fbpx

HFM

artykulylista3

 

Gryphon Callisto 2200

gryphoncallisto2200
Historia Gryphona rozpoczęła się w 1985 r od wzmacniacza słuchawkowego Head Amp. Od początku firma koncentrowała się na bezkompromisowych wzmacniaczach. W Danii powstawały najpierw konstrukcje dzielone; dopiero po z górą 10 lala Mr. Rasmussen zdecydował się na zbudowanie pierwszej integry. Gryphon Tabu został entuzjastycznie przyjęty przez recenzentów i zapoczątkował modę na zintegrowane klocki klasy hiend.

W ślad za Gryphonem poszli: Krell, Audio Research, Mark Levinson i inni. Tabu często służył recenzentom jako sprzęt roboczy. Również ja posługi przez dwa-trzy lata. Teraz do redakcji trafił Callisto 3200.

 
 

Od czasów Tabu wzornictwo Gryphona nie uległo większym zmianom. Callisto ma nadal akrylowe wykończenia i jego bryk składa się z trzech bloków. Ale od tego momentu zaczyna się szereg zmian.

Budowa

Wielgachną salkę potencjometru głośności zastąpiono przyciskami. W moim odczuciu  szkoda, ale to świadczy o moich analogowych upodobaniach, nie o zlym guście projektanta. Wśród przycisków mamy on/ standby (główny włącznik sieciowy ukryto w podstawie obudowy, na wysokości „menu". Nawiasem mówiąc, nie powinno się wzmacniacza wyłączać z sieci, bo wygrzany gra o niebo lepiej, a pobór mocy w trybie uśpienia jest niewielki), volume  po włączeniu automatycznie ustawiany jest w pozycji „0" (skala 50stopniowa), selektor źródeł (5 w tym XLR i pętla magnetofonowa), monitor i menu (można nazwać wejścia, określić maksymalny i stanowy poziom głośności, jasność wyświetlacza itp.). „Menu" to niezbyt potrzebne, ale na szczęście jedyne udziwnienie. Poza nim obsługa jest bajecznie prosta. Mistrzostwem świata w ergonomii jest pilot. Mamy tu tylko 6 przycisków, z których 4 służą do zmiany źródła i regulacji głośności, pozostałe to wyciszenie i wyłącznik. To w zupełności wystarczy i wg mnie dodatkowe funkcje wprowadziłyby tylko zamęt. Pilot Tabu byt zrobiony z plastiku, ten do Callisto jest metalowy
i praktycznie niezniszczalny. Niektórzy powiedzą, że to nie ma znaczenia, ale w domach, w których są dzieci, żywot plastikowych sterowników jest krótszy od gwarancji. Z pilotem Gryphona należy tylko uważać, aby pociechy nie zrobiły sobie krzywdy, bo ciężki jak diabli. Ponieważ akrylowe powierzchnie łatwo porysować, Gryphon dołącza do wzmacniacza szmatkę do ich czyszczenia (elegancka żółtozielona kratka). Jeżeli już się zarysuje, możemy skorzystać z dołączonej pasty polerskiej i usunąć uszkodzenia. Oprócz kolorowej instrukcji obsługi w sztywnej oprawie, Gryphon dołącza do wzmacniacza także białe rękawiczki z (jakby to młodzież powiedziała) wypasionym logo, przedstawiającym pół-orła pół-lwa. Można w nich pójść do ślubu, ale lepiej do salonu ze sprzętem, gdzie nie pozwalają nic dotykać. Gwarantuję, że w takich rękawiczkach właściciel pozwoli dotknąć nawet własnej żony. Obudowa urządzenia opiera się na trzech wysokich nóżkach. Tylna to ostry szpikulec, a więc trzeba uważać, by nie porysować sobie szafki. Po odkręceniu śrubek zobaczymy przepiękny widok. Wszystkie elementy elektroniczne ułożono w idealnej symetrii. To nie powinno zresztą dziwić, bo Gryphon jest zbudowany w układzie dual-mono. Jedynymi wspólnymi punktami są elektronicznie sterowany, błękitny Alps (potencjometr głośności) i transformator. Ogromny, toroidalny Holmgren ma dwa osobne uzwojenia (dla każdego kanału) i stanowi chyba ponad połowę masy Callisto. Prąd magazynują kondensatory Nichicon o pojemności 4700 pF każdy (12 na kanał). Końcówki mocy, przykręcone do radiatorów ukrytych pod górną płytą, oparto na 8 tranzystorach Sankena. Producent chwali się militarnym pochodzeniem podzespołów. Spokojnie, nie oznacza to, że wybuchną, tylko ich ostrą selekcję. Wszystkie gniazda pochodzą od Neutrika (jedno z wejść jest dedykowane systemowi AV i jego poziom napięcia jest stały po to, by można było bezkonfliktowo podłączyć procesor). Wewnętrzne okablowanie ograniczono do minimum.

Konfiguracja
O prawidłowości konstrukcji świadczy nie tylko logiczne ułożenie elementów, ale chyba przede wszystkim możliwości wzmacniacza. Moc 2 x 200W (8 omów) przy obciążeniu 4 omów podwaja się, a przy 2 osiąga 2x600W. Oznacza to, że Callisto nie powinien mieć problemów z wysterowaniem nawet najbardziej wymagających kolumn. Przy ich doborze możemy się kierować jedynie charakterem brzmienia, zapominając o przebiegu impedancji. Nawet jeżeli spadnie ona w pewnym zakresie częstotliwości do I oma (co może mieć miejsce, dajmy na to, w przypadku najdroższych Thieli), Gryphon powinien sobie poradzić, co najwyżej pociągnąć chwilowo z gniazdka w ścianie blisko półton kilowata. Tak więc słabe kondycjonery sieciowe odpadają i minimum będzie tu stanowić najwyższy PAL. Jeżeli chodzi o zródło  warto sprawdzić, czy jest wyposażone w XLRy i jego sygnał jest faktycznie symetrycznie prowadzony (a nie symetryzowany na wyjściu). Callisto ma w pełni zbalansowany tor i dobrze by było ten fakt wykorzystać. W trakcie testu korzystałem z Unidiska Linna i firmowego źródła  Mikado, kolumn Audio Physic Avanti, B&W 8055 i okablowania sygnałowego Siltecha. Do głośników prąd płynął Red Dawnami Nordosta. Jednym słowem — tor byt maksymalnie przejrzysty i szczegółowy. Jeżeli chodzi o gramofon, jego podłączenie będzie możliwe dopiero po dokupieniu opcjonalnego modułu PSI w wersji MM lub MC (do wyboru). Kosztuje około 4300 zł.

Wrażenia odsłuchowe

Mieć w domu Gryphona i Mclntosha naraz to wielka rzecz. Oba wyznaczają wśród konstrukcji zintegrowanych poziom odniesienia, a jednocześnie prezentują skrajnie odmienne podejście do dźwięku. Stwarzali:i też możliwość dopasowania systemu bezbłędnie. Np. z 805S B&W zdecydowanie wolałem Mclntosha, z niedawno opisywanym Flakiem  Callisto. Obie konfiguracje brzmiały świetnie, a jednocześnie mogłem po raz kolejny z filiżanką herbaty w ręce stwierdzić, że cała ta zabawa leży w umiejętnym doborze całego toru. Mimo że oba wzmacniacze są uniwersalne w dużym stopniu, nadal pozostaje pole do eksperymentów. Gryphon to brutalne zwierzę, wykorzystujące swoją silę bez wahania. Wysyła do głośnika prąd, który prostuje drut w cewkach. Wydaje się, że taką dynamikę i możliwości spotykamy już chyba tylko w dzielonych konstrukcjach. Wiąże się to z niewymuszoną łatwością grania. W wielkich Mahlerowskich składach symfonicznych można z podskórnym napięciem czekać na tutti, solo blachy lub bębna wielkiego. Audiofile zwykle słuchanie muzyki dzielą na oczekiwanie i ten moment właśnie, w którym uśmiech lub grymas niezadowolenia pojawi się na twarzy. Gryphon daje wyłącznie powody do radości, chyba, że nagranie zostało kiepsko zrealizowane. Dynamika integry jest na tyle efektowna, że sięgnąłem po symfoniczne płyty Reference Recordings, chociaż za nimi nie przepadam. W „Święcie wiosny" i ;Tańcach z oper" są jednak chwile tutti, podczas których ukazuje się gola prawda. Powiem tylko, że nie bytem zawiedziony. Ta cecha przydaje się jeszcze bardziej w dynamicznym rocku. W niektórych nagraniach nabiera nawet znamion priorytetu. Wzmacniacz wydaje się do nich stworzony, tym bardziej, że jego drugą największą zaletą jest kontrola basu. McIntosh lubi tu na przykład ocieplać atmosferę i koncentrować się na głębi niskich tonów. Gryphon odwrotnie  najważniejsze są tempo, rytm i artykulacja. Dlatego bas atakuje natychmiastowo i równie szybko wygasa. Powiem szczerze, że trudno mi się byto momentami przyzwyczaić do takiej prezentacji, ale szybkie solówki basu, chociażby w akustycznym jazzie, przekonują, że to zaleta. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z trudnymi kolumnami. Testowany dwa miesiące temu Elac nie chciał mi w domu zagrać jak należy. Ciągle brakowało sprężystości dołu, przez co wszystko brzmiało leniwie. Właśnie dlatego wypożyczyłem do testu Callisto. Jak się okazało, w kwestii pobudzenia do życia membran nie miał on większych problemów. Po prostu zrobił, co trzeba. Jeśli chodzi o średnicę, jest ona neutralna i czysta, z lekkim odcieniem ochłodzenia. Tak graf też Tabu i chyba jest to firmowe brzmienie Rasmussena. Callisto jest lepszy, bo jeszcze bardziej koncentruje się na szczegółach, a świetna mikrodynamika podkreśla tylko fakt, że Gryphon to dobre narzędzie do obserwowania rzeczy drobnych, mimo raczej monumentalnego charakteru brzmienia. Przypomina mi w tej kwestii trochę Integrę Levinsona i najnowszą 400 Krella. Jest bardziej efektowny, choć przejrzystością oba te wzmacniacze może przewyższa, nie jestem pewny do końca — upłynęło już sporo czasu od chwili, gdy gościłem w domu oba urządzenia. W akustycznym jazzie można się skupić na szczegółach artykulacji saksofonu — słychać pracę klepek, ale nie ucieka też atmosfera, bo oddanie aury pogłosowej i w ogóle warunków pomieszczenia jest realistyczne. Tak samo w muzyce fortepianowej. Zarówno w samplerze Linna, jak i ,HiFi i Muzyki" bardzo wyraźnie słychać pracę mechanizmu i pedałów (a więc i tłumików). Jest to dodatkowo podkreślone, lub, jak kto woli  przekazane autentycznie i tak, jak zarejestrowały to mikrofony, więc w efekcie wielu osobom może przeszkadzać. Zwracam jednak uwagę, że są to nagrania wyczynowe, z nastawionymi na maksymalną czułość mikrofonami Bruela&Kjaera i taka jest właśnie ich uroda. Podobne atrakcje znajdziecie na płycie Metheny/ topek i ,,Piano" Możdżera. Wszystkie cechuje przejrzystość, co Gryphon podkreśla. Dlatego preparacje brzmią często ostro, ale jak ma brzmieć podskakujący na metalowych strunach ołówek? Miękko i delikatnie? Pewnie, że może, znajdzie się wiele zestawień, w których tak będzie, ale nie będzie to chyba miało wiele wspólnego z prawdą. Pamiętam dyskusję na naszym forum internetowym, gdy krytykowano jeden z tracków z samplera Linna (swoją drogą dziwi mnie, że nie zauważono brzęczących sprężynek na naszym). Padaly mocne słowa i chyba mogę tylko odetchnąć z ulgą, że uczestnicy forum nie posiadali Gryphona (chociaż zauważyłem, że jest on dla nich jednym z głównych obiektów pożądania). W muzyce wokalnej po prostu trzeba się przyzwyczaić do takiego brzmienia. Miłośnicy gorących głosów kobiecych, wyeksponowanych na pierwszym planie, powinni w ogóle skoncentrować się na lampach, bo takie wzmacniacze jak Gryphon, Krell, czy Levinson ukazują je w szerszej panoramie, w większym oddaleniu i bez skłonności do powiększania. Dlatego wiolonczela nie zabrzmi tutaj jak 4metrowy kontrabas, na którym gra potomek Frankensteina. Jest to instrument o raczej subtelnym brzmieniu, a „mięcho" w dolnych rejestrach jest w stanie wydobyć stosunkowo niewielu muzyków, a i to pod warunkiem, że mają naprawdę dobre instrumenty (do nielicznych wiolonczelistów, którzy to potrafią, zaliczam Miszę Maiskiego, YoYo Mę i Rafala Kwiatkowskiego, który, jeżeli los mu pozwoli — dokona nie mniej niż dwaj pozostali panowie, ale to już inna kwestia). Wysokie tony Gryphona są dopasowane do średnicy, a więc przede wszystkim czyste i szczególowe. Nic jest to „aksamitna gra", ale góra dokładna i bogata w alikwoty, mocno zaznaczona, choć jednocześnie lekka. Jest dodatkiem do całości, a nic atrakcją i za to należy cenić Rasmussena.

 
Odsłuch drugi Jacek Kłos

W drugim systemie Callisto zagrał z Harbethami Super HLS, Linnem lkemi, lączówką Tara Labs Airl XLR i głośnikowym Fadelem Coherence'em. Przez pierwsze pól godziny Najlepiej podłożyć monetę. brzmienie było poprawne pod względem charakterystyki tonalnej, ale suche jak pieprz. Dopiero po porządnej rozgrzewce wzmacniacz zaczął dawać pierwsze oznaki życia. Precyzja i ostrość konturów z początku odsłuchu pozostały, ale brzmienie, otrząsnęło się ze statycznej powłoki. Nabrało rumieńców, nasyciło alikwotami i zaczęto przypominać to, co słyszymy podczas koncertów na żywo. Już z samej lektury parametrów technicznych można wywnioskować, że obdarzony mocą 200 watów na kanał Callisto niepodzielnie zapanuje nad membranami Harbethów. I tak też się stało. Nie znoszącym sprzeciwu tonem Gryphon wydawał Super Piątkom polecenia, a one bez szemrania je wykonywały. I trudno się było oprzeć wrażeniu, że bardzo im się ta dominacja spodobała. Dźwięk byt wyrównany, pewny i — można by rzec — al dente. Twardawy, ale dokładnie na tyle, żeby pyszna pasta nie przemieniła się w górę tuczących kluchów. Wzmacniacz pompowal w głośniki krystalicznie czysty, pozbawiony jakichkolwiek dodatków prąd, nakazując skrupulatne wypełnianie wszystkich jego poleceń. Gryphon jest konkretny do bólu, diabelnie szybki i takoż pewny siebie. Gra, jakby chciał zakomunikować: „Ma być tak i koniec". Bez poetyzowania, bez romantycznych uniesień, bez mgieł na wrzosowisku i opuszczonych zamków w Szkocji. Wszystko jest dopowiedziane, jasne i oczywiste. I choć zarazem trochę chłodne, to jednak może się podobać. Bas jest trzymany w ryzach nawet wtedy, gdy kontrabasista byt akurat w szczytowej formie i improwizował tak karkołomnie, że mikrofony miały problem z wyłapaniem niuansów artykulacji. Przez cały czas trwania testu Gryphonowi ani razu się nie zdarzyło stracić panowania nad membranami, czy poślizgnąć na jakimś pasażu. Bestia była przy tym na tyle arogancka, że najdziksze swawole McBride'a czy Millera odtwarzała jakby od niechcenia, nic zbliżając się nawet do kresu swoich możliwości. Zdaje się, że żaden głośnik z rodziny monitorów (no, może poza Totemem) nie zrobi na Gryphonie większego wrażenia. Zadyszki może dostać dopiero z dużymi, wielodrożnymi kolumnami, do których zasilania zamiast akustycznych wzmacniaczy najlepiej byłoby zastosować niewielkie lokalne elektrownie. Duńska konstrukcja jest bardzo uniwersalna i w większości systemów poradzi sobie bez kłopotu. Wielkość pomieszczenia również nie powinna być przeszkodą i nawet spore "open space" wypełni się energicznym, niezniekształconym dźwiękiem. Od Callisto można zacząć budowanie wysokiej klasy zestawu bez obaw o jego kompatybilność czy możliwości dynamiczne. Ten wzmacniacz dużo potrafi i jeśli tylko nic macie ekstremalnych wymagań, będziecie z niego zadowoleni. Pod jednym wszakże warunkiem — musicie się pogodzić, a jeszcze lepiej: polubić jego bezkompromisowość i przejrzystość. Callisto nie gra ani miękko, ani przyjaźnie, a już na pewno nie gra ciepło. Wali prosto z mostu i nie spodziewajcie się po nim cienia współczucia czy zrozumienia. Jeśli wasz zestaw gra tak sobie, Gryphon na dzień dobry stwierdzi, że jest do bani. Jeśli nagranie jest słabiej zrealizowane, on Wam poradzi wyrzucić je do kosza. Jest stanowczy, czasem nawet brutalny i nic owija w bawełnę. W pracy recenzenta taka przejrzystość sprawdza się rewelacyjnie, ale czy spodoba się wszystkim, którzy chcą po prostu posłuchać muzyki dla przyjemności? Z tym już może być różnie.

Chociaż czy na pewno? W trakcie testu odwiedziło mnie trzech gości, z czego dwóch było audiofilami, a trzeci dotychczas utrzymywał, że nie usłyszy różnicy między systemami, choćbym mu nawet skonfrontował tanią mini-wieżę z Ongaku. Reakcje byty zaskakująco zgodne. Wszyscy stwierdzili, że system gra bardzo dobrze i wcale by się nie obrazili, gdyby Callisto mógł pozostać w ich systemach. Bezkompromisowa, niemal klinicznie czysta prezentacja Gryphona okazała się łatwiejsza do zaakceptowania przez amatorów niż bym pierwotnie przypuszczał. Może więc jest tak, że ludzie doceniają czysty, transparentny dźwięk. a znacznie bardziej drażni ich nieudolnie tworzona iluzja? Na pewno trudno uznać, że Gryphon daje się lubić. Z drugiej strony chyba nie sposób go nie szanować. Nie wiem, czy można dalej odejść od bliskiej memu sercu estetyki triody singleended, ale też z drugiej strony mato wzmacniaczy tak często w swej prezentacji odnosi się nie do emocji, a do rozumu. Prezentacja Callisto jest na wskroś intelektualna, pozostając zarazem prostolinijną i prawdomówną. Jest tu sporo chłodu i oszczędnie dozowanych emocji.

Nie czuje się też pokusy oszołomienia odbiorcy czy uwiedzenia go powłóczystym spojrzeniem. Związek z tym wzmacniaczem będzie bardziej przypomina) twardą męską przyjaźń niż płomienny wakacyjny romans. Me chyba właśnie to mi się w Gryphonie najbardziej spodobalo. On też uważa, że jasne sytuacje czynią przyjaciół. Bez bajek, koloryzowania i gadania o niczym. Prawda, cala prawda i tylko prawda. Jeżeli to Wam odpowiada, Gryphon prędzej czy później zagości w Waszym systemie. Jeżeli wolicie więcej emocji, uznacie go za skandynawską lodówkę i bez żalu oddacie po weekendowym odsłuchu. Callisto, choć teoretycznie dla wszystkich, na pewno nie jest wzmacniaczem dla każdego. Mnie się spodobał, bo mogę używać go do pracy, a później, dla relaksu, posłuchać muzyki. I wcale mi nie przeszkadza, że słyszałem już wcześniej bardziej ekscytujące zestawienia. Gryphon, tak jak lkemi i SHLS wygląda mi na urządzenie o wysokim współczynniku długoterminowej satysfakcji. A jak uczy doświadczenie, jest to częstokroć o wiele ważniejsze niż silne, acz szybko przemijające fascynacje.

Konkluzja
Wspaniała dynamika, ogromne możliwości, żelazna kontrola basu, chłodny obiektywizm, lub obiektywne podejście do muzyki. kompatybilność, łatwość obsługi — wszystko to czyni z Gryphona idealne narzędzie dla recenzenta. Kiedy takie znajdujemy, zaczynamy burzliwą dyskusję nad dalszymi losami urządzenia. Tym razem jej wynikiem była decyzja: »zostawić w redakcji". Od tej pory Callisto, jak poprzednio Tabu, będzie katować kolumienki, kolumny i kolumiszcza przez dziesiątki godzin tygodniowo. Z jego pomocą będziemy opisywać nasze spostrzeżenia. Myślę, że w tej roli sprawdzi się świetnie.


 



 

2875 12

2875 12

2875 12

2875 12

2875 12

 

Maciej Stryjecki
Źródło: Hi-Fi i muzyka 05/2003

Pobierz ten artykuł jako PDF