fbpx

HFM

artykulylista3

 

McIntosh MCD600

054 061 032019 017
W roku 1984 marzyłem o amplitunerze Amator 3 i „kolumnach ośmioomowych” (marzenie wkrótce miało się spełnić). Planowałem do tego podłączyć swój magnetofon szpulowy ZK-147 i rozpłynąć się ze szczęścia. Ale jeszcze w tym samym roku natrafiłem w „Młodym Techniku” na obszerny artykuł, który wprawił mnie w stan niemal katatonicznego osłupienia. Dotyczył on nowego wynalazku, cudu techniki, przełomu – płyty kompaktowej.

Czytając tekst, wprost nie mogłem uwierzyć, że istnieje nośnik, który się nie zdziera, nie demagnetyzuje, a muzyka na nim zapisana pozostaje wolna od szumów i trzasków. Płyta kompaktowa jawiła się jako symbol niemal kosmicznej nowoczesności, której przeznaczeniem miało być zastąpienie niedoskonałej płyty winylowej, nie mówiąc już o kasecie żelazowo-chromowej.



W roku 2019 nie czytam już „Młodego Technika”, ale nietrudno byłoby natrafić na obszerne artykuły, w których role się odwróciły. Teraz to płyta CD jest przedstawiana jako przeżytek, a synonimem nowoczesności stały się zaawansowane gramofony, odtwarzające tak kiedyś lekceważone płyty winylowe. Miejsce pogrzebanej kasety zajęły natomiast pamięci masowe i muzyczne pliki.
Taka nostalgiczna refleksja naszła mnie przy okazji odsłuchu McIntosha MCD600. Piękne urządzenie, ale czy to jeden z ostatnich odtwarzaczy, jakie testuję w życiu, czy może cień nadziei, że uda się oszukać przeznaczenie i ocalić srebrne krążki od zapomnienia?

054 061 032019 001Gniazdo USB typu A na froncie – bez żadnego zachodu można
wkładać własny nośnik danych i słuchać muzyki z plików.

 


Budowa
MCD600 to flagowy odtwarzacz w ofercie amerykańskiej wytwórni. Jeszcze przed odsłuchem możemy zatem zakładać, że został dopracowany bez żadnych kompromisów. Po wyjęciu go z pudełka nie ma jednak większych niespodzianek – styl wzornictwa McIntosha pozostaje niezmienny od dekad.
MCD600 to urządzenie uniwersalne. Odtwarza fabryczne płyty CD i SACD, krążki wypalane we własnym zakresie (nie próbowałem, w high-endzie takie praktyki nie przystoją) oraz muzykę z plików – bezpośrednio z nośnika danych przez gniazdo USB A, umieszczone dla wygody użytkownika z przodu.
Rozplanowanie panelu czołowego cechuje symetria. Nietypowo dla odtwarzaczy, znajdziemy tu jednak dwa pokrętła. To z lewej służy do przełączania źródła sygnału cyfrowego; to z prawej – do regulacji głośności. Urządzenie przystosowano bowiem do pracy w połączeniu standardowym – ze wzmacniaczem zintegrowanym bądź preampem – albo z końcówką mocy, którą może sterować bezpośrednio. Jedyne, co należy zrobić, to wybrać odpowiednie wyjście.

054 061 032019 001MCD600 wyposażono w regulowane wyjścia,
stąd pokrętło siły głosu.

 


Faktem godnym odnotowania jest obecność gniazda słuchawkowego, dzięki któremu zaoszczędzimy na osobnym wzmacniaczu, oczywiście o ile nie mamy bardzo wygórowanych wymagań. Ciekawym elementem wzorniczym urządzeń McIntosha jest zdobienie pokrywy oszklonym panelem z nadrukiem schematu blokowego obwodów elektronicznych.
Tył, poza dwoma kompletami wyjść analogowych (stałe i regulowane XLR oraz RCA), niczym specjalnym nie zaskakuje. Wyjście i wejście cyfrowe (24 bity/192 kHz) są dostępne w formacie koaksjalnym i optycznym. Do tego zestaw komunikacji systemowej oraz gniazdo zasilania.
Zdjęcie pokrywy zdradza tylko część tajemnic budowy. Układ elektroniczny rozmieszczono bowiem na dwóch piętrach. Od góry widać jedynie część zasilacza, obudowę twardo osadzonego transportu, DAC oraz stopień analogowy. Resztę schowano na dole.

054 061 032019 001Szklany panel czołowy
wykończony aluminiową listwą.

 


Szufladę transportu wykonano z aluminium. Mechanizm został znakomicie wytłumiony. Przy wirującej płycie trzeba uchem dotknąć urządzenia, aby usłyszeć, że coś się w ogóle dzieje w środku. Laser jest podwójny – co umożliwia dostęp do różnych warstw płyty. Przez tę samą soczewkę może przechodzić wiązka o długości 650 nm (dla warstwy SACD) i 790 nm (CD).
Oprócz części zasilacza na zdjęciach zobaczymy dwie większe płytki. Ta z prawej strony, patrząc od frontu, mieści kontroler NXP P89LPC954FA, 32-bitowy przetwornik ESS ES9028PRO oraz stały stopień wyjściowy. Środkowa to wyjście regulowane. Ścieżka sygnału jest w pełni zbalansowana.
Warto powiedzieć kilka słów o samym przetworniku. Z jego wcześniejszą wersją – ES9018 – miałem do czynienia w teście Accuphase’a DP-560. Różnica pomiędzy producentem japońskim i amerykańskim polega na tym, że ten pierwszy na temat swoich rozwiązań technicznych uwielbia pisać całe poematy, natomiast drugi załatwia sprawę jednym lakonicznym zdaniem. Tak czy inaczej, ESS to mocarny kombajn, pracujący w modulacji delta-sigma, przystosowany do obróbki zarówno sygnału PCM (płyty CD, ale w rozdzielczości podniesionej do 32 bitów), jak i sygnału w formacie DSD (płyty Super Audio CD, czyli modulacja PDM). Kość wykorzystuje technologię HyperStreamDAC, której działanie zostało przez firmę ESS opisane hermetycznym językiem technicznym, zupełnie niezrozumiałym dla laików. ES9028PRO to jednak coś więcej niż tylko konwerter. Zawiera także programowalne filtry cyfrowe, układ redukcji jittera, kompensator zniekształceń harmonicznych, kilka rodzajów interfejsów odbiorczych, kontroler zegara i inne.

054 061 032019 001Niepowtarzalne zielone logo, a pod nim aluminiowa
szuflada transportu.

 


Z audiofilskiego punktu widzenia kluczowa wydaje się informacja, że przetwornik pracuje w trybie ośmiokanałowym. Czyli – mówiąc prościej – konwersja sygnału odbywa się w ośmiu równoległych liniach, które są następnie na wyjściu sumowane do dwóch kanałów. Zaletą takiego rozwiązania jest wzmocnienie sygnału bez skutków ubocznych w postaci proporcjonalnego przyrostu błędów konwersji. Ze względu na nierównomierny rozkład błędów w każdym kanale na wyjściu ma on wartość nie iloczynu, lecz pierwiastka liczby linii konwertujących. Im zatem większa liczba przetworników (tutaj, podkreślmy, znajdziemy aż osiem), tym większy odstęp sygnału od szumu.
Reszta układu (czyli główna część zasilacza oraz sekcja buforów cyfrowych dla wejść i wyjść) znalazła się na parterze. Trudno więc cokolwiek o nich powiedzieć bez dalszego demontażu urządzenia.
Dołączony pilot oferuje ogromne możliwości sterowania urządzeniem i jest przy tym bardzo elegancki. Jak zwykle w przypadku McIntosha, potencjalnemu słuchaczowi wszystko się podoba jeszcze przed pierwszym podłączeniem.

054 061 032019 001Schemat blokowy układu elektronicznego na pokrywie
– typowy akcent wzornictwa McIntosha.

 


Konfiguracja systemu
MCD600 zagrał z przedwzmacniaczem lampowym BAT VK3iX SE i stereofoniczną tranzystorową końcówką mocy Conrad-Johnson MF2250. Jako kolumn użyłem monitorów Dynaudio Contour 1.3 mkII. Po koniec odsłuchów MCD600 został podłączony do wzmacniacza zintegrowanego Cambridge Audio Edge A. Jako bezpośrednie odniesienie do porównań służył redakcyjny odtwarzacz Naim 5X z zasilaczem Flatcap 2X.

054 061 032019 001McIntosha nie sposób
pomylić z niczym innym.

 


Wrażenia odsłuchowe
Po kilkunastu latach recenzowania sprzętu mam w miarę ugruntowane pojęcie o tym, w jakim stopniu na brzmienie wpływa rodzaj urządzenia, akcesorium czy przewodu w określonej cenie. I niezmiennie po tych kilkunastu latach satysfakcję przynoszą mi odsłuchy, które ową pewnością potrafią zachwiać. Na przykład, kiedy wzmacniacz poniżej 20 tysięcy śmiało konkuruje z dwukrotnie droższymi, niepozorne monitorki czarują tak, że można o wszystkim zapomnieć, a wymiana kabla daje efekt godny wymiany odtwarzacza. Albo gdy do systemu wpinam McIntosha MCD600.
Cena tego źródła, choć obiektywnie nie jest niska, to w realiach współczesnego hi-endu wydaje się bardzo rozsądna. Jakość dźwięku natomiast to właśnie cel, do którego dążą audiofile. Czyli coś, co daje poczucie spełnienia i zapomnienia się w muzyce.

054 061 032019 001Część zasilacza po lewej.
W sąsiedztwie tylnej ścianki
umieszczono stopień wyjściowy.
Bliżej frontu widać DAC.

 


Przy odsłuchach sprzętu hi-fi zawsze powraca to samo pytanie: czym jest neutralność? Ideał dźwięku pozbawionego jakiegokolwiek nalotu spędza sen z powiek zarówno audiofilom, jak i producentom. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, bo inaczej będzie słychać muzykę na żywo w sali koncertowej, a inaczej w profesjonalnym studiu. Wynika z tego, że nawet oryginalna neutralność to pojęcie względne. Producent może przyjąć, że dokładnie wie, czym neutralność jest i stroić brzmienie urządzenia w tym kierunku. Może też przyjąć, że jego celem nie jest jakiś mityczny wzorzec, lecz sama muzyka. Nie będę arbitralnie osądzał, które firmy wybrały którą drogę. Ale arbitralnie osądzę, że McIntosh wybrał drugą.

054 061 032019 001Regulowany stopień wyjściowy

 


Niektóre urządzenia dają się poznać od razu; w brzmienie innych trzeba się wgryzać tygodniami. McIntosh należy do grupy szybkiej. Pierwsza płyta i wszystko staje się jasne. Jednak nawet tak błyskawiczne objawienie dzieli się na dwa wyraźne etapy. W pierwszym uwagę zwraca niezwykła jakość basu. W drugim – plastyczność, czyli klucz, który spina wszystkie elementy składające się na charakter brzmienia amerykańskiego odtwarzacza.
Bas MCD600 imponuje pod każdym względem. Po pierwsze, gra odważnie; to nie jest styl zachowywania potencjału niskich tonów na specjalne okazje. „Dominującym” basu bym jeszcze nie nazwał, ale już „ciągle obecnym” – jak najbardziej. Dół pasma zwraca uwagę nie tym, że narzuca swoją wolę reszcie zakresów, lecz sumą jakości swoich składowych. Jest prężny, głęboki, ze świetną kontrolą, ale i mocą. Stanowi fundament całego brzmienia, jakby zasilał średnicę paliwem, którego zapas nigdy się nie skończy.

054 061 032019 001Większa kość to kontroler. Mniejsza – ośmiokanałowy przetwornik HyperStream kalifornijskiej firmy ESS.


Jednak to nie bas stanowi podstawę charakterystyki brzmienia MCD600. Konstruktor postawił wszystko na inną kartę – plastyczność. I zdołał ją imponująco oddać dzięki bardzo dokładnie przemyślanemu zgraniu dwóch innych elementów: stereofonii i średnicy.
Stereofonia jest znakomita. Chyba każda płyta została zagrana „szerzej”, niż jestem  przyzwyczajony. Zamknąwszy oczy, odnosiłem wręcz wrażenie, że ściany mojego pokoju stoją od siebie o wiele dalej niż w rzeczywistości. Głębia nie przykuwa uwagi od razu, gdyż pierwszy plan jest wysunięty do przodu tylko nieznacznie. Tak jakby wokalista stał pół metra przed linią bazy, a nie, powiedzmy, dwa. Za to wszystko, co się dzieje za nim – to już najwyższa klasa. Scena sięga daleko, i nawet jeśli w nagraniu słychać wiele instrumentów, to z łatwością jesteśmy w stanie stwierdzić, które są bliżej, a które dalej. Może z wyjątkiem nagrań orkiestrowych w pełnym składzie, bo określenie pozycji waltorni czy tuby jest trudne nawet w ekstremalnie drogich systemach.

054 061 032019 001Aluminiowa
szuflada.
Transport doskonale wyciszony.

 


Abstrahując od szerokości i głębi, lokalizację źródeł dźwięku cechuje duża dokładność. Celowo użyłem tu słowa „dokładność” a nie „precyzja”, gdyż precyzja, choć bliskoznaczna, w tym przypadku nie pasuje – brzmi zbyt technicznie. W muzyce nie ma przecież odniesień punktowych; pudło rezonansowe gitary, bęben czy altówka – wszystko ma swój rozmiar, który w przestrzeni jest dla słuchacza czymś w rodzaju dźwiękowej plamy. Problem robi się wtedy, kiedy te plamy się zlewają – ale to nie jest przypadek McIntosha. Tutaj wszystko ma swoje miejsce, a im więcej instrumentów, tym więcej się dzieje. Łapałem się na tym, że słuchanie nagrań spoza listy ulubionych dawało również niemałą frajdę – choćby tylko z uwagi na wciągającą stereofonię.
MCD600 daje doskonały przykład brzmienia, w którym bas stanowi zasilanie dla średnicy, a stereofonia tworzy jej przestrzenne rusztowanie. Oczywiście, można w ten sposób opisać dźwięk każdego urządzenia, ale umówmy się, że wszystko zależy od proporcji i sposobu łączenia w całość wszystkich składowych. Tak jak w skokach narciarskich – udane wybicie i ustane lądowanie to jeszcze nie wszystko. O mistrzostwie decyduje jeszcze wiele innych czynników. W przypadku McIntosha to harmonia zgrania tonów niskich, średnich i stereofonii tworzy tę wyjątkową wartość.

054 061 032019 001Wyjścia analogowe zdublowano.

 


Kontury średnicy są lekko zaokrąglone, ale nie rozmyte; dokładność została zachowana. Także dzięki prawidłowo odważonemu rytmowi. Ale najbardziej średni zakres zyskuje na dodaniu soczystości. Choć bardziej by tu nawet pasowało słowo „naoliwienie”. Jest miejsce na energię, dosadność, zdecydowanie i kocią zwinność. Nie ma mowy o zmiękczeniu, delikatności czy zwiewności. Zamiast nich pojawiają się bezpośredniość i otwartość.
To wszystko składa się na niepowtarzalną muzykalność w tradycyjnym wydaniu. Bez przesady mogę stwierdzić, że MCD600 to jeden z kilku najbardziej muzykalnych odtwarzaczy, jakie kiedykolwiek testowałem. Plastyczność jego brzmienia niemal hipnotyzuje. Często łapałem się na tym, że nie mogę się doczekać wieczoru – kiedy będę mógł wreszcie posłuchać na McIntoshu kolejnych płyt.

054 061 032019 001Zestaw wejść i wyjść cyfrowych.

 


Góra pasma została zestrojona tak, aby nie odciągała uwagi od średnicy, a jednocześnie zachowywała bogactwo szczegółów. Ewidentnie zatrzymuje się przed granicą wyostrzenia. W związku z tym soprany McIntosha mogą się niektórym wydać nie dość obecne. Moim zdaniem jednak taka interpretacja jest błędna. Amerykański konstruktor przyjął po prostu inną koncepcję. Zamiast startować w zawodach w wabieniu nietoperzy, pozostał wierny własnej wizji brzmienia, bez oglądania się na resztę. I jeśli o mnie chodzi, to na tym wygrał. Brak ekspozycji góry wcale nie czyni jej uboższą. Została świetnie wyważona i wszystko w niej jest, tyle że podane w sposób przyjazny dla ludzkiego ucha. I to bez śladów dosłodzenia.

054 061 032019 001XLR i RCA – analogowe
wyjścia stałe.

 


SACD
Choć dysponuję ubogą kolekcją płyt SACD, nie mogłem pominąć sprawdzenia tej opcji. Osobiście nie przepadam za tym standardem z uwagi na wybiórczość repertuaru i wysokie ceny nośników. Przyznaję jednak, że płyty SACD na MCD600 brzmią zazwyczaj świetnie. Nie będę próbował rozstrzygać, czy to bardziej kwestia nośnika, czy urządzenia, ale dźwięk robi jeszcze większe wrażenie niż przy opisanych wcześniej zwykłych CD. Jest w nim więcej krystalicznej czystości i – tak, tym razem – precyzji. Faktura basu staje się jeszcze bardziej szczegółowa, a wokale wychodzą do przodu o wiele odważniej. Najbardziej podobało mi się właśnie brzmienie ludzkiego głosu – naturalne i żywe. Można doznać złudzenia, że wokalista naprawdę stoi przed nami, a elektroniczna oprawa nie istnieje.

054 061 032019 001XLR i RCA – analogowe wyjścia regulowane. Obok złącza
wyzwalacza i gniazdo zewnętrznego czujnika podczerwieni.

 


Pliki
W końcu przyszedł czas na pliki. Zbiór utworów, których zawsze słucham, zgrałem na pendrive i włożyłem do wejścia na przedniej ściance. Wrażenia mam mieszane. Z jednej strony, brzmienie i tak okazało się lepsze niż w przypadku wszystkich moich dotychczasowych odsłuchów plików z odtwarzaczy dysponujących taką opcją. Z tym, że te próby wyglądały inaczej – na laptopie instalowałem oprogramowanie do obsługi formatu z wtyczką do pomijania systemowego trybu przesyłu sygnału oraz oprogramowanie producenta obsługujące połączenie laptopa z gniazdem USB typu B. Wszystkie poszlaki wskazują więc na to, że wąskim gardłem dla muzyki z plików jest sama droga sygnału – najpierw w samym źródle (laptop), potem w gnieździe USB, kablu i drugim gnieździe USB. Wetknięcie pendrive’a wprost do urządzenia skraca tę drogę radykalnie. Bo same pliki mają potencjał naprawdę duży.

054 061 032019 001Wzornictwo charakterystyczne
jak logo, a nawet bardziej.

 


Efekt odsłuchowy? Na korzyść plików przemawia minimalnie lepsze odwzorowanie szczegółów i doprecyzowanie średnicy. Na niekorzyść – wyraźne zwężenie sceny. Bardzo dobrze zabrzmiały wokale, bas oceniam również remisowo. Rytm został nieco utwardzony. Różnice nie były jednak istotne (poza szerokością), co stanowiło przyjemne zaskoczenie w kontekście wszystkich wcześniejszych odsłuchów plików muzycznych z laptopa, a nie z pendrive’a.
Czy można do McIntosha zgłosić jakieś uwagi? W skali absolutnej – być może. Osoby preferujące urządzenia od stu tysięcy w górę zapewne znalazłyby takie czy inne niedociągnięcia. Zwolennicy brzmienia napowietrzonego także mogliby poczuć pewien niedosyt. Ale jedno trzeba stwierdzić na pewno. W proponowanej cenie brzmienie MCD600a opiera się każdej obiektywnej krytyce. McIntosh gra muzykę – i to się liczy najbardziej.

054 061 032019 001McIntosh MCD600

 


Konkluzja
Swój pierwszy odtwarzacz płyt kompaktowych (marki Philips) oraz pierwszą płytę (zespołu This Mortal Coil) kupiłem w listopadzie 1993 roku. Amplituner Amator 3 i magnetofon szpulowy ZK-147 powędrowały do szafy, w której przebywają do dzisiaj. Philipsa już dawno nie mam, ale wiem, że jeśli kupię jeszcze jakiś odtwarzacz CD, to będzie on moim ostatnim. I wiem, że obecnie McIntosh MCD600 otwiera listę najpoważniejszych kandydatów.

 

 

2019 03 22 12 19 57 054 061 Hifi 03 2019.pdf Adobe Reader

 

 

Mariusz Malinowski
Źródło: HFM 03/2019


Pobierz ten artykuł jako PDF