fbpx

HFM

artykulylista3

 

AKG Q701

40-43 04 2011 01Kiedy Quincy Jones zajął się nagraniami Michaela Jacksona, profesjonalnie opracowane i zaaranżowane piosenki trafiły do ludzkich serc i wystrzeliły na szczyty światowych list przebojów. Bez Michaela Quincy poradziłby sobie doskonale, ale bez Quincy’ego król popu pozostałby na zawsze cudownym dzieckiem. Jones wyczuł koniunkturę i wziął na warsztat popisy rodziny Jacksonów. Dopiero jego zaangażowanie dało kopa karierze, z którą porównać można tylko dokonania pewnego kierowcy ciężarówki. Ze szczęścia zajadł się on na śmierć, choć podobno nadal żyje.

OQ701 QJ pisze: „To jedyne słuchawki, jakie słyszałem, które potrafią przenieść prawdziwe brzmienie nagrań takich jak „Billie Jean”, „Thriller” czy „Give me the Night”. To najlepszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałem”. Nie wiem, ile za tę propagandę dostał, ale jedno jest pewne.

Wspomniane nagrania nie należą akurat do wybitnych pod względem realizacji. Są po prostu dobrze zrobione, jak na swoje czasy. Rozumiem, że do tej pory QJ nie słyszał Staxa i AKG K1000. Za to pokochał także dwa modele słuchawek dousznych, do iPhone’a na przykład. Znak czasów.
Dokonań Quincy Jonesa wyliczać nie trzeba. Dawno uznano go za najlepszego producenta w historii przemysłu fonograficznego. „Zarówno On, jak i AKG od dawna dzielą pasję tworzenia doskonałego dźwięku i muzyki (jaką muzykę AKG tworzy?), która ma moc łączenia ludzi”. I tak oto AKG i Quincy Jones razem opracowali nowe słuchawki. Niech Moc będzie z nimi.

Budowa
AKG jakiś czas temu zaprojektowało znakomite K701. Wprawdzie były skierowane do audiofilów (bo dźwiękowcy mają węża w kieszeni), ale rynek profesjonalny także zdążył je zauważyć. Ja z niecierpliwością czekam na następcę K1000. Wiele razy krążyły plotki, że to już-już, ale ciągle obywam się smakiem. W międzyczasie pojawiły się za to Q701. Pewnie na otarcie łez.
K701 testowałem pięć lat temu. Zostały ze mną do dzisiaj i uważam, że są to jedne z najlepszych słuchawek, z jakimi się zetknąłem. Owszem, lubię Staxy, ale ich cena jest równie emocjonująca jak przestrzenność dźwięku. Poza tym, trudno ich używać w pracy, a przy okazji powstawania każdej nowej płyty nauszniki jeżdżą ze mną po studiach, kościołach i plenerach. Mogę zapomnieć dokumentów, ale nie K701. Lubię też szczytowe Beyerdynamiki, choć uważam, że klasą nieznacznie ustępują K701 (ma to także odzwierciedlenie w cenie). Sennheisera HD600 mam, ale... Po sześciu latach intensywnego użytkowania przetarły się styki, poduszki przypominają miękki flak, a muszle wyglądają jak po przemarszu wojsk radzieckich. Zaczynam rozumieć, dlaczego dźwiękowcy za nimi nie przepadają – są po prostu delikatne i nietrwałe. Dlatego lepiej stosować je w domu i odkładać za każdym razem do szuflady wyściełanej miękkim materiałem. AKG nie mają tego problemu. Podobnie jak Beyerdynamiki (te drugie są jeszcze bardziej odporne) zachowują się jak wół roboczy i mimo że nigdy specjalnie o nie nie dbałem, wyglądają jak nowe. Grado takiego traktowania też raczej nie wytrzymają. Rzadko piszę w teście o awaryjności, bo każde urządzenie trzymam najwyżej kilka miesięcy. Tymczasem w przypadku słuchawek mogę się podzielić doświadczeniami z ponad sześciu lat. I zapewnić, że w przypadku AKG K701 macie do czynienia z produktem bezawaryjnym. Jeżeli coś się zepsuje, to wina w 99 % leży po stronie użytkownika. A ten musi się naprawdę mocno postarać.
A co z Q701? Porównanie obu modeli będzie przypominać zabawę „wytęż wzrok i znajdź 20 różniących szczegółów”. Trzeba się wysilić, aby je znaleźć, bo 701 w wydaniu K i Q wyglądają niemal identycznie. Jedyną istotną różnicą jest kolorystyka. K mają białe muszle ze srebrnymi obręczami i szare poduszki. W Q poduszki są czarne (będzie bardziej widać kurz) i występują w trzech wykończeniach: czarnym, białym z czarnymi akcentami i limonkowym z czarnymi wstawkami.

40-43 04 2011 02     40-43 04 2011 03

Inny kolor ma także pałąk na głowę: w K jest brązowo-szary, w Q – czarny, przeszyty limonkową dratwą. Więcej różnic nie ma, może prócz ozdobnych metalowych tabliczek na siatce chroniącej przetworniki. Złośliwi powiedzą, że mogą one wpływać na jakość dźwięku. Z tego wcale bym się nie śmiał, bo zamknięcie siatki na 1/5 powierzchni może wprowadzać dyskretne zmiany. W końcu to otwarty typ, w którym tylna strona przetwornika oddaje energię do otoczenia.
Jeżeli chodzi o różnice w konstrukcji, zarówno firma, jak i dystrybutor konsekwentnie milczą na ten temat. Wszystkie pytania kwitowane były albo rozbrajającym „nie wiem” albo: „nie udzielamy informacji”. Dlatego podejrzewam, że dokonano jedynie kosmetycznych poprawek, być może tylko na etapie strojenia. Jedynym sposobem jest porównanie obu modeli i próba wyciągnięcia wniosków na podstawie odsłuchu.
Jest jednak różnica konstrukcyjna, z pozoru nieistotna, ale dla osób, które używają słuchawek na co dzień – kolosalna. Warta zapłacenia 300 zł, a może nawet i dwukrotności tej sumy (K kosztują obecnie 1699 zł, Q – 1999 zł): mocowanie kabla.
W starszej wersji jest on przytwierdzony na stałe. Końcówka jest osłonięta plastikowym profilem i trzyma się dobrze. Przez sześć lat się nie przetarła, a to dobry wynik. Prawo Murphy’ego mówi jednak, że jeżeli coś może się zepsuć, to na pewno tak się stanie. Doświadczyłem jego bezwzględności w przypadku HD600 i okazało się, że za niezbyt porządny firmowy przewód muszę zapłacić 300 zł. Dobrze, że mogę go wymienić sam, chociaż styki Sennheisera są marnej jakości. Ale z K701 byłby problem i musiałbym przyjąć do wiadomości, że słuchawki są zepsute. A to boli, skoro wydałem na nie tyle, co na mały telewizor.
Kupujący Q701 jest w komfortowej sytuacji. Zamiast plastikowego kabelka wchodzącego wprost do obudowy mamy solidny, profesjonalny wtyk, odporny na multum podłączeń. Przypomina porządny XLR i równie godnie się prezentuje. Do słuchawek jest dołączany przewód o długości 3 m w kolorze zielonym. Z jednej strony zakończony metalowym zaciskiem, z drugiej – złoconym minijackiem. Na stanie jest też przejściówka na duży wtyk. Jakby tego było mało, w pudełku znajdziecie drugi kabel, dłuższy (6 m), w kolorze czarnym. A więc koszmar w postaci trzeszczących styków mamy raz na zawsze z głowy. Dla mnie to wystarczający powód, aby wybrać Q zamiast K, nawet gdyby słuchawki się między sobą niczym nie różniły i cała zabawa z Quincy Jonesem okazała się marketingowym biciem piany.
Słuchawki są bardzo wygodne, choć może nie aż tak, jak HD600, bo mają twardsze poduszki. Materiał okala ucho z dużym zapasem i dobrze przylega dogłowy. Jest lepszy niż w Grado, bo w tamtych skóra się poci. Pałąk ma automatyczną regulację, wobec czego można dać słuchawki nawet dziecku i niczego nie trzeba będzie przestawiać. Oczywiście, dopasowanie na sztywno, jak w HD600 daje poczucie większej pewności posadowienia hełmofonu na łepetynie, ale po kilku założeniach wiemy, że Q701 leżą na swoim miejscu i na pewno nie spadną, chyba że będziemy w nich tańczyć pogo. Pozornie delikatna konstrukcja oparta na dwóch elastycznych prętach też okazuje się niezawodna i pewniejszej możemy szukać jedynie w Beyerdynamikach. Ale tamte, zwłaszcza zamknięte, nie zapewniają takiego komfortu, bo mocniej cisną.
Lakier na muszlach jest trwały. Nawet przy upuszczeniu na podłogę nie powinien odprysnąć (K701 spadły mi kilka razy na terakotę i nie ma śladu).
Przetworniki mają dwuwarstwowe membrany „Verimotion”, co przypomina kanapkowe membrany Elaca. Oczywiście, w głośnikach warstw jest więcej, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że to przekrój półuncjowej monety, możemy sobie uświadomić precyzję, z jaką wykonuje się stożek. Cewki nawinięto płaskim drutem (taki występuje tylko w Q i K701 i jeżeli chcecie zaoszczędzić, kupując K601, niby takie same, to musicie mieć świadomość różnicy), dzięki czemu można osiągnąć większą precyzję i szczegółowość dźwięku. Magnesiki są malutkie, ale neodymowe, co (jak zapewnia producent) pozwala ograniczyć zniekształcenia. Kabel wykonano z miedzi beztlenowej (99,99 %) o kierunkowym ułożeniu kryształów. Podobno mamy tutaj prawdziwy bi-wiring, ale trudno to stwierdzić, bo trzeba byłoby rozebrać membranę i rozbebeszyć przewód. Dlatego wierzę AKG na słowo.
Słuchawki są produkowane w Austrii. A ponieważ seria Q jest limitowana (nie określono ilości sztuk, ale niech będzie...), to każdy egzemplarz jest indywidualnie testowany, pakowany (szkoda, że nie w drewniane pudełko, jak K1000) i oznaczany numerem, jak specjalne wydanie winylu. Gdzie? Na słuchawkach numerka nie ma na bank; obejrzałem dwa egzemplarze. Na pudełku jest jedynie metka, ale mój prywatny egzemplarz miał oznaczenie 000. Dobrze, że każdego egzemplarza nie przesłuchał, nie wymacał i nie podpisał gęsim piórem sam Quincy Jones. To by podniosło cenę o sto dolarów, zupełnie bez potrzeby.

Reklama

Konfiguracja
AKG K i Q701 mają niską impedancję, przez co są wymagające wobec źródła, do którego je podłączymy. Ale to i tak nic w porównaniu z K1000, które grały w zasadzie tylko z dedykowanym przedwzmacniaczem. Tutaj możecie być względnie spokojni, ale uczulam, może się zdarzyć przykra niespodzianka.
Paradoksalnie, mniejsze ryzyko błędu powstaje w przypadku gniazd we wzmacniaczach, odtwarzaczach CD albo nawet w telewizorze (nie mówiąc o stołach mikserskich). Z nimi słuchawki powinny współpracować poprawnie. Jeżeli jednak będzie to wyjście bez regulacji głośności, to może się okazać, że brzmienie będzie pozbawione dołu i rozjaśnione. To pierwszy symptom braku mocy. Drugim będą zniekształcenia przy średnim poziomie głośności. Jeżeli usłyszycie podobne objawy, nie będzie to oznaczać, że słuchawki się zepsuły, tylko że scalak zastępujący preamp jest za słaby.
Największą czujność musicie zachować, kupując... specjalny przedwzmacniacz słuchawkowy. Sytuacja wydaje się dziwna. Sam byłem zaskoczony kontaktem z kilkoma konstrukcjami. Ich twórcy poświęcają chyba zbyt wiele uwagi jakości brzmienia (nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę), zapominając, że nie wszyscy pozostaną przy łatwym obciążeniu, jak na przykład drogie Sennheisery. Dlatego lampowe miniaturki często nie dają rady i zachowują się jak trzywatowa trioda, jeśli zechcemy podłączyć do niej cokolwiek innego niż tuby. Jeżeli więc będziecie chcieli kupić do Q701 specjalny przedwzmacniacz, to koniecznie powinniście go wcześniej posłuchać, również głośno. A już zwłaszcza, jeżeli ma dwa wyjścia. Obciążenie drugiego odbierze nawet połowę mocy.
U mnie działała dziurka w McIntoshu, ta ukryta w zintegrowanym Burmesterze oraz polski preamp SoundArt Wile. Niestety, specjalistyczny przedwzmacniacz znowu okazał się trochę za słaby i nie wyrabiał się na zakrętach, kiedy musiał zasilać dwie pary słuchawek i jednocześnie grać głośno.

Wrażenia odsłuchowe
Szkoda, bo w porównaniu do gniazdek w integrach brzmiał o wiele lepiej. Ale to kolejna nauczka przy konfigurowaniu sprzętu. Nikt nie powiedział, że jeżeli będzie drożej, to też i łatwiej. Różnica leżała przede wszystkim w przestrzeni i precyzji ogniskowania źródeł. Wysokie tony niosły się w czystszym powietrzu. Szczegóły były wyraźniejsze. Muzykalność, dynamika, bas? Także bardziej przekonujące. Tylko że przy poziomach głośności, nazwijmy to „dyskotekowych”, pojawiały się zniekształcenia. Dlatego grubiej ciosana prezentacja z dziurki we wzmacniaczu okazała się bardziej miarodajna.
Jeżeli chodzi o różnice pomiędzy K i Q, to... nie jestem pewien ich głębokości ani powtarzalności. Trudno też porównywać słuchawki używane od kilku lat z wygrzewanymi przez kilkadziesiąt godzin. Jeżeli miałbym zaryzykować, to Q701 są trochę bardziej czytelne i jednocześnie plastyczne. Ale na granicy percepcji.
Dlatego wypada powtórzyć opis K701 sprzed kilku lat. Pogłębiony o dalsze obserwacje poczynione w trakcie pracy z nimi.
Jeżeli spełnicie oczekiwania systemowe, będziecie mieć do czynienia z przezroczystym i obiektywnym przetwornikiem. Dźwięk Q701 jest niesłychanie szczegółowy. Wątpię, aby kolumny za 20000 zł zbliżyły się do tej bezlitosnej prawdy o nagraniu. Jeżeli jest świetne, to zachwyci. W odwrotnym przypadku będziecie słyszeć głównie wady.
Neutralność dźwięku jest zachwycająca. Albo, jak kto woli: prawidłowa. Jeżeli mamy w ogóle gdzieś do czynienia z „linią”, to właśnie tutaj. Bas, średnica, góra? Brzmią perfekcyjnie. Kontrola, trzymanie wybrzmień, separacja źródeł – tu jest wszystko, czego nie znajdziecie nawet na najlepszych kolumnach. Dynamika także stanowi wzorzec. Jest, w wydaniu high-endowym, a jednocześnie odczuwamy spokój. I cały czas odnosimy wrażenie, że najbardziej skomplikowane faktury obserwujemy przez lupę; że możemy od siebie oddzielić pojedyncze drgania membrany werbla. Ludzkie głosy potrafią siedzieć w środku głowy tak, jakby wokaliści Massive Attack śpiewali nam prosto do ucha. Po drodze nie ucieknie żaden decybel ani herc. Dostajemy muzykę podaną wprost do mózgu. Ten kontakt wydaje się zbyt bliski, abyśmy mogli go wytrzymać na dłuższą metę. Ale to nieprawda, bo właśnie siedzę od trzech godzin z hełmofonem na głowie i wcale nie chce mi się go zdejmować.
Teraz trochę ściszyłem i okazuje się, że Wile jest jednak lepszą opcją niż makowa dziurka.
Kolejne płyty poznaję na nowo. I tym razem to nie slogan.

Konkluzja
Szukając spełnienia marzeń, często wydajemy niebotyczne sumy. Tutaj wystarczą 2000 zł i wchodzimy na poziom prawdziwego hi-endu. Ale nie będzie tak łatwo, bo źródło i wzmacniacz (preamp) zostaną przez Q701 obnażone bezlitośnie. Nic w przyrodzie nie ginie.
Recenzowane Q701 miały tylko jedną wadę: nie były moje. Ale już są i mogę tylko poradzić, żebyście się zastanawiali krócej ode mnie. Na dobrą sprawę wystarczy jeden wieczór. Mój kolega – dźwiękowiec – kilkuminutowy odsłuch skomentował jednym, mocnym słowem i tak się sprzedały pierwsze dwie pary.

40-43 04 2011 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 04/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF