fbpx

HFM

artykulylista3

 

Heed Obelisk DT/DA

030 037 Hifi 02 2021 Strona 1 Obraz 0001„Zapomnij o hi-fi, pamiętaj o muzyce” – to przekorne hasło reklamowe węgierskiej manufaktury Heed Audio trafnie oddaje charakter zestawu Obelisk, złożonego z transportu CD i przetwornika c/a wielkości dwóch pudełek po butach.


Firma ulokowała się w Budapeszcie, a właściwie w Peszcie, na skraju dzielnicy skupiającej kiedyś zakłady przemysłowe, w którą od pewnego czasu z powodzeniem wdzierają się deweloperzy. Coś jak warszawski Służew. Naprzeciwko siedziby Heeda, gdzie kilkanaście osób ręcznie montuje cały asortyment, stanął luksusowy, otoczony zielenią kompleks mieszkalny Reviczky Park.
W Heed Audio praca wre, a zamówienia spływają z całej Europy. Sprzęt znad Dunaju wzbudza szczególne zainteresowanie w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Węgierskie urządzenia są niewielkie, estetyczne, atrakcyjnie wycenione i przeważnie dobrze grają. Czy to samo da się powiedzieć o testowanym dziś duecie, przekonamy się już za chwilę.

Na tabliczkach znamionowych umieszczono informację „Made in E.U.”, co znaczy, że nie można pobierać cła importowego w krajach Unii Europejskiej. Na kartonach też „Made in E.U.”, ale kto się przyjrzy dokładniej, zauważy na obudowie napis „Made in Hungary”. Hura! Polak, Węgier – dwa bratanki. Mimo to taryfy ulgowej nie będzie.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Gęsto upakowana wejściami
i wyjściami ścianka tylna Obeliska DA.

Trochę historii
Międzynarodowa kariera Heeda rozpoczęła się na początku XXI wieku od współpracy z brytyjskim dystrybutorem Ion Systems – firmą założoną przez Richarda Haya. Ten znany w branży brytyjski inżynier i manager na przełomie lat 60. i 70. XX wieku odpowiadał za konstrukcję wzmacniaczy w Radford Audio. Następnie został dyrektorem i głównym projektantem w Nytechu, który wprowadził cenione wówczas wzmacniacze: Nytech CTA252, CA202 oraz CA252. Później założył właśnie Ion Systems i postanowił opracować audiofilski wzmacniacz o możliwie niewielkich gabarytach.
Tak powstał Obelisk 1 o wymiarach określanych przez Brytyjczyków jako „shoe box size” (wielkość pudełka po butach), a mówiąc dokładnie – o szerokości połowy standardowego urządzenia hi-fi, czyli 22 cm. Mniej więcej w tym samym czasie, a więc w połowie lat 80. XX wieku, Cyrus wprowadził swój wzmacniacz One o podobnych proporcjach.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Wzorowa architektura wnętrza
przetwornika Obelisk DA.

 

Kiedy Ion Systems przestały produkować Obeliska, do firmy zgłosił się Huszti Zsolt z Budapesztu, zainteresowany kontynuacją produkcji na Węgrzech pod marką Heed. Wcześniej Huszti sprzedawał brytyjskie urządzenia, prowadząc firmę dystrybucyjną Zsolt Audio. Hay pomógł mu opracować strategię Heeda, a Obelisk pozostaje w katalogu do dziś, odradzając się w kolejnych wcieleniach. Obecne nosi nazwę Obelisk Si III. Serię uzupełniają: przedwzmacniacz Obelisk PRE, stereofoniczna końcówka mocy Obelisk PS, zasilacze zewnętrzne Obelisk PX, Obelisk X2 (przeznaczony do integry i podnoszący jej moc), Q-PSU i Orbit II do gramofonu oraz transport CD Obelisk DT i DAC Obelisk DA. Cała linia zachowała surowy, choć elegancki wygląd, nawiązujący do pierwszych angielskich Obelisków.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Produkowane w Polsce osobne
transformatory toroidalne dla części
analogowej i cyfrowej przetwornika.

 

W ofercie Heeda znajduje się ponadto wzmacniacz zintegrowany Elixir i pasujący do niego DAC Abacus. W serii Modular znajdziemy węższe wzmacniacze słuchawkowe Modular CanAmp II i Canalot III, przedwzmacniacze korekcyjne Questar i Quasar, a także DAC Modular Dactilus III.
Wyżej spozycjonowano linię Thesis. W jej skład wchodzą: końcówka stereo Gamma, monobloki Omega, przedwzmacniacze: Alpha, Lambda i PHI (gramofonowy), odtwarzacz CD (występujący także w opcji jako sam transport) oraz zasilacz Thesis PI.
Przetwornik cyfrowo-analogowy Obelisk DA to aktualnie szczytowy model DAC-a Heeda; w wyższej linii Thesis brak urządzenia tego rodzaju. Co ciekawe, nie został wyposażony tak dobrze, jak tańszy Abacus DAC, który obsługuje sygnał DSD128 i PCM do 384 kHz.
Konwerter jest dostępny w dwóch wersjach: czarnej i białej. Kiedy Heed wprowadzał białe wykończenie, uzasadnieniem było dopasowanie do kolorystyki koncernu Apple. Okazało się, że posiadacze komputerów Mac chętnie dokupują urządzenia towarzyszące wysokiej jakości, byle niewielkich rozmiarów i Heed wpadł im w oko. Był tylko jeden warunek: miał być biały.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Japońskie przekaźniki sygnałowe
Takamisawa.

Budowa
Heed Obelisk DA
Front Obliska DA ma grubość 10 mm i dociera od producenta zaklejony folią, zapobiegającą porysowaniu akrylowej powierzchni przy wyjmowaniu urządzeń z kartonu.
Przednia ścianka jest tak skromna, że aż uboga. Znajdują się na niej jedynie trzy srebrzyste przyciski. Pierwszy, oznaczony literą D, wygasza wyświetlacz, ale nie tylko. Przestawia urządzenie ze stanu „Static” do „Automatic” i odwrotnie. Kiedy zmienimy źródło w trybie „Automatic”, jego numer pojawi się na około 7 sekund, a następnie display zgaśnie.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Niemieckie kondensatory
filtrujące Mundorf MLytic, wykonane
na zamówienie firmy Heed.

 

Jedyna informacja, jaką można na nim przeczytać, to numer wejścia cyfrowego: od 1 do 5. Ani mru mru o częstotliwości próbkowania czy innych parametrach. Źródła wybiera się kolejnymi dwoma guziczkami. Proces przeskakiwania jest powolny, a zmianie towarzyszy charakterystyczny odgłos.
Po wygaszeniu niebieskiej cyfry na wyświetlaczu pozostaje już tylko mała kropeczka – znak, że urządzenie jest gotowe do pracy. Pojawieniu się sygnału na wejściu towarzyszy kliknięcie przekaźnika.
Obudowę wykonano z grubej blachy, która na rogach jest zagięta tak, że pozostały szczeliny. W pierwszej chwili można to uznać za niedoróbkę, ale kto się zastanowi, zrozumie, że grubej blachy inaczej się nie uformuje, a dzięki takiej technice obudowa jest sztywna. Pod spodem zamontowano cztery niewielkie nóżki z twardej gumy. Tutaj również umieszczono tabliczkę znamionową.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Wnętrze odtwarzacza CD
Obelisk DT.

Wspomnianych pięć wejść cyfrowych Obeliska DA to: koaksjalne RCA i BNC, dwa optyczne Toslink i asynchroniczne USB typu B.
Sygnał analogowy wyprowadzają dwa wyjścia RCA. To oznaczone jako Direct wyprowadza sygnał prosto z filtra dolnoprzepustowego zintegrowanego w DAC-u, więc teoretycznie będzie on czystszy i mniej przetworzony. Ceną za to jest niskie napięcie, nominalnie wynoszące zaledwie 1,25 V. Drugie wyjście jest buforowane i tak też oznaczone. Tutaj napięcie osiąga już 2,5 V, a więc nawet więcej niż standardowe 2 V. Heed sugeruje, by korzystać z niego w przypadku podłączenia pasywnego preampu.
Gniazdo zasilania to IEC, nad którym znajduje się mechaniczny włącznik. Nie przewidziano trybu standby. Przetwornik może pozostawać pod prądem przez cały czas, chyba że wyjeżdżamy na dłużej.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Napęd CD-ROM firmy ASATech
z optyką Sanyo.

Wnętrze
Po zdjęciu obudowy od razu rzucają się w oczy dwa transformatory toroidalne –jeden dla części cyfrowej, drugi – dla analogowej. Dostawcą jest polska filia norweskiej firmy Noratel, należąca do międzynarodowej grupy Acal. W Dobrej Szczecińskiej znajduje się największy zakład produkcyjny Noratela w Europie.
Następnie uwagę zwracają spore radiatory, na których zamontowano regulatory napięcia ST Microelectronics. Napięcie filtrują cztery pokaźne kondensatory MLytic o pojemności 10000 µF każdy, wykonane przez Mundorfa na zamówienie Heeda. Są to komponenty przeznaczone do stosowania w sprzęcie hi-fi (audio grade). Na płytce drukowanej przy froncie znalazły się układy sterujące.
Sygnały z wejść cyfrowych S/PDIF odbiera Cirrus Logic 8416-CSZ. DAC to  Wolfson Microelectronics WM8727 – przetwornik sigma-delta, który powstał z myślą o stosowaniu w odtwarzaczach DVD i amplitunerach AV. Układ, ceniony przez konstruktorów za niskie szumy, obsługuje sygnał maksymalnie do 24 bitów/192 kHz. To wystarczy, żeby odtworzyć około 80 procent dostępnych aktualnie plików muzycznych. Zawierającą go kartę Dactil 2.1 można będzie w przyszłości wymienić. Gwarantuje to modułowa budowa urządzenia. Spodziewam się, że Heed wprowadzi kiedyś DAC obsługujący częstotliwości próbkowania powyżej 192 kHz. Osobną kartę USB Audio 2.0 przeznaczono dla wejścia USB typu B.
Do Obeliska DA dołączony jest niewielki, poręczny pilot. Taki sam jak do transportu.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Płyta główna odtwarzacza,
układ zasilający na drugim planie
(tylna część urządzenia: niebieska
płytka i dalej pionowo).

Heed Obelisk DT
Transport DT ma identyczne wymiary co konwerter DA. Kiedy ustawimy je blisko siebie, wyglądają z daleka jak jedno urządzenie. Producent zaleca, by stawiać je na osobnych podstawach, ale jedna, byle solidna też wystarczy.
Sztywna obudowa ze stalowych płyt stoi na czterech nóżkach z twardej gumy – takich samych, jak pod przetwornikiem. Jak na niewielkie wymiary, napęd jest dość ciężki – waży 3,9 kg.
Na akrylowym froncie znalazło się sześć okrągłych, srebrzystych przycisków do sterowania podstawowymi funkcjami. Duży wyświetlacz pokazuje tylko numer ścieżki albo ich liczbę na płycie (jeśli napęd stoi) oraz czas trwania płyty bądź upływający czas utworu. W górnej części widać szufladę, która wysuwa się szybko i trochę hałasuje. Wczytywanie płyty CD odbywa się błyskawicznie – w trzy, cztery sekundy. Testowany egzemplarz miał jednak problem z odtwarzaniem nagranych plików MP3, choć w instrukcji znalazła się informacja, że obsługuje ten format. A jeśli już taką płytę wczytał i nią kręcił, to nic nie było słychać.
Z tyłu panuje minimalizm. Nad gniazdem zasilania zamontowano mechaniczny przełącznik kołyskowy. Sygnał wyprowadzają tylko dwa wyjścia cyfrowe: koaksjalne RCA i optyczne Toslink.
We wnętrzu znów widać toroidalny transformator Noratela i rozbudowany układ zasilania, dzielący się miejscem na jednej płytce z układem sterowania napędem. Ten ostatni to często stosowany CD-ROM firmy ASATech z optyką Sanyo. Poza fabrycznymi odtwarza wypalone płyty CD-R i CD-RW ze standardowym zapisem CD 16 bitów/44,1 kHz, którego specyfikację Red Book Philips i Sony określili w roku 1980. Odczytuje także zapisany na niektórych krążkach kod HDCD, ale żeby wykorzystać jego zalety, należy dysponować przetwornikiem wyposażonym w odpowiedni dekoder.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Tranzystory układu zasilającego
chłodzone dużymi radiatorami.

HDCD
Przy okazji warto wspomnieć, że kodek High Definition Compatible Digital (HDCD) został opracowany w latach 1986-1991 przez inżyniera dźwięku „Prof.” Keitha O. Johnsona i matematyka Michaela „Pflash” Pflaumera – obaj byli wówczas zatrudnieni w amerykańskiej firmie Pacific Microsonics. System polegał na kodowaniu i dekodowaniu danych, których nie zawierały zwykłe płyty CD, bowiem nie pozwalał na to opracowany przez Philipsa ówczesny standard konwersji 16 bitów/44,1 kHz. Inżynieria HDCD sprowadzała się do zamiany sygnału analogowego na cyfrowy o rozdzielczości 20 albo 24 bitów i częstotliwości próbkowania 44,1 kHz lub 88,2 kHz (a w późniejszej wersji także do 48, 96, 176,4 lub 192 kHz). W procesie dalszej obróbki cyfrowej następował downsampling do standardowych parametrów CD, przy czym sygnałowi towarzyszyła dodatkowa informacja HDCD. Tę jednak mogły dekodować tylko odtwarzacze wyposażone w specjalne układy PMD100 lub PMD200 produkcji Pacific Microsonics. Dzięki obróbce HDCD uzyskiwano poprawę dynamiki o około 6 dB i lepszą czytelność szczegółów.
Pierwsze płyty HDCD pojawiły się w roku 1995. Procesor AD/DA Pacific Microsonics Model One (obsługiwał tylko próbkowanie 44,1 i 88,2 kHz, które zwiększono w Modelu Two) był bardzo drogi. Kosztował 16000 dolarów, mimo że i tak producent sprzedawał go po kosztach, by wypromować format. Komercyjne studia nagraniowe nie widziały jednak sensu inwestycji w nowy sprzęt. Dopiero dotarcie PM do japońskich producentów doprowadziło do wyprodukowania tanich DAC-ów, które były montowane w niektórych odtwarzaczach CD i DVD. To skłoniło część wytwórni płytowych do wydawania nielicznych albumów ze znaczkiem HDCD, zwykle pod naciskiem samych artystów (choćby Neil Young).

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Skromna ścianka tylna
odtwarzacza.

Dlatego najłatwiej znaleźć płyty HDCD w katalogach takich wydawnictw, jak Reference Recordings, gdzie reżyserem dźwięku był Keith O. Johnson, szwedzka wytwórnia Opus 3, a także nieistniejąca już DMP Records. Główny inżynier DMP Tom Jung z powodzeniem testował wszelkie nowinki techniczne.
Konfiguracja systemu
Transport i przetwornik stanęły obok siebie na podstawie Troks, a ta – na granitowym stoliku. Oba elementy zasilały sieciówki Oehlbach XXL Series 25 Powercord, a łączył cyfrowy Oyaide DR-510. Sygnał analogowy z konwertera do wzmacniacza Marantz PM-10 płynął przewodami Monster Sigma Retro Gold. W teście wykorzystałem kolumny Sonus Faber Olympica Nova III, podłączone głośnikowymi Monsterami Sigma Retro Gold.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 5 Obraz 00024

Niewielki, lekki pilot w obudowie
z tworzywa steruje podstawowymi
funkcjami.

Wrażenia odsłuchowe
Plotka sprzed lat głosiła, że płyty ze znaczkiem HDCD brzmią lepiej niż tradycyjne, nawet jeśli nie dysponujemy specjalnym odtwarzaczem. To wrażenie mogło być autosugestią, bowiem nie ma technicznego wytłumaczenia. Natomiast fakt, że wiele płyt HDCD miało audiofilski rodowód, mógł powodować, że niektórzy słyszeli więcej. Po prostu były lepiej nagrane.
Przeprowadziłem eksperyment mało naukowy, porównując dwie płyty pianistki Lynne Arriale: „When You Listen” (1995) i „With Words Unspoken” (1996), nagrane przez Toma Junga i wydane przez DMP Records. Obie zrealizowane z wykorzystaniem techniki 20-bitowej, choć w różnych studiach. Ta druga ma znaczek HDCD, ale zasadniczej różnicy w brzmieniu czy w dynamice nie zauważyłem. Obie są świetnie nagrane, ale to cecha albumów DMP. Stabilnie osadzony w przestrzeni fortepian otaczała pobudzająca wyobraźnię aura. Tym intensywniejsza, że siedziała przy nim wyjątkowej urody artystka. Mięsisty kontrabas schodził nisko, a dźwięk pozostawał kontrolowany. Czynele perkusji wybrzmiewały, nasycając muzykę intensywnym rytmem. Starsza o rok płyta ma nawet więcej góry, bo tak zagrał na niej perkusista Steve Davis. Muzycznie jest ciekawsza. Może to też wpływa na ocenę brzmienia?
Autorski album „Songs We Know” Steve Davis nagrał w domowym studiu, do którego zaprosił saksofonistę Jeda Levy’ego, kontrabasistę Drew Gressa i gitarzystę Johna Harta. Przy miksowaniu i masteringu klasę znowu pokazał Tom Jung. Na obwolucie przeczytamy podziękowanie dla jego „najlepszych uszu na planecie”, wyrażone przez perkusistę. I rzeczywiście, album brzmi fenomenalnie. Do tego stopnia, że mógłbym uwierzyć, że słucham wersji SACD. Wszechogarniający rytm czyneli i bębnów, słodki tembr saksofonu, miękkie szarpnięcia strun kontrabasu i łagodna gitara czynią z niego wzorzec brzmienia jazzowego combo.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Silnie świecące cyferki
wyświetlaczy można wygasić.

 

Zachwyciła mnie nie tylko dynamika, ale i rozdzielczość wysokich tonów, umiejętnością budowania szerokiej i głębokiej sceny z dokładnie zdefiniowanym ulokowaniem instrumentów. Muszę podkreślić ich niezwykle naturalne brzmienie. Inżynierowie pracujący w studiach nagraniowych z konwerterem Pacific Microsonics Model Two uważali, że jest to urządzenie cyfrowe najbliższe analogowemu charakterowi dźwięku, z jakim mieli do czynienia. I to słychać do dziś.
Nieco inne podejście do nagrań miał Jan-Eric Persson z wytwórni Opus 3. Używał starych mikrofonów i lampowego sprzętu. Nagrywał w studiu na taśmę BASF, używając analogowego Telefunkena. Rezygnował z miksowania ścieżek. Dla niego najważniejszy był żywy przekaz – osiągnięcie wrażenia, jakby słuchacz był obecny w studiu, a muzycy grali tuż przed nim. Udawało mu się to uzyskać dzięki wyrafinowanej technice nagraniowej i specjalnemu ustawieniu mikrofonów, zwykle dwóch w układzie Blumleina plus mikrofony dodatkowe do instrumentów basowych. Słychać to choćby na płycie zespołu jazzu tradycyjnego The Swedish Jazz Kings „It’s Right Here For You”. Poziom adrenaliny szybko rośnie, a nóżka sama przytupuje. Bogactwo alikwotów z instrumentów dętych: puzonu, saksofonu sopranowego, trąbki, klarnetu oraz banjo i pianina wymasuje uszy każdemu audiofilowi.
Nie mogłem odmówić głosu samemu współtwórcy HDCD „Prof.” Keithowi O. Johnsonowi i jego realizacjom. Ten profesor w cudzysłowie to tytuł nadany mu przez środowisko inżynierów dźwięku. Nie bez powodu. Dallas Wind Symphony z Paulem Riedo przy organach dosłownie powala, grając „Wikingów” Arthura Willsa. Potęga tego nagrania wydaje się ograniczona jedynie możliwościami wzmacniacza i kolumn. W tym przypadku Sonus Faber dostał skrzydeł, a Marantz pokazał zapas mocy. W takich kompozycjach i porywającym wykonaniu dynamika nagrania prezentuje się w pełnej krasie. Niemały w tym udział cyfrowego źródła Heeda. Dęciaki w jazzowej orkiestrze uniwersytetu DePaula rozbłysły niczym diament, a solówka trąbki z tłumikiem była wymagającym testem spójności głośników wysoko- i średniotonowych. Efekt okazał się wyśmienity i, rzecz jasna, współtworzyło go źródło Heeda.

030 037 Hifi 02 2021 Strona 2 Obraz 0002

Heed nie zaleca piętrowego
ustawienia elementów.
Jego zdaniem zasługują na osobne,
solidne podstawy.

 

Jeżeli chodzi o „zwykłe” CD, to na pierwszy ogień poszło koncertowe nagranie Patricii Barber z chicagowskiego klubu The Green Mill, utrwalone na płycie „Companion”. Heed Obelisk podkreślił rytmikę jazzowego zespołu, a następnie osadził na mocnym, basowym fundamencie. Od tej podstawy odbijały się średnie tony gitary elektrycznej i wysokie perkusyjnych czyneli, których blask rozświetlał nagranie. Natomiast organy Hammond B3, przy których Patricia zasiadała na zmianę z fortepianem, zabrzmiały tak, jakby Heed został zaprojektowany specjalnie dla nich. Basowa podstawa nadała im odpowiednią masywność. Rytmika napędziła je do prędkości lukstorpedy, a wirujące głośniki Leslie przewiercały się przez ściany. Tak, mój pokój okazał się trochę za mały, więc ściany rozszerzyły się do rozmiarów klubu, by pomieścić stoliki i sto osób. To nic, że siedziałem akurat sam; sugestywność odczucia była przemożna. Melodeklamacja Barber pozostawała odpowiednio zróżnicowana, zależnie od tego, jak blisko artystka przysuwała się do mikrofonu. A niedoskonałości jej głosu były łagodzone z czułością. To z pewnością zasługa Heeda. Marantz SA-10 nie jest tak wyrozumiały.
Kiedy Heed dostał na tacy album z największymi przebojami Diany Krall, pokreślił bogactwo jej głosu, tego sączącego się miodu z odrobiną whisky i subtelnej chrypki, wartej miliony dolarów. Kiedy Diana śpiewała bądź nabierała powietrza, to było słychać jego przepływ przez jej usta. Jakże to zmysłowe doznanie! Przekaz tekstu wydawał się bardziej wyrazisty i komunikatywny niż przy wcześniejszych odsłuchach. Heed wydobył pewną chropowatość towarzyszących dźwięków, natomiast kiedy artystce towarzyszyła orkiestra, z tła wyłoniły się szczegóły, których wcześniej nie zauważałem: a to dzwoneczek, a to flet, a to trąbka z tłumikiem czy wreszcie harfa. Kiedy natomiast sekcja smyczków miała pozostać zintegrowana, to była gładka niczym krem rozsmarowany na kanapce. Wreszcie kontrabas Christiana McBride’a – jak pomruk niedźwiedzia grizzly – potęga i groza!
Perkusjonalia Cyro Baptisty na płycie „Just Jobim” Manfredo Festa (znowu DMP, choć nagranie DSD) nieco kłuły w uszy. Ale nie dziwota, toż to arsenał prosto od kowala i stolarza, jak i przeszkadzajki przywiezione z amazońskiej dżungli. Kto lubi dużo szczegółów w muzyce, będzie zachwycony. Komu przeszkadzają, niech sięgnie po inny tytuł.


DAC
Test samego przetwornika Obelisk DA rozpocząłem od nowego albumu Jamesa Taylora „American Standard” z plików 24 bity/96 kHz. Charakterystyczna cecha Heeda, polegająca na wyraźnym ukazywaniu szczegółów nagrania, potwierdziła się i w tym przypadku. Ciepły tembr głosu Taylora został zachowany, chociaż przeszkadzały mi sybilanty. Czyżby śpiewał za blisko mikrofonu? Towarzysząca mu gitara akustyczna była wyrazista, wręcz dobitna, a harmonijka ustna wybijała się na pierwszy plan.
Kandace Springs z płyty „The Woman Who Raised Me” (24/96) zabrzmiała zmysłowo, choć w tle działo się tyle, że trudno było skoncentrować uwagę na wokalu. Kiedy towarzystwo instrumentów się kurczyło, śpiew zyskiwał na klarowności. To już cecha nagrania, a Heed nie zmienia zamysłu realizatora.
Ozzy Osbourne z albumu „Ordinary Man” zwalił się na mnie niczym lawina w utworze „Straight To Hell”. Przypomniały mi się dawne czasy i fascynacja grupą Black Sabbath. Ale nie pamiętam, żeby tyle się działo w muzyce rockowej tamtych czasów. Pozostały ostre solówki gitarzysty, wrzaski i chórki. Czy to zasługa sprzętu, czy współczesnych realizacji, nie wiem. Dość powiedzieć, że słuchanie takich nagrań wymaga silnych nerwów. Kto nie daje rady, niech sięgnie po The Eagels albo Paula Simona. Albo nie, niech przejdzie do kolejnego utworu, bo Ozzy dawkuje emocje i pozwala odetchnąć przy balladzie. Będę wracał do tej płyty, żeby się odmłodzić, choć już chyba nie w towarzystwie Obeliska, bo ten powoduje nadmierne przyspieszenie bicia serca i niepokój o jego stan.
Heed potrafi być brutalny, ale i łagodny, zależnie od okoliczności. Legendarny album „Kind of Blue” Milesa Davisa, odtwarzany z ostatecznego remastera 24/192 z taśm matek, epatuje mieniącymi się barwami trąbki lidera, saksofonów Johna Coltrane’a i Juliana „Cannoballa” Adderleya oraz subtelnymi pasażami fortepianu Billa Evansa. Podkreśla rytm perkusji Jimmy’ego Cobba, nie gubiąc niskich akordów wycofanego kontrabasu Jimmiego Garrisona. Po prostu rozkosz dla ucha melomana, nawet jeżeli nie jest fanem jazzu.


Konkluzja
Zestaw Heed Obelisk DT/DA potrafi zaskoczyć wysoką jakością dźwięku w niewygórowanej cenie. Polecam go tym, którzy w muzyce szukają emocji i wszystkich tych szczegółów, które w niej są, ale inne źródła ich nie wydobywają. Kto ma kolekcję płyt CD, odkryje ją na nowo. To nie banał, to prawda. Po prostu best buy!

 


2021 02 21 13 13 54 030 037 Hifi 02 2021.pdf Adobe Reader

Janusz Michalski
Źródło: HFM 02/2021