fbpx

HFM

artykulylista3

 

Ultrasone Edition M Black Pearl

2027032017 001Niemiecka firma Ultrasone powstała w 1991 roku i przy takich matuzalemach, jak Beyerdynamic (1924) czy Sennheiser (1945) wydaje się ledwie podrostkiem. Z tych trzech jest też najmniej znana. Na razie.

Wszystkie modele są rezultatem wielu godzin pracy konstruktorów oraz stosowania oryginalnych rozwiązań, mających na celu uzyskanie możliwie najwyższej jakości brzmienia. Warto dodać, że Ultrasone jest autorem ponad sześćdziesięciu wniosków patentowych dotyczących słuchawek.





Katalog podzielono na kilka serii, a najbardziej prestiżowa nosi nazwę „Edition”. Znajdziemy w niej cztery modele domowe oraz dwa przenośne. Choć właściwie to jeden, ale w dwóch wersjach. Choć właściwie…

Zacznijmy od początku
Szefowie Ultrasone jakiś czas temu doszli do wniosku, że największą niedoskonałością odbierania muzyki przez słuchawki jest reprodukcja panoramy stereofonicznej oraz przestrzeni, całkowicie odmienna od tego, czego doświadczamy z kolumn. Mając na głowie słuchawki, dostarczamy dźwięki do każdego ucha z osobna, co sprawia, że eliminowane są wszelkie odgłosy odbite od ścian pomieszczenia, mające wpływ na kształtowanie trójwymiarowej sceny. Oczywiście nie mam na myśli stereofonii, bo separacja między kanałami jest zazwyczaj zachowana. Chodzi o wyraźne lokalizowanie poszczególnych instrumentów w trójwymiarowej przestrzeni i wzajemne relacje pomiędzy nimi. Dodatkowym negatywnym czynnikiem jest fakt, że przytłaczająca większość słuchawek nagłownych ma przetworniki umieszczone centralne w muszlach, przez co fale dźwiękowe trafiają wprost do kanału słuchowego, z pominięciem kształtu małżowiny usznej. Co za tym idzie – jej wpływ na postrzeganie przestrzeni dźwiękowej oraz definiowanie kierunku, z jakiego nadchodzą odgłosy, zostaje pominięty.

2027032017 002W filcowym etui
będzie im cieplutko.

 

By temu zaradzić, cześć producentów przesuwa osie przetworników do przodu, czego przykładem są np. wysokie modele Sennheiserów czy Focali. Nie rozwiązuje to wprawdzie problemu, ale i tak stanowi istotny krok naprzód. Ultrasone idzie w nieco inną stronę; na początku dekady firma opatentowała system S-Logic. Przetwornik w tym systemie był cofnięty i przesunięty w górę od osi kanału słuchowego oraz odseparowany specjalną płytką dyfuzyjną. W rezultacie dźwięki były odbierane całym narządem słuchu, podobnie jak to się dzieje, gdy słuchamy nieuzbrojonym uchem.
Ze względu na rozmiary, system S-Logic stosowano wyłącznie w dużych konstrukcjach nausznych we flagowej serii Editon, a jego profesjonalną wersję o nazwie „Big S-Logic” – w niektórych modelach z serii Pro.
Rynek ma jednak swoje prawa i upomniał się o luksusowe modele przenośne. Właśnie w celu zaspokojenia jego potrzeb szefowie Ultrasone zdecydowali o utworzeniu podgrupy słuchawek mobilnych w serii Edition. Jak łatwo się domyślić, oznaczono je literą M.


Obecnie Edition M to dwa modele: testowane Edition M Black Pearl oraz Edition M Plus Black Pearl. Różnica pomiędzy nimi sprowadza się do większej średnicy przetwornika, który w „Plusach” urósł z 30 do 40 mm. Większa jest też przez to masa i szersze pole przenoszenia.

W obu modelach Edition M zastosowano technologię S-Logic Plus, będącą rozwinięciem patentu sprzed kilku lat. Na czym konkretnie polegają zmiany, do końca nie wiadomo.
Zanim przejdę do opisu budowy, muszę podkreślić, że wszystkie słuchawki z serii Edition są produkowane w niemieckim zakładzie firmy. Tańsze serie powstają w różnych zakątkach Niemiec oraz na Tajwanie, jednak nad narodzinami flagowców osobistą pieczę sprawuje dyrektor generalny Ultrasone, Michael Willberg.
Topowe słuchawki nie są anonimowymi nausznikami w luksusowym opakowaniu. Każdy egzemplarz nosi indywidualny numer fabryczny. Także ich powstanie nie ma nic wspólnego z masową produkcją, bowiem montażem zajmuje się kilka sympatycznych niewiast, znanych z imienia i nazwiska. Wszystko to sprawia, że pomimo wyszukanych technologii topowe modele są produktami nieomal rzemieślniczymi, dzięki czemu można mieć pewność, że będą służyć swoim właścicielom przez długie lata. Pięcioletnia gwarancja udzielana przez producenta jest w tym przypadku czystą formalnością.

2027032017 002„Czarna perła”
waży niespełna
150 gramów.

 


Budowa
 „Czarna perła” przy pierwszym kontakcie wzbudza kilka kontrowersji.
Zamiast gustownego puzdra, walizeczki, sakwojażu czy innej szkatuły, opakowano je w zwykłe kartonowe pudełko. Jest wprawdzie estetyczne, ale i tak chwilę po wyjęciu z niego słuchawek wyląduje w śmietniku. W czym więc będzie się je przechowywać? W sztywnym etui z lodenu, czyli wodoodpornego filcu.
Kontrowersyjny jest też wygląd słuchawek. Otóż Edition M Black Pearl, pomimo długiej nazwy, wysokiej ceny i nieskazitelnego wykonania, prezentują się… tanio. Tak, to nie pomyłka. Błyszczące powierzchnie muszli przypominają zwykły plastik; gładziutka skóra – lichą imitację, a elementy konstrukcyjne z surowej stali nijak się nie kojarzą z hi-endem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

2027032017 002Nazwę
producenta
wypalono laserem.
Nic innego
nie pokona
powłoki PVD.

 


Ale pozory mylą.
Właśnie low-endowy wygląd „Czarnej perły” jest pierwszą z długiej listy ich zalet. Poruszając się w nich po mieście o różnych porach dnia i nocy, ani razu nie obawiałem się amatorów cudzej własności, czego nie mogę powiedzieć np. o nausznikach Oppo.
Błyszczącą, „plastikową” powierzchnię Ultrasone zawdzięczają specjalnej technice wykończenia. Obudowy muszli wykonano z cienkościennych elementów metalowych, na które nałożono powłokę PVD. Ki diabeł?
Metoda PVD (Physical Vapour Deposition) polega na osadzaniu warstewek par metalu o grubości nieprzekraczającej kilku mikronów. Proces ten zachodzi w stosunkowo niskich temperaturach, 400-600° C, i wymaga metali, które reagują z neutralnymi gazami, np. azotem, tworząc niezwykle twardą powłokę. W zależności od stosowanego metalu i gazu, będącego nośnikiem jego par, można uzyskać pożądane efekty. I tak np. węgloazotek tytanu jest niezwykle twardy i odporny na tarcie, a azotek glinu i tytanu – odporny na utlenianie.
Technologię tę wykorzystuje się m.in. w produkcji ostrzy profesjonalnych narzędzi skrawających czy… kopert luksusowych zegarków. Fakt, że trafiła pod audiofilskie strzechy, świadczy o tym, że szefom Ultrasone leży na sercu nie tylko doraźny zysk, ale i długie zadowolenie użytkowników ich słuchawek. Powierzchnia PVD na muszlach została wypolerowana do lustrzanej gładkości, a jej niezwykła twardość daje gwarancję zachowania w tym stanie przez długie lata. O codzienny błysk mają dbać dołączone do zestawu ściereczki z mikrofibry.

2027032017 002Przewód ochrania stalowa plecionka.

 


Zastosowanie technologii PVD umożliwiło znaczną redukcję masy słuchawek przy zachowaniu wytrzymałości. „Czarna perła” waży zaledwie 146 gramów, czyli tyle, co trzy kajzerki. A skąd niecodzienna nazwa? Muszle zabarwiono na bardzo ciemny, opalizujący brąz, który to kolor ma przypominać szlachetne wytwory perłopławów.
Pałąk wykonano z paska nierdzewnej stali. Od strony głowy obszyto go cudownej miękkości skórą etiopskich owiec. Ten sam materiał wykańcza owalne poduszki z pianki termokształtnej. Regulacja długości odbywa się poprzez wsuwanie końców pałąka do wnętrza muszli, a całość w żądanej pozycji utrzymuje system zapadek. Muszli się nie składa ani nawet nie skręca. Nic nie szkodzi, włożone do filcowego etui, okazują się zaskakująco płaskie.
W słuchawkach zastosowano podwójny odpinany kabel o długości 1,2 m. W przeciwieństwie do większości modeli na rynku, zrezygnowano z mikrojacków na rzecz obrotowych wtyków podobnych do ODU. Patent ten zapobiega plątaniu się przewodu, ale też utrudnia jego samodzielną wymianę na coś bardziej wyrafinowanego. Raczej jednak nie będzie takiej potrzeby, bowiem kabel dobrano specjalnie pod kątem własności brzmieniowych.
Przewód z miedzi beztlenowej, dla większej sztywności i trwałości, zamknięto w stalowym oplocie, widocznym przez bezbarwną koszulkę. Od strony źródła zwieńcza go kątowy metalowy wtyk, przystosowany do sterowania smartfonami.
Na prawej odnodze znalazł się uniwersalny jednoprzyciskowy pilot, zintegrowany z mikrofonem. Producent napisał nawet aplikację na smartfony, służącą do konfiguracji słuchawek. To na wypadek, gdyby ktoś był na tyle szalony, by słuchać przez nie muzyki z telefonu.

2027032017 002Odpinany kabel z obrotowymi wtyczkami

 


Przetworniki w „Czarnej perle” mają 30 mm średnicy. Membrany wykonano z mylaru pokrytego tytanem, a do napędu wykorzystano silne magnesy neodymowe (NdFeB). Mając na względzie ewentualne wielogodzinne odsłuchy i idące za tym nieobojętne dla organizmu promieniowanie elektromagnetyczne, w słuchawkach zastosowano ekranowanie z mumetalu (stop żelaza, niklu, miedzi, chromu i molibdenu). Redukuje ono szkodliwe promieniowanie aż o 98 %.
Ultrasone M Black Pearl to konstrukcja nauszna zamknięta. Dzięki dobremu dopasowaniu poduszek do uszu, słuchawki nieźle izolują od otoczenia, choć w przerwach między utworami słychać było zapowiedzi przystanków w środkach komunikacji miejskiej. W drugą stronę praktycznie nie przedostaje się nic.


Towarzystwo
Z parametrów technicznych wynika, że „Czarna perła” sporo wymaga od sprzętu towarzyszącego. Skuteczność wynosi 99 dB, co, jak na słuchawki w ogóle, a konstrukcje przenośne w szczególności, nie jest wartością oszałamiającą. W efekcie, przy pierwszym kontakcie Ultrasone wydają się znacznie cichsze od innych. Wymagają zatem solidnego wzmacniacza.
Idealnym partnerem będzie „sandwicz”, złożony z przenośnego odtwarzacza i wzmacniacza. Ciężki i rozpychający kieszeń, ale nie ograniczający potencjału brzmieniowego. Inne wyjście to mocny odtwarzacz plików, natomiast używanie nauszników Ultrasone, podłączonych bezpośrednio do smartfonu, powinno być karane galerami.
Zanim znajdziecie odpowiednie urządzenie, musicie poddać słuchawki kilkunastogodzinnemu wygrzewaniu. Wyjęte z pudełka, brzmiały trochę za lekko, jednak już po kilku sesjach wspięły się na właściwy poziom. Wstępne wygrzewanie i możliwie najlepszy sprzęt towarzyszący mają znaczenie o tyle, że „Czarna perła” gra…

2027032017 002Słuchawki za 3000 zł
w kartonowym pudełku?
Można i tak...

 


Wrażenia odsłuchowe
… jak prawdziwe kolumny. No, prawie.
Charakter brzmienia różnił się od wszystkich nauszników, z jakimi dotąd miałem do czynienia. Chodzi nie tyle o barwę, detaliczność czy dynamikę, choć i tutaj jest na czym ucho zawiesić, lecz przede wszystkim o rozmach i niewymuszoną potęgę, cechujące właśnie dobre kolumny.
Zupełnie inaczej kreowana jest scena. Nie, dźwięki nie dochodzą z przodu, jak przy słuchaniu przez głośniki; tak dobrze to jeszcze nie jest. Jednak zamiast niewielkich półkul, zwyczajowo otaczających uszy, miałem do czynienia z dźwiękiem oderwanym od głowy.
Scena była szeroka, obszerna, a źródła pozorne ogniskowane dokładnie. Zauważalne to było zwłaszcza w czasie odsłuchu albumu „Dr. Chesky’s Binaural Sound Show”, na którym realizator bawi się ze słuchaczem zmianą lokalizacji dźwięków, w tym ich odległości od głowy. Wszystkie jego sztuczki były doskonale czytelne.


Zresztą, słuchawki Ultrasone są wrażliwe na jakość nagrań. Nie w tym sensie, że piętnują ich wady; przeciwnie – podkreślają zalety. Jednak kiedy słuchałem na nich ulubionych płyt rockowych i bluesowych, to pomimo ich niewątpliwych wartości artystycznych, gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że marnuję czas. „Czarna perła” nie była mi dana na wieczność. Słuchając epickich solówek Joe Bonamassy, nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że równocześnie umyka mi coś naprawdę ważnego. „Życie jest za krótkie na słuchanie byle czego” i słuchawki Ultrasone potwierdziły tę maksymę.
W najwyższej jakości nagraniach audiofilskich zaczynały się prawdziwe czary. Wspomniana na początku swoboda zupełnie nie pasuje do niewielkich słuchawek mobilnych. Brzmienie Ultrasone cechują potęga i brak skrępowania charakterystyczne dla sporych podłogówek za znacznie większe pieniądze. Choć trudno w to uwierzyć, pasmo przenoszenia, rozpoczynające się od 10 herców, nie jest czczą obietnicą. Głęboki i świetnie kontrolowany bas przekazywał wszystkie informacje nagrane na płycie. Z równą pewnością radził sobie w nagraniach organowych, wielkich orkiestrach symfonicznych, jak i elektronicznie generowanych pomrukach Vangelisa. O mistrzowskich popisach jazzowych kontrabasistów wspominam tylko z kronikarskiego obowiązku.

2027032017 002Tajemnica niezwykłego brzmienia
Ultrasone.

 


Rozpościerająca się powyżej plastyczna średnica odsłaniała liczne niuanse. Fizjologiczne odgłosy towarzyszące śpiewaniu, „hydrauliczne” dźwięki wydawane przy okazji dęcia w saksofony czy też miękkie, nylonowe struny gitar klasycznych brzmiały jak żywe.
Prawdziwym tour de force okazały się jednak wysokie tony. Tu już można mówić o śmiałym przekroczeniu umownej granicy hi-endu. Nie było to, bynajmniej, uwypuklenie blach perkusji. Barwa, doświetlenie, gradacja i zasięg nasuwały skojarzenia z bardzo dobrymi kolumnami. Mówienie o wyrafinowaniu jest w tym przypadku w pełni uzasadnione.
Brzmienie „Czarnej perły” jest czyste, wyważone i cechuje je neutralność bliska doskonałości. Gdyby nie typowe dla słuchawek umiejscowienie sceny, barwa i charakter brzmienia w pełni przypominałyby słuchanie przez kolumny.
Mimo że makrodynamika w dużej mierze będzie zależeć od sprzętu towarzyszącego, to „Czarna perła” kontrolnie podłączona do stacjonarnego wzmacniacza słuchawkowego nie przejawiała jakichkolwiek ograniczeń. Natomiast mikrodynamika to już klasa mistrzowska. Szybkość reakcji przypominała monitory, przy czym niejedna konstrukcja renomowanej manufaktury mogłaby pod tym wzglądem uznać wyższość Ultrasone.
Efektem ubocznym dłuższego obcowania z „Czarną perłą” jest bolesny powrót do dotychczasowych słuchawek. To, co jeszcze do niedawna wydawało się ekscytujące, teraz ma zabarwienie flaków z olejem. Niegdysiejsi faworyci brzmią płasko, ze ściśniętą sceną i bez wigoru. Ponowne włożenie nauszników Ultrasone można porównać do odsunięcia ciężkich zasłon i wpuszczenia świeżego powietrza do zatęchłego pomieszczenia. Tym właśnie różni się prawdziwy hi-end od reszty audiofilskiego świata.

2027032017 002Trzeba się dobrze przyjrzeć,
by zauważyć, że to nie słuchawki
z supermarketu.

 


Konkluzja
Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak hymn pochwalny, ale Ultrasone Edition M Black Pearl to wybitne słuchawki przenośne, które spokojnie posłużą przez lata. Fakt, kosztują niemało, ale zamiast szukać miodu, zmieniać i dopłacać do kolejnych modeli, lepiej się raz wykosztować i mieć temat z głowy. Kiedyś i tak do nich dojdziecie, a jednorazowa operacja po prostu wyjdzie taniej.

 

Ultrasone BlackPearl o

 

 

 

 

 



Mariusz Zwoliński
Źródło: HFM 03/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF