fbpx

HFM

artykulylista3

 

Cambridge Audio Evo 75

036 041 Hifi 09 2021 009
Brytyjczycy nigdy nie przepadali za rewolucjami. W czasach gwałtownych wstrząsów wybierali na ogół święty spokój oraz ukochaną „splendid isolation”. W branży hi-fi też długo uchodzili za konserwatystów, a jednak w tym przypadku nastąpiła radykalna zmiana. Trzonem tak zwanej „rewolucji cyfrowej” są dziś właśnie firmy brytyjskie i to, jak na ironię, te uchodzące za najbardziej zachowawcze.

Rewolucja dokonała się w dwóch odsłonach: najpierw za sprawą plików, które całkowicie zmieniły audiofilski świat i pozwoliły nam słuchać muzyki wysokiej jakości również za pośrednictwem sprzętu przenośnego. Później dzięki streamingowi, który całkowicie uwolnił nas nie tylko od nośników fizycznych, ale nawet od konieczności posiadania jakiegokolwiek serwera, dysku czy pamięci. Teraz audiofilską strawę możemy pobierać w dowolnych ilościach „z powietrza”, a jedynym warunkiem jej przyzwoitego i wygodnego odtwarzania jest odpowiedni, skrojony na rewolucyjną miarę sprzęt.


Oczywiście odtwarzacze strumieniowe pojawiły się już jakiś czas temu i trudno je uznać za zupełną nowość. Zawsze jednak wymagały zewnętrznej amplifikacji. Kolejnym logicznym krokiem było więc połączenie wszystkiego w całość – zamknięcie w jednym pudełku układów cyfrowych, analogowych oraz wzmacniacza. Miało być funkcjonalnie jak nigdy dotąd, ale bez kompromisów w dziedzinie brzmienia, co stanowiło spore wyzwanie dla inżynierów z branży hi-fi. Ci podjęli jednak rękawicę, a los zrządził, że projektowaniem urządzeń typu „all-in-one” zajęli się głównie projektanci brytyjscy z takich firm, jak Arcam, Linn czy Naim. Teraz do tego grona dołączył Cambridge ze swoją najnowszą i wciąż rozwijaną serią, przewrotnie zwaną „Evo”, co jest skrótem od angielskiego słowa „evolution”. Czyli na poziomie semantycznym Brytyjczycy nadal odżegnują się od rewolucji. A jak jest w praktyce? 



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Z tej perspektywy Evo 75
nawiązuje do pierwszego
wzmacniacza firmy – P40.
Równie urodziwego.
 

 

 

 

Wygląd
Niby skromnie, a jednak imponująco. Skromnie, ponieważ cała seria to na razie tylko dwa wzmacniacze ze streamerem: Evo 75 oraz mocniejszy Evo 150. Dziś zajmiemy się tym pierwszym. Oba oparto na tej samej platformie i układach wzmacniających. Ofertę uzupełniają niewielkie głośniki na podstawkę, a w najbliższej przyszłości ma się pojawić odtwarzacz CD… i – to wszystko. Dlaczego zatem wygląda to imponująco? Ponieważ na tle konkurencji Cambridge Evo jest naprawdę nietuzinkowy i gołym okiem widać, że skonstruowano go od podstaw, a nie metodą kopiuj-wklej.
Za opracowanie serii odpowiada nie byle kto, bo sam Ged Martin – szef i główny projektant londyńskiego biura Cambridge Audio, który dobrze wiedział, jak ożywić zgraną bryłę prostopadłościanu. Miał też świadomość, że udany wizualnie projekt to nie tylko sama bryła, ale też wysmakowane detale, jak choćby anodowana na czarno aluminiowa obudowa albo „wtopiony” w górną płytę srebrny prostokąt z firmowym logo, które umiejętnie przełamuje monotonię czerni.

 

Front urządzenia tworzą dwa elementy. Pierwszym jest zajmująca trzy czwarte jego długości tafla z pleksiglasu, za którą kryje się 6,8-calowy kolorowy display LCD. Pokazuje on okładki odtwarzanych albumów albo loga aktywnych stacji radiowych. Wyświetla także podstawowe dane na temat wykonawców oraz informuje o parametrach przetwarzanego sygnału, podając długość słowa, częstotliwość próbkowania oraz bitrate. Z prawej strony znalazł się drugi element, znany już z wcześniejszych urządzeń firmy: charakterystyczne dwudzielne pokrętło, którego złożona konstrukcja to prawdziwy majstersztyk inżynierii  (ze zdjęciami można się zapoznać na stronie internetowej producenta). Czarna, płynnie poruszająca się gałka służy do regulacji głośności, natomiast ulokowany za nią srebrny pierścień porusza się skokowo i jest przeznaczony do wyboru źródła sygnału oraz podstawowych funkcji. Obok pokrętła zamontowano jeszcze małe wyjście słuchawkowe i… to w zasadzie tyle. Dzięki temu, że urządzenie i tak będziemy obsługiwać smartfonem, elegancki front Evo 75 mógł pozostać minimalistyczny i wolny od nadmiarowych przycisków.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Dwupozycyjny regulator
wygląda skromnie, choć jest
mechanicznie skomplikowany.
Wyregulujemy nim głośność,
wybierzemy podstawowe funkcje
oraz źródło
 

 

 

 

Projektant zastosował dwa genialne „patenty”, które nawiązują do najlepszych tradycji brytyjskiego wzornictwa przemysłowego, z tak wielką dumą prezentowanych w londyńskim Victoria and Albert Museum (trafił tam m.in. pierwszy model dzielonego wzmacniacza Meridiana). Jeżeli odnosimy wrażenie, że Evo 75 lewituje nad stolikiem, to dlatego, że zrezygnowano z klasycznego rozwiązania, polegającego na zamocowaniu nóżek bądź kolców do dolnej płyty. Ta gwałtownie zwęża się pod kątem pięciu stopni, by przejść w niewielką kwadratową podstawę, do której doklejono gumowe paski – i to na nich opiera się – bardzo zresztą stabilnie – całe urządzenie. Dopóki go nie podniesiemy i nie dokonamy szczegółowych oględzin, podstawa pozostaje niewidoczna. My zaś będziemy przysięgać, że nasz Cambridge lekko się unosi. Między właściwą obudową a podstawą znalazły się, także niewidoczne, otwory wentylacyjne.
Drugim designerskim elementem, który zasługuje na wyróżnienie, są wymienne boczki. Utrzymują je silne, ukryte w obudowie magnesy, dzięki czemu ich ewentualna wymiana będzie dziecinnie prosta. Producent przewidział na razie dwie opcje wykończenia: eleganckie drewno orzechowe, które pięknie kontrastuje z czernią urządzenia, oraz panele ekologiczne z utwardzanego, nasączanego żywicą papieru pochodzącego z recyklingu. Te drugie są czarne i mają intrygujące, falujące wzory, w których ładnie załamuje się światło. Warto także wspomnieć, że orzechowe panele stanowią dyskretne nawiązanie do pierwszego wzmacniacza zintegrowanego Cambridge Audio, a mianowicie wykończonego drewnem i ponadczasowo pięknego P40.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Komu boczek?
 

 

 

 

Budowa i funkcje
Choć o szczegółach konstrukcji wewnętrznej mamy dość skąpe dane, wiadomo, że w serii Evo biją trzy serca. Pierwsze to wysokiej klasy przetwornik cyfrowo- analogowy ESS Sabre. Drugie odpowiada za wzmocnienie sygnału analogowego – jest nim holenderski moduł Hypex NCore NC400, czerpiący energię z zasilacza impulsowego. To bardzo popularny i udany wzmacniacz w klasie D, stosowany m.in. przez Teaca czy NAD-a w serii Masters. Można go także kupić osobno do aplikacji w urządzeniach DIY. Hypeksy słyną z niskich zniekształceń w całym zakresie przenoszonego pasma oraz neutralnego przekazu. Jak twierdzą sami Holendrzy: „Ten wzmacniacz nie dodaje ani brudu, ani czarodziejskiego pyłu”.
Trzecim bijącym sercem Evo jest firmowa platforma StreamMagic, którą już od jakiegoś czasu Cambridge stosuje w urządzeniach cyfrowych. Tu mamy jej kolejne wcielenie. StreamMagic obsługuje multum serwisów streamingowych oraz metod transmisji sygnału, jak choćby Tidal (z dekodowaniem MQA) i Spotify – oba z funkcją Connect, Qobuz, Roon Ready, AirPlay2, Bluethooth, Chromecast butli-in oraz radio internetowe. Oczywiście, aby korzystać ze wszystkich tych dobrodziejstw, konieczne będzie zainstalowanie na smartfonie bądź tablecie aplikacji StreamMagic, ponieważ z pilota (bardzo eleganckiego i poręcznego) obsłużymy jedynie podstawowe funkcje.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Cambridge nie chwali się
wnętrzem Evo, a szkoda.
Już tutaj widać, że jest
gęsto zabudowane.
 

 

 

 

Mówiąc oględnie, uważam, że aplikacja szału nie robi, a sądząc po niskich notach użytkowników, nie jestem w swojej opinii odosobniony. Firma mogłaby jeszcze popracować zarówno nad przejrzystością interfejsu, jak i czytelnością wyświetlanych informacji oraz samą stabilnością działania – w czasie krótkiego użytkowania StreamMagic nie obyło się bez kilku „zawieszek”. Tak się jednak składa, że w czasie testu Evo 75 otrzymałem do recenzji kosztowny, high-endowy streamer pewnej szacownej firmy, którym steruje się przy pomocy aplikacji tak topornej, wizualnie odpychającej i pod każdym względem beznadziejnej, że człowiek ma ochotę z całej siły walić głową w gruby mur. Zaprawdę, StreamMagic to przy niej prawdziwy majstersztyk, choć przyznam z ręką na sercu, że dotychczas tylko dopracowana pod każdym względem aplikacja Roona spełniła wszystkie moje oczekiwania. Była przejrzysta, stabilna i po prostu przyjazna użytkownikowi. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie względów przeważająca większość firm z branży hi-fi traktuje swoje aplikacje sterujące per noga i Cambridge nie stanowi pod tym względem wyjątku.
Przejdźmy jednak do rzeczy weselszych, czyli funkcjonalności, jakie zapewniają gniazda na tylnej ściance. Znajdziemy tu pojedyncze, „wubetopodobne” terminalne głośnikowe, które przyjmują każdy rodzaj końcówek, łącznie z gołymi kablami. Okazują się całkiem praktyczne i estetyczne, choć mogłyby być rozstawione nieco szerzej i bardziej wystawać poza obrys urządzenia. Nietypowe wejście cyfrowe 3,5 mm, oznaczone symbolem CD, ma służyć podłączeniu firmowego odtwarzacza Evo. Tuż obok znalazło się gniazdo HDMI ARC, a pod spodem – najpopularniejsze złącza cyfrowe, czyli koaksjalne oraz optyczne, uzupełnione o Ethernet RJ 45 i USB A. Asynchroniczne USB Audio, przeznaczone do przesyłania muzyki z komputera, znajdziemy dopiero w Evo 150. Na otarcie łez dostajemy jeszcze jedno analogowe wejście RCA, wyjście mono do subwoofera oraz wyjście z przedwzmacniacza – do podłączenia zewnętrznej końcówki mocy. To ostatnie traktowałbym jednak jako rozwiązanie awaryjne – Evo 75 nie został wyposażony w pełnoprawny przedwzmacniacz aktywny i najlepiej sprawdza się jako urządzenie zintegrowane.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

W zasadzie wszystko,
co potrzeba, ale…
 

 

 

 

Na koniec kwestia dość istotna: czy wystarczy nam Evo 75, czy powinniśmy raczej doskładać do „sto pięćdziesiątki”? Oba są wyposażone w ten sam DAC ESS Sabre, a także moduł wzmacniacza Hypex NCore; oba też wykorzystują platformę StreamMagic. Na tym jednak podobieństwa się kończą: Evo 150 oferuje dwukrotnie wyższą moc, która pozwoli wysterować bardziej wymagające zestawy głośnikowe. Do tego otrzymujemy zdublowane terminale głośnikowe, wejście analogowe XLR, dwa wejścia optyczne, przedwzmacniacz korekcyjny dla wkładek MM oraz chyba najważniejsze: wejście USB Audio. Za wszystkie te dobra trzeba dopłacić 2500 zł. Ja bym się nie zastanawiał.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Smartfon zapewne wygra
z pilotem, ale ten drugi
jest naprawdę elegancki
i funkcjonalny. Pod spodem
przewidziano nawet wycięcie
na palec wskazujący.
q Duży, czytelny ekran
to niewątp
 

 

 

 

Konfiguracja
Tak się przypadkiem złożyło, że Evo 75 przeżył w czasie testu potrójne spotkanie z Dynaudio. Początkowo grał z moimi Contourami 1.8, by niedługo potem zasilać topowe monitory Heritage Special. Mimo że to dość trudna do wysterowania konstrukcja, poradził sobie śpiewająco. Największą niespodziankę sprawił mi jednak przy ostatnich kolumnach, które zdecydowanie nie zostały przeznaczone do współpracy z niewielkimi urządzeniami zintegrowanymi: Dynaudio Confidence 50. Wydawać by się mogło, że Evo 75 skapituluje przed tak dużą (i dziesięciokrotnie droższą!) konstrukcją wielodrożną, a jednak mariaż okazał się całkiem udany. Nawet jeśli mały Cambridge nie był w stanie pokazać wszystkich możliwości duńskich kolumn, to poczynał sobie całkiem dzielnie i ani razu nie dostał zadyszki. Należy oczywiście pamiętać, że w porównaniu z dawnymi nowe Confidence są o wiele łatwiejsze do wysterowania, tym niemniej to przypadkowe zestawienie pokazało, jak nieprzeciętny potencjał drzemie w modułach Hypeksa.
W czasie testu Evo 75 odtwarzał głównie pliki z Tidala (także MQA), zarówno przez aplikację StreamMagic, jak i bezpośrednio przez Tidal Connect. Dodatkowym źródłem muzyki były internetowe stacje radiowe oraz podłączony przewodem koaksjalnym odtwarzacz Primare CD32 w roli transportu płyt.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

… prawdziwym bogactwem wejść
cyfrowych (i nie tylko!) może się
pochwalić dopiero Evo 150
 

 

 

 

Wrażenia odsłuchowe
Dawno temu, kiedy byłem jeszcze audiofilem na dorobku, snułem razem z kolegami marzenia na temat domu, w których system hi-fi odgrywałby  kluczową rolę. Znajdowałoby się tam wydzielone, zaadaptowane akustycznie pomieszczenie; rodzaj świątyni, do której wstęp mieliby nieliczni i której forma miała być całkowicie podporządkowana funkcji. Znalazłby się tam kosztowny, skrojony wyłącznie pod gust właściciela i dopieszczony w każdym calu sprzęt, dzięki któremu można by przeżywać audiofilską nirwanę. Co innego salon. Tam stanąłby zestaw skromniejszy, ogólnodostępny, z którego korzystałaby cała rodzina. Miałby rzetelnie odtwarzać każdy repertuar, być prosty w obsłudze, uniwersalny w brzmieniu i na tyle wydajny, żeby płyt dało się słuchać nie tylko na kanapie, ale też w przyległych pomieszczeniach, w czasie codziennych domowych czynności. Krótko mówiąc: przyzwoite hi-fi, które trafi w gusta większości odbiorców. Otóż jeśli ktoś nadal szuka takiego zestawu, to oświadczam, że seria Evo została wręcz stworzona do tej roli! Uniwersalność to w jej przypadku słowo-klucz.
Evo 75 nie faworyzuje ani też nie dyskryminuje żadnego gatunku muzycznego, składu czy faktury instrumentalnej. Przekazuje wszystko rzetelnie i na poziomie na tyle wysokim, że w wielu aspektach dorównuje zestawom złożonym z oddzielnych urządzeń. Dźwięk jest zrównoważony, wyrównany w całym paśmie i – jak na sprzęt za niespełna 10000 zł – zaskakująco neutralny i szczegółowy. Ta ostatnia cecha wydaje się świadomie przeniesiona z innych urządzeń CA, które historycznie cechowały się detalicznością właściwą raczej  urządzeniom wyższej klasy. Pamiętam, że tak właśnie grała słynna dwie dekady temu seria 500, a i późniejsze zestawy londyńskiej firmy, np. Azur, podkreślały ten właśnie aspekt prezentacji. Choć tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną technologią (wzmacniacz w klasie D) oraz innym materiałem źródłowym (pliki oraz streaming), konstruktorom udało się zachować charakterystyczną sygnaturę dźwiękową, którą z łatwością rozpozna każdy fan marki. Dobrze wiedzieć, że niczego nie pozostawiono tu przypadkowi.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

duży, czytelny ekran
to niewątpliwa zaleta Evo 75.
 

 

 

 

Niestety, wraz z detalicznością i więcej niż dobrą dynamiką, pojawia się cecha, którą także pamiętam z innych urządzeń Cambridge’a – lekki niedostatek barw. Evo 75, jak napisaliśmy, brzmi neutralnie, jednak dźwiękowa paleta kolorystyczna skłania się raczej w stronę lekkiego chłodu i aseptyczności. Przyznam przewrotnie, że w niektórych gatunkach nawet mi to odpowiadało, ponieważ z dwojga złego wolę dźwięk chłodny i dokładny, który można w dużym stopniu modelować, niż kleistą pulpę, której nie da się skorygować ani kolumnami, ani okablowaniem. Połączenie z Dynaudio okazało się w tym przypadku wyjątkowo udane, ponieważ przejrzystość Evo pięknie się zgrała z nasyceniem i delikatnym ciepłem duńskich głośników.
Cambridge potraktowany wymagającym repertuarem poradził sobie nadzwyczaj dobrze, choć czasami można go było przyłapać na chodzeniu na skróty – skracaniu perspektywy, nakładaniu się planów dźwiękowych. W kapitalnie nagranej symfonii Koncertującej A-dur Johanna Christiana Bacha (Musica Antiqua Koeln, Archiv) zbudował stabilną, szeroką przestrzeń, w której swobodnie mieścił się kilkunastoosobowy skład. Świetna dynamika i rzetelnie oddane szczegóły sprawiały, że wczesnoklasyczny repertuar zabrzmiał przekonująco i tylko lekko monochromatyczne barwy mogły spowodować u słuchacza delikatny niedosyt. Smyczki w najwyższych rejestrach pozostawały czytelne i odpowiednio plastyczne, ale przyznam, że nie potrafię powiedzieć, na ile była to zasługa samego Cambridge’a, a na ile topowych Esotarów 3. To wybitne kopułki, które potrafią zadziwić brzmieniem nawet w towarzystwie tańszej elektroniki.
Nastrojowe bossa novy Luciany Souzy może nie były aż tak pełne emocji jak za pośrednictwem wzmacniaczy o lepszym nasyceniu średnicy, jednak tym razem dobrą robotę robił nisko schodzący i miękki bas Evo 75, który „uczłowieczał” przekaz i równoważył chłód średnich i wysokich tonów. Podobnie było z nagraniami tria Gary’ego Peacocka, w których niskie, ciepłe dźwięki kontrabasu tworzyły czytelną podstawę dla reszty instrumentów. Trzeba przyznać, że jak na wzmacniacz o mocy poniżej stu watów, rozciągnięcie niskich tonów Evo 75 jest naprawdę dobre, a wspomniane ciepło tworzy przyjemny klimat. Jeśli jednak jesteśmy zwolennikami punktualnego, twardego basu, który nie dość, że schodzi nisko, to jeszcze wystukuje rytm niczym metronom, to Cambridge nie spełni naszych oczekiwań. Ale… zerknijmy na cenę Evo 75 i nie zapędzajmy się zbytnio. Albo od razu kupmy monobloki Krella.



036 041 Hifi 09 2021 001

 

Już wkrótce ma się pojawić
tradycyjny partner dla obu Evo
– odtwarzacz CD. Oczywiście
utrzymany w tej samej stylistyce
 

 

 

 

Konkluzja
Cambridge Evo 75 ma wiele zalet, a najważniejszą z nich jest wszechstronność. Okazał się tak samo łaskawy dla rocka, bluesa, jak i dla muzyki barokowej czy wielkiej symfoniki. To przyjazne użytkownikowi, uniwersalne urządzenie, które jak na swoją klasę brzmi naprawdę nieprzeciętnie. No, a ten wygląd…


CAevo75

 

Bartosz Luboń
Źródło: HFM 09/2021