fbpx

HFM

artykulylista3

 

Grado GS2000e

3845042017 001
Grado kojarzy się z charakterystycznymi „drewnianymi” słuchawkami. Ale nie zawsze tak było. Początki amerykańskiej firmy sięgają połowy XX wieku i nie mają nic wspólnego z nausznikami.

Założyciel wytwórni, Joseph Grado, pracował jako zegarmistrz w legendarnym sklepie Tiffany & Co. przy nowojorskiej Piątej Alei. Poza tym, obdarzony znakomitym głosem tenora dramatycznego, był wielbicielem włoskich oper. Niestety, brzmienie płyt w tamtych czasach nijak się miało do dźwięków słyszanych na żywo, a jednym z głównych winowajców były ówczesne gramofony.






Historia
W 1950 roku, na przysłowiowym kuchennym stole, Joseph Grado wykonał pierwszą wkładkę gramofonową własnej konstrukcji, której działanie zademonstrował Saulowi Marantzowi. Ten, będąc pod wrażeniem jakości konstrukcji oraz muzycznej wrażliwości Josepha, zarekomendował go firmie zajmującej się budową sprzętu hi-fi, należącej do znanego przedsiębiorcy i wynalazcy, Shermana Fairchilda.
Przez następne trzy lata Joseph piął się w służbowej hierarchii, aż w końcu postanowił wziąć los w swoje ręce. W 1953 roku, za uciułane 2000 dolarów, założył Grado Labs.
Za dumną nazwą krył się mały warsztacik na Brooklynie, na zapleczu sklepu warzywniczego jego ojca. W towarzystwie jabłek i brokułów Joseph konstruował gramofony, akcesoria oraz głośniki. Klientelę stanowiły lokalne stacje radiowe i odbiorcy indywidualni, którzy najczęściej dowiadywali się o ofercie Grado dzięki poczcie pantoflowej.

 

3845042017 002W GS2000e zrezygnowano
z lakierowania mahoniowych muszli

 


W 1965 roku do Josepha dołączył 12-letni bratanek John, który karierę w Grado zaczął od zamiatania podłogi. Ćwierć wieku później John odkupił firmę od stryja, by ten mógł przejść na zasłużoną emeryturę. Przez blisko cztery dekady działalności Joseph Grado opatentował 48 wynalazków z dziedziny techniki gramofonowej. To właśnie jemu zawdzięczamy m.in. wkładki stereo z ruchomą cewką.

 


Drewniane obudowy
W 1991 roku w firmie znanej z produkcji ramion gramofonowych i wkładek dokonała się rewolucja: Grado opracowało swoje pierwsze słuchawki. Świadkiem epokowego wydarzenia była cała trzyosobowa załoga, składająca się z Johna, jego żony Loretty oraz jeszcze jednego technika.
Pierwsze nauszniki nosiły symbol SR325, a ich metalowa obudowa wyglądała niemal dokładnie tak, jak wszystkich kolejnych modeli. Co ciekawe, pozostają w ofercie do dziś. Jak głosi legenda, rok później John obudził się w środku nocy. Zszedł z poddasza, na którym mieszkał wraz z rodziną, do fabrycznej pracowni i wystrugał pierwsze drewniane słuchawki – RS1. Od tamtej pory ten naturalny surowiec jest stałym elementem nauszników Grado.
Pomysł z drewnianymi obudowami okazał się strzałem w dziesiątkę, nie tylko z marketingowego punktu widzenia. John Grado uważał, że brzmienie słuchawek w równym stopniu co od przetworników zależy od obudów. Drewniane muszle działają jak pudła rezonansowe w instrumentach strunowych, a materiał, z którego powstają, bezpośrednio wpływa na barwę dźwięku. Filozofia ta towarzyszy firmie do dziś. Wprawdzie, podążając za modą, w 2011 roku Grado wypuściło modele douszne, jednak stanowią one margines katalogu.
W 2013 roku stery w firmie przejął syn Johna – Jonathan – audiofil w trzecim pokoleniu. Jako że dorastał w rodzinnym warsztacie, pracuje z ludźmi, których zna dosłownie całe życie.
Jedna z pierwszych decyzji nowego szefa Grado przyniosła modernizację całej oferty słuchawek oraz dodanie dotychczasowym symbolom literki „e”, jak „exquisite” (czyli znakomity). Na pierwszy rzut oka, poza nazwą, nic się nie zmieniło, ale wewnątrz znajdziemy nowe przetworniki, a na zewnątrz – okablowanie.

3845042017 002Płytka dyfuzyjna sprawia,
że dźwięki odbieramy całą małżowiną.


Katalog
Aktualna oferta Grado dzieli się na dwa podstawowe działy – słuchawek oraz akcesoriów gramofonowych. Wśród tych pierwszych znajdziemy kilkanaście modeli nausznych i dousznych, zgrupowanych w czterech seriach: Prestige, Reference, Statement oraz Professional. Testowane dziś GS2000e, wraz z GS1000e oraz jedynym wzmacniaczem słuchawkowym RA1, należą do najdroższej „amatorskiej” serii Statement i pełnią rolę flagowego okrętu firmy. Są jednocześnie najnowszymi słuchawkami Grado Labs; pojawiły się na początku roku 2016.

3845042017 002Gąbkowe poduszki
na wymianę
można
dokupić osobno.

 


Na zewnątrz
Na starcie przeżyłem duże rozczarowanie, więc miejmy to szybko za sobą.
Trzy pokolenia Grado tak przywykły do rzemieślniczego etosu, że zapomniały o podstawowym prawie handlu: ludzie kupują oczami. Owszem, słuchawki są ładne i niepowtarzalne, ale sposób ich prezentacji na sklepowej półce należy określić jako skandaliczny. Zamiast wyszukanego puzdra, szkatuły, sakwojażu czy innej walizeczki – wszak mamy do czynienia z modelem flagowym – GS2000e pakowane są w… kartonowe pudełko, które od biedy mogłoby służyć do przewożenia pizzy. Chociaż nie – tamte są solidniejsze.
Same słuchawki i dodatkowe przewody złożono w odpowiednio dociętej gąbce, która zaraz po wyjęciu nowego nabytku, wraz z wyszukanym opakowaniem, wyląduje w śmietniku. Nie chcę pouczać Jonathana Grado, jak powinien prowadzić biznes, ale żądanie dodatkowych 25 dolarów za opcjonalną drewnianą kasetkę dla flagowych słuchawek wygląda słabo.

3845042017 002GS2000e to konstrukcja otwarta.
Przetworniki chroni stalowa siateczka.


Z drugiej strony, przaśny styl wpisuje się w rodzinny charakter przedsięwzięcia, niezmienny od sześciu i pół dekady. Na tyle samo lat wyglądają maszyny służące do produkcji podzespołów. Bo trzeba wiedzieć, że niemal wszystkie elementy wykorzystywane do budowy słuchawek i wkładek są wytwarzane pod jednym dachem. Nawet drut do nawijania cewek jest wyciągany i wyprażany na miejscu. Przy produkcji pracuje kilkanaście osób w wieku przedemerytalnym, a zdarza się, że i Jonathan, wspomagany przez ojca i brata, zakasuje rękawy i staje przy maszynach. Również siedziba firmy, niezmienna od 1953 roku, ma się nijak do przestronnych pawilonów, kojarzonych z producentami hi-endu. Na potrzeby fabryczki zaadaptowano dwupiętrowy szeregowiec przy 7th Avenue w sercu Brooklynu, kupiony jeszcze przez pradziadka Jonathana w 1918 roku. W środku nie ma wind, a komunikacja pomiędzy piwnicą a poddaszem odbywa się wąskimi schodami, między stertami pudeł i paczek. Ewentualne konflikty i korki są natychmiast rozładowywane przez „firmową” suczkę Katję. Zamiast złotego szyldu, obskurne stalowe drzwi ozdabiają bohomazy lokalnych mistrzów sprayu, które są skuteczniejsze od niejednego systemu alarmowego.
Uzbrojony w tę wiedzę, wziąłem do ręki słuchawki nieomal obdarzone osobowością. Bo o tym, że mają charakterek, przekonałem się już wkrótce.
I tu kolejna niespodzianka. GS2000e są duże, choć właściwszym słowem wydaje się: „wielkie”. Pomimo ponadprzeciętnych rozmiarów, okazują się zaskakująco lekkie – bez kabla ważą zaledwie 250 gramów. Nie znaczy to, że nie czuć ich na głowie. O obecności GS2000e trudno zapomnieć choćby z powodu specyficznego ułożenia: muszle powinny być przesunięte maksymalnie do przodu, tak aby piankowe pady nieomal nachodziły na policzki. Miałem sobie nawet strzelić poglądowego selfika, ale po włożeniu nauszników na głowę ujrzałem w lustrze brodatą, łysiejącą księżniczkę Leię. Nie był to obrazek, który chciałoby się powiesić nad łóżkiem.

3845042017 002Charakterystyczne mocowanie
muszli jest identyczne we wszystkich
modelach nagłownych.

 


Budowa
Obudowy wykonano z dwóch gatunków drewna. Zewnętrzna, widoczna część została wyfrezowana z mahoniu, natomiast same przetworniki zamocowano wewnątrz przyklejonej do niego klonowej tulei. Zestawienie tych gatunków jest nieprzypadkowe, wykorzystuje się je bowiem przy produkcji większości ciężkich gitar elektrycznych. W różnej konfiguracji zresztą, bo np. Gibson Les Paul Standard ma lity mahoniowy korpus z klonową płytą wierzchnią oraz mahoniowy gryf, natomiast ESP w modelu E-II Eclipse wykorzystuje mahoń do produkcji korpusów, zaś klon – do gryfów.
Sam mahoń należy do gatunków mocno rezonujących, co wykorzystał Fender w akustycznej gitarze PM-1 Standard Dreadnought, wykonanej w całości z tego materiału. Wcześniejsze modele słuchawek Grado także produkowano tylko z mahoniu, jednak dodanie klonowej tulei uspokoiło brzmienie. W odróżnieniu od poprzednich modeli, słuchawki serii „e” nie są wykańczane lakierem, lecz polerowane do satynowej gładkości i wyprażane, z pozostawionymi otwartymi porami. Podobną technikę „open pore” zastosowano we wspomnianym Fenderze PM-1, co zaowocowało wyraźnym, otwartym i nośnym dźwiękiem z głębokim dołem i jasną górą pasma. Czy cechy te znajdziemy także w GS2000e, o tym za chwilę.
Wewnątrz klonowych pierścieni osadzono dynamiczne przetworniki z neodymowymi magnesami i mylarowymi membranami o średnicy 50 mm. Pozwoliło to uzyskać niespotykany zakres częstotliwości, startujący już od 4 Hz. Przetworniki powstają przy Siódmej Alei, a swój początek biorą w piwnicy. Umieszczono tam wtryskarki, na których formowane są kosze z tworzywa o tajemniczej nazwie SpaceBlack Polycarbonate, pomysłu Grado. Membranę od strony ucha chroni ażurowa metalowa płytka dyfuzyjna, sprawiająca, że lekko rozproszone dźwięki są odbierane całą małżowiną.

3845042017 002Nowe flagowce Grado
– po prostu imponujące.

 


Od zewnątrz głośniki zamyka stalowa siateczka. Na klonowe tuleje naciągnięto obszerne pady, wykonane z gąbki o różnej gęstości. Gdyby się zużyły, są dostępne osobno.
Z każdej słuchawki odchodzi sześciożyłowy przewód, który po 30 cm łączy się z sąsiadem. Na końcu dwumetrowego odcinka zamontowano ciężkie wtyczki 6,3 mm. Kabel jest mocowany na stałe, ale istnieje możliwość zamówienia wersji w wtykiem symetrycznym. Poza tym, w tekturowym pudełku znajdziemy ponad 3,5-metrowy przedłużacz oraz praktyczną przejściówkę na mały jack; oba  przewody 12-żyłowe. Jak deklaruje producent, przedłużenie fabrycznego przewodu i przejście na 3,5 mm nie powinno negatywnie wpływać na brzmienie.
Mocowanie słuchawek, jak to w Grado, jest dość specyficzne. Drewniane muszle osadzono w metalowych jarzmach, a wystające z nich pręty przesuwają się ciasno w plastikowych kostkach, przymocowanych do pałąka. Metoda ta ma swoich zagorzałych zwolenników i jeszcze zagorzalszych przeciwników, ale faktem jest, że GS2000e nie siedziały na głowie zbyt stabilnie. Co prawda, nie wybrałem się w nich na rower ani nie uprawiałem gimnastyki, ale zapomnijcie o słuchaniu muzyki w pozycji horyzontalnej.
Sprężysty pałąk obszyto miękką skórą i od wewnątrz wymoszczono paskiem gąbki.
Reasumując: Grado GS2000e mają swój niepowtarzalny styl, konsekwentnie realizowany przez firmę od ponad ćwierć wieku. Powinny się spodobać wszystkim tym, dla których miarą postępu nie jest najnowszy smartfon.

3845042017 002Obszerne pady zachodzą
aż na policzki.

 


Konfiguracja
GS2000e są konstrukcją otwartą, co ma swoje dobre i złe strony. Do tych drugich należy brak izolacji akustycznej od otoczenia. Praktycznie nie da się bezstresowo słuchać w nich muzyki w obecności innych osób, bo albo my będziemy słyszeć rozmowy, albo one denerwujące brzęczenie. Pomijając gabaryty, z tego samego powodu można zapomnieć o wyjściu na miasto. Gdzie więc nauszniki Grado znajdą zastosowanie? Na przykład w trakcie nocnych sesji z ulubionymi wykonawcami albo dziennych, ale w innym pokoju i za zamkniętymi drzwiami.
Brzmienie GS2000e jest równie specyficzne, jak ich wygląd. Nie wyciągajcie jednak pochopnych wniosków. Amerykańskie słuchawki nie należą do w pełni uniwersalnych; wymagają także uważnego doboru sprzętu towarzyszącego. Użytkowników podzielą na dozgonnych wielbicieli oraz zajadłych wrogów. Ci drudzy prawdopodobnie nie wstrzelili się ze wzmacniaczem słuchawkowym.
Przez większość testu GS2000e podłączone były do znakomitego Soul Note’a SD300, który komunikował się z komputerem za pośrednictwem przewodu USB Forza AudioWorks Copper Series Twin, z odizolowanymi i osobno ekranowanymi liniami zasilania i sygnału.

3845042017 002Od wewnątrz pałąk
wymoszczono gąbką.

 


Wrażenia odsłuchowe
Scena była obszerna i półkolista. Jej rozmiary nie miały związku z umiejscowieniem słuchawek na głowie. Dźwięki dobiegały z różnych odległości i wysokości, budując wiarygodne wyobrażenie o sali koncertowej, w której zrealizowano nagranie. Separacja była znakomita. Nawet w dużych składach z udziałem chóru mogłem „wyizolować” dowolny instrument i skupić na nim uwagę, śledząc jednocześnie grę pozostałych. Dzięki temu formalny test przerodził się w kilka długich seansów. Zamiast bowiem odhaczać kolejne utwory, wielokrotnie do nich wracałem, analizując partie różnych instrumentów.
Najwięcej radości dostarczyło brzmienie skrzypiec i fortepianu. Na stronie producenta można przeczytać fragment opisu wrażeń odsłuchowych, zamieszczony przez jednego z użytkowników, który brzmienie GS2000e porównał do posiadanych skrzypiec Stradivariusa. Szczęściarz. I muszę przyznać, że lepszych smyczków w życiu nie słyszałem. GS2000e oferowały przy tym detaliczność godną najlepszych konstrukcji studyjnych, dzięki czemu instrumenty wybrzmiewały do ostatniego drgnienia struny; nic nie ginęło w tle ani nie gasło zbyt wcześnie. Amerykańskie słuchawki bez trudu wyławiały szelesty ubrań, skrzypienia krzeseł i inne odgłosy, towarzyszące graniu na żywo. Oczywiście, powyższych doznań dostarczą tylko najbardziej staranne realizacje audiofilskie, przy czym Grado wyraźnie faworyzowały muzykę klasyczną, nawet tę wydawaną przez wielkie koncerny.
GS2000e dysponują całkiem przyzwoitą dynamiką , przez co nawet kompozycje na wielką orkiestrę symfoniczną nie sprawiały im problemu. W skali mikro długo trzeba będzie szukać godnego przeciwnika. GS2000e są bardzo szybkie, jakby mylarowe membrany pracowały w próżni. Przejście od pianissima do tutti zajmowało im mniej czasu niż jeden ruch skrzydeł kolibra.

3845042017 002Ze względu na konstrukcję
i gabaryty Grado zdecydowanie
preferują domowe pielesze.

 


W klasyce sprawdził się także mocny, konturowy bas. Było go dokładnie tyle, ile powinno, natomiast gdy do głosu dochodziły płyty z muzyką organową, słowo „majestat” nabierało nowego znaczenia. Potężny, bardzo nisko schodzący, dobiegał niejako z wnętrza ziemi, a obecne dodatkowo świsty, stuki i skrzypnięcia, wydawane przez prawdziwe instrumenty piszczałkowe, budowały wiarygodny spektakl.
Przejście do repertuaru jazzowego i bluesowego nie wniosło wielu nowych obserwacji, może poza inną budową sceny. Zamiast sal koncertowych miałem do czynienia z niewielkimi klubami i studiami, przez co dźwięki stały się bliższe i bardziej namacalne. Umiejętność wyodrębnienia instrumentów, nawet w big bandach, została zachowana. Pojawiło się wszakże jedno „ale”…
Dopóki instrumenty trzymały się z dala od gniazdek elektrycznych, wszystko było OK, jednak podłączenie ich do prądu zaburzało idylliczny obraz. O ile zmiana ta dotyczyła tylko przesiadki z kontrabasu na gitarę basową, przy akustycznej reszcie składu, różnica w brzmieniu była zauważalna, ale w pełni akceptowalna. Kiedy jednak dołączyły gitary elektryczne, cały urok pryskał, jak sen złoty.
Problem w tym, że GS2000e są „za dokładne”, by zacytować stary skecz duetu Fronczewski – Ross. W testowanej konfiguracji struny elektrycznych gitar cięły uszy z bezwzględnością japońskiej katany i nie miały litości nawet dla najbardziej utytułowanych artystów i wytwórni. O nagraniach rockowych nie wspominam, bo po doświadczeniach z elektrycznym bluesem nawet się do nich nie zbliżyłem. Właśnie nie do końca trafiona konfiguracja jest prawdopodobnie głównym powodem niechęci sporej części audiofilów do słuchawek Grado. Ale przecież musi być jakieś wyjście! I takie się znalazło.

W tabelce z danymi można zauważyć 32-omową impedancję, przyjazną sprzętowi przenośnemu.

3845042017 002W komplecie ze słuchawkami
ponad 3,5-metrowy przedłużacz
i przejściówka
na 3,5 mm.

W połączeniu z 3,5-mm przejściówką podpowiada kierunek poszukiwań. Wprawdzie nie wybierałem się z GS2000e na spacer, ale – kierując się tym tropem, podłączyłem je do przenośnego odtwarzacza FiiO X3 mkII, oferującego dźwięk zdecydowanie cieplejszy niż przedwzmacniacz Soul Note. O ile pod względem ceny FiiO rażąco odstaje od poziomu słuchawek Grado, to jego własności brzmieniowe do nich pasują. Szukając stosownego przedwzmacniacza, nie zawadzi też sięgnąć po firmowe urządzenie RA1, które z modelem PS500 zagrało tak, że recenzentowi kapcie spadły („HFiM” 5/2012 i 1/2013).
Nie chcę podkreślać zmian w muzyce klasycznej i jazzowej, bo pod tym względem Soul Note wspina się na szczyty, jednak miłośnicy grania „z prądem” powinni się rozejrzeć za jakąś lampą, przejrzystą i lekko ocieplającą dźwięk.
Połączenie Grado z FiiO pozytywnie wpłynęło na brzmienie rocka, choć także nie wszystkich gatunków. Nie najlepiej odnalazły się gitarowe solówki z dużym przesterem, a szerokim łukiem należało omijać surowe nagrania z lat 60. XX wieku, np. The Kings czy Animals. Herosów rocka z lat 70. można słuchać, jednak na własną odpowiedzialność. Także, ku memu zaskoczeniu, nie wszystkie utwory Pink Floyd sprawiły mi przyjemność, właśnie ze względu na przenikliwą, „łkającą” gitarę Gilmoura.
Za to najnowszy studyjny krążek Marillion „Fear” zabrzmiał rewelacyjnie, a jego prawdziwą ozdobą okazał się gęsty, nieomal subsoniczny bas. Bez zgrzytania zębami dało się także słuchać… ołowianych riffów Rammsteinu, jednak w tym przypadku, pomimo drapieżnego brzmienia, obaj gitarzyści niezwykle rzadko decydują się na solowe popisy.

 

3845042017 002Przewód słuchawkowy,
przedłużacz i przejściówkę wykonano
z tego samego 12-żyłowego
przewodnika z miedzi beztlenowej.

 



Konkluzja
Grado GS2000e można pokochać od pierwszego dźwięku, ale równie łatwo można się do nich zrazić. Wymagają przemyślanej konfiguracji i wnikliwego odsłuchu przed podjęciem decyzji o zakupie, ale na końcu wyboistej drogi czeka przedsionek audiofilskiej nirwany.

 

 

 

Grado GS2000e o

 

 

 

 

 



Mariusz Zwoliński
Źródło: HFM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF