fbpx

HFM

artykulylista3

 

Creek Destiny

21-40 09 2009 CreekDestiny 01Na płycie frontowej Creeka Destiny znalazł się napis „Designed and made in UK”. Czcionka jest maleńka, ale na srebrzystym aluminium dobrze widoczna.

Zwykle takie rewelacje ogłasza się na pudełku albo z tyłu, obok gniazda sieciowego. Teoretycznie nikogo to nie interesuje, jednak dla upierdliwców takich jak ja to ważna informacja. Być może to przejaw rasizmu, ale nadal uważam, że przedmiot wyprodukowany w Europie, w krajach takich jak Niemcy czy Anglia, jest lepszy od zrobionego zręcznymi chińskimi rączkami. Lubię wiedzieć, kto przykręcał śrubki.

Budowa
Być może dlatego wzmacniacz prezentuje się wyjątkowo solidnie. U Arcama było widać niedoróbki; Creek wytrzymuje oględziny przez lupę. Płyta czołowa wygląda po prostu pięknie. Szlifowane aluminium połyskuje poziomymi, błyszczącymi „włóknami”, a układ przycisków i pokręteł przypomina złote czasy hi-fi. Metalowa gałka głośności sąsiaduje z siedmioma guzikami, także aluminiowymi. Błyszczą jak lustro, bo ich urodą steruje komputer, a panel przedni ma grubość centymetra.
Wzmacniacza nie wyposażono w żadne regulacje. Możemy jedynie wybrać źródło dźwięku, jedną z dwóch par kolumn albo zdecydować: słuchamy „po linii” czy „po taśmie”. Decyzję potwierdzi świecąca dioda. Oprócz tego pozostaje do dyspozycji gniazdo słuchawkowe 6,3 mm.
Destiny wygląda ascetycznie, ale dzięki temu nawiązuje do ergonomii i prostoty audiofilskich legend. To kontynuacja idei, która 30 lat temu zdobyła rynek. Wtedy ceny były przystępne; dzisiaj wszystkim poprzewracało się głowach. Jeżeli ktoś nie wie, o czym mówię, niech się przeprowadzi do Kongo na dwa miesiące i spojrzy na białego człowieka i jego próżność z innej perspektywy.

21-40 09 2009 CreekDestiny 02     21-40 09 2009 CreekDestiny 03

Proste i dobre rzeczy mnie cieszą. Zwłaszcza, kiedy są wykonane tak luksusowo jak Creek. Przypomina Rolls-Royce’a. Nie ze względu na okazałość, ale dbałość. A diabeł, jak wiemy, tkwi w szczegółach.
Gniazda wejściowe nie przerastają masówki w wykonaniu Arcama, ale już głośnikowe przypominają perfekcję T + A. Solidne, zatopione w plastiku zaciski kosztują, co widać na pierwszy rzut oka.
W środku jeszcze lepszy widok. Taki transformator toroidalny w tej cenie to niekoniecznie niespodzianka, ale jego obecność na pewno nikogo nie zmartwi. Jest nią – armia kondensatorów. Zamiast dwóch czy czterech – mamy po dziesięć na kanał; razem 88000 μF. Niektórzy producenci uważają, że większa ilość mniejszych elektrolitów daje lepsze wyniki niż cztery wiaderka, bo szybciej reaguje na zapotrzebowanie na prąd.
Destiny to jeszcze nie dual-mono, ale oba kanały są zasilane oddzielnie. Końcówki mocy (po cztery tranzystory na kanał) osadzono na odrębnych radiatorach. Preamp korzysta z własnego zasilania w postaci trafa z Indii, a regulacja głośności odbywa się za pomocą napędzanego silniczkiem niebieskiego Alpsa. Całość elektroniki mieści się na pokaźnej płytce drukowanej. Scalaków tam prawie nie ma. Naprawdę solidna robota. Europejska.

21-40 09 2009 CreekDestiny 04

Brzmienie
Uwielbiam komentarze laików. Bywają trafniejsze od gimnastyki uprawianej na łamach. Mój przyjaciel powiedział: „taki mały wzmacniacz, a taki duży dźwięk. Co oni tam w środku schowali?”. Nie zastanawiając się zbyt długo, odpowiedziałem: „duszę”. Impulsywna riposta okazała się trafna, ale to stwierdziłem dopiero w trakcie tradycyjnej żonglerki srebrnymi krążkami. Creeka polubiłem już po drugim zamknięciu szuflady odtwarzacza i nawet cena 6900 zł przestała mi przeszkadzać. Pieniędzy, jak wiadomo, szkoda, więc wiele osób, patrząc na nikczemną posturę, zaraz przeliczy złotówki na kilogramy „wzmacniacza właściwego”, czyli wyjętego z pudełka. Wystarczy jednak kilka minut odsłuchu, żeby zapomnieć o rozmiarach.
Creek gra potężnym i mięsistym dźwiękiem, opartym na głębokim basie. Słuchanie na nim płyt Stockfisha to czysta przyjemność, od której trudno się oderwać. Spokój, lampowa otwartość i namacalność średnicy łączy się z bardzo dobrą szczegółowością.
Pulsujący i energiczny bas przyciąga uwagę od razu. Wzmacniacz wydobywał z Audio Physiców Tempo VI dół, o który trudno by podejrzewać nawet 100-watową konstrukcję. Miękki, ale kontrolowany i czysty, bez dudnienia i zamazywania konturów. Docenimy też czystą i dźwięczną górę. Jest jej dużo, co w połączeniu z aksamitnym charakterem tworzy ciekawe wrażenie. Kiedy słuchamy akustycznych gitar, dociera do nas każde przesunięcie palca po gryfie. Obserwujemy szarpnięcia stalowych i nylonowych strun i odróżniamy je bez trudu. Szczegółowość góry Creeka okazuje się uderzająca. Nie musimy się jednak do niej przyzwyczajać, bo nie przeszkadzają wyostrzenia ani metaliczny nalot. Pomimo natłoku informacji kopułki kolumn nie krzyczały i zachowywały się muzykalnie.
Głosy ludzkie są realistyczne i wysunięte przed linię głośników. Destiny je trochę powiększa i ociepla. Czuć, że najważniejszym zadaniem wzmacniacza jest dawanie nam przyjemności. Takiego brzmienia można słuchać godzinami.
W klasycznym i akustycznym repertuarze także uzyskujemy połączenie muzykalności z detalami. Wszystkie instrumenty słychać nawet w pianissimo, a dodatkowe atrakcje, jak stuk klapek klarnetu czy praca mechanizmu, o ile zarejestrowano je na płycie, wyjdą jak na dłoni. Miłośnicy skrzypiących krzeseł: oto nadchodzi Wasz faworyt! I to w dobrym stylu, bo bez hałasu i wyciskania z kopułek siódmych potów.
Przestrzeń jest obszerna, znacznie lepsza niż na przykład w Rotelu (ale to nie dziwi ze względu na znaczną różnicę cen), choć podobnie skonstruowana. Creek także koncentruje się na szerokości planu, mniej zaznaczając głębię. Obserwacja dalszych obszarów sceny nie jest jednak trudna. Jeżeli chcecie więcej, trzeba będzie raczej kupić lampę.

Reklama

Konkluzja
Wielka kultura i muzykalność, połączone ze szczegółowością i przejrzystością. Średnica prawie jak w dobrej lampie, a do tego kawał basu.

21-40 09 2009 CreekDestiny T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 09/2009

Pobierz ten artykuł jako PDF