fbpx

HFM

artykulylista3

 

Magico V3

84-88 11 2011 01O firmie Magico wiadomo niewiele. Poszukiwania w Internecie i fachowych czasopismach nie dają informacji, którymi inni producenci chwalą się na pierwszych stronach katalogów. Na firmowej witrynie znajdziemy zapewnienia o 15-letnim doświadczeniu w budowie zestawów głośnikowych, ale na spotkaniu z Alonem Wolfem, właścicielem firmy, dowiedzieliśmy się, że istnieje ona od lat...pięciu. Jedno drugiemu nie przeszkadza, bo Wolf nie jest konstruktorem, ale kimś w rodzaju wizjonera. Dba o to, żeby głośniki grały, jak jemu się podoba, przeprowadza kontrolę jakości, nadzoruje każdy nowy projekt i promuje markę.

Jest przy tym człowiekiem, delikatnie mówiąc, świadomym jej wartości, bo w zasadzie nie uznaje konkurencji. A raczej: znajduje ją jako niegroźną.

Zaczepki na temat Wilsona, Avalona czy Thiela kwituje rozbrajającym uśmiechem i tonem, w którym trudno nie dostrzec nuty wyższości. Czy robi najlepsze kolumny na świecie? Na to pytanie odpowiada, że jest jeszcze firma YG, której cennik zawstydziłby nawet posiadaczy limuzyn Bentleya i Maybacha. Obie firmy mają korzenie w Izraelu. To znaczy – ich właściciele są Żydami. Co do YG, na razie wiem niewiele, ale Magico chętnie korzysta z izraelskich podwykonawców. Produkcja odbywa się w USA. Tam się montuje zwrotnice i obudowy. Nie ma mowy o chińskich wycieczkach. To byłoby zresztą kpiną z klienta, jeżeli przyjrzymy się cennikowi.
Nie jest on specjalnie rozbudowany, bo zawiera pięć pigułek, które nawet dla miłośników high-endu z Los Angeles i Zurychu mogą się okazać trudne do przełknięcia. Najtańsza podłogówka V2 (skojarzenie może niezbyt szczęśliwe dla Brytyjczyków, ale oni akurat są znani ze skąpstwa) kosztuje ponad 80000 zł. To zaledwie „entry level”, bo opisywana dzisiaj V3 to 120000 z okładem. Najwyższe modele to już jazda bez trzymanki: za dumę Magico, czyli Q5 (obudowa z aluminium) trzeba zapłacić blisko ćwierć miliona złotych, a jeszcze droższe M5 to wydatek 400000 zł. Audiofilów, którzy dysponują mniejszymi pokojami odsłuchowymi, uspokajam – jest monitor. Mini III to jednak znowu drenaż portfela – 143000 zł. Za to nie są typowymi monitorkami, o czym może świadczyć chociażby ich masa – 90 kg/szt. Dla osób, które miały kontakt z Magico, to jednak żadne zaskoczenie. Spróbujcie umieść Q5 choćby o centymetr ponad podłogę!

Budowa
V3 ujrzały światło dzienne wiosną 2007. Wykorzystano w nich wszystkie osiągnięcia firmy, a więc rozwiązania techniczne i oryginalne podejście do wykonania obudów. Monstrualne i ciężkie jak diabli skrzynie wykonano w większości ze sklejki. To w pewnym sensie kompromis, bo w Magico najdroższe modele są metalowe. Tutaj drewno stanowi szkielet konstrukcji, zewnętrzne pudło, jak w fortepianie. Kolejne grube płyty są montowane tak, że „patrzą frontem” na użytkownika. Dlatego na bocznych ściankach znajdziemy niespotykaną fakturę, która jest oszlifowanym i starannie polakierowanym przekrojem bocznym sklejki. Dlaczego zastosowano akurat ten materiał? Niemal w każdym poradniku młodego konstruktora znajdziecie wskazówkę, że sklejka jest znacznie lepsza od MDF-u, pod każdym względem. A przewagę występowania tego drugiego można jedynie tłumaczyć względami ekonomicznymi i łatwością obróbki. Skomplikowana budowa wewnętrzna (ożebrowania, listwy wzmacniające itp.) ma obniżać poziom rezonansów. Jeżeli sama struktura materiału nie pomoże, to ostateczny cios zadadzą liczne wzmocnienia i materiał tłumiący, dokładnie przyklejony do ścianek.
Dla Magico to jednak kompromis, bo za jedyny słuszny materiał na obudowy firma uznaje aluminium. Zawsze anodowane na czarno i charakteryzujące się podwyższoną sztywnością, osiągniętą już na etapie wytapiania i hartowania. Q5 są całe z metalu, podobnie jak drogie monitory, ale mogę Was pocieszyć. Frontowa ścianka V3 realizuje firmowy priorytet. To grubaśny płat aluminium, do którego przytwierdzono przetworniki. Na tyle sprytnie, że faktycznie są odizolowane od rezonansów drewna. Kosze są na sztywno mocowane do czoła. Płyta jest od niego odizolowana, za pomocą gumowej uszczelki. Tak samo zwrotnica – zamontowana na aluminiowej płycie, przykręcanej do sklejki 12 metalowymi śrubami. Konstrukcja spoczywa na czarnej podstawie, uzbrojonej w kolce albo nóżki, zakończone kulkami. Do obu opcji są (w standardzie) dołączane podstawki z aluminium. Na wieść, że dysponuję granitowymi płytami, zarówno guru, jak i dystrybutor zareagowali entuzjastycznie, co pozwala mi na domysł, że pomagają. „Bez” nie miałem ochoty sprawdzać, bo podłoga na pewno uległaby uszkodzeniu, nie mógłbym też kloców w żaden sposób przesunąć. A tak przynajmniej pobawiłem się ustawianiem i mogę polecić oddalenie od tylnej ściany. Na środku pokoju V3 zyskują najlepszą przestrzeń. Pod ścianą mają więcej basu, ale akurat tej atrakcji bym u nich nie szukał na siłę.

84-88 11 2011 02     84-88 11 2011 03

Warto się za to zająć głośnikami. Wolf utrzymuje, że firma wykonuje je we własnym zakresie. Tłumaczenia, że gdzieś tam już byliśmy i cokolwiek widzieliśmy, nie zrobiły na nim wrażenia. Kopułka wygląda dokładnie tak, jak w poprzedniej serii Audio Physica. Nie zdziwię się, jeżeli wprowadzono ulepszenia, opracowane przez konstruktorów Magico. W każdym razie: i membrana, i „czubek” prezentują się znajomo. Izraelsko-amerykańska firma chwaliła się Revelatorami w innych miejscach katalogu i tu bym szukał punktu odniesienia.
Reszta przetworników to już naprawdę wyjątkowe opracowania. Rozkręcając obudowy, na koszach znalazłem oznaczenia firmy Morel. To by się zgadzało, bo wytwórca pochodzi z Izraela, ale membrany nie przypominają żadnych z dotychczas mi znanych. Niewykluczone, że Magico bierze od Morela tylko kosze albo Morel montuje dla nich niskoi niskośredniotonowce z dostarczanych podzespołów.
Dumą Wolfa są membrany, wykonywane podobnie jak kewlarowe plecionki B&W, z jedną różnicą. Kewlar to tworzywo sztuczne, będące wynikiem badań chemików, natomiast czarne włókna Magico są dziełem nanotechnologii. Nie wiem, czy są to słynne nanorurki, ale jeżeli tak, to spieszę wyjaśnić, że to obecnie najbardziej wytrzymałe linko-druciki, jakie wytworzyła ludzkość. Na marginesie dodam z satysfakcją, że w ich opracowanie niebagatelny wkład wnieśli polscy naukowcy, a nasz instytut nanotechnologii cieszy się dużą renomą. W tym miejscu należy pochwalić nie tyle hojność Magico, co dojścia tej firmy. Ta technologia na razie nie jest zbyt chętnie udostępniana do produkcji czegokolwiek. Za „układem” stoi kolejny Izraelczyk – Yair Tammam. Nie zdziwiłbym się, gdyby jego firma była zaangażowana w przemysł zbrojeniowy, ale – wybaczcie – nie na tak rubasznie nadmuchanych zasadach jak stare, ruskie lampy z „wojskowego stoku”.
Zwrotnice to ponoć „teoretyczny i elektryczny ideał”. Trudno mi to ocenić, bo nie mam wystarczającej wiedzy, ale, faktycznie, wyglądają imponująco. Przytwierdzony do aluminiowej płyty układ to duża płytka drukowana z najdroższymi elementami pod słońcem. Od razu widać, że wszystkie cewki i kondensatory to jak Rolls-Royce przy plastikowych komponentach konkurencji. „Wypas” pochodzi z wytwórni Rajmunda Mundorfa w Kolonii i są to chyba najdroższe modele tej firmy, a przynajmniej na takie wyglądają. Okablowanie wewnętrzne zrealizowano grubymi drutami z beztlenowej miedzi. Tutaj nie ma już żadnych nadruków. Widocznie Alon w takie rzeczy nie wierzy, podobnie jak w gniazda. Inaczej nie dałoby się uzasadnić obecności tanich, pojedynczych zacisków z plastikowymi nakrętkami. Maskownic nie ma. Jak się to komuś nie podoba, może kolumny przykryć kocem albo śpiworem zapinanym na suwak.

84-88 11 2011 04     84-88 11 2011 05

Konfiguracja
Magico mają skuteczność 89 dB i impedancję znamionową 4 omy. To by sugerowało, że są średnio trudnym obciążeniem dla wzmacniacza. Można się oszukiwać, że tak jest i podłączać do V3 „wypasionego” Rotela. Oczywiście, zagrają, pozostaje tylko pytanie: jak? Chyba nie o to chodzi, jeżeli wydajemy grubo ponad sto tysięcy. Lepiej się przyzwyczaić do myśli, że na elektronikę wydacie tyle, co na V3 albo i ze dwa razy więcej.
Jeżeli chodzi o moje doświadczenia, to szukałbym przejrzystych i wydajnych wzmacniaczy. Idealnym partnerem wydają mi się monobloki MBL-a i chociaż nie miałem szansy spróbować takiego połączenia, to spodziewam się uczty dla uszu. Dodałbym też najdroższego Audio Researcha albo słynnego Burmestera 911 i spałbym spokojnie.
Podzieliłem się tym odkryciem z szefem Magico i jakoś nie zobaczyłem u niego specjalnego entuzjazmu. Wymienianie kolejnych „przewidywanych narzeczonych” też nie rozgrzało atmosfery, a już zintegrowany McIntosh wywołał konsternację. Dwa zdarzenia dały mi jednak odrobinę niezbędnego luzu.
Po pierwsze, Mak MA7000 poprawnie wysterował kolumny i zagrał z nimi naprawdę intrygująco, ale skoro nie wypada o tym pisać, przejdę od razu do drugiego zestawu. Akurat miałem w domu najtańszą (skromne 60000 zł) kombinację Spectrala. Alon Wolf skomentował to wymownym: „Aaa, Spectral, Spectral... mhmm...”.
Co oznacza, że jestem w pełni usprawiedliwiony, pisząc ten test, a moje obserwacje w odniesieniu do wzmacniaczy S. nie są odosobnione.
Jako źródło pracował dzielnie „pospolity” Gamut, jednak wymiennie z serwerem Musa i przetwornikiem DCS Scarlatti. Kable miałem od Spectrala, to znaczy od MIT-a.

Reklama

Wrażenia odsłuchowe
Na ubiegłorocznym Audio Show uznałem V3 za swoje prywatne odkrycie. W tym pokoju spędziłem może nie najwięcej czasu, ale oddałem się słuchaniu bez reszty. Magico przyciągnęły moją uwagę niewymuszoną przejrzystością, taką jak w„cebulkach”MBL-a,amożenawetjeszcze bardziej dosłowną. Jest to dla mnie jedna z priorytetowych cech dźwięku, bo za największy dyskomfort uważam chwile, kiedy muszę się wysilać, żeby usłyszeć wszystkie szczegóły. Pomyślałem wtedy nawet o wymianie kolumn, ale cena gwałtownie ostudziła mój entuzjazm. Jeżeli jednak kiedyś wygram w totolotka, będę wiedział, na co przeznaczyć skromną sumę. Bywa,że pierwsze wrażenie okazuje się złudne i blednie przy okazji kolejnej konfrontacji. Dźwięk nie jest już tak czarujący, a przenicowanie na wylot płytoteki obnaża wady, które maskowała dobrze przygotowana prezentacja. Tym razem stało się inaczej, bo dłuższe obcowanie z Magico wciągnęło mnie w świat muzyki wypełnionej emocjami i z każdą kolejną godziną chciałem więcej i więcej.
Nie przeszkadzało mi, że po kilku dniach odkryłem coś w rodzaju firmowego dźwięku, charakter kolumn. Zresztą, nie wiem, czy wybrałbym prawdziwie „przezroczysty” element toru, o ile taki istnieje. V3 lubią coś poprawić, dodać od siebie, ale robią to z korzyścią dla muzyki. I nawet gdy uznacie, że coś nie brzmi tak prawdziwie jak na żywo, to warto się zastanowić, czy przypadkiem tak nie jest ładniej? Znacznie trudniej będzie jednak wskazać odstępstwo od pierwowzoru. Zwłaszcza wtedy, gdy sięgniemy po nagrania instrumentów akustycznych.
Jeżeli miałbym określić ten dźwięk jednym słowem, miałbym problem. Sięgnąłbym po najmocniejsze: piękny, niepowtarzalny, a może... magiczny?
W każdym razie, w tych „wrażeniach odsłuchowych” pragnę Wam przekazać informację, że jestem pod wrażeniem, a sam opis przyjedzie mi z trudnością.
W zasadzie mógłbym zakończyć na muzyce symfonicznej, bo w niej jest wszystko. Z jednej strony najtrudniejsze wyzwania, z drugiej – najłatwiej zaobserwować zalety, które potem już tylko będą się powtarzać.
Pierwsze, co dociera do świadomości, to niesłychana przejrzystość. Tak klarownego, a jednocześnie poukładanego dźwięku chyba jeszcze nie słyszałem. U Szostakowicza można słuchać każdego instrumentu z osobna i nawet w tutti nie ma cienia wysiłku, maskowania faktury przez najefektowniej brzmiące grupy instrumentalne. W solo blachy nadal słychać oboje i jeżeli się skupimy na ich partii, będziemy je w stanie rozpisać w partyturze. Nie trzeba wcale robić głośniej, aby przejrzeć fakturę współbrzmień. Po kilku godzinach wałkowania romantyków, klasyków i wielkich dzieł wokalno-instrumentalnych Bacha doszedłem do wniosku, że ta cecha w V3 wyznaczyła nowy poziom odniesienia. Wielokrotnie wracałem do tych samych nagrań, aby sprawdzić, czy nie uległem złudzeniu albo wieczornej nostalgii, która pozwala wiele wybaczyć i sprzętowi, i płytom. Za każdym razem dochodziłem jednak do wniosku, że wrażenie jest takie, jakbym siedział w najlepszym miejscu sali koncertowej. Nie wiem, czy miały na to wpływ nanorurki, ale słychać, że te głośniki grają inaczej od tych, z którymi miałem dotychczas do czynienia. Dźwięk uwalnia się od membran i nareszcie ich nie słychać.
Mimo że kopułka to „zwykła” konstrukcja, nie odczuwa się, aby wysokie tony odstawały od reszty. Integracja pasma jest zjawiskowa. Dźwięk stanowi niepodzielną całość. Nie ma mowy o usłyszeniu podziału; jest jeden obszar, w którym główną rolę grają emocje, a analiza oddala się na plan najdalszy z możliwych. Wspomniana przejrzystość w tym ujęciu nie wymaga osobnego przyglądania się poszczególnym zakresom i to wydaje mi się niezwykle cenne. Czy to bas, czy średnica, czy najwyższa góra, słyszymy je tak samo wyraźnie.
Wydawałoby się, że takie brzmienie będzie za sobą niosło wyostrzenia lub ekspozycje. Nic podobnego – jeżeli głośniki idą w jakimś kierunku, to raczej romantycznej lekkości, zwiewności, a jednocześnie ciepła i aksamitu. Przez ponad dwa tygodnie nie usłyszałem żadnego niepokojącego wyostrzenia, a przynajmniej takiego, które wydawałoby mi się obce i niepasujące do nagrania. Owszem, jeżeli trąbka miała wbijać w bębenki ostre szpilki, to tak się działo, ale mimo wszystko utrzymywało się to w estetyce zaplanowanej przez muzyków. Połączenie perfekcyjnej przejrzystości z aksamitnym, szlachetnym dźwiękiem nie zdarza się często; jest zresztą chyba najtrudniejsze do osiągnięcia. W Magico te cechy funkcjonują na poziomie niedostępnym dla znanej mi konkurencji, a jednocześnie niemal fizjologicznie się ze sobą łączą.
Jakby nie dosyć było tych zachwytów, dochodzi jeszcze spektakularna przestrzeń. Pisanie o oderwaniu muzyki od głośników wydaje się tutaj nieporozumieniem. Już Tempo VI potrafią znikać z pokoju. W różnych zakresach pasma pojawiają się czasem zaskakujące efekty, które przypominają starania realizatorów płyt Watersa. Z tym, że z Magico odchodzi ochota poszukiwania wspomnianych atrakcji. Bo tych głośników po prostu nie ma. Wydaje się, że skrzynie i przetworniki w ogóle nie uczestniczą w produkowaniu miłych uszom fal. Otacza nas muzyka. Wypełnia pokój, powiększa go, a każdy instrument ma swoje miejsce. Nabiera to w wielu aspektach nowego wymiaru, bo precyzja lokalizacji zostaje zachowana w pełnym paśmie. Swoją drogą, może to być ciekawe przeżycie dla osób, które uważają, że niskie częstotliwości rozchodzą się niekierunkowo. Jestem pewny, że nie sprawi Wam problemu wskazanie kontrabasu, 64-stopowych registrów organów czy też dołu z klawisza. O ile realizator dobrze to rozplanował w miksie, obszar „rażenia” instrumentu daje się obrysować cyrklem.
Dochodzi do tego przepiękna aura pogłosowa. Naturalna, swobodna i wypełniona alikwotami, jak w prawdziwej sali koncertowej, w dodatku pustej. Słuchanie na Magico nagrań ECM-u, pomimo pewnej przesady ze strony producenta nagrań, to niezapomniane przeżycie. Kolumny z dokładnością szwajcarskiego zegarka pokazują położenie źródła dźwięku na każdej osi, również wertykalnej. Można by pisać dalej, ale zakończę to krótką obserwacją. Jeżeli weźmiemy pod uwagę przestrzeń, zarówno pod względem wymiarów, jak i precyzji rysunku, to V3 wygrywają z elektrostatami i magnetostatami. Tylko jednego nie uzyskacie – „wejścia w scenę”. Polega ono na tym, że przechodząc pomiędzy głośnikami, wchodzimy między instrumenty, o ile nie potkniemy się o kable. Taką możliwość daje budowa promienników dipolowych – grają do przodu i do tyłu tak samo, a rozpięta na ramce membrana nie jest ograniczona skrzynią. Jednak siedząc w fotelu, a nie spacerując bez celu, usłyszycie z V3 muzyków na scenie. Wystarczy zamknąć oczy, aby się poczuć jak na koncercie.
Wszystkie te cechy, a więc przejrzystość, przestrzenność czy lokalizacja osiągają poziom wybitny i to bez względu na cenę (wiem, że za kolumny można zapłacić nawet pięć razy więcej, ale nie jestem przekonany, czy będzie wyraźnie lepiej. Droższy model – Q5 – miał wszystkie te zalety, a jednak coś mi podpowiadało, że nawet gdybym nie miał problemu z zerami na koncie, wybrałbym V3. Ale porównywałem krótko, w nieznanych mi warunkach, więc niewykluczone, że nie mam racji.).
Nie to jest jednak najważniejsze. Nie sztuka znaleźć w tej cenie kolumny, które każdą z tych cech pokażą spektakularnie. Sęk w tym, że Magico niczego nie żyłują. Pozwalają muzyce płynąć kremowym strumieniem, a wspomniane zalety pokazują niejako od niechcenia. Głównym bohaterem spektaklu staje się nagranie, a zalety przetworników i poszczególne aspekty brzmienia to jedynie droga do celu. Jeżeli asfalt jest równy, to po prostu po nim jedziemy i nie zastanawiamy się nad ilością wysypanego żwiru. Dopiero kiedy pojawia się dziura, zastanawiamy się: dlaczego?
Muzyka akustyczna w wydaniu Magico wykazuje bezsens podziałów tworzonych przez rozwiązania techniczne. Idą za nimi stereotypy brzmienia w rodzaju: lampa, tranzystor, obudowa zamknięta, bas-refleks. Każdy z nich jest rozpatrywany w kontekście typowych dla siebie wad. Tymczasem V3 ich nie mają.
Mają za to własny charakter. Przejrzystość i czytelność pozwalają spojrzeć inaczej na nagrania pop. Każdy producent ma w głowie swoje „soundy”, czyli brzmienia osiągnięte przez instrumentację, barwę gitar czy klawiszy, sposób ujęcia przestrzeni, a nawet użyte mikrofony. W niektórych przypadkach chodzi o uzyskanie „brudu”. I tutaj możecie być zaskoczeni, bo okazuje się, że nagrania, które dotąd uznawaliście za nieczytelne, stają się łatwe do rozebrania na czynniki pierwsze. Słyszymy fragmenty pasma, które mają za zadanie maskować resztę i tym razem się to nie udaje. Albo inaczej – słyszymy faktyczny efekt pracy, bez poprawki na sprzęt, którą robi się w studiach. Podobne zjawisko obserwowałem w czasie słuchania monitorów Geithaina. Z tym, że tamte pokazywały słabość realizacji nagrań, a Magico są w tym względzie łaskawe. Na nich nawet starsze realizacje nabierają blasku i nie ma potrzeby przesiewania płytoteki. Zwykle nie lubię, jeżeli głośnik mi coś poprawia, ale V3 robią to z takim wdziękiem, że nie wypada narzekać. Dla wielu osób będzie to zresztą kolejny powód do odchudzenia konta.
Jest w tym metoda, bo Geithain ma właśnie eksponować potknięcia realizatora. Dlatego jest wybitnym narzędziem do pracy w studiu. Magico zaś kompletnie się do tego nie nadają. Wydobywają z nagrań piękno, a błędy maskują w jakiś... magiczny sposób. Co wcale nie przeszkadza obserwować efektu pracy mikrofonów. Po raz pierwszy usłyszałem na nich więcej niż na słuchawkach. A byle jakich na głowę nie wkładam.
V3 to kolumny wybitne. Słyszymy dźwięk, który do tej pory mógł nam się co najwyżej przyśnić. Nie oznacza to, że każdy zrobi sobie z nich ołtarzyk. Niektórzy szukają subwooferowego basu albo dynamiki przypominającej dobrze nagłośniony koncert na stadionie. Te osoby czeka rozczarowane, bo zdarzały się nagrania, w których Tempo VI mocniej pompowały powietrze na dole, tworząc mruczące tąpnięcia. A co dopiero mówić, jeżeli macie do wydania ponad 120000 zł? Wtedy możecie oczekiwać trzęsienia ziemi. Tymczasem Magico dają tyle basu, ile trzeba i wypada. Poza tym głośniki w zamkniętej obudowie to głównie precyzja ataku i tempo. Paradoksalnie, nie przeszkadza to brzmieć temu zakresowi miękko. Ale w Magico to nie pierwsze połączenie, które wydawało się niemożliwe.
Jeżeli chodzi o „firmowe brzmienie”, to można się pokusić o analizę pasma. Górny zakres basu, w okolicy 80-150 Hz, jest lekko cofnięty, co pogłębia wrażenie czystości całego spektrum i niweluje dudnienie. Być może właśnie dlatego stare nagrania zyskują dodatkowy blask. Średnica ma ledwie wyczuwalną, ale także korzystną ekspozycję. Wysokie tony są za to lekko wygładzone w najbardziej krzykliwym punkcie. Wszystkie te zabiegi są subtelne i z punktu widzenia pracy przy postprodukcji nagrań – mądre. Do tej pory nie robiłem takiej analizy w stosunku do innych kolumn czy wzmacniaczy. Bo i po co komu informacja, że Tempo VI eksponują niski bas, z obszaru 40-50 Hz? W tym zakresie leżą zresztą najczęściej częstotliwości rezonansowe typowych pokojów odsłuchowych, a sporo osób lekkie wzbudzenia uzna za „fenomenalny dół”. Niektórzy posiadacze subwooferów czekają zresztą na fale stojące jak na zbawienie.
Sekrety kuchni wyciąga się wtedy, gdy potrawy są pyszne, a Magico serwują prawdziwą ucztę, z gatunku trudnych do zapomnienia. Wymagają wyrobionego podniebienia, ale potrafią też szybko je ukształtować. O ile ktoś nie słucha wyłącznie metalu lub techno. Nie chodzi o to, żeby takie osoby potępiać, bo to też muzyka niosąca ze sobą wartości. Tam jednak są potrzebne inne „ustawienia”, a ingerencja w pasmo daleko, daleko głębsza.

Konkluzja
Trudno przejść od analizy pasma do końcowych uniesień. Bo jak tu teraz powiedzieć, że w tym dźwięku jest prawdziwa magia? Ja ją znajduję. Ale nie w sensie popisów czarodzieja, zmieniającego ziemniaki w złote bryły, tylko w barwach słońca zachodzącego nad morzem. V3 są w tym niezastąpione. Potrafią namalować obraz dźwiękiem, jak Debussy i Ravel; nawet im pomagają. A że nie zgubią po drodze ani jednej nutki? Z całym szacunkiem, nie żeńmy na siłę artystycznej duszy z niechlujstwem. Obrazilibyśmy Bacha i Beethovena. A właśnie zamierzam się z nimi spotkać dziś wieczorem. To już ostatni raz. Jutro wyjadą z domu wielkie pudła i mimo że zrobi się więcej miejsca, jakoś mi się to nie uśmiecha.

84-88 11 2011 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF