fbpx

HFM

artykulylista3

 

Sphinx Myth 3

sphinx myth 3
W grudniowym numerze naszego pisma pojawiła się w dziale nowości krótka notka o nowej serii mało jeszcze w Polsce znanej holenderskiej firmy Sphinx.

Pisaliśmy, że inżynierowie z Niderlandów wprowadzili na rynek produkty o wyśrubowanych parametrach technicznych w nietypowych dla siebie to znaczy niskich cenach.

 

  Jak świat światem hiendowi Holendrzy nie mieli ochoty na czynienie swoich produktów bardziej przystępnymi, ostatnio jednak coś im się pomyliło i oto mamy okazję podzielić się z Państwem wrażeniami z odsłuchu najtańszego zintegrowanego wzmacniacza Sphinxa o nazwie Myth 3. Prostota jego wyglądu połączona z najwyższą jakością wykonania są urzekające.

Dość płaską, czarną obudowę zdobi akrylowy panel z podłużnymi przyciskami wyboru źródła i średniej wielkości pokrętłem poziomu wzmocnienia. Nic więcej. Żadnych innych guzików ani dodatkowych wskaźników. Prostota, elegancja i funkcjonalność, no może z małym wyjątkiem, ponieważ nie bardzo rozumiem dlaczego producent zamiast na metalowej ściance bocznej umieścił gniazdo regulowanego wejścia słuchawkowego akurat na delikatnym akrylu. Ten materiał, skądinąd bardzo efektowny i w dobrym guście, łatwo się rysuje i po jakimś czasie urządzenie może pokryć się siecią drobniutkich kreseczek, których usunięcie może sprawić niejaką trudność. Całe szczęście, że podłączenie słuchawek nie powoduje automatycznego wyłączenia głośników (można to oczywiście natychmiast zrobić samemu).

Nauszniki można więc pozostawić we wzmacniaczu na stałe i tym samym wyeliminować zagrożenie oszpecenia naszego eleganta. Jednak ta mała nielogiczność (a może właśnie celowy zabieg mający na celu wyegzekwowanie dbałości o starannie wykonane urządzenie?) jest jedynym zastrzeżeniem do płyty czołowej urządzenia. Ktoś mógłby stwierdzić, że dostęp do selektora źródeł jest utrudniony, ale przecież urządzenie można w pełni obsługiwać z pilota i uniknąć tłustych odcisków na szlachetnej czerni. Z tyłu Sphinxa umieszczono wejście przewodu sieciowego, sześć par gniazd dla źródeł liniowych i, tu mała niespodzianka, dość płytkie gniazda głośnikowe. Prawdopodobnie producent gorliwie zastosował się do standardów bezpieczeństwa Unii Europejskiej zabraniających umieszczania w urządzeniach otworów na wtyki bananowe. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ można zastosować widełki albo umieścić w przykręcanym gnieździe goły kabel. Od strony technicznej urządzenie z pozoru wygląda normalnie  zwykła końcówka mocy z potencjometrem.

Ale kiedy stwierdzimy, że Myth 3 ma współczynnik tłumienia równy 525, w całości zbudowany jest z elementów dyskretnych i radzi sobie nawet z obciążeniem dwuomowym, to stanie się jasne, że ten maluch będzie w stanie „pociągnąć" nawet największe wybryki natury, nie wyłączając elektro i magnetostatów wszelkiej maści. Według producenta tak dobre rezultaty dało zastosowanie starannie dobieranych tranzystorów FET charakteryzujących się bardzo krótkim czasem narastania i liniowością w całym paśmie wzmocnienia. Myth 3 oddaje nominalnie 50 watów przy obciążeniu 8 omm, z czego 10% w klasie A. Zastosowano w nim bardzo praktyczne zabezpieczenie przed uszkodzeniem kolumn i kiedy poziom sygnału docierającego do głośników stanie się zbyt wysoki, wzmacniacz automatycznie włącza funkcję wyciszenia. Przyznam się jednak, że do ostateczności udało mi się Sphinxa doprowadzić tylko raz.

Zdarzyło się to podczas odtwarzania dynamicznego nagrania z firmy Audioquest, kiedy potencjometr głośności wskazywał godzinę 16.00! Myth 3 należy więc do niewielkiej grupy tańszych wzmacniaczy, które kontrolują sygnał niemal do końca. Świetnie dobrany potencjometr służy w nim do zwiększania poziomu głośności, a nie ilości zniekształceń. Tą właściwością mogą się poszczycić o wiele droższe konstrukcje tranzystorowe (np. redakcyjny Tabu), dla których pojęcie clippingu jest tak samo trudne do przyswojenia jak obawa o współpracę z trudnymi głośnikami. Świetnie zrobione tranzystorowce (do których bez wątpienia zalicza się również Myth 3) nie mają żadnych problemów z osiąganiem wysokich poziomów głośności, czy wysterowaniem dziwolągów i studyjnych monitorów. Po prostu grają ze wszystkim i, co najważniejsze, grają dobrze. Zawsze znajdzie się ktoś, komu to i owo się nie spodoba, ale o gustach się przecież nie dyskutuje. Mnie osobiście...

Sphinx Myth 3 przywrócił wiarę w niedrogie konstrukcje tranzystorowe. Dźwięk nawet podczas naprawdę głośnego słuchania ani na chwilę nie stawał się ostry czy nieprzyjemny. Nawet przy poziomie „live" przekaz zachował spójność i żadna składowa nie próbowała się wysforować przed inne. Przeważnie mamy do czynienia z sytuacją zgoła odwrotną. Im głośniej gra system tym jego dźwięk staje się bardziej zniekształcony. W przypadku Sphinxa nic takiego nie miało miejsca. Faktem jest, że to maleństwo lubi, żeby nie słuchać go zbyt cicho. Dźwięk przy niskich poziomach nie ma jeszcze odpowiedniego wypełnienia i dynamiki co jest cechą właściwą 99% wzmacniaczy tranzystorowych (między innymi dlatego w wielu wzmacniaczach stosowano kiedyś słynny kontur, zwany lałdnesem), ale gdy dochodzimy do godziny 11:00 jakość brzmienia się poprawia i tak już pozostaje aż do końca. Dźwięk Sphinxa jest przede wszystkim gładki i nawet w chwilę po włączeniu brzmienie nie razi szorstkością. Kiedy jednak urządzenie się troszkę rozgrzeje  zaczyna grać już niemal słodko. Niewątpliwie ma w tym swój udział układ zniekształceń, w których dominuje druga harmoniczna.

To właśnie ona występuje najczęściej w lampowcach i sprawia, że nawet sygnał o dużym natężeniu (i co za tym idzie  wysokim procencie zniekształceń) jest dla nas łatwiej przyswajalny niż o wiele mniej zniekształcony sygnał z harmonicznymi nieparzystymi. W każdym razie Sphinx jest wzmacniaczem, którego można słuchać (tak jak Myryada) godzinami i ani na chwilę nie wywoła on zmęczenia czy też znużenia. Dźwięk jest zawsze uporządkowany, harmonijny i bardzo neutralny. Jedyny zarzut jaki można postawić, choć z góry zaznaczam, że robię to tylko po to, żeby znaleźć jakąś wadę, to mikrodynamika. Poza tym naprawdę nie mam zastrzeżeń i od tego miejsca zaczynam chwalić. Sphinx to nokaut konkurencji i nirwana słuchacza. Za 3500 kupujemy wzmacniacz, którego brzmienie i, chyba przede wszystkim swoboda, przywodzą na myśl highendowe wynalazki za naprawdę duże pieniądze. Prezentacja barwy  w tym nawet brzmienie fortepianu czy głosu były na poziomie, do którego konkurencja z tego testu nawet się nie zbliżyła.

Dźwięk obfitował w składowe harmoniczne, był bardzo szybki i dojmująco realistyczny. Kiedy w odtwarzaczu znalazła się płyta „New York Reunion" McCoy Tynera i Joe Hendersona przeżyłem największe zdumienie drugiego miesiąca bieżącego roku. Solo saksofonu jeszcze nigdy nie osiągnęło „w wykonaniu" niedrogiego wzmacniacza porównywalnego stopnia realizmu. I nie chodzi mi tu tylko o jakieś tam stukanie klap czy odgłos powietrza w ustniku. To wszystko pestka i można tego słuchać na walkmanie. Ja mówię o barwie i lokalizacji przestrzennej. Jeżeli coś takiego może pokazać wzmacniacz za 3500 złotych to naprawdę droga konkurencja powinna zacząć ślęczeć po nocach nad opracowaniem nowych układów. Zabrakło jeszcze tylko kilkunastu watów, żeby zachować skalę kontrastów dynamicznych. Poza tym  pyszności. No tak, powiedzą niektórzy z Państwa, saksofon saksofonem, fortepian swoją drogą, ale przy większych składach na pewno się gubi, cudów nie ma. Nie ma? Radzę posłuchać Nirvany albo Mad Season. Jeżeli ktoś znajdzie urządzenie za tę cenę prezentujące czystej wody łomot z taką rozdzielczością i równie stabilną przestrzenią otrzyma kolejny numer pisma z autografami redakcji na koszt firmy. A już poważnie mówiąc  wszechstronność tego urządzenia jest niebywała. Czy będą to koncerty fortepianowe Ravela czy Sex Pistols dźwięk zawsze zachowa równowagę i aż do końca możliwości mocowych urządzenia nie podda się anarchii. Rytm utworu nie zostanie zakłócony, a barwy zachowają zróżnicowanie. Przestrzenność również zasługuje na gromkie brawa. Nie dość, że wzmacniacz nie ma najmniejszych problemów z gradacją planów, to jeszcze instrumenty są stabilne i mają wokół siebie dużo miejsca. I jeszcze to na co czekałem od dłuższego czasu.

Sphinx prezentuje obrazy przestrzenne zarówno za głośnikami, co zrozumiałe jak i odrobinę przed nimi. W tym miejscu można zacząć mieć niejakie podejrzenia co do polityki cenowej producenta. Dumping jest praktyką naganną i karalną, a dotychczas takimi efektami przestrzennymi mogli się cieszyć jedynie posiadacze drogich klocków. Bas jest dobrze kontrolowany, nie za szczupły, nie za obszerny  w sam raz. Mógłby odrobinę stwardnieć, co przyczyniłoby się do jeszcze lepszego przekazu energii, ale nie można przesadzać z wymaganiami. W skali bezwzględnej zawsze można znaleźć błędy i odstępstwa od brzmienia na żywo. Na niższych poziomach finansowych ważna jest przede wszystkim jakość dźwięku oferowana za określone pieniądze. W grupie 2000  4000 złotych Sphinx wyróżnia się nią tak bardzo, że trudno wysuwać przeciwko niemu jakiekolwiek zarzuty. Z naszego punktu widzenia jest to świetny, bardzo neutralny wzmacniacz, który gorąco polecamy Państwa uwadze.
 

 
 

 


 

retrohfm0427 09

 

retrohfm0427 11



Żródło foto : internet
Źródło: Hi-Fi i muzyka 03/1998

Pobierz ten artykuł jako PDF