fbpx

HFM

artykulylista3

 

Accuphase E-470

0811 2015 06 01

„Accuphase jaki jest, każdy widzi” – powiedziałby zapewne słynny jezuita Benedykt Chmielowski. Bo też opisywanie kształtów, które doskonale zna każdy audiofil – również ten, który nigdy nie oglądał urządzeń Accuphase’a z bliska – jest niczym próba przybliżenia wyglądu konia poczciwemu sarmacie, który na owym koniu spędził pół życia.

E-470 jest na pierwszy rzut oka niemal nieodróżnialny od poprzednika.  Zachował charakterystyczne wskaźniki wychyłowe oraz przednią ściankę z anodowanego aluminium w kolorze złoto-szampańskim. Dwa duże pokrętła służą do wyboru źródła i regulacji głośności. Dzięki umieszczonemu centralnie cyfrowemu wyświetlaczowi, wyskalowanemu w decybelach, głośność można precyzyjnie ustawić.


Na panelu frontowym znajdziemy jeszcze mechaniczny włącznik zasilania (brak trybu standby), przycisk do skokowego wyciszania oraz loudness, który podbija skraje pasma przy cichym słuchaniu. Nie zabrakło też gniazda słuchawkowego typu duży jack. Co ciekawe, podłączenie do niego słuchawek nie odcina automatycznie sygnału dla kolumn. By się to stało, należy przyciskiem wyłączyć aktywną parę wyjść głośnikowych.
Żeby dotrzeć do większego bogactwa funkcji, należy zajrzeć pod ruchomą klapkę, która odchyla sie powoli i z gracją. Znajdziemy tam między innymi regulatory barwy, pokrętło balansu, odwracacz fazy, przycisk wyboru kolumn, możliwość przełączenia w tryb preampu albo końcówki mocy i kilka innych, rzadko używanych funkcji.
Nie mniejsze bogactwo kryje się z tyłu. Niewiele firm pozwala korzystać ze swoich urządzeń w tak szerokim zakresie. W E-470 mamy aż dwie pary solidnych i wygodnych w użyciu zacisków głośnikowych. Jest też pięć wejść RCA, dwa XLR, pętla magnetofonowa, wejścia do końcówki mocy i wyjście z przedwzmacniacza, np. do aktywnego subwoofera. Wszystkie gniazda osłonięto plastikowymi zaślepkami. Podobnie jak w poprzednim modelu – E-460 – pozostawiono miejsce na karty przedwzmacniacza korekcyjnego oraz przetwornika c/a, dostępne jako opcje za dopłatą.
0811 2015 06 02Po zdjęciu obudowy ukaże się nam widok, który sprawi, że nie tylko elektronikowi serce mocniej zabije. Wszystko jest tu rozplanowane i zmontowane z rzadko spotykaną pedanterią.
Wnętrze podzielono na kilka odseparowanych od siebie sekcji, z których każda pełni inną rolę. Z przodu mamy dwie płytki, obsługujące rozbudowane funkcje przedniego panelu, wyświetlacz oraz wskaźniki wychyłowe. Zaraz za nimi, za ekranem, znajduje się serce wzmacniacza – zasilacz. Oparty jest na sporym, zamkniętym w puszce transformatorze toroidalnym z oddzielnymi uzwojeniami i dwóch wielkich jak pięść kondensatorach. Symetrycznie po bokach rozmieszczono płytki końcówki mocy, zbudowane z równoległych komplementarnych par tranzystorów MOSFET. Płytki przykręcono do sporych radiatorów, które oddają ciepło bezpośrednio do obudowy. Dalej jest kolejna ścianka, a za nią gąszcz przekaźników oraz wejść.
Topologia wnętrza jest tak logiczna i przejrzysta, że można by na jej przykładzie uczyć, jak zbudowany jest wzmacniacz. Myślę, że zrozumieliby nawet najbardziej oporni.

To, co w E-470 jest rzeczywiście nowe, skrywa się przed oczami ciekawskich i dotyczy głównie poprawy parametrów istniejącej od dawna konstrukcji. Jest to jednak poprawa na tyle istotna, że można mówić o całkiem nowym urządzeniu. Choć moc nominalna pozostała taka sama, znacząco wzrosła moc oddawana w szczycie, która tym razem wynosi niebagatelne 200 W przy 8 omach. Dzięki przeniesieniu części rozwiązań stosowanych w przedwzmacniaczu C-3800 oraz monoblokach A-200 udało się obniżyć zniekształcenia i poziom szumów oraz zwiększyć zakres dynamiczny. Znacznie poprawiono współczynnik tłumienia, którego wartość w porównaniu z poprzednikiem wzrosła aż dwuipółkrotnie. Obecnie wynosi 500. Dzięki wykorzystaniu półprzewodnikowych przekaźników MOSFET zmniejszono także tzw. rezystancję przejścia, co sprawia, że wszelkie straty na doprowadzanym do wzmacniacza sygnale są pomijalne. Przyczyniają się do tego także nowe komponenty, w tym gniazda głośnikowe, wyjściowe cewki o niewielkiej oporności oraz grubsze ścieżki na płytkach drukowanych.
E-470 jest obecnie topowym wzmacniaczem zintegrowanym Accuphase’a, pracującym w klasie AB. Wyżej w hierarchii stoi już tylko E-600 w klasie A.
Bartosz Luboń

acu o1

Wielokrotnie miałem okazję słuchać słynnych końcówek Accuphase’a w klasie A, natomiast wzmacniacze zintegrowane jakoś mnie omijały. Nie mogłem zatem zweryfikować obiegowej opinii, która głosi, że ich dźwięk jest wprawdzie barwny i kulturalny, ale brakuje mu zdecydowania. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli tak, to twórcy nowej integry musieli się bardzo przejąć owymi pogłoskami.
W przypadku E-470 nie ma miejsca na nudne brzdąkanie. Już pierwsze dźwięki dobitnie świadczą, że japońskie waty nie istnieją wyłącznie na papierze. Dynamika wzmacniacza jest więcej niż zadowalająca, a wysoka moc sprawia, że nie trzeba się zbytnio przejmować skutecznością głośników.
Na pierwszy ogień poszły fenomenalne „Mazurki” Artura Dutkiewicza i po raz kolejny okazało się, że dobrze nagrany fortepian (a instrument na płycie polskiego pianisty zarejestrowany jest wzorcowo) potrafi więcej powiedzieć o równowadze tonalnej i barwie niż cała orkiestra symfoniczna. Brzmienie steinwaya było dostojne, nasycone alikwotami i sprężyste. Dzięki ponadprzeciętnym zdolnościom analitycznym wzmacniacza wyraźnie słyszalne były fazy ataku i wybrzmienia, które odtwarzane za pośrednictwem pośledniejszych urządzeń mogą się zlewać. Jednocześnie Accuphase nie dzieli włosa na czworo i nie zmusza do wsłuchiwania się w drugoplanowe artefakty brzmieniowe, takie jak skrzypnięcie podłogi czy praca mechanizmu fortepianu. Są, oczywiście, słyszalne, ale nie wychodzą na pierwszy plan. Najważniejsza jest sama muzyka i zachowanie równowagi między ogólnym przekazem i atmosferą a szczegółem.

0811 2015 06 02

Niskie oktawy fortepianu ujawniły dość ciekawą cechę E-470. Otóż bas jest delikatnie uwypuklony i – choć konturowy – ma raczej miękki charakter. To interesujące zestawienie, bo miękka barwa dolnego zakresu jest kojarzona raczej z basem powolnym i „pulpowatym”. A tu niespodzianka. Szybkie przebiegi gitary basowej czy praca całej sekcji rytmicznej nigdy się nie zlewały, za to miały dość łagodną fakturę. Choć obowiązkiem recenzenta jest zakwalifikować taką cechę jako odstępstwo od neutralności, to przyznam, że właśnie dzięki niej dawno już nie słuchałem z taką przyjemnością popisów Joe Passa w duecie z Nielsem-Henningiem Pedersenem. Ciemne brzmienie lekko przesterowanej gitary uzupełnionej basowymi pomrukami tworzyły bajeczną atmosferę, do której w dużej mierze przyczynił się charakter dolnego zakresu wzmacniacza.
Co jeszcze ma duży udział w tworzeniu atmosfery nagrania? Oczywiście przestrzeń, a ta jest zniewalająca. Po podłączeniu Accuphase’a wszystkie kolumny (może oprócz tych wciśniętych w rogi pomieszczenia) znikają w okamgnieniu, a dźwięki rozpraszają się swobodnie po całym pokoju. Co ważne, dzieje się to niemal bezwiednie. Japońscy konstruktorzy nie starali się na siłę forsować własnej wizji przestrzeni, lecz stworzyli urządzenie, które po prostu uwypukla umiejętności realizatorów. Dlatego trudno powiedzieć, czy scena Accuphase’a skupia się bardziej na budowaniu głębi, czy szerokiego pierwszego planu. Jest po prostu taka, jaka została zapisana na płytach – nawet tych monofonicznych! Kiedy słuchamy nagrań Birda czy Counta Basie’ego, okazuje się, że nawet nagrania mono, jeśli są dobrze zremasterowane, potrafią ukazać głębię i bogactwo detali. Zupełnie jak czarno-białe przedwojenne fotografie, na których jesteśmy w stanie dostrzec wiele szczegółów w tle.
0811 2015 06 02
Do średnicy nie można mieć zastrzeżeń, pamiętając oczywiście, że to urządzenie w klasie AB, które jest zaledwie wstępem do bogatej firmowej oferty. Głosy ludzkie są uwypuklone i nasycone. Dotyczy to zarówno solistów, jak i większych składów. Ci, którzy chcieliby, aby urodziwa wokalistka siadała im na kolanach i czarującym głosem śpiewała prosto do ucha, powinni sięgnąć po którąś z końcówek mocy Accuphase’a. Gwarantuję, że tak bliski kontakt jest w tym przypadku możliwy i jak najbardziej ziszczalny.
Po wysłuchaniu kilku płyt Carmignoli i Rachel Podger stwierdziłem, że choć szczegółowość wysokich tonów zasługuje na dobre noty, to akurat ten zakres nie zwala z nóg. Przestrzeń i detaliczność pozostały spektakularne, ale dość jednostajna barwa sopranów ciążyła w stronę monochromatyczności. Nie zdarzyło się jednak, żeby góry pasma było za dużo, ani też nie odebrałem jej jako natrętnej czy przykrej dla ucha. Zabrakło jej jednak odrobiny wyrafinowania i gładkiego wykończenia, które współgrałyby z resztą pasma. Nie wykluczam, że w firmowym zestawieniu, na przykład w połączeniu z odtwarzaczem DP-550, a także z innym okablowaniem, zakres ten zabrzmiałby inaczej. Na pewno nie zaszkodzi spróbować.
Oprócz wszystkich wymienionych zalet, atutem Accuphase’a E-470 jest jego uniwersalność. Nie było repertuaru, w którym japońskie urządzenie by się nie sprawdziło albo zabrzmiało poniżej oczekiwań. Dzięki temu nabywca przez długie lata powinien się cieszyć z zakupu. Choć, jak znam życie i nienasycone apetyty audiofilów, dla wielu, którzy zdecydują się na E-470, będzie to zaledwie wstęp do przygody z bardziej zaawansowanymi konstrukcjami japońskiej wytwórni.
Ale kto powiedział, że pogoni za króliczkiem nie można zaczynać z wysokiego pułapu?
Bartosz Luboń
wile 02

Dawno nie recenzowałam produktów Accuphase’a, więc ze wzmożoną ciekawością i na lekkim audiofilskim głodzie zabrałam się za jeszcze ciepły wzmacniacz zintegrowany E-470. Nie obyło się bez obaw, bo jego poprzednik jakoś nie rzucił mnie na kolana. Jednak producent deklarował znaczącą zmianę w stosunku do wcześniejszej wersji, co wzięłam za dobrą monetę.
Okazało się, że nie było to wróżenie z fusów. E-470 to świetne urządzenie rodem ze starej szkoły Accuphase’a. Nareszcie wygląd i dźwięk szły ze sobą w parze!
Od pierwszej chwili słychać spory zapas mocy i niewątpliwą swobodę grania, jakby wszystko działo się ot tak, od niechcenia. Ta nonszalancja łączy się nie tylko z bardzo dobrą kontrolą basu, ale także z jego ilością. Tu naprawdę jest co kontrolować!
Niskie dźwięki są raczej wygładzone niż konturowe, ale szczęśliwie pozbawione pluszowego miśka, który zdarzał się urządzeniom japońskiej marki. Dynaudio Special 25 to zestawy, którym do nadmiernej produkcji powłóczystych niskich tonów wiele nie trzeba, a jednak pod rządami E-470 nic nie było ani powłóczyste, ani pluszowe, a bas lokował się dokładnie tam, gdzie powinien. Był zwarty i punktowy, a na dodatek nie stanowił odrębnej części pasma; raczej najniższy element całości. Bo to, co charakterystyczne dla E-470, to jednorodna prezentacja, dzięki której słuchamy muzyki jako całości, a nie zbioru mniej lub bardziej pasujących do siebie składowych. Nie znaczy to, że brakuje selektywności; bez problemu można wyłapać zawarte w nagraniach niuanse. Nie ma tu tylko tej przesadnej rozdzielczości, którą niektórzy uwielbiają, licząc włosy na brodzie dyrygenta, a która potrafi czasem odebrać radość ze słuchania muzyki. E-470 prezentuje nagrania niczym jednorodną falę dźwięku, przyswajaną bezwiednie niemal na komórkowym poziomie.
0811 2015 06 02
Trudno ocenić to brzmienie inaczej, bo chyba nie da się go rozłożyć na czynniki pierwsze. Tu po prostu wszystko do siebie pasuje i układa się niczym świetnie skrojony garnitur.
Byłam mile zaskoczona, bo dźwięk przypomniał mi udany model E-408, tyle że w ciut odświeżonym wydaniu. Tak naturalną, przyjemną, a jednocześnie zróżnicowaną prezentację osiągnąć wcale niełatwo.
Accuphase to mocny i szybki wzmacniacz, który nawet skomplikowane nagrania oddaje tak swobodnie, jakby były prostymi melodiami dla dzieci. Bez wysiłku, a równocześnie bez uszczerbku dla prezentacji.
E-470 odrobinę czaruje przekazem. Trochę jak flecista-szczurołap z Hameln – trudno się oprzeć i oderwać od słuchania.

0811 2015 06 02

Recenzowany wzmacniacz jest urządzeniem wydajnym prądowo. Skoro jest w stanie napędzić tak chimeryczne monitory jak Dynaudio Special 25, to poradzi sobie w niemal każdym zestawieniu, zapewniając odpowiednią gęstość i kontrolę brzmienia.
E-470 to kawał porządnej konstruktorskiej roboty, ubrany w dobrze osadzoną na rynku markę. Można rzec: połączenie idealne. Pewne japońskie przysłowie mówi, że „dobre rzeczy muszą drogo kosztować” i już szykowałam się na polemikę, że Japończycy się nie znają, ale natrafiłam na inne przysłowie: „Bez sake nawet kwiat wiśni wygląda zwyczajnie”.
A z tym już nie da się polemizować, więc wychodzi na to, że chyba jednak się znają.
Aleksandra Chilińska


acue470 o




Pobierz ten artykuł jako PDF