fbpx

HFM

artykulylista3

 

Boulder 2110

066 073 Hifi 09 2018 001
Audiofilia to poważna choroba. Cierpiący na nią żyją z poczuciem ciągłego niespełnienia. Poszukują ideału, który nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Przed kilkoma laty pewna amerykańska firma opracowała bardzo drogie lekarstwo, którego systematyczne zażywanie kładzie podobno kres wszelkim cierpieniom i definitywnie kończy ból poszukiwań. Owo lekarstwo nazywa się Boulder 2110. Jest kosztowne i dostępne bez recepty.

Boulder 2110 jest następcą modelu 2010 – przedwzmacniacza produkowanego bez żadnych zmian przez 17 lat. To z pewnością ewenement w branży hi-fi, wystawiający firmie najbardziej wiarygodne świadectwo jakości. No, ale nic nie trwa wiecznie, nawet u Bouldera. W roku 2013 rozpoczęła się reforma serii 2000. Od tego czasu nowe urządzenia funkcjonują pod zbiorczym szyldem 2100, a ich rodzaj definiuje cyfra dziesiątek w symbolu – w przypadku przedwzmacniacza jest to jeden.
Ze starego modelu zachowano tylko bardzo ogólne cechy, takie jak podział na dwa oddzielne moduły – elektronikę i zasilacz, rozbudowaną funkcjonalność (teraz z kilkoma dodatkami) oraz układ panelu frontowego. Całe wnętrze zostało opracowane niemal od zera.



Budowa


Moduły
O wielu konstrukcjach można powiedzieć, że mają budowę modułową, ale do niewielu określenie to pasować będzie bardziej niż do Bouldera 2110. W największym skrócie, urządzenie składa się z czterech elementów: zasilacza, części logiczno-sterującej oraz dwóch bloków ze ścieżką sygnałową – oddzielnych dla każdego kanału. A to i tak tylko widok z zewnątrz, ponieważ znacznie więcej modułów znajdziemy w środku.
Dla porządku zaznaczmy, że formalnie mamy do czynienia z dwoma urządzeniami. Jednym jest zasilacz 2100, a drugim przedwzmacniacz 2110. W praktyce, mówiąc o 2110, i tak będziemy mieli na myśli komplet – zgodnie zresztą z zamysłem samego producenta. Oba elementy w wersji oddzielnej są bowiem bezużyteczne.

066 073 Hifi 09 2018 002

Duży wyświetlacz matrycowy
za paskiem lustrzanego szkła.

 


Zasilacz
Zasilacz nie ma żadnych opcji obsługowych. Z przodu, poza firmowym logo, umieszczono jedynie diodę sygnalizującą białym kolorem prawidłowość wszystkich połączeń i gotowość do pracy. Z tyłu znajduje się gniazdo zasilania z wyłącznikiem głównym i dostępem do bezpiecznika.
Urządzenie wyposażono w trzy wyjścia: oznaczone jako digital (przeznaczone do zasilania modułu centralnego) oraz R-Audio i L-Audio – do przyłączenia bloków sygnałowych każdego kanału. Aby całość zadziałała, należy jeszcze aktywować każde wyjście z osobna, do czego służą trzy małe przełączniki obok gniazda zasilania. Do komunikacji systemowej służy wejście typu mały jack.
Producent przestrzega, żeby się nie pomylić przy podłączaniu, ale byłoby to trudne. Gniazda i wtyki do części sygnałowej mają inny układ i liczbę pinów niż sekcja „cyfrowa”. Jedyny błąd, jaki można popełnić, to pomylenie lewego kanału z prawym. I choć nie grozi to żadnymi przykrymi konsekwencjami, instrukcja obsługi (licząca notabene aż 103 strony) na wszelki wypadek łopatologicznie obrazuje schemat prawidłowych połączeń. Swoją drogą, ciekawe, ile zająłby „manual” do wzmacniaczy Naima, gdyby przyszło go napisać Boulderowi.
We wnętrzu zasilacza można zidentyfikować cztery moduły. Pierwszy i drugi są identyczne: to ekranowany toroid i płytka drukowana z mostkiem prostowniczym, czterema dużymi kondensatorami (producent twierdzi, że wszystkie mają po 1800 μF, ale wyraźnie widać, że dwa są większe a dwa mniejsze) oraz elektroniką wspomagającą. Oba kończą się gniazdami, do których podłączamy bloki prawego i lewego kanału. Trzeci moduł to także oddzielny ekranowany toroid plus płytka z elektroniką i trzema kondensatorami o łącznej pojemności 46200 μF. Tworzy on linię do zasilania modułu centralnego (sterującego).
Ekrany transformatorów wykonano ze specjalnie zaprojektowanego kompozytu, eliminującego szum – a warto pamiętać, że trafa używane przez Bouldera i tak przechodzą restrykcyjną kontrolę jakości. Prawdopodobieństwo wystąpienia śladowego nawet brumienia jest w tym urządzeniu zerowe.
Czwarty moduł zasilacza nie ma wyjścia, ponieważ obsługuje tryb uśpienia. W tym elemencie transformator zamontowano już bezpośrednio na płytce drukowanej. Aby każdemu się utrwaliło, podkreślmy to jeszcze raz: Boulder 2110 to preamp z czterema transformatorami. Zjawisko nader rzadkie.
Każdą linię zasilającą chroni układ, który w przypadku wykrycia jakichkolwiek nieprawidłowości (np. przegrzania powyżej bezpiecznego progu) automatycznie odcina napięcie i sygnalizuje problem zmianą koloru diody kontrolnej z białego na czerwony.

066 073 Hifi 09 2018 002

Wyjątkowo dokładna
obróbka aluminium – jak na
ultra hi-end przystało.

 


Część sygnałowa
Zasilacz domyślnie stanowi dolną część urządzenia, choć nic nie stoi na przeszkodzie, aby górę i dół umieścić obok siebie lub wręcz zamienić miejscami (pod warunkiem, że skorzystamy z oddzielnych półek na stoliku). Domyślna góra, czyli sekcja sygnałowa nie stanowi bynajmniej monolitu, lecz składa się z trzech oddzielnych, choć fabrycznie połączonych ze sobą części.
Front i podstawa do moduł centralny, odpowiedzialny za sterowanie wszystkimi funkcjami użytkowymi, pracę wyświetlacza i kontrolę ścieżki sygnałowej. Oferuje on rozbudowane opcje obsługi. Oprócz pokrętła regulacji

siły głosu, znalazło się na nim aż 14 przycisków, umożliwiających bezpośredni dostęp do każdego z wejść (po lewej stronie) oraz aktywującego wyciszenie, zmianę polaryzacji w każdym kanale, balans, regulację jasności wyświetlacza oraz wejście do menu w celu samodzielnej konfiguracji funkcji (to siedem przycisków po prawej stronie).
Użytkownik może zaprogramować nazwy każdego wejścia, różne opcje zrównoważenia kanałów, przełączać między trybem normal i theater (pomijającym wewnętrzną regulację głośności), ustawić krok regulacji siły głosu (0,1, 0,5 i 1 dB), a także zakres trybu wyciszenia (całkowite lub dowolne częściowe).
Wyświetlacz został przykryty rozciągającym się na całą szerokość przedwzmacniacz paskiem szkła typu Pyrex z lustrzaną powłoką.
Z tyłu znajdziemy jedynie gniazdo zasilania, gniazda komunikacji systemowej Boulder Link i złącze Ethernetu, służące do kontroli urządzenia za pośrednictwem protokołów internetowych.
Regulację siły głosu kontroluje układ scalony typu CMOS. Otrzymane żądanie przetwarza on na wybór odpowiedniej ścieżki w drabince rezystorowej. Nic więcej na ten temat nie wiadomo, ale zastosowane rozwiązanie eliminuje jakiekolwiek akustyczne efekty uboczne, towarzyszące przełączaniu rezystorów.
Układem logicznym w module centralnym zarządza zespół czterech mikroprocesorów i trzech kości pamięci typu F-RAM (Ferroelectric Random Access Memory). Zapewniają one ultraszybką obsługę procesów zapisu oraz zdolność do obsługi procesów zapis-usuwanie z o wiele większą częstotliwością niż klasyczne pamięci flash.
Do modułu centralnego przymocowano dwa bloki, mieszczące ścieżkę sygnałową każdego z kanałów. Jednak patrząc na tylną ściankę całego urządzenia, można odnieść wrażenie, że coś tu nie gra. Być może bardziej wnikliwi czytelnicy też zauważyli pewien problem: nie widać żadnego elementu komunikacji pomiędzy obudową sekcji sterującej i modułami sygnałowymi. Skąd więc wyjścia liniowe mają „wiedzieć”, jaki poziom wysterowania wysłać do końcówki mocy? Otóż wiedzą, bo informacja jest przesyłana drogą optyczną. Nie widać tego na zdjęciach, ale obie sekcje wyposażono w układ „widzących się” nawzajem optycznych przekaźników i czujników.
Preamp posiada sześć zbalansowanych wejść oraz aż cztery zbalansowane wyjścia. Jedno z nich, oznaczone jako AUX, można zaprogramować albo do pracy w pętli z wybranym wejściem w trybie nieregulowanym, albo jako jeszcze jedno wyjście do końcówki mocy. Zwykłe połączenie nie wystarcza? Boulder jest gotowy na bi-amping. Bi-amping to za mało? Niech będzie tri-amping. A może quatro-amping? Tak, tutaj i to jest możliwe.

 

066 073 Hifi 09 2018 002

Boulder od przodu – widać podział na dwa główne moduły.

 


993S
W każdym z bloków sygnałowych umieszczono po sześć modułów wzmocnienia 993S. Zauważyłem, że we wszystkich materiałach promocyjnych (za wyjątkiem szczegółowej specyfikacji technicznej) symbol 993S jest traktowany jako informacja nie wymagająca wyjaśnień. Jakby każdy audiofil miał wiedzieć, co owo 993S oznacza. A to wiedza, którą mają tylko fani marki Boulder, ponieważ 993S nigdzie indziej w przyrodzie nie występuje. Stanowi on nową generację modułu 993, stosowanego w nieprodukowanym już preampie 2010.
993S to w pełni dyskretny układ wzmacniający, zamknięty w ekranie o kształcie płaskiego prostopadłościanu. Ma niezwykle wyśrubowane niskoszumowe parametry i bardzo wysoką wydajność prądową. Każda połówka sygnału zawiera trzy takie moduły, co daje wspomniane sześć sztuk na kanał i dwanaście na całe urządzenie.
W każdym bloku sygnałowym identycznie wyglądających modułów jest jednak nie sześć, lecz dziesięć. Cztery dodatkowe można odróżnić tylko po napisach. Jeden z nich obsługuje wyjście aux, a trzy pozostałe – siłę głosu dla każdego z trzech dostępnych kroków (wspomniane 0,1 dB, 0,5 dB oraz 1 dB). Nie wiedzieć jednak czemu, na module dla jednego decybela widnieje napis „8.0 dB”.
Każde wejście jest obsługiwane przez parę przekaźników i ma bardzo wysoką impedancję 333 kiloomów. Zapewnia to spory zapas, nawet przy podłączaniu najmniej kompatybilnych źródeł. W ścieżce sygnałowej widać kilka tranzystorów bipolarnych, które – według producenta – w zastosowaniach tak zaawansowanych sprawdzają się o wiele lepiej niż klasyczne FET-y. Cały układ jest w pełni zbalansowany i zmontowany powierzchniowo.

066 073 Hifi 09 2018 002

Boulder od góry – widać jeszcze dwa moduły sygnałowe: prawego
i lewego kanału.

 


Sprzężenie
Boulder w swoich urządzeniach wykorzystuje pętle sprzężenia zwrotnego. Wielu producentów hi-end podąża drogą ich eliminacji. Kto ma rację? Ta dyskusja staje się już powoli nudna, ale dla spokoju sumienia dodajmy do niej mały komentarz obrazujący stanowisko amerykańskiego producenta. Konstruktorzy Bouldera twierdzą, że żadna opcja sama w sobie nie gwarantuje sukcesu. Brak sprzężenia wymusza ekstremalnie wysoką precyzję montażu oraz użycie komponentów odpowiedniej, czyli bardzo dobrej i powtarzalnej jakości. Zastosowanie sprzężenia nie sprawdzi się z kolei, jeśli układ nie jest odpowiednio szybki – co także wymaga precyzji montażu oraz komponentów o wyśrubowanych parametrach. Czyli – w sumie – na jedno wychodzi: wszystko się rozbija o jakość wykonania, a nie o rodzaj rozwiązania.
Daleki jestem od faworyzowania lub deprecjonowania któregoś podejścia, choć podejrzewam motyw, jakim jeszcze mogli się kierować inżynierowie Bouldera. Jeśli skonstruujemy dwa równie doskonałe układy (jeden ze sprzężeniem, a drugi bez) i oba „zagrają” równie dobrze, to czynnikiem decydującym o słuszności wybranej drogi może się okazać… upływ czasu. Wiadomo, że każdy element układu elektronicznego się starzeje, ale nawet przy skrajnie restrykcyjnej kontroli jakości nie sposób zagwarantować, że wszystkie będą się starzały równomiernie. Jeżeli mówimy o kilku latach intensywnej eksploatacji, to jeszcze nie będzie problemu, ale jeśli ktoś planuje pracę urządzenia na kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat, to z o wiele większym prawdopodobieństwem można przyjąć, że jako pierwszy zacznie się „rozjeżdżać” dźwięk w układzie pozbawionym sprzężenia. A teraz przypomnijmy sobie legendarną długowieczność Bouldera – może o to właśnie chodzi?

066 073 Hifi 09 2018 002

Oba bloki można postawić obok siebie,
jeśli stolik jest odpowiednio szeroki.

 


Obudowa
Przedwzmacniacz 2110 jest potwornie drogi, ale też i na taki wygląda. Konstrukcja obudowy opiera się na trzech fundamentach: dążeniu do eliminacji rezonansów mechanicznych, skuteczności odprowadzania ciepła oraz wierności firmowej estetyce. Wszystkie elementy obudowy są przygotowywane w fabryce Bouldera, wyposażonej w zaawansowaną obrabiarkę CNC. Do frezowania używa się aluminiowych bloków o odpowiednich grubościach, a precyzję cięcia producent deklaruje na poziomie między 0,001 a 0,005 cala – w zależności od potrzeb. Oba moduły stoją na wyrafinowanych nóżkach. Każda z nich jest wykonana z dziewięciu części, tworzących kilkuwarstwowy układ absorpcyjny.

066 073 Hifi 09 2018 002

Do transmisji sygnału służą
wyłącznie XLR-y.

 


Konfiguracja systemu
Odsłuch urządzenia tej klasy to wyzwanie natury zarówno logistycznej, jak i audiofilskiej. Po pierwsze, opcja inna niż odsłuch u dystrybutora jest skomplikowana, bo organizacja, transport i instalacja systemu odpowiedniego dla przedwzmacniacza za 240 tysięcy złotych jest trudna, a w rezultacie daje praktycznie to samo, co wizyta w salonie.
Polski dystrybutor Bouldera przygotował zestawienie, którego łączną cenę nawet bałem się oszacować. Dzielone źródło składało się z transportu Accustic Arts Drive II oraz podłączonego do niego kablem Jorma Digital przetwornika Soulution 760 DAC. W roli przedwzmacniacza wystąpił oczywiście bohater testu – Boulder 2110, a do porównań dysponowałem Soulution 725. Końcówka mocy to również Boulder – testowany u nas przed kilkoma miesiącami fantastyczny model 1160. Ostatnim elementem toru były kolumny podłogowe Marten Coltrane 2.
Okablowanie sygnałowe i głośnikowe stanowiły przewody Jorma Statement. Okablowanie zasilające również pochodziło od Jormy (Prime Power i Engstrom Power), a wszystkie urządzenia zostały podpięte do kondycjonera Gigawatt PC-4 EVO. To wszystko w komplecie musi zrobić wrażenie na każdym. Nie ukrywam, że kiedy wszedłem do tak przygotowanego pomieszczenia odsłuchowego, nogi się pode mną ugięły.
Procedura odsłuchowa była w tej sytuacji w miarę klarowna. Opis brzmienia przedwzmacniacza oznaczał porównanie typu A-B. W tym konkretnym przypadku chodziło o przełączanie pomiędzy Boulderem 2110 a służącym jako punkt odniesienia Soulution 725.

066 073 Hifi 09 2018 002

Gniazda części centralnej
i modułów sygnałowych różnią się ilością pinów.

 


Wrażenia odsłuchowe
Nie chcę niniejszego opisu zamienić w szczegółowe porównanie przedwzmacniaczy Bouldera i Soulution, ale myślę, że krótki wniosek na wstępie będzie jak najbardziej na miejscu. Szwajcarskie urządzenie gościłem zresztą niecały rok temu u siebie w domu (oczywiście w innej konfiguracji), więc tym bardziej kilka słów mu się należy. Soulution 725 jest wprawdzie wyraźnie tańszy, ale to z pewnością ta sama, ultra high-endowa liga. Różnica jakości na tym poziomie przestaje się liczyć, bo jakość jest po prostu z założenia wybitna. Tutaj bardziej liczy się osobiste wrażenie.
Na poziomie wrażenia różnica okazała się czytelna. Soulution celował raczej w słuchacza szukającego płynności, a Boluder – w miłośnika precyzji. Stanowczo przestrzegam jednak przed wyciąganiem pochopnych wniosków, jakoby Boulderowi miało brakować płynności, a Soulution dokładności. Dla zwykłego śmiertelnika zabrzmi to pewnie jak herezja, ale każdy śmiertelnik niezwykły (tutaj: audiofil) wie, że w urządzeniach tej klasy różnice bywają naprawdę minimalne. W obu omawianych przypadkach brzmienie było perfekcyjne, a zaobserwowana różnica to skala być może rzędu jednego procenta.
Wracając do samego Bouldera – jego odsłuch okazał się doświadczeniem, które zapamiętuje się na długo. Nie tylko dlatego, że to najdroższy przedwzmacniacz (i najdroższy system), jaki dotąd testowałem, ale przede wszystkim z uwagi na poziom brzmieniowego realizmu, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. To, co się rozegrało na scenie przede mną, nie było podobne do jakiegokolwiek innego epizodu w mojej dotychczasowej recenzenckiej karierze. Ale po kolei, bo wrażeń było tyle, że warto je uporządkować.
Już przy pierwszym utworze wiedziałem, że Boulder bije wszelkie rekordy w dziedzinie mikrodynamiki. Każde trącenie struny czy dotknięcie klawisza pojawiało się i znikało z niewiarygodną prędkością. Oczywiście, nie ma mowy o przyspieszeniu tempa samej muzyki; chodzi raczej o supersprężystość pojedynczych dźwięków. Mikrodynamika jest tak bardzo odczuwalna dlatego, że Boulder lubi grać zdecydowanie, mocno i odważnie. Potrafi wprawdzie oddać delikatność, ale swoje prawdziwe oblicze pokazuje w głębokich barwach i dobitnym rytmie.
Po mikrodynamice uwagę przyciąga rozdzielczość. Zadaniem każdego preampu jest przekazanie do końcówki mocy kompletnej treści otrzymanej ze źródła i Boulder w pełni się z niego wywiązuje. To, co dalej będzie się działo z informacjami, zależy już bardziej od reszty toru. Na szczęście, akurat w tym przypadku bogactwo szczegółów zostało zachowane do samego końca, ku wielkiej uciesze słuchacza.
Jednym z bardziej wyrazistych elementów tego brzmienia jest czystość. Tak wiele razy pisałem już o tej wartości, że teraz nie wiem, jakich słów użyć, aby nie zdeprecjonować osiągnięć innych producentów, a jednocześnie oddać wybitność Bouldera. Czystość w tym przypadku opisałbym nie jako brak podkolorowań, lecz raczej jako przejrzystość podkreśloną czarnym tłem.

066 073 Hifi 09 2018 002

Uchwyty do wysuwania
szuflady z układem
elektronicznym należy
traktować jako element wzorniczy – firma nie przewiduje opcji demontażu
urządzenia poza autoryzowanym
serwisem.

 


Powyższe cechy budują obraz realizmu, który określiłbym jako wiodącą charakterystykę Bouldera. Amerykański przedwzmacniacz oddaje muzyczną prawdę bez żadnej cenzury. Pokazuje każdy dźwięk, szmer czy pogłos nagrany na płycie. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobrymi się zachwycimy, słuchając znakomicie zrealizowanego wokalu. Realizm głosu Grażyny Auguścik czy Melody Gardot robi ogromne wrażenie, a zarazem ujmuje. Ale z równą żarliwością Boulder pokaże każdą niedoróbkę realizatora.
Tutaj wkraczamy na grunt dość grząski, czyli jakość nagrań. 2110 należy do urządzeń prześwietlających dostarczony sygnał. Mówiąc po ludzku: potrafi boleśnie zdziesiątkować płytotekę. Z każdego krążka wyciągnie wszystko – przy świetnych zachłyśniemy się ze szczęścia, ale przy gorszych całą paletę najmniejszych nawet niedociągnięć dostaniemy na srebrnej tacy. No, ale jakże ma być inaczej, skoro mówimy o przedstawicielu elitarnego kręgu najwybitniejszych przedwzmacniaczy na świecie?
Wydawać by się mogło, że urządzenie klasy Bouldera, wpięte w odpowiedni system, będzie dokonywać basowych cudów. W praktyce okazało się jednak, że cudów nie ma – w pozytywnym znaczeniu tej konstatacji. Otóż Boulder nie tworzy bytów sztucznie pogłębianych w dole pasma. On stawia na dyscyplinę i kontrolę niskich tonów. Przez to dźwięku w żadnym wypadku nie da się określić jako przyciemnionego, a równocześnie doświadcza się pełnej satysfakcji z siły basu. Mamy tu klasyczny przykład zdroworozsądkowego podejścia. Choć skala dołu pasma jest ekstremalnie szeroka, to ostatnią rzeczą, jaką chciałby osiągnąć konstruktor, wydaje się jej nadmierne eksponowanie.
W kwestii stereofonii nie będę próbował wydawać zdecydowanej oceny. Moim zdaniem, główna odpowiedzialność za ten aspekt spoczywa na kolumnach i akustyce pomieszczenia, następnie na źródle, później na końcówce mocy i dopiero na końcu – na przedwzmacniaczu. Scenę w testowym systemie charakteryzowały fantastyczna głębia i precyzja, z mniejszym jednak naciskiem na szerokość. Boulder na pewno przyczynił się do pokazania takiego obrazu. Trudno jednak przesądzać, w jakim zakresie go odtwarzał, a w jakim kreował.
Pisałem wcześniej o szokującym poziomie mikrodynamiki. Dynamikę w skali makro przyszło mi docenić nieco później. Na ten aspekt zwróciłem uwagę dopiero przy nagraniu orkiestrowym, a konkretnie – przy utworze, który nigdy mi się nie nudzi – „Fatum” Czajkowskiego pod batutą Antala Doratiego. Boulder z łatwością oddał klimat tej fantazji. Wiem, że to niezbyt popularna kompozycja, ale warto po nią sięgnąć z uwagi na potęgę sekcji dętej, która bezlitośnie weryfikuje makrodynamikę każdego urządzenia. Tutaj nie było żadnego „ale”. W mocnym wstępie przeszły mnie ciarki, a w rozbudowanej części finałowej poczułem się niczym znokautowany bokser, który za chwilę straci przytomność.
Ocena muzykalności wprawia mnie w pewne zakłopotanie. Jeśli ją mierzyć podobieństwem do klimatu lampowego, to określiłbym ją jako „zerową”. Natomiast jeśli przyjąć skalę muzycznego realizmu – wtedy należy ją nazwać „absolutną”. Problem polega na tym, że w ogóle nie miałem ochoty niczego mierzyć. Słuchanie Bouldera stawiało pod znakiem zapytania sens poszukiwania odpowiedzi na pytanie o istotę muzykalności. Tutaj po prostu zagrała prawdziwa muzyka. Do jednych może takie podejście przemawiać bardziej, do innych mniej. Jeśli ktoś zarzuci amerykańskiemu preampowi brak romantycznej miękkości – to na pewno będzie miał rację. Ale jeśli ten ktoś powie, że przez to Boulder nie jest muzykalny, to już racji miał nie będzie. Bo jeśli prawdziwa muzyka nie jest muzykalna, to co jest?
Zamiast umownych rozważań o muzykalności lepiej się skoncentrować na średnicy. Konstruktorzy Bouldera wyznaczyli sobie bardzo trudne zadanie. Mamy przecież dobitny rytm, kosmiczną energię, precyzyjne kontury i bezlitosną przejrzystość. Żadna z tych cech sama w sobie nie wspomaga sposobu wypełnienia dźwięków barwami. No, ale przecież wysoki budżet nie oznacza, że wszystko będzie łatwe. Przeciwnie, im bardziej zbliżamy się do audiofilskiego absolutu, tym trudniej wycyzelować każdy szczegół z równym mistrzostwem. Ale skoro ustaliliśmy, że Boulder gra mocno i dokładnie, to w końcu przyszedł czas na dopisanie, że także doskonale operuje barwami średnicy. Wyraziste kontury nie oznaczają bowiem, że przestrzeń w ich środku musi być rozrzedzona. Referencyjna przejrzystość nie jest żadną barierą dla pokazania kryjącej gęstości barw czy operowania dowolnym stopniem ich nasycenia. Tak się właśnie dzieje w tym przypadku. Każdy instrument ma własną, niepowtarzalną fakturę. Każdy dźwięk jest pokazywany „mocno” – zarówno w przestrzeni, tempie, jak i w treści.

066 073 Hifi 09 2018 002

Aluminiowy pilot zapewnia
pełny dostęp do wszystkich funkcji.

 


Konkluzja
Brakuje audiofilskiego miodu? Owszem, ale to nie jest urządzenie adresowane do osób usiłujących dokonać korekty w systemie. To oferta dla tych, którzy są gotowi pójść na całość i którzy liczą się z poważnymi konsekwencjami. Dążąc do brzmieniowej prawdy, nie wiemy bowiem, czy nie okaże się ona okrutna. A okrutnej prawdy w przypadku Bouldera 2110 ukryć się nie da. Jeśli się na niego zdecydujecie, będzie to prawdopodobnie ostatni przedwzmacniacz w waszym życiu. Poczucie niespełnienia opuści Was na zawsze. Ból poszukiwań minie jak ręką odjął…

2018 09 28 16 43 16 066 073 Hifi 09 2018.pdf Adobe Reader

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mariusz Malinowski
Zdjęcia: Marcin Olszewski
Źródło: HFM 09/2018


Pobierz ten artykuł jako PDF