fbpx

HFM

artykulylista3

 

Wilson Benesch Square Two

34-39 09 2010 01Historie producentów sprzętu hi-fi zazwyczaj zaczynają się podobnie. Audiofile dobrze znają opowieści o zapaleńcach, którzy składali swoje pierwsze wzmacniacze na kuchennym stole. Niektórzy zaczynali od urządzeń przeznaczonych dla profesjonalistów lub brali udział w wielkich projektach badawczych (np. BBC). Zdobyte doświadczenia przenosili potem do produktów wytwarzanych pod własną marką. W przypadku Wilsona Benescha początek był zupełnie inny.

Zaczęło się od wizyty w banku i założenia konta. Początkowy bilans nie był porażający – 10 tysięcy funtów na rachunku i kolejne 15 tysięcy linii kredytowej. Pieniądze miały umożliwić badania nad wykorzystaniem nowych materiałów w sprzęcie hi-fi. Właściciele firmy musieli mieć dar przekonywania, bo w niedługim czasie uzyskali dotację z brytyjskiego Ministerstwa Handlu i Przemysłu – kolejnych 25 tysięcy funtów.
Niemal natychmiast ruszyły prace nad zastosowaniem włókiem węglowych w sprzęcie hi-fi.

Najpierw postanowiono użyć ich w gramofonie. Tak narodziła się pierwsza szlifierka z kompozytową podstawą. Źródło cieszyło się dobrą opinią w audiofilskim środowisku, ale z powodu wycofania się poddostawcy z produkcji silników, maszyna zniknęła z rynku. Okazała się jednak na tyle udana, że osiągnęła wysokie ceny na rynku wtórnym.
Kolejnym krokiem było użycie włókna węglowego w ramieniu gramofonowym. Tu akurat WB nie był pionierem, ale w swoim projekcie zastosował włókna o spiralnym ułożeniu, co poprawiło sztywność ramienia i pozytywnie wpływało na jego właściwości rezonansowe. Obniżył się poziom wibracji wzbudzanych przez wkładkę, nie wspominając o największych zaletach włókna węglowego – dużej wytrzymałości przy zachowaniu znikomej masy.
Doświadczenia zdobyte przy konstruowaniu gramofonów wykorzystano w kolumnach. Membrany z włókna węglowego to jeszcze małe piwo, ale Brytyjczycy użyli tego materiału na obudowy. Już w 1995 r. na wystawie Hi-End we Frankfurcie pokazali pierwsze kompozytowe zestawy o nietypowo zaokrąglonych ściankach. Prototyp dał początek modelowi A.C.T. One, który największy sukces odniósł za granicą. Lokalny rynek okazał się zbyt konserwatywni, by docenić tak nowatorski projekt. Dziś Wilson Benesch jest dumny z faktu, że w początkach działalności jej produkty zdobyły uznanie recenzentów i audiofilów z innych krajów.
Ponieważ z poprzednich dotacji zrobiono właściwy użytek, Ministerstwo Handlu i Przemysłu ponownie sypnęło groszem i zasiliło konto przelewem na 250 tysięcy funtów. Firma kontynuowała badania, koncentrując na nietypowych ustawieniach głośników i zależnościach wpływających na ciśnienie wewnątrz obudów. Efektem tych prac były zestawy Bishop z techniką Isobaric Tactic.
Aktualny katalog WB to kolekcja nietypowych konstrukcji, na tle których opisywane Square Two prezentują się wyjątkowo normalnie. Pośród dziwactw w rodzaju kolumn z magnesami na zewnątrz, klasyczne skrzynki wyróżniają się jak starszy pan w płaszczu i kapeluszu na koncercie Rammsteinu. Należą do najtańszej serii, w której znajdziemy również monitory Square i głośnik centralny Square Centre.

34-39 09 2010 03     34-39 09 2010 04

Budowa
Dla Wilsona Benescha opracowanie kolumn z materiałów drewnopodobnych musiało być dziwnym pomysłem. Większość firm zaczynało od skrzynek z MDF-u i ewentualnie później sięga po inne materiały. Wiele nawet w najdroższych seriach pozostaje przy drewnianych płytach, uznając je za wystarczająco dobry budulec. Obudowy flagowych Focali Grande Utopii EM są klejone z płyt, których używa się także w serii Electra; wszystko nawet powstaje w tym samym zakładzie. Brytyjczycy wiedzieli, że wprowadzenie tańszych zestawów będzie oznaczało rezygnację z włókna węglowego i wielu innych rozwiązań. Nie zamierzali jednak iść na łatwiznę. Ich ambicją było stworzenie kolumn pozbawionych dwóch głównych bolączek tradycyjnych „drewnianych” paczek. Chcieli aby ich produkt nie brzmiał jak głośnik wsadzony w pudełko po telewizorze i był całkowicie wolny od bas-refleksowych podbarwień.
Square Two to z pozoru najnormalniejsze dwudrożne podłogówki na świecie. W kanciastych skrzynkach zamontowano dwa głośniki: 17-cm woofer z membraną z węglowej plecionki i 25-mm miękką kopułkę, do złudzenia przypominającą tweetery Scan Speaka. Głośnik ten jest prawdopodobnie zmodyfikowaną na zlecenie WB wersją któregoś z wysokotonowców serii 9000, ale dokładnych informacji na ten temat producent nie podaje. Rodzi się więc pytanie: co zostało z firmowej technologii? Logo i węglowe niteczki w membranie? Nie tylko.
Wystarczy spojrzeć na tylną ściankę. Znajdziemy tu kolejną membranę z węglowej plecionki. Ma kształt wycinka sfery i została zamocowana na wklęsłym resorze z gumy. Wokół nie ma typowego metalowego kosza z wkrętami. Pewnie dlatego, że to membrana bierna i nie potrzebuje rusztowania, które utrzymywałoby ciężki magnes. Nie ma też żadnej maskownicy, ponieważ jednostka sama w sobie jest tak sztywna i wytrzymała, że ciężko sobie wyobrazić, by mogła zostać uszkodzona. Można więc pomyśleć: tak czy inaczej - to zwykłe kolumny, tyle e zamiast bas-refleksu z tyłu zamontowano dodatkowy głośnik.
Filozofia jest jednak bardziej skomplikowana. Brytyjczycy uważają, że pudełkowaty dźwięk kolumn z MDF-u jest w głównej mierze efektem odbijania się fal od tylnej ścianki ustawionej prostopadle do osi głośnika nisko-średniotonowego. Promieniuje on zarówno do przodu, jak i do tyłu. Tam, po odbiciu od drewnianej deski, fale wracają, co wywołuje podbarwienia i zakłóca prawidłową pracę membrany. Dlatego właśnie zdecydowano się wstawić membranę bierną, dokładnie za wooferem. Nie bierze ona na siebie całego ciśnienia wytwarzanego przez woofer. Zastosowano też bowiem dodatkowe ujście w wąskiej szczelinie pomiędzy dolną ścianką kolumny a polakierowanym na czarno cokołem. Luka ma w porywach 2-3 mm, a geometria całego wylotu została dobrana tak, by jak najkorzystniej rozłożyć ciśnienie między nim a pasywnym radiatorem. Dzięki takiemu rozwiązaniu otrzymamy pewnie naturalne bliskie tony, wolne od buczenia i nieregularności. Bas powinien być też obfitszy i schodzić niżej niż w przypadku obudowy zamkniętej.
Jest też korzyść praktyczna: ustawienie kolumn w pokoju będzie o wiele łatwiejsze, niż gdyby z tyłu znajdowała się dmuchająca rurka. Producent informuje nawet, że akustyczne wspomaganie w postaci tylnej ściany pomieszczenia jest wręcz pożądane. Nikt nie mówi, że Square Two nie poradzą sobie odsunięte na więcej niż kilkanaście centymetrów, ale może to być wymarzony zestaw dla osób, które będą musiały je upchnać na małej powierzchni.
Wspomniany wyżej cokół poprawia także stabilność niewielkich skrzynek. Nadano mu kształt mocno pogrubionej litery „T” z dwoma kanciastymi wypustkami z tyłu. Po odwróceniu kolumny do góry nogami zauważymy aż pięć nagwintowanych otworów, w które można wkręcić kolce. Dwa znajdują się z tyłu, a trzy z przodu. Użytkownik może ustawić kolumny na czterech kolcach, czy w przedniej części wkręcić tylko jeden, na środku, co daje oparcie trzypunktowe. Taka opcja sprawdzi się na nierównym podłożu. Ewentualnych różnic w brzmieniu też nie można wykluczyć. Wszystko dobrze, tylko, że... w pudełkach nie znalazłem żadnych kolców. Mam nadzieję, że to zwykłe niedopatrzenie dystrybutora.
Mając przed sobą zestaw o dość nietypowej konstrukcji, ochoczo chwyciłem za narzędzia, by dobrać się do głośników. Wykręcenie śrub nie przyniosło jednak efektu. Kosz woofera wciąż tkwił w skrzynkach jak przyklejony. Prawdopodobnie tak właśnie jest. Kopułka również siedziała mocno, podobnie jak wąska płytka z gniazdami. Nijak nie szło się tego zdemontować, wobec czego musiałem sięgnąć po firmowe materiały.
Producent nie dzieli się jednak zbyt wieloma szczegółami na temat budowy kolumn. Można się dowiedzieć, że przetwornik nisko-średniotonowy to autorskie opracowanie WB o nazwie Tactic, a zwrotnica to układ pierwszego rzędu (częstotliwość podziału wysoko, bo aż przy 5 kHz), w którym zastosowano wyselekcjonowane kondensatory polipropylenowe i cewki powietrzne. Firma najwyraźniej przykłada dużą wagę do okablowania, lutowania oraz gniazd. Informuje bowiem, że zastosowano tu przewody wielożyłowe z posrebrzanej miedzi w izolacji z PTFE, wszystkie połączenia są lutowane, a terminale wykonano z miedzi pokrytej warstwą rodu. Do zestawu dołączono bardzo solidne zworki z kawałków przewodnika solid-core zaopatrzonego w końcówki widełkowe. To o wiele lepsze niż montowane przez większość producentów blaszki.
Square Two są dostępne w czterech rodzajach wykończenia. Najmniej rzuca się w oczy jasna okleina klonowa. Trzy pozostałe wersje to już błyszczący luksus: czarny lakier fortepianowy oraz dwa rodzaje lakierowanych na wysoki połysk fornirów: czereśnia i orzech. Do testu dostarczono ostatnią wersję. Wilsony wyglądały w niej wręcz luksusowo. I do tego ta wysoka precyzja wykonania. Na tyle, na ile można to stwierdzić bez wykręcania głośników, producent nigdzie nie poszedł na łatwiznę. Tylko opukiwanie poszło tak sobie. Obudowy Square Two nie są zupełnie głuche. Nie jest jednak wykluczone, że jeśli firmowy patent z membraną bierną wspomaganą otworem na dole rzeczywiście działa, to klejenie obudowy z grubaśnych płyt wcale nie było konieczne. Wszak pomysłem WB na pozbycie się pudełkowatego charakteru kolumn nie było fanatyczne wzmacnianie obudowy, lecz odpowiedni rozkład ciśnienia.
W materiałach informacyjnych znajdziemy wzmiankę o tym, że tweeter pracuje w oddzielnej komorze akustycznej. Możliwe, że jest ona jednocześnie elementem usztywniającym skrzynki na górze. Tak czy owak, do wyglądu brytyjskich zestawów nie można się przyczepić. Jedynie maskownice mogłyby być ciekawiej ukształtowane i mocowane na magnesy albo do koszy samych głośników, ale to już szukanie minusów na siłę.

34-39 09 2010 02     34-39 09 2010 05

Konfiguracja
Kolumny pracowały z dwoma wzmacniaczami: Electrocompanietem ECI-5 i lampowym VTL-em IS-85. Oba piecyki najwyraźniej im pasowały, na dodatek z każdym z nich Square Two zagrały podobnie. Źródłem sygnału był odtwarzacz Electrocompaniet ECC-1. Jako że głosniki wyposażono w podwójne terminale, sięgnąłem po kable głośnikowe Nordost Red Dawn przystosowane do Bi-Wiringu. Nie omieszkałem jednak wypróbować topowych Argentum GCG-10/4, podłączając ich końcówki na skos. Oczywiście obie konfiguracje miały swoje plusy i minusy, jednak to polskie przewody należy uznać za bardziej neutralne i wiarygodne. Gdybym dysponował wersją bi-wire, byłby to pewnie strzał w dziesiątkę. Srebrzyste taśmy Nordosta znam jednak doskonale i wiem,, jak wpływają na brzmienie.
Elektronika stanęła na stoliku Ostoja T4 z półkami z hartowanego szkła, natomiast kolumny, jak już wspominałem, bezpośrednio na wykładzinie. Próbowałem ćwiczyć inne warianty, ale szybko doszedłem do wniosku, że skoro w opakowaniu zabrakło fabrycznych kolców, to nic lepszego nie wymyślę.
Zasilanie składało się z listwy Fadel Art Hotline IEC i kabli Ansae Muluc Supreme. Całość została podłączona do osobnej linii zasilającej składającej się z podtynkowego kabla Ansae i specjalnego gniazdka ściennego. System pracował w 18-metrowym pokoju, zaadaptowanym akustycznie w stopniu umożliwiającym normalne funkcjonowanie.
Doświadczonym audiofilom dobranie wzmacniacza do WB zajmie mniej czasu niż znalezienia ich optymalnego ustawienia w pokoju. Sam zacząłem próby od miejsc, w których normalnie stoją moje Audio Physiki, ale rozwiązanie okazało się dalekie od ideału. Stereofonia była słabo wypełniona, a i od niskich tonów można było oczekiwać więcej. Mając na uwadze nietypową konstrukcję WB, postanowiłem nie bawić się w kilkucentymetrowe przesunięcia, tylko od razu wypróbować ustawienie radykalne: niemal przy samej tylnej ścianie. Ostatecznie kolumny były od niej oddalone o 40 cm i skręcone tak, że osie głośników przecinały się tuż za miejscem odsłuchowym. Nie są to raczej skrzynki przeznaczone do pracy w dużych salonach. Myślę, że 18-20 m2 to dla nich maksimum. W większych pokojach z równowagą tonalną i dynamiką może być różnie.

34-39 09 2010 06

Brzmienie
Kto po tych oryginalnych głośnikach spodziewa się dźwięku dynamicznego, wyczynowego i bezkompromisowego, może się srodze zawieźć. Square Two zaprezentowały spokojne i zrównoważone brzmienie, mające więcej wspólnego z klasycznymi, brytyjskimi monitorami, niż produktami nafaszerowanymi nowoczesną technologią. Tego typu konstrukcje często starają się czymś zaimponować. Brzmią tak, żeby nawet w krótkim odsłuchu pokazać swoją przewagę nad konkurencją. Pierwszy kontakt z WB przebiega inaczej. Po podłączeniu kabli siadamy w fotelu, włączamy dobrze znaną płytę i... nic specjalnego się nie dzieje. Dźwięk jest zupełnie normalny - prawidłowy i niezniekształcony. Nie zachodzą żadne zjawiska, na których moglibyśmy się skupić. Niskie tony nie uderzają w brzuch, góra także nie wychodzi przed szereg, a przestrzeń nie zaskakuje rozmachem ani precyzją lokalizacji. Square Two grają tak grzecznie, że można odnieść wrażenie, że trochę im się nie chce.
Postanowiłem wrócić do swoich zajęć i dać Wilsonom jeszcze trochę czasu na rozgrzewkę. Do takiego niezobowiązującego grania w tle, kolumny te nadają się znakomicie. Osobiście cenię sobie sprzęt, który nie każe mi się przez cały czas koncentrować na muzyce i nie narzuca się, kiedy mam na głowie inne sprawy. Rodzi się jednak pytanie: czy ich jedyną zaletą jest umiejętność stworzenia przyjemnego klimatu? Czy nienarzucający się charakter dźwięku to wystarczający powód, żeby wydać na kolumny 11000 zł?
Olśnienie przychodzi w momencie, gdy postanowimy dać kopa i przekręcimy potencjometr we wzmacniaczu mocno w prawo. Okazało się, że Wilsony wcale nie potrzebowały dłuższej rozgrzewki; one potrzebowały więcej mocy. Skrzydła rozwijają dopiero wtedy, gdy zrobimy nieco głośniej. Niektórzy powiedzą, że Ameryki nie odkryłem, bo większość kolumn przy niskich poziomach głośności zachowuje się podobnie. Tak, ale w przypadku Wilsonów ta granica znajduje się o wiele wyżej, niż zwykle. Jeśli chcemy, aby membrany naprawdę poruszały powietrzem, a detale przestały wsiąkać gdzieś w drodze ze wzmacniacza do cewek, musimy porządnie dołożyć do pieca. Bardzo możliwe, że u mnie te właściwości brytyjskich kolumn pokryły się z charakterystyką wzmacniacza. Electrocompaniet także rozwija skrzydła dopiero przy średnich i wysokich poziomach głośności. Tak czy inaczej, miałem do wyboru dwie opcje: albo słucham cicho i bardziej skupiam się na innych czynnościach niż na tym, co kolumny mają do przekazania, albo daję czadu, siadam wygodnie w fotelu i delektuję się ich pełnymi możliwościami. Jeśli nie lubicie słuchać muzyki głośno, nie odkryjecie potencjału tych kolumn.
Kiedy potencjometr norweskiej integry przekroczył godzinę dwunastą, lista zalet Wilsonów rozszerzyła się o kilka kolejnych pozycji. Wcześniej zwracałem uwagę na znakomite zrównoważenie poszczególnych części pasma, ogólną spójność dźwięku, przyjemną barwę i naturalny bas. Teraz można było pochwalić również przejrzystość i dynamikę. Nie są to może priorytety, ale ponieważ wcześniej miałem do nich zastrzeżenia, teraz w pewnym sensie się uspokoiłem. Ktoś powie, że to oczywiste, że trzeba przekręcić gałkę we wzmacniaczu, żeby móc się cieszyć dynamiką. Tak, ale chodzi mi nie tylko o skalę makro, ale głównie o to, jak prezentowane są drobniejsze impulsy. Przy mniejszej głośności w tym dźwięku brakuje życia, a przecież wcale nie musi tak być, bo takie na przykład Tempo VI (których cena jest akurat porównywalna z WB), w podobnych warunkach rwą się do grania. Z WB aby poczuć energię trzeba dać czadu.
Podobnie z przejrzystością – wciąż nie było to mistrzostwo świata, ale wątpliwości minęły. Square Two są dalekie od zasypywania słuchacza szczegółami i wyciągania z nagrań wszystkich brudów. Unikają tylko nerwowości i wyostrzeń. Grają gładko i bezstresowo.
Niskie tony przypadły mi do gustu. Trzeba było wprawdzie napracować się nad ustawieniem, ale ostatecznie udało się uzyskać kompromis między ilością a szybkością. Bas Square Two nie istnieje w jakiejś własnej niszy. Stanowi bardzo ważny składnik muzyki. Sięga głęboko, jak na podłogówki tych gabarytów. Jeśli membrana bierna i szczelina w podstawie miały służyć osiągnięciu naturalnej barwy, to można odtrąbić sukces inżynierów WB. Niskie tony nie mają pudełkowatego nalotu. Nie są podbite ani wyciągnięte na siłę. Nie słychać może subwooferowych pomruków i trzęsienia ziemi, ale kiedy możliwości Wilsonów się kończą, odbywa się to płynnie.
Narzekać można jedynie na szybkość reakcji. Nie jest to najbardziej punktowy bas w galaktyce. Jeśli oczekujecie rytmicznych uderzeń w brzuch, to nie ten adres. Nie chcę przez to powiedzieć, że niskie tony się rozlewają i brak im wyraźnego ataku. Jedynie w najbardziej wymagających nagraniach mogą zacząć się zamazywać. Nawet kiedy repertuar obnaży ten drobny niedostatek, nie można robić z tego wielkiego problemu. Zmiękczenie jest bowiem niewielkie i nawet niespecjalnie rzutuje na czytelność basu. Stawiam w tej rubryce czwórkę z plusem.

Reklama

Konkluzja
Podobało mi się. Może się starzeję, a może po prostu coraz bardziej doceniam urządzenia, dla których priorytetem jest muzykalność. Nie będę kłamał: gdybym miał jedenaście tysięcy do wydania na kolumny, pewnie dozbierałbym jeszcze trochę i kupił AP Tempo VI. Ale gdybym zaraz potem dowiedział się, że mogę kupić drugą parę kolumn za te same pieniądze, bardzo poważnie wziałbym pod uwagę Wilsony. W tabelce nie mogę im postawić więcej kropeczek, ale moje osobiste wrażenia są lepsze, niż by to wynikało z ocen cząstkowych.

34-39 09 2010 T

Autor: Tomasz Karasiński
Źródło: HFiM 09/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF