fbpx

HFM

Grado SR60x

014 017 Hifi 11 2021 007
Świat idzie do przodu, Grado też. W „HFiM” 12/2020 zakończyliśmy serię testów słuchawek z linii Prestige. Pierwsze modele pojawiły się w latach 90. XX wieku i od tamtego czasu pozostają w ofercie amerykańskiej firmy bez przerwy; tylko co jakiś czas są poddawane liftingowi. Obecnie debiutuje czwarta wersja, pora więc na kolejne odcinki serialu.



Dziś zapraszamy do spotkania z najtańszymi SR60x. Później, co miesiąc, kolejny model, a na koniec – podsumowanie.
W porównaniu do poprzedniej serii „e” widać niewiele zmian. Nowe „iksy” są tak samo archaiczne i, co tu dużo mówić, zalatują tanim plastikiem. W cenie 550 zł na pewno znajdą się słuchawki wyglądające lepiej i solidniej. Jeżeli chcecie dodać sobie prestiżu na ulicy, to na pewno nie z SR60x na głowie, bo laik wyceni je na 100 zł. Ma to swoje dobre strony: złodziej raczej się nimi nie zainteresuje. Bo się nie zna.
To, co najlepsze, znajdziemy w brzmieniu, które w latach 90. XX wieku określano jako „przedsionek hi-endu”. Faktycznie, jest niepowtarzalne i w pełni rekompensuje niezbyt zachęcającą prezencję.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Lekka,
ale mocna
konstrukcja.

 
   

 


Budowa
Stereotyp „brzydki – zły, piękny – dobry” w przypadku SR60x to przysłowiowa kula w płot. Plastik okazuje się tworzywem, nad którym firma pracowała dotąd, aż udało się zintegrować przetwornik z obudową w idealnie działający układ i sprowadzić zniekształcenia do parteru. Okazuje się też niesłychanie trwały i głupotoodporny. Pozornie delikatna konstrukcja jest jedną z najsolidniejszych w branży. Są nawet tacy, co się chwalą, że używają Grado od 30 lat, mimo że niespecjalnie o nie dbali. Oczywiście, napisy z czasem się zetrą, ale żeby uszkodzić słuchawki, naprawdę trzeba się postarać. Zaletą jest lekkość – niemal nie czuje się ich na głowie i gdyby nie delikatny nacisk na uszy, można by o nich zapomnieć. Mimo piórkowej wagi, trzymają się mocno i nie spadają nawet przy gwałtowniejszym ruchu.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Delikatne mocowanie? Skądże
 
   

 


Mocowanie muszli też wydaje się delikatne i nietrwałe. I znowu pudło. Stalowe pręty siedzą pewnie w plastikowych kostkach, a dopasowanie do ucha jest bajecznie proste. Wystarczy dostosować ich wysunięcie do wielkości głowy, a reszta zrobi się sama. Oznaczenia kanałów naniesiono na tyle wyraźnie, że literki widać nawet w półmroku. Pałąk bazuje na wzmocnionej stalowej listewce i tutaj dokonano istotnych modyfikacji. Poprzednio nie miał on poduszki, jedynie obszycie sztuczną skórą. W „iksach” dodano centymetrową warstwę gąbki. Poduszki to też gąbka. Przylegają do uszu, a to mniej komfortowe rozwiązanie, niż duże wokółuszne obwarzanki. W wydaniu Grado są dość szorstkie i nie chłodzą ucha. Po kilku godzinach można się zmęczyć. Dobra wiadomość jest taka, że wymienne pady kosztują tylko 50 zł.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Dyfuzor.
 
   

 


Otwarta konstrukcja bazuje na sporych komorach akustycznych, osłoniętych z zewnątrz metalowymi siatkami, tak samo jak w poprzednich wersjach. Nie zmieniono też gęstych wewnętrznych siateczek z tworzywa ani dyfuzora zaraz za nimi.
Nowy jest za to podobno głośniczek o średnicy 44 mm. Zastosowano w nim tę samą membranę z polimeru, choć „rekonfigurowaną”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Neodymowy magnes jest teraz mocniejszy niż w serii „e”, a cewkę odchudzono. Mniejsza masa drgająca ma zapewnić szybsze reakcje.
Wiele uwagi Grado poświęca przewodom. Kolejne modele potrafią się różnić tylko nimi, a cena rośnie wyraźnie. Tym razem znów dostajemy lepszy, 4-żyłowy przewód z wyżarzonej miedzi z solidnym oplotem. Zamontowano go do muszli na stałe, ale sztywny oplot chroni przed przetarciem w newralgicznym miejscu. Z drugiej strony kabelek został zakończony małym jackiem. W komplecie dołączono przejściówkę na duży (6,3 mm). Dosyć dziwna jest długość przewodu – 1,5 m. Trochę za dużo do noszenia na zewnątrz i chyba za mało do słuchania w domu. Na szczęście, Grado oferuje przedłużacz 4,5 m za jedyne 170 zł. To rozwiązuje wszystkie problemy i jednocześnie dowodzi, że firma nie łupi klientów na akcesoriach.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Nowa wersja ma arkusz gąbki
obszyty skórą. Niby nic,
ale komfort rośnie.

 
   

 


Wrażenia odsłuchowe
To, że słuchawki Grado grają inaczej niż reszta rynku, już wiemy. Opinie o „audiofilskości” marki nie są ani trochę przesadzone, bo już pierwszy model zaczyna z wysokiego „c”. Nie spodziewajcie się jednak wrażeń, które rozsmarują Was po dywanie, ani spektakularnych cech, wynoszących SR60x ponad średnią. Zwłaszcza w segmencie powyżej 500 zł, gdzie znajdzie się niejedna wyczynowa konstrukcja.
Grado od dekad stawia na co innego: na muzykę. Zaprezentowaną tak, aby zbliżyć się do akustycznego pierwowzoru. Są tu więc naturalnie brzmiące instrumenty, wyważone proporcje między rejestrami, staranne operowanie pogłosem i zdolność odtworzenia warunków akustycznych niemal każdego nagrania. Wprawdzie wyczuwamy tendencję do przybliżenia sceny, wciągania słuchacza w akcję, czasem wręcz stawiania między muzykami, ale nie odczuwamy przy tym niedosytu w aspektach głębi czy szerokości sceny. Nie dlatego, że są wybitne, ale dlatego, że słuchawki do złudzenia przypominają studyjne odsłuchy bliskiego pola. Konsekwentnie dostajemy to, co oferuje tego typu prezentacja w dobrym wydaniu: przejrzystość, czytelność, odseparowane ścieżki. Słychać to nawet w ostrych, metalowych albumach, gdzie trzy gitary grają w tym samym wycinku pasma.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Solidny przewód 4-żyłowy
 
   

 


No i oczywiście wspaniałą średnicę. Teraz może już nie tak wyeksponowaną, za to bardziej naturalną, co z kolei docenimy w symfonice. Amerykanie nie zrezygnowali ze specjalności zakładu, czyli dociążenia i powiększenia wokali, ale zgrabniej wkomponowali je w całość. Najbardziej uderza jednak szczegółowość i ilość informacji; śmiało można powiedzieć, że niespotykana w tym przedziale cen. Jeżeli chcecie słyszeć wszystko, nie uronić żadnego skrzypnięcia krzesełka ani stukania klapek klarnetu lub saksofonu, to Grado przypadną Wam do gustu. Można je nawet spokojnie polecić dźwiękowcom. Dostaną świetne narzędzie do miksu i masteringu.

 

014 017 Hifi 11 2021 001

 

Metalowa siatka.
 
   

 



Różnice pomiędzy SR60e a SR60x, czyli stare versus nowe
Starsza wersja też była szczegółowa, zaskakiwała muzykalnością i precyzją, jednak miała w sobie szczyptę ostrości, wynikającą z obfitych wysokich tonów. Nowa ma ich równie dużo, ale nastąpiło oczyszczenie z metalicznego pobrzęku. Piasku i syczących sybilantów pozbyto się na tyle skutecznie, że komfort słuchania poprawił się o klasę. Co ciekawe, „iksy” nie utraciły dźwięczności ani blasku w górze; nie brak im wypełnienia alikwotami. Przeciwnie – są jeszcze bardziej „słoneczne”.
Oczyściły się również średnica i bas. Odbieramy to jako wprowadzenie do prezentacji spokoju, ale też doceniamy precyzję i kontrolę w skomplikowanych fakturach. Nowa wersja radzi sobie z nimi lepiej. Obniżenie progu ciszy skutkuje lepszą dynamiką. Paradoksalnie odczuwamy ją jednak nie w zdolności do głośnego grania, ale większej sugestywności w budowaniu kontrastów. O dźwięku można jeszcze powiedzieć, że jest szybszy, bardziej wyrównany, ale tak naprawdę liczy się jedno: „iksów” po prostu słucha się z jeszcze większą przyjemnością.

 

014 017 Hifi 11 2021 008

 

Poprzednia wersja – SR60e
– otrzymała w naszym miesięczniku
Nagrodę Roku

 
   

 


Konkluzja
Starszy model grał wybitnie i to się nie zmieniło. Jeżeli coś Was w jego dźwięku na dłuższą metę męczyło, to jest spore prawdopodobieństwo, że właśnie zostało wyeliminowane.

 

gradosr60x

 

Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 11/2021