fbpx

HFM

artykulylista3

 

McIntosh C22 + MC75

88-96 11 2009 01Wygląd wzmacniaczy McIntosha wywołuje szybsze bicie serca nie tylko u audiofilów. Niepowtarzalne wzornictwo zainspirowało także twórców filmowych – sprzęt amerykańskiej firmy występował w wielu hollywoodzkich produkcjach. Trafiał też na łamy prasy niezwiązanej z branżą hi-fi. Widziałem go nawet na obrazie współczesnego malarza. Marka, chyba jako jedyna w świecie hi-endu, wypracowała styl rozpoznawany przez kompletnych laików. Nazwa może wylecieć z głowy, ale niebieskie wskaźniki i archaiczne pokrętła pozostają w pamięci na zawsze.

Ten przypadek musi wywoływać zazdrość, nawet u specjalistów od wizerunku pracujących w imperiach świata biznesu. Mijają dekady, a Mak pozostaje taki sam. Spadkobiercy Franka McIntosha nie wpadli, na szczęście, na pomysł przeprowadzenia rewolucji i możemy patrzeć, jak legenda trwa i zdobywa nowych wyznawców.


Na 60-lecie firmy McIntosh nie przygotował kapiącej złotem superwieży za 100000 euro, tylko repliki urządzeń z lat 60. Monobloki przypominają legendarną konstrukcję MC75 z 1961, a przedwzmacniacz to niemal bliźniak modelu z 1962 roku. Były to produkty na tyle dobre, by stać się wzorcami w swoich czasach. Ich archaiczność jest dzisiaj zaletą – w tamtych czasach samochód miał służyć rodzinie przez dwa pokolenia; obecnie to jednorazówka naszpikowana elektroniką. Kupując Maka, płacicie nie za kondensatory czy nawet trafa, ale za kontynuację ponadpółwiecznej tradycji.
OK, nie wszystkie produkty są równie udane. Najtańsze integry, pozbawione autoformerów, często nie wytrzymują porównań z konkurencją. Ale ta nie będzie miała magicznych wskaźników. Podobnie źródła zintegrowane – zawsze zawodziły moje nadzieje. Ale na wzmacniaczach firma się zna, czego dowodem choćby MA7000 – mój domownik, a przy okazji piec, który nareszcie z większości porównań wychodzi zwycięsko. To świetny i efektowny produkt, choć przy opisywanym zestawie wygląda jak brzydkie kaczątko. System „urodzinowy” to najpiękniejszy sprzęt, jaki oglądałem przez ostatnich iks lat. Kiedy rozpakowałem pudełka i postawiłem go na szafkach, po prostu mnie zatkało.

Budowa
Przedwzmacniacz C22
Osoby ceniące klasyczną urodę będą zachwycone. C22 wygląda jak żywcem przeniesiony z lat 60. Obudowę wykonano z blachy, dodając aluminiowe płyty po bokach. Front składa się w połowie z błyszczącego aluminiowego panelu i szklanej, ręcznie szlifowanej szyby. Mieści się na nim mnóstwo pokręteł. W czasach, gdy powstawał projekt, użytkownicy lubili regulacje. Największe gałki to balans i potencjometr głośności. Pomiędzy nimi znajduje się selektor źródeł i przełącznik mono/stereo. Jest niezwykle rozbudowany i pozwala miksować kanały w dowolnej konfiguracji. W dzisiejszych realiach nikomu się raczej nie przyda.
Jak każdy McIntosh, preamp ma regulację barwy tonów niskich i wysokich. Nie są to zwykłe potencjometry, ale przełączniki działające w zakresie +/10 dB, w dziesięciu skokach co 2 dB. Używa się ich rzadko, ale jeżeli oglądacie dużo filmów, głównie polskich (chyba nigdy nie dorobimy się dobrych dźwiękowców), lub słuchacie starszych nagrań, będą jak znalazł. Można je odłączyć pierwszym z sześciu przełączników, znajdujących się w centrum aluminiowego frontu.
Kolejne dwa to monitor odsłuchu po taśmie i filtr loudness. C22 wyposażono w gniazdo słuchawkowe 6,3 mm oraz dwa wyjścia do końcówek mocy stereo (albo czterech monobloków). Włączamy je kolejnymi dwoma plastikowymi guzikami. Ostatni to włącznik sieciowy.
Do przedwzmacniacza można podłączyć siedem źródeł. Pięć liniowych i... dwa gramofony, wyposażone we wkładkę MM albo MC. Obecnie szlifierka do winyli to rzadkość. W latach 60. stanowiła podstawowe źródło sygnału i rodzaj wkładki oraz jej jakość były ważniejsze od dzisiejszego dylematu: czy wybrać odtwarzacz CD czy urządzenie wieloformatowe. Za jedynego konkurenta gramofonu uznawano magnetofon szpulowy z dużą prędkością przesuwu taśmy. Tylko on się zbliżał do jakości płyty, ale wcale nie sprawiał mniej kłopotów. Był często daleko bardziej skomplikowany i dobór taśmy pochłaniał więcej czasu niż ustawienie wkładki i antyskatingu.

88-96 11 2009 02     88-96 11 2009 05

Dwa przełączniki obrotowe w prawym dolnym rogu to prawdziwa niespodzianka dla analogowców. Pozwalają precyzyjnie dostosować parametry przedwzmacniacza korekcyjnego do wymagańwkładki. Kupno osobnego phono stage’a, nawet wyrafinowanego, może się więc dla posiadaczy C22 okazać wyrzucaniem pieniędzy w błoto.
Tylną ściankę podzielono na sektory wejść i wyjść. W pierwszym mamy dwa RCA i jedno XLR oraz pętlę magnetofonową. W drugim – siedem kompletów RCA (CD i D/A zdublowano na XLR-ach). Najszerzej rozstawiono najważniejsze, czyli gramofonowe (MC i MM). Dla obu rodzajów wkładek przewidziano osobne zaciski uziemienia. Bezpiecznik wyprowadzono na zewnątrz.
Producent utrzymuje, że klasyczne wzornictwo C22 łączy się z nowoczesną techniką. Na szczęście nie oznacza to, że w obudowie znajdziemy mnóstwo scalaków. Jedyny duży układ obsługuje logikę; reszta to tradycyjny, dyskretny tor sygnału.
Elektronika mieści się na trzech płytkach. Największa zawiera układy zasilania i wejścia. Podstawę zasilacza stanowi transformator rdzeniowy Kitamura Kiden, niewielkie kondensatory elektrolityczne i tranzystory stabilizujące napięcie. Wejścia XLR wlutowano bezpośrednio w niewielką zieloną płytkę, razem z portami przesyłu danych (za nimi znajdziemy jedyne scalaki, ale poza torem sygnałowym). Gniazdo sieciowe i transformator odizolowano od elektroniki metalowymi przegrodami.
Najważniejszą płytkę ustawiono względem podłogi pod kątem 45 stopni. Pod nią znajdziemy baterię kondensatorów MKP Wimy, a na niej sześć chińskich lamp 12AX7A. Pracują w metalowym kubełku – osłonie, która w zasadzie uniemożliwia samodzielną wymianę. Lampy są jednak długowiecznie i jeżeli zajdzie konieczność zastąpienia ich nowymi, warto się udać do serwisu. Bańki zlokalizowano blisko kratek wentylacyjnych. Lepiej więc na urządzeniu nic nie stawiać. Poza tym funkcjonalność jest wzorcowa, w odróżnieniu od reszty zestawu.
Wyjątkowy wygląd jubileuszowego Maka łączy się z taką samą jakością wykonania. O ile zachowacie odrobinę dbałości, posłuży do okrągłej, setnej rocznicy.
Z preampem otrzymujemy pilot. Na szczęście nie jest to plastikowy sterownik z kilkudziesięcioma przyciskami, nie wiadomo do czego (specjalność firmy) tylko aluminiowy, minimalistyczny (choć wielgachny) przedmiot, którego obsługę opanujecie od razu. Przedwzmacniaczem steruje pięć guzików. Kolejnych pięć przewidziano dla źródła.

88-96 11 2009 03     88-96 11 2009 04

Monobloki MC75
Monobloki MC75 są po prostu śliczne. Wyglądają jak rodzinny klejnot albo zabawka dla dużych i bogatych chłopców. To produkt dla osób, które kupują jaguara E-type w kolekcjonerskim stanie i co miesiąc inwestują w jego utrzymanie średnią krajową. Ogniki lamp, złocona blacha i precyzja wykonania składają się na niepowtarzalny efekt, wart dowolnych pieniędzy.
Końcówki prezentują się wspaniale, kiedy wypakujemy je z pudełka. Pochylona pod kątem 45 stopni płyta z przyłączami stwarza dodatkowo wrażenie profesjonalnego narzędzia i pokazuje, że to nie zabawka. I bez tego MC75 zasługują na honorową półkę w muzeum techniki.
Precyzja wykonania monobloków jest równie imponująca jak przedwzmacniacza. Blachy obudowy spasowano idealnie. Ze złocistej wystawki sterczy pięć lamp. Na wejściu pracuje 12AX7A, jako sterujące 12AT7, całe trio ma logo McIntosha i miejsce produkcji w Chinach. Moc dostarczają dwie KT88, tym razem z Rosji. Jeżeli ktoś chce sprawdzić inny charakter brzmienia, może je wymienić na 6550. Wszystkie lampy osadzono w ceramicznych podstawkach. KT88 w zagłębieniach, sięgających kilka centymetrów poniżej złocistej blachy.
Elektronika mieści się na dwóch płytkach drukowanych. Lampy pracują w układzie push-pull. W komplecie wtyków mamy jedno wejście w dwóch standardach (RCA/XLR). Jest także wyjście do następnego monobloku, zrealizowane identycznie. Odczepy dla kolumn dostosowano do impedancji 2, 4 i 8 omów. We wszystkich przypadkach dysponujemy mocą 75 W.
Mimo wszystko, przyczepię się do największego atutu urządzeń, ponieważ chciałbym, żeby kolejna wersja jubileuszowa spełniła także moje oczekiwania. Końcówki Maka to manifest piękna w przemyśle hi-fi. Na kolorowych, precyzyjnie skomponowanych reklamach stoi elegancki sprzęt, który dodaje wnętrzom uroku. I nigdzie nie ma kabli, które psują ogólne wrażenie. Dlatego ukrywa się je w ścianach albo podłodze i każdy dobry instalator zacznie budowę pokoju odsłuchowego od kucia tynków. Nawet najpiękniejsze kable wyglądają najlepiej, kiedy ich nie ma. Dlatego myślę, że oryginalny projekt powinien ulec modyfikacjom, które pozwolą iść wysmakowanemu wzornictwu łeb w łeb ze współczesnym wygodnictwem i odrobiną rozsądku.
Najpierw musicie się zastanowić, jak ustawić monobloki na półce. Pierwsza myśl to: na przedwzmacniaczu. Nic z tego, bo musimy zapewnić wentylację lampom. Czyli: na osobnym blacie albo po bokach. Wtedy potrzebna jest szeroka szafka. Tylko na takiej MC75 będą się prezentować, jak należy i jakoś wytłumaczymy żonie wydatek taki sam, jak na Fiata 500, o którym marzą wszystkie jej koleżanki (najlepiej, gdyby był czerwony). Mak jest jeszcze ładniejszy, więc wybaczy. Tylko te kable, obrzydliwość... A z nimi możemy sobie nie dać rady. Żeby to udowodnić, zacznijmy walkę z oporną materią.
1. Stawiamy tyłem, czyli transformatorami do oczu. Odpada. Wzmacniacz z tej strony przypomina zasilacz do spawarki, którą trzymamy w garażu. O innych „aspektach” nie ma się co wypowiadać.
2. Naprzód dajemy pionową ściankę z logo firmy, gniazdem sieciowym i bezpiecznikiem wyprowadzonym na zewnątrz. Widzimy wprawdzie lampę mocy, ale to jedyna atrakcja, która mogłaby usprawiedliwić ten desperacki krok.

88-96 11 2009 06     88-96 11 2009 07

Dwie pierwsze możliwości są oczywiście idiotyczne i można je od razu pominąć. Przejdę do tych sensownych.
3. Frontem do oczu ląduje ścięta ścianka z podłączeniami, jak na reklamach. Widzimy węższy bok, więc możemy postawić monobloki obok siebie. Zajmą tyle miejsca co preamp. Nawet będą do niego pasować wizualnie. Sterczące gniazda saute wyglądają smacznie, póki nie podłączymy do nich kabli. Głośnikowych, uzbrojonych w banany lub widełki i zbalansowanej łączówki. Przewody plączą się na pierwszym planie. Elementem dominującym nie jest lampa sterująca, ale wtyk XLR. Równie piękny, jak zapasowe koło na masce wspomnianego jaguara.
4. Stawiamy do przodu szerszą ścianką z napisami. Najlepsze wyjście, bo widzimy wszystkie lampy. Wyglądają pięknie, nawet osłonięte metalową siatką, przykręcaną dwoma krzyżakowymi śrubkami (klatkę zdejmuje się w kilkanaście sekund). To najbardziej oczywista pozycja, ale też nie pozbawiona przeciwwskazań. Z obu stron wyrastają kable,niczym ramiona ośmiornicy. Poza tym, jeżeli zechcecie postawić preamp i końcówki na jednej szafce, będziecie musieli przewidzieć 15 cm wolnej przestrzeni pomiędzy nimi, bo nie zmieści się porządny wtyk sieciowy, a kabla nie da się złamać zaraz za nim, jak słomki do picia fanty. Inne też będą wyglądać cokolwiek oryginalnie. Czyżby projektanci Maka zapomnieli o takim drobiazgu? Poza tym wielkość napisu, jeżeli ma być na froncie, została obliczona dla krótkowidzów. Mam minus 5 dioptrii, więc i tak nic nie zobaczę z trzech metrów, choćby było wykrzyczane wołami.
Dlatego proponuję swoje usługi Makowi. Jako projektant nie mam wielkiego doświadczenia, ale może warto wziąć pod uwagę sugestie amatora. Gniazda montuje się z tyłu. Warto się najpierw zastanowić, gdzie MC75 ma tył. Są dwie propozycje.
1. Tam, gdzie kabel sieciowy wita się z przeznaczonym mu gniazdem. Przenosimy w to miejsce wszystkie złącza: głośnikowe, wejścia/wyjścia i pozostałą menażerię. Na złoconym froncie pozostawiamy włącznik sieciowy i czerwoną diodę, ewentualnie przełącznik czułości wejścia (dopasowujący napięcie źródła w systemie, czyli odtwarzacza CD) i selektor wejścia RCA/XLR. Są małe i nie psują wizerunku. Zostaje miejsce na logo firmy i ewentualnie na małe, okrągłe wskaźniki (bardziej „vintage” od kwadratowych). Ładne okienka można zmałpować od Marantza. Mogą pokazywać poziom wzmocnienia albo napięcie w sieci. Wszystko jedno; i tak nikt nie szuka na nich konkretnych informacji. Nie widzimy kabli.
2. Za transformatorami. Upychamy tam wszystkie gniazda, łącznie z sieciowym; przełączniki także. Włącznik sieciowy zostawiamy albo z lewej strony, albo przenosimy go na front, razem z diodą (lepiej). Napisy zmniejszamy trzykrotnie. Przód zostawiamy czarny albo dajemy złoconą blachę. Wskaźniki (okrągłe) do przemyślenia. Nie upieram się, ale jak już, to małe.
Jeżeli taki wzmacniacz powstanie, życzę sobie egzemplarz autorski oraz dyplom na ścianę, koniecznie oprawiony w złoconą ramę, z aksamitnym kutasem (to taki wisior ze sznurków, przeważnie przy oknie albo do dzwonka).
Na koniec jeszcze jedna informacja. Żółty kolor, który widzicie na zdjęciach, to nie miedź, a szczere złoto.

88-96 11 2009 08     88-96 11 2009 09

Konfiguracja systemu
W teście wzmacniaczowi towarzyszyły kolumny Audio Physic Tempo VI i odtwarzacz Gamuta CD3, na zmianę z Ayre C-5xeMP. Okablowanie sygnałowe pochodziło od Fadela; sieciowe od Neela. Używałem także zbalansowanych przewodów studyjnych i kondycjonera PAL.
Dobierając kolumny, należy się kierować zdrowym rozsądkiem. Wprawdzie 75 watów to dużo, ale sugeruję wybierać konstrukcje o przynajmniej średniej skuteczności.

88-96 11 2009 11     88-96 11 2009 12

Wrażenia odsłuchowe
W dynamicznym popie, gęstych aranżacjach rockowych i nagraniach symfonicznych, których jakość można określić jako przyzwoitą, kombinacja gra czysto, miękko, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia spośród dobrych urządzeń za 20-30 tys. Czasem nawet wolę moją integrę, bo wysoka moc ułatwia jej panowanie nad kolumnami i poziomem dynamiki. Tutaj jest sporo basu. Doskonale słychać instrumenty w średnicy, góra nie hałasuje, ale nadal nie jest to nic nadzwyczajnego. A przynajmniej nie to, czego oczekiwałbym od dzielonego systemu za 50 kzł.
Trzeba sobie jednak uświadomić, że nawet 75 W z lamp KT88 nie może się równać z potężnymi piecami tranzystorowymi w zadaniach takich, jak tworzenie ściany dźwięku czy poruszanie opornymi membranami ogromnych kolumn podłogowych. Osoby zainteresowane MC75 zdają sobie z tego sprawę. Nie będą podłączać końcówek do czterodrożnych smoków i raczej nie zechcą słuchać heavy-metalu. Jeżeli skoncentrujemy się na materiale odrobinę lżejszym gatunkowo i sięgniemy po najlepsze realizacje, Mak odwdzięczy się dźwiękiem, który potrafi zapaść w pamięć. Jeżeli lubicie muzykę o kameralnej ekspresji i audiofilskie realizacje, koniecznie posłuchajcie jubileuszowej kombinacji. Nie musicie się przy tym ograniczać do połowy swojej kolekcji płytowej. Wzmacniacz potrafi też zagrać głośno bez zniekształceń i przekazać żywioł wielkich składów instrumentalnych. To jednak nadal lepiej zrobią mocne piece tranzystorowe. Nagłośnienie dużych pomieszczeń i eksplozje dynamiki, przypominające wystrzały armatnie – owszem, ale jeżeli tego szukacie w muzyce, lepiej będzie wybrać dzielone wzmacniacze McIntosha z błękitnymi wskaźnikami. Za te pieniądze można mieć nawet 500 watów, które z łatwością przestawią ściany.
C22/MC75 sprawdza się w innych sytuacjach. Wtedy, gdy chcemy się skupić, szukać subtelnych różnic pomiędzy barwą koncertowych fortepianów albo zachwycać się pięknem wokali. Wystarczy trochę rzadsza aranżacja i przede wszystkim – świetna realizacja, aby odpłynąć w krainę jakości, której z kolei nie powtórzą muskularne tranzystory. Kiedy
włączyłem ostatnią realizację Stockfisha (składanka „Closer to The Music” vol. 3), do uszu popłynął balsam. Wspaniały, gorący dźwięk, nasycony niemal do przesady szczegółami, ale swobodny, spokojny i otwarty tak, że można ulec złudzeniu słuchania koncertu na żywo. Taka jest właśnie dobra lampa. Ma spore wymagania, nie każdą muzykę lubi, ale kiedy zbliżymy się do jej „pola rażenia”, czaruje magią.
Pierwsze dwie ścieżki, czyli piosenki Alana Taylora, brzmią wyśmienicie. Na dole pulsuje głęboki i sprężysty bas. Mimo że trudno go nie zauważyć, od razu czujemy, że najważniejsze rzeczy dzieją się w średnicy. Gitary akustyczne są wzorem czystości i dźwięczności. Każde szarpnięcie struny jest wyraźne niczym wystrzał z pistoletu, a jednocześnie gorące i subtelne. Barwa jest wzorcowo naturalna, ale rozmiary wyraźnie powiększone. Podobnie z każdym akustycznym instrumentem operującym w średnicy. Skrzypce, fortepian czy trąbka zawsze są okazalsze niż w rzeczywistości. Jednocześnie brzmią tak ciepło i nieinwazyjnie, że po prostu chce się ich słuchać. Wychodzą przed głośniki, podobnie jak wokale. Czujemy się tak, jakby ostatnie przeszkody pomiędzy muzyką a słuchaczem znikły.
Nie lubię Sary K., ale jej nagrań tym razem słuchało mi się świetnie. Po niej na składance znalazły się piosenki Dennisa Kolena. Znacznie lepsze utwory, aranżacje i ciekawsza interpretacja. Głos brzmi, jakby wokalista śpiewał dwa metry od słuchacza. Akompaniuje mu gitara, kolorystycznie traktowany zestaw perkusyjny, bas, fortepian i saksofon. Piąte nagranie ze składanki Stockfischa zabrzmiało tak, że słuchałem go kilka razy pod rząd. Ciepły, masywny dźwięk miał barwę, której piękno przykuwało do fotela. Jednocześnie przejrzystość sceny można było określić jako niesłychaną. Każdy instrument miał osobny plan. Nigdy nie zlewał się z tłem, nie ginął w aranżacjach. Wszystko łączyło się w plastyczną całość, pełną emocji i kolorów.
Mak nie każdą muzykę lubi i selekcjonuje nagrania, ale jego muzykalność i szlachetność, połączone z królewskim gestem, dają niezapomniane wrażenia. Trafiamy w inny świat, w którym jakość staje się najważniejszym budulcem materii.
Słuchając takich urządzeń jak C22/MC75, zaczynam rozumieć audiofilów posługujących się kilkunastoma płytami. Inne po prostu nie oferują podobnych doznań, a różnica jest tak ogromna, że można przeboleć stratę. Jeżeli coś takiego przeszło mi przez gardło, to spróbujcie sobie wyobrazić, jak bardzo McIntosh przypadł mi do gustu. Byłbym w stanie zrezygnować z wielu nagrań lub słuchać ich z założeniem, że będą brzmiały przeciętnie i nieciekawie. Ale wracając do tych „właściwych”, znów będę oczarowany.
Bas z KT88 nie jest mistrzostwem świata w dziedzinie kontroli, ale jest głęboki, czytelny i wspaniale pasuje do gorącej średnicy, pełnej czarodziejskiej urody. Góra pasma także pozostaje czysta jak kryształ, ale nie zakłuje w uszy ani razu. Jej aksamit ustępuje tylko triodom SE, mniej uniwersalnym i bardziej kapryśnym od księżniczki na ziarnku grochu.
Kolejne cechy najlepszych lamp to spójność pasma, brak odbieranych uchem zniekształceń i uporządkowana scena. Przestrzeń to jedna z cech, które potrafią przekonać do szklanych baniek nawet najbardziej zatwardziałych pragmatyków. Wystarczy zamknąć oczy, chwilę się wsłuchać w plany i będziecie pod wrażeniem otwartości, porządku i stabilności. Każdy instrument ma swoje miejsce i tworzy wokół siebie aurę pogłosową. Nie przeszkadza innym, chociaż manifestuje swą obecność w konkretnym miejscu. Scenę pogłos wypełnia do samych ścian, ale widać też precyzyjne rozplanowanie, jakby ktoś określił lokalizację krzeseł i mikrofonów na papierze milimetrowym. To zrozumiałe, że takiej zdolności nie jest w stanie sprostać większość nagrań.
Posłuchajcie koniecznie muzyki wokalnej renesansu. Wielogłosowe struktury są zawsze skomplikowane, ale właśnie wokale to dla Maka wymarzony materiał. Znowu słyszymy każdy głos z osobna. Potrafimy określić nie tylko odległości między muzykami, ale także ich wzrost. Wychodzą przed linię głośników, ale jeżeli przestaniemy rozkładać nagranie na czynniki pierwsze, zauważymy jednolitość i piękno barwy. Czasem jedna płyta z takim repertuarem wystarczy, abyśmy Maka pokochali od pierwszego usłyszenia. Innych ujmie solówka saksofonu. Mnie ostatecznie przekonał fortepian.
Pamiętam sesje „Grand Piano” Pawlika do dzisiaj. Kiedy siedziałem w reżyserce, modliłem się, żeby efekt z pasywnych odsłuchów powtórzył się na głośnikach w domu.
Teraz mogę powiedzieć: „ależ to pięknie gra”. W tym nagraniu zawsze zwracam uwagę na górę. Bas jest zrealizowany z założeniem, by nie obcinać pasma. Dlatego jest go dosyć na wszystkich głośnikach. Środek – wzorcowy, ale wysokie tony? To zależy od jakości sprzętu. Już na przyzwoitych słuchawkach słychać, co trzeba. Jeżeli system ma potencjał, góra się otwiera i pojawia się dźwięczność. Na Maku słyszałem to samo co w studiu, a jego lampowe gorąco sprawiło, że miałem chyba większą przyjemność niż naWoronicza. Kiedy skończyłem drugi utwór z pierwszej płyty, wróciłem do początku. I tak kilka razy. A muzyka płynęła, przenosząc mnie w świat, w którym kończy się analiza, a zaczyna pozazmysłowe oddanie muzyce.
Od razu wyobraziłem sobie płytę, która nigdy nie powstała. Ta myśl ciągle powraca i wierci mi dziurę w mózgu. Włączam „Private Music” Sławka Kulpowicza i przypominam sobie nasze rozmowy telefoniczne. Byliśmy o włos od rejestracji solowego recitalu. Mówiłem, że jestem zachwycony tym albumem i jeszcze kilkoma kompozycjami z „Atlantis”. O ile ten drugi materiał trzeba było zrobić całkowicie od nowa, to solo było gotowe. „To robimy, panie Maćku?”. Nie wiem, czego mi zabrakło. Pewności siebie, wiedzy, rutyny, paru złotych na koncie? Szkoda, bo fortepian na „Private Music” brzmi wystarczająco dobrze, by porzucić rozterki. Gdyby udało się zbliżyć do estetyki nagrania Pawlika, powstałaby druga płyta, z której byłbym dumny. I która mogłaby uratować kawałek światowej kultury, teraz nie do odzyskania.
Na Maku zabrzmiałaby świetnie, bo każde dobre nagranie fortepianu to jego naturalne środowisko.

Reklama

Konkluzja
Dlatego posłucham dzisiaj sola Kulpowicza. Niesamowite granie. Pozostaje żal, że nie utrwaliłem czegoś wielkiego dla przyszłych pokoleń. Słyszałem próbki na rozklekotanym fortepianie, ale w żaden sposób się nimi z nikim nie podzielę. Cieszę się jednak, że jest „Private Music”. Posłuchajcie, a przekonacie się, co oznacza słowo „wirtuozeria”. To samo określenie pasuje do sposobu, w jaki C22/MC75 odtwarza fortepian. Gdybym dziś miał obie rzeczy naraz, byłbym szczęśliwy.

88-96 11 2009 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 11/2009

Pobierz ten artykuł jako PDF