, że tak ma być. Ma nawet specjalną nazwę: floating top plate.
Z tyłu znajdziemy mnóstwo atrakcji. Standardowy komplet – złącze zasilania, pojedyncze terminale kolumnowe oraz zestaw dwóch analogowych wejść RCA i jednego XLR został wzbogacony elementami nie zawsze występującymi w tego rodzaju sprzęcie. Do wyjścia analogowego, XLR lub RCA – jak kto woli, można podłączyć zewnętrzną końcówkę mocy. Jeśli mamy więcej urządzeń serii Edge, połączymy wszystkie kabelkami do komunikacji systemowej. Gniazdo RS-232C służy do aktualizacji oprogramowania. Tryb automatycznego usypiania po 20 minutach bez sygnału można dezaktywować. Dokręcana antenka odbiera sygnał przesyłany przez Bluetooth. No i na deser, Edge A został wyposażony w pięć wejść cyfrowych: dwa optyczne, jedno koaksjalne, jedno „telewizyjne” (HDMI z obsługą zwrotnego kanału audio) i wreszcie – USB.
Korzystanie z USB wymaga instalacji sterowników. Inaczej nasz komputer nie zobaczy podłączonego wzmacniacza. Odpowiednie oprogramowanie można ściągnąć ze skrzętnie ukrytego na stronie producenta linku – trzeba przeszukać dział „Frequently Asked Questions”. Z moim systemem operacyjnym Windows 7 jednak nie zadziałało. Producent informuje, że w niektórych wersjach „siódemki” konieczne będzie użycie innej wersji sterownika, ale żadnego archiwum z takowymi nie znalazłem. W związku z powyższym, odsłuch plików z bezstratną kompresją się nie odbył. Przy okazji producent zapewnia, że posiadacze MacBooków nie muszą nic instalować. To duże udogodnienie, ale nie mogłem z niego skorzystać, ponieważ korzystam z „Okienek”.

030 035 Hifi 04 2019 003 Pozycja potencjometru oraz
wybrane źródło dźwięku
podświetlone na biało.

 

 

Wnętrze gęsto zabudowano. Układy elektroniczne rozlokowano na kilku poziomach. Uwagę zwraca zasilacz. Opiera się na dwóch ekranowanych transformatorach toroidalnych. Użycie dwóch mniejszych zamiast jednego dużego ma według producenta konkretny cel. Wiadomo bowiem, że toroid ma również właściwości magnesu. W jego polu mogą występować tzw. prądy błądzące. Sposobem ich redukcji, oprócz dobrego ekranowania, jest przyłożenie drugiego, odwrotnie spolaryzowanego pola magnetycznego. Dlatego dwa bliźniacze trafa ustawiono w odwróconej symetrii (to znaczy: ze zwojami nawiniętymi w odwrotnym kierunku). Dzięki temu transformatory mają generować o wiele mniejsze zakłócenia niż w standardowych, pojedynczych aplikacjach. Dla porządku dodajmy, że jeszcze jedno, ale mniejsze trafo przeznaczono do zasilania przedwzmacniacza oraz sekcji cyfrowej.
Drugim autorskim rozwiązaniem Cambridge’a są końcówki w klasie XA. Czy ktoś o niej w ogóle słyszał? To dość naciągany, moim zdaniem, chwyt marketingowy, polegający na zmodyfikowaniu zwykłej klasy AB. Zapewne większość producentów dokładnie kalibruje pracę swoich tranzystorów, tylko niewielu wyjaśnia, jak.

W Cambridge Audio postarali się to opisać. Jak wiemy, w klasie A element wzmacniający przewodzi sygnał przez całą swoją sinusoidę. Sprawność jest niewielka, za to zniekształcenia – bardzo niskie. W klasie B element wzmacniający przewodzi sygnał przez połowę sinusoidy, a granicę stanowi punkt przejścia przez zero. Występują tu duże zniekształcenia, ale też sprawność jest wysoka. W klasie AB – dzięki zwiększeniu prądu spoczynkowego – element przewodzi sygnał przez więcej niż połowę sinusoidy. Klasa AB może być płytka (bliższa klasie B) albo głęboka (bliższa klasie A) – w zależności od tego, jak daleko za punktem przejścia przez zero element wzmacniający przestaje przewodzić sygnał. Rozwiązaniem, które zastosowało Cambridge Audio, jest coś w rodzaju pogłębienia klasy AB, jednak nie przez podniesienie prądu spoczynkowego, lecz przez przesunięcie punktu przejścia przez zero. Dzięki temu zniekształcenia są niższe, choć urządzenie nadal mocno się nagrzewa. Tak oto otrzymujemy klasę XA.
Dla porządku wspomnijmy, że każdy kanał obsługuje po pięć par tranzystorów, a płytki końcówek mocy są ustawione pionowo wzdłuż bocznych ścian. W materiałach informacyjnych można przeczytać, że ścieżka sygnałowa jest tak krótka, jak to było możliwe. Nie widzę powodu, by to kwestionować.
Producent podkreśla, że ze ścieżki sygnałowej wyeliminowano kondensatory. Normalnie służą one do blokowania składowej stałej, ale – z drugiej strony – są podatne na mikrofonowanie. Tutaj zdecydowano się zastosować sprzężenie stałoprądowe (DC coupling) – gdzie zamiast kondensatorów pracuje serwo, znoszące niepożądany efekt przez przyłożenie składowych odwrotnych.


Wadą użytkową Edge’a jest zbyt duży skok natężenia sygnału na potencjometrze. Regulowanie głośności pilotem jest mało precyzyjne – trudno utrafić w pożądany punkt. Poza tym same plusy. Włącznie z moim ulubionym – odwróconymi do góry nogami napisami na tylnej ściance. To ułatwia wpinanie kabli, kiedy pochylamy się nad urządzeniem od góry. Dla tych, którzy wolą w tym celu stanąć za sprzętem, przewidziano napisy w wersji zwykłej.
W serii Edge nawet pilot wygląda kunsztownie. Został wykonany z aluminium. Skromny, ale ergonomiczny zestaw przycisków znamionuje klasę godną hi-endu.

030 035 Hifi 04 2019 003 Na radiatory trzeba uważać.
Nie są zbyt przyjemne w dotyku.

 

 

Konfiguracja systemu
Edge A zasilał monitory Dynaudio Countour 1.3 mkII. Sygnał dostarczał odtwarzacz Naim 5X z zasilaczem Flatcap 2X. Generalnie jestem przeciwny określaniu kompatybilności urządzeń na podstawie samych parametrów technicznych (czasem to się sprawdza, a czasem nie), ale nawet krótkie podłączenie do rocznicowych Harbethów P3ESR 40th Anniversary Edition pokazało, że brytyjska integra nie boi się wyzwań. Bardziej niż o moc martwiłbym się o dopasowanie do charakteru brzmienia reszty toru, o czym poniżej.

030 035 Hifi 04 2019 003 Pokrętło rozebrane na części.
Kto chce, może policzyć.

 

 

Wrażenia odsłuchowe
Mimo że audiofilskimi testami zajmuję się od ponad 15 lat, to dotąd nie miałem bliższego kontaktu z urządzeniami Cambridge Audio. Odsłuch Edge’a był więc okazją, by tę zaległość nadrobić – i to od razu w trybie premium.
I nie trzeba było wielu dni, by stwierdzić, że w klasie hi-end Cambridge Audio debiutuje z sukcesem. Z początku miałem obawy, jak firma specjalizująca się w budżetówce i urządzeniach ze średniej półki poradzi sobie na nowym dla siebie gruncie, ale okazało się, że produkt broni się sam.
Integra Edge A ochoczo zaznacza swoją obecność w systemie. To nie jest wzmacniacz dążący do ideału przezroczystości. Mamy do czynienia z pewnym przewartościowaniem priorytetów. Niezależnie od reszty toru, brzmienie ma być możliwie zbliżone do koncepcji konstruktorów. Dobrze to czy źle? O ile owa koncepcja jest przemyślana – dobrze.
W tej cenie trudno obecnie szukać urządzeń o brzmieniu referencyjnym; te plasują się na znacznie wyższych półkach cenowych. Ale nie znaczy to, że za 22000 złotych nie da się znaleźć interesującego wzmacniacza. Cambridge Audio pokazuje, że jak najbardziej się da.
Konstruktorzy brytyjskiej firmy kierują się kilkoma zasadami, z których najważniejszą jest chyba: „najpierw słuchamy, potem mierzymy”. Kierunek poszukiwań dyktuje brzmienie, nie teoria. Efekt jest wciągający i muzykalny. Dźwięk Edge’a opiera się na dwóch, świetnie zestrojonych filarach: basie i dźwięczności. Oba zasługują na osobne komentarze.
Niskie tony robią wrażenie od samego początku. Cambridge Audio nie chowa się za gardą. Lubi pokazać potęgę muzyki i robi to z zaangażowaniem. Na brak basu nikt nie będzie narzekał; już bardziej bym się obawiał, że przy niefrasobliwie zestawionym systemie pojawi się jego nadmiar. Edge z łatwością oddaje potęgę w dole pasma. Muzyka wydaje się przez to masywna i „duża”. Jest w tym też odrobina „otłuszczenia”, ale bez przesady. Ewentualnej ociężałości basu zapobiega wyraźny rytm. Jest w nim kulturalnie dyktowane, energetyczne tempo, bez żadnego utwardzenia. To rytm ciągnie za sobą kontrolę całego dołu. Pomimo jego dużej masy, nie odnotowałem spowolnienia. Podstawę harmoniczną Edge’a A cechują więc siła, zdecydowanie i rozwaga. To solidny fundament, na którym można budować wyższe partie pasma.
Średnica dodaje brzmieniu świeżości i dźwięczności. Jej barwy są soczyste i głębokie. W całym spektrum czujemy orzeźwiającą wilgotność. To wszystko sprawia, że dźwięk odbieramy jako bardzo bogaty; mieści w sobie zarówno dostojną obfitość dołu, jak i wyrazistą różnorodność środka pasma. I to w prawdziwie high-endowym wykonaniu, gdzie dostojeństwo podstawy harmonicznej nie przeszkadza w kreowaniu dźwięku czystego i czytelnego.
Efektem połączenia barokowego basu i soczystej średnicy jest muzykalność. Gra Cambridge’a nawiązuje do najlepszych lampowych tradycji. Nie naśladuje jednak lampy otwarcie. Bardziej inspiruje się niektórymi elementami jej brzmienia, np. dążeniem do kreowania dźwięku treściwego, płynnego, z lekko ocieploną średnicą i zaokrąglonymi konturami. Taki sposób prezentacji ujmuje i zachęca do spędzania przed głośnikami długich godzin.

030 035 Hifi 04 2019 003 Jak na wzmacniacz zintegrowany, mamy tu przykład skrajnego
minimalizmu.

 

 

Góra pasma została umiejętnie wtopiona w średnicę. I lekko przy tym złagodzona. Taki zabieg pasuje do ogólnej koncepcji brzmienia, choć nie zdziwiłbym się, gdyby koneserzy wysokich tonów uznali je za nieco wycofane. Tutaj postawiono bardziej na harmonię wszystkich elementów. Edge, zamiast szlifować najwyższe partie pasma, koncentruje się na oddaniu malowniczości ich dolnego podzakresu.
Wydawać by się mogło, że opisane cechy brzmienia czynią z Edge’a wzmacniacz dla wąskiej grupy odbiorców. Ale nie zapominajmy, że mówiąc o obfitym basie czy zaokrąglonych konturach w urządzeniu za 22000 zł, mamy na myśli co innego niż w przypadku wzmacniaczy kilkakrotnie tańszych. Tutaj już nie znajdziemy ewidentnych podkolorowań ani podbijania fałszywej nuty. Specyficzny charakter brzmienia jest, co prawda, rozpoznawalny, ale konstruktorom udało się zachować równowagę pomiędzy muzykalnością i przesytem. „Zabarwienie” to w końcu nie to samo co „przebarwienie”.
Edge tak swobodnie wypełnia dźwiękiem pomieszczenie, że w ogólne nie musimy się martwić o szerokość ani głębokość sceny – one po prostu są wielkie. Zasięg we wszystkich wymiarach ograniczają tylko ściany. Pierwszy plan został wyraźnie wysunięty do przodu. Precyzję określiłbym jako umiarkowaną. Cambridge Audio nie dąży do punktowej lokalizacji. Przyjmuje, że instrumenty są duże i w ten sposób je odwzorowuje.
Edge jest wzmacniaczem dość odważnie narzucającym reszcie systemu swoją wizję brzmienia. W związku z tym resztę toru należy dobierać rozważnie. Jak wspomniałem, nie chodzi o parametry techniczne, ale o sposób kreowania dźwięku. Bardzo żałuję, że Cambridge Audio nie spotkał się u mnie z testowanymi kilka tygodni wcześniej superprzejrzystymi kolumnami Marten Miles 5. Intuicja podpowiada, że to połączenie mogłoby zagrać bajecznie.
Reasumując: Edge A, trochę wbrew deklaracjom producenta, wcale nie dąży do bezwzględnej neutralności. Zamiast niej, otrzymujemy wszechogarniający spektakl nasycony muzykalnością, z elementem przyciemnienia i kapitalnym efektem pompowania powietrza w całym pomieszczeniu. Wysoka kultura sprawia, że słuchanie muzyki w takich warunkach staje się bardzo przyjemne.

030 035 Hifi 04 2019 003 Obok gniazd analogowych
do dyspozycji są wejścia cyfrowe

 

 

Konkluzja
Cambridge Audio odnotowało mocne wejście w wyższy niż dotychczas sektor rynku. Szkoda, że firma zwlekała z tym tak długo. Wypada mieć nadzieję, że rozgości się w high-endzie na dobre i na kolejne urządzenia o zbliżonej jakości nie będziemy musieli czekać kolejnego półwiecza.

 

2019 04 23 11 52 25 030 035 Hifi 04 2019.pdf Adobe Reader

 

 

Mariusz Malinowski
Źródło: HFM 04/2019


Pobierz ten artykuł jako PDF