fbpx

HFM

artykulylista3

 

JBL S4700

img130
JBL to współczesne wcielenie doktora Jekylla i pana Hyde’a. Za dnia firma tworzy nowoczesne, designerskie systemy grające, skierowane głównie do młodych odbiorców. Nocą, zapewne po wypiciu magicznego eliksiru, montuje gigantyczne zespoły głośnikowe, żywcem wyjęte z lat siedemdziesiątych XX wieku.


Mam wręcz podejrzenie, że te dwie „osobowości” nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. Każda bowiem ma osobną stronę internetową i na żadnej z nich nie ma jakiegokolwiek odnośnika do drugiej. Inna jest forma graficzna, inna oferta, inna technologia produktu oraz segment cenowy – tylko nazwa pozostaje wciąż ta sama.


Właściciel amerykańskiej firmy, grupa Harman International, wytłumaczyłby to zapewne strategią marketingową; psycholog zaś wspomniałby o dysocjacyjnym zaburzeniu tożsamości. A klient? Ten jest w najlepszej sytuacji, ponieważ może wybierać. Musi tylko zdecydować, czy jest odbiorcą młodym i aktywnym, którego interesują słuchawki, soundbary i boomboksy, czy też szacownym retro-audiofilem, który chciałaby mieć u siebie dźwięk najwyższej jakości, acz opakowany jak za czasów największej świetności wytwórni Motown. Ponieważ piszący te słowa jest człowiekiem wiekowym i nad wyraz statecznym, pochylimy się dziś nad poważniejszą częścią oferty, czyli przedstawicielem katalogu JBL Synthesis.

 

img13Te kolumny nie znikną z pokoju.


Budowa
Patrząc na olbrzymie, ponadpięćdziesięciokilogramowe kolubryny, aż trudno uwierzyć, że wśród pięciu modeli wolnostojących szczytowej serii nasz bohater jest jednym z mniejszych. Wagowo góruje nad nim nawet dwudrożna kolumna o wiele mówiącej nazwie 4367, nie wspominając o Himalajach hi-endu, czyli luksusowym modelu K2S9900 oraz wieńczącym dzieło inżynierii DD67000 (idę o zakład, że JBL zatrudnia wojskowego kryptologa albo radiotelegrafistę). Mimo że S4700 zajmuje w katalogu skromniejszą pozycję, producent zapewnia, że zbudowano go na bazie podobnej technologii co K2, „jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie i brzmieniowo głośników na świecie”. Wierzę na słowo.
S4700 to model trójdrożny z obudową bas-refleks, oparty na trzech głośnikach – dynamicznym niskotonowym oraz dwóch tubach, przetwarzających tony średnie i wysokie. Dodajmy jednak od razu, że w nomenklaturze JBL-a przymiotnik „tubowy” jest słowem wyklętym, wykreślonym na wieki i nieużywanym. Dlaczego? Ponieważ niemało jest na tym świecie firm, które stosują zwyczajne przetworniki dynamiczne, dołączają do nich sporych rozmiarów tubę i nazywają tubowymi. Takie nadużycie przejdzie jeszcze na rynku amatorskim, ale JBL od 70 lat funkcjonuje także w segmencie profesjonalnym, a tam nie ma miejsca na marketingowe triki i mydlenie oczu – również w dziedzinie nazewnictwa.
W całej serii Synthesis mamy zatem głośniki kompresyjne, których nazwa
odzwierciedla zastosowaną technologię. Przypomnijmy jej podstawowe założenia.

img79 Wymiary głośnika niskotonowego
mocno niedzisiejsze. Słynna
„trzydziestka ósemka” to chyba
najdłużej produkowany basowiec
w historii hi-fi.

 

Głośniki kompresyjne
Głośnik tubowy skonstruowano w odpowiedzi na potrzebę uzyskania przetwornika o znacznie wyższej sprawności niż klasyczny głośnik dynamiczny (tu wynosi ona cherlawe 3-5 procent, a reszta dostarczonej energii zamieniana jest w ciepło). Najkrócej mówiąc, zamienia on niską impedancję mechaniczną powietrza na wysoką impedancję powierzchni membrany, a transformatorem akustycznym, który tego dokonuje, jest odpowiednio wyprofilowana tuba.
W roli elementu aktywnego występuje, podobnie jak w „normalnych” głośnikach, przetwornik złożony z cewki i membrany poruszającej się w polu magnetycznym. Są oczywiście drobne różnice, wynikające z kształtu, rozmiaru i budowy membrany, a także z mocowania cewki (ta nie ma na ogół karkasu), ale – podobnie jak w każdym głośniku – liczy się przede wszystkim sztywność powierzchni drgającej. Membrana bywa wykonywana z tworzyw sztucznych lub twardych metali. Inżynierowie JBL-a nie bawili się w kompromisy i stworzyli membranę tytanową, która w przypadku przetwornika średniotonowego jest dodatkowo pokryta opatentowanym materiałem o nazwie Aqua-Plas.
Tym, co przesądza o „prawdziwej” tubowości i skąd JBL zaczerpnął nazwę swoich przetworników, jest element sprzęgający driver i tubę – komora kompresyjna, która ma niwelować różnicę ciśnień pomiędzy powierzchnią wlotu tuby a powierzchnią membrany.
Sama tuba, choć jest elementem pasywnym, ma olbrzymie znaczenie dla propagacji fali akustycznej. Dlatego kluczowy jest jej kształt – może być wykładniczy, stożkowy, hiperboliczny czy paraboliczny – oraz kąty wychylenia. JBL zdecydował się na, nie tak znów często spotykaną w tego typu głośnikach, geometrię hiperboliczną, a wartości kątowe dla przetwornika średnio- i wysokotonowego wynoszą, odpowiednio, 90 x 60 oraz 60 x 30 stopni. Dlaczego to takie ważne? Dlatego, że właśnie te parametry decydują o charakterystyce kierunkowości promieniowania.
Wybitna kierunkowość to druga, po wysokiej sprawności, zaleta głośników tubowych, która odróżnia je od klasycznych przetworników dynamicznych. Są też, niestety, wady, jak choćby zależność między wielkością tuby a zdolnością do przetwarzania niskich częstotliwości. Choć istnieją gigantyczne tuby basowe, w konstrukcjach wielodrożnych stosuje się na ogół klasyczne głośniki niskotonowe, aby ograniczyć wielkość obudowy. Tak też jest w przypadku S4700.
Drugą, znacznie ważniejszą z punktu widzenia audiofila wadą tubowców, są ich charakterystyczne zniekształcenia, wynikające z samej konstrukcji. Są one, jak można wyczytać w literaturze fachowej: „spowodowane nieliniowością podatności powietrza i zmianami objętości komory sprzęgającej”. Zwał jak zwał, grunt, że każdy w miarę osłuchany człowiek potrafi bez trudu wychwycić charakterystyczne podbarwienia, generowane przez tubę. To, czy będą nam bardzo przeszkadzać, czy też zostaną umiejętnie zamaskowane, zależy od biegłości konstruktorów. Jak jest w przypadku JBL-i, przekonamy się niebawem.

img98 Niewielki bas-refleks
wyścielono miękkim materiałem,
żeby uniknąć turbulencji.
Poniżej, wstydliwie ukryte,
śmiesznie małe terminale.

 


Bas i cała reszta
Porzućmy jednak tuby i przejdźmy do głośnika, którego wielkość przesądziła o mocno niedzisiejszym kształcie S4700. Niskie częstotliwości przetwarza nestor rodu, czyli niezmieniony praktycznie od początku istnienia firmy, 38-cm głośnik z celulozową membraną o charakterystycznych koncentrycznych przetłoczeniach i z gigantyczną nakładką przeciwpyłową. Przetłoczenia mają pomóc w odtwarzaniu niskiej średnicy, ponieważ głośnik może pracować liniowo aż do 800 Hz. Sam pomysł, żeby niskie tony generowała wielka papierowa membrana o małym wychyleniu sięga początków XX wieku, kiedy to założyciel firmy, James Bullough Lansing, zapisał się złotymi zgłoskami w historii kinematografii, po raz pierwszy udźwiękawiając film. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, ten sam głośnik, który wykorzystywany jest obecnie w całej serii Synthesis, pojawił się po raz pierwszy w roku 1936, w skonstruowanej na potrzeby kin kolumnie o nazwie The Iconic. Jedyną różnicą był brak nakładki przeciwpyłowej oraz przetłoczeń, które dodano nieco później. Trudno powiedzieć, czy konstruktor był zadowolony ze swego dzieła – kilka lat później się powiesił. Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie, ponieważ pieniądze z polisy na życie, którą Lansing wykupił, pomogły firmie przetrwać trudne chwile, a legendarny głośnik oraz modele kolumn, oparte na The Iconic, produkuje się do dziś.
Ukłonem w stronę nowoczesności jest w tym przypadku zastosowanie zupełnie nowego odlewanego kosza (służącego jednocześnie jako radiator) oraz opartego na magnesie neodymowym układu napędowego, wykorzystującego dwie szczeliny, w których pracują dwie 7,5-cm cewki.
Wielkość woofera w dużym stopniu determinuje niedzisiejszy wygląd kolumn – taki „garnek” po prostu trzeba było gdzieś zmieścić! Z akustycznego punktu widzenia nie wróży to dobrze, ponieważ bardzo szerokie przednie ścianki potrafią skutecznie zaburzyć wrażenia przestrzenne, chociaż… Spendor czy Harbeth jakoś sobie radzą. Może więc i JBL znalazł złoty środek?
Pod względem estetycznym szerokie fronty S4700 wypadają zaskakująco dobrze. Genialnym pomysłem było wtopienie kwadratowej maskownicy w obudowę tak, że nie wystaje z niej nawet o milimetr. Kolumny tworzą dzięki temu dużą, ale doskonale zwartą bryłę, która sprawia wręcz wrażenie groźnego monolitu. Okleina w kolorze wiśni nieco łagodzi ten niepokojący wizerunek – JBL-e nabierają wtedy cech szlachetnego mebla, do którego jak ulał pasuje angielskie słowo „cabinet”, określające obudowę. Niestety, mniej szlachetny obrazek zastaniemy z tyłu.
Pod sporym wylotem bas-refleksu znajdują się podwójne terminale, na widok których człowiek ma ochotę zapłakać. Nie chodzi już nawet o to, że tak marne blaszane pozłotki można kupić za grosze w każdym sklepie RTV i że do luksusowych kolumn pasują jak wół do karety. Większym problemem jest to, że gniazda są wyjątkowo małe i ciasno upchnięte w plastikowym zagłębieniu. Podłączenie do nich grubych kabli z widełkami – tak aby ich nie zewrzeć – zakrawać będzie na cud. Ktoś postanowił oszczędzić. Szkoda, że na tak istotnym elemencie.
Nie oszczędzano natomiast na kolcach, które są bardzo solidne i wyposażone w firmowe podkładki. Choć reguluje się je od dołu, odbywa się to szybko i bezproblemowo. O firmowych podkładkach pamiętać należy koniecznie, ponieważ ponad 50-kilogramowe skrzynie, zaopatrzone w ostre stożki, porysują nawet najtwardszą podłogę. Za to kiedy je już wypoziomujemy, możemy być pewni, że nic ich nie ruszy.

img102 Bijące
serca systemu,
czyli zwrotnica na dwóch płytkach,
komory kompresyjne, tuby
i głośnik niskotonowy.

 

Konfiguracja
94 decybele skuteczności i sześcioomowa impedancja sprawiają, że JBL-e można łatwo wysterować nawet słabym wzmacniaczem. I to jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że to wyjątkowo kapryśne kolumny, jeżeli chodzi o dobór sprzętu towarzyszącego. To, że z łatwością je napędzimy, wcale nie znaczy, że zagrają na miarę swoich możliwości.
Nie ma tu złotej recepty. Trzeba próbować i wystrzegać się ostro, chłodno lub wyjątkowo przejrzyście grających wzmacniaczy, tak lampowych, jak i tranzystorowych. Sam boleśnie się o tym przekonałem, próbując zestawić S4700 najpierw z integrą, a potem z końcówką mocy Gryphona. To zdecydowanie nie ten kierunek. Jeśli ma być tranzystor, to celowałbym w urządzenia grające dźwiękiem nasyconym, nieprzesadnie eksponujące górę pasma.
Na potrzeby testu zostałem przez redakcję wyposażony w zestaw, o którym śni niejeden audiofil. Źródło stanowił dzielony odtwarzacz Accuphase’a DC-901/DP-900, połączony kablem koaksjalnym Tellurium Graphite oraz firmowym HS-Linkiem. Stamtąd sygnał wędrował do lampowego przedwzmacniacza ATC-5, a następnie – do końcówki mocy SET ATM-300R Air Tighta. Wszystkie przewody sygnałowe, zasilające oraz para głośnikowych to Jorma Prime. Sami przyznacie – to nie miało prawa nie zagrać.

img105 Sięgający w przeszłość projekt może się nawet podobać…

 


Wrażenia odsłuchowe
I faktycznie zagrało, acz szalenie specyficznie.
Zacznijmy od tego, że JBL S4700 to zwierz, którego trudno okiełznać i może się zdarzyć, że tego samego dnia go pokochamy i znienawidzimy. Bardzo dużo będzie zależało od repertuaru, a chyba najwięcej – od oczekiwań, jakie mamy wobec muzyki. Czy ma nas zrelaksować i wprowadzić w błogostan, czy przeciwnie – naładować energią i sprawić, że dźwięki będziemy chłonąć wszystkimi zmysłami? Usłużnie podpowiem, że JBL-e najlepiej sprawdzają się w tej drugiej kategorii.
Duży obraz dźwiękowy z dużych kolumn – w przypadku S4700 ta współzależność działa bez pudła i byłbym chyba lekko rozczarowany, gdyby było inaczej. W końcu, nie po to się buduje takie konstrukcje, żeby „cienko śpiewały”. Wolumen dźwięku może naprawdę zaimponować. Wielkość instrumentów jest dokładnie taka jak „w naturze” i pod tym względem JBL-e idealnie odwzorowują muzyczną rzeczywistość.
Podobnie się dzieje z dynamiką. Tu na pierwszy plan wychodzą nadzwyczajne możliwości głośników tubowych (pardon, kompresyjnych), które potrafią w ułamku sekundy doprowadzić do potężnego spiętrzenia dźwięku i wygenerować maksymalne ciśnienie akustyczne, żeby w kolejnej sekundzie błyskawicznie odpuścić. Nie ma głośników dynamicznych, choćby zasilanych nie wiem jak mocnymi magnesami neodymowymi, które byłyby w stanie pokazać coś podobnego.
W przypadku JBL-i zawsze jest jednak jakieś „ale”. Naturalna wielkość instrumentów i nieprzeciętna szybkość narastania dźwięku nie idą w parze z przekonującą przestrzenią. Ta ostatnia jest, mówiąc oględnie, dość skumulowana. Granice sceny wyznaczają zewnętrzne ścianki kolumn, przez które nie przebije się żaden dźwięk. Jeżeli zatem chcemy mieć szeroką scenę, musimy odpowiednio szeroko rozstawić kolumny, pod warunkiem, że umożliwia to wielkość pomieszczenia. Nie pomoże doginanie, odginanie, przesuwanie – dźwięki nie chcą się rozchodzić na boki i już.
O niebo lepiej jest z perspektywą w głąb i budowaniem planów. W tej dziedzinie JBL-e zachowują się jak rasowe kolumny high-endowe i pozwalają na bardzo szczegółowy wgląd w nagranie, nawet gdy słuchamy gęsto zaaranżowanych utworów. Malkontent mógłby oczywiście stwierdzić, że plastycznie poukładane plany, wychodzące w stronę słuchacza wokale i kapitalnie zogniskowana głębia nagrań to w dużej mierze zasługa fenomenalnych triod 300B, jednak nie zmienia to faktu, że JBL-e dały się lampom genialnie poprowadzić i pozwoliły, by zestaw Air Tighta wydobył z nich wszystko, co najlepsze.
Powróćmy jednak do kwestii kluczowej. To, czy do amerykańskich kolumn zapałamy dozgonną miłością, czy też szczerą nienawiścią, w dużej mierze będzie zależeć od repertuaru. Koncerty i uwertury Telemanna w genialnym wykonaniu Musica Alta Ripa, wydane na płycie pokrytej 24-karatowym złotem, poniosły druzgocącą klęskę. „Koncerty brandenburskie” to samo. Symfonie Haydna? Jak z tekturowego pudełka. Bardzo szybko odpuściłem więc repertuar klasyczny i – jakby wiedziony instynktem – przerzuciłem się na muzykę synkopowaną.
Kiedy do odtwarzacza powędrowała płyta Johnny’ego Hodgesa „Not So Dukish”, a z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Central Park Swing”, niebo się otworzyło. Te kolumny po prostu uwielbiają taką muzykę! Mocno zaznaczony rytm, pulsujący bas i skrzące się dźwięki instrumentów dętych są tym, w czym JBL-e pławią się z rozkoszą, a my razem z nimi. Wiele razy, w przypadku opisu sprzętu najwyższej klasy, pada określenie „jak na żywo”. Jest to pewien skrót myślowy, który dotyczy nie tyle koncertu, co brzmienia wysoce naturalnego. Tymczasem amerykańskie kolumny starają się zrobić z każdego nagrania właśnie koncert, przekazując w niezwykły sposób pierwiastek emocjonalny i atmosferę muzyki tworzonej ad hoc, dziejącej się na naszych oczach. Neutralność czy ewentualne podbarwienia są wtedy sprawą zupełnie drugorzędną, liczy się żywioł. Pod tym względem S4700 nie wyprą się swojego sceniczno-kinowego rodowodu. Te kolumny chcą nam przenieść do domu nie tyle studio nagraniowe, co estradę.
W odpowiednim repertuarze potrafią się pokazać także od strony lirycznej. Na podwójnej płycie Agi Zaryan „Live At Palladium” zachwycał pięknie zawieszony w przestrzeni, plastyczny wokal artystki. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że istnieją głośniki tubowe, które potrafią tak naturalnie oddać tembr ludzkiego głosu. Dopełnieniem średnich tonów była idealnie z nimi połączona góra, która skrzyła się wszystkimi barwami. Do tego ciepły, obszerny i lejący się bas. Co z tego, że niezbyt punktualny? Tworzył za to niepowtarzalną, kameralną atmosferę, otulając słuchacza niczym ciepła kołderka. Wielka klasa.
Prawdziwą ucztą, a zarazem dźwiękowym powrotem do przeszłości, okazała się sesja ze zremasterowanymi albumami bohaterów mojej młodości: Jimim Hendriksem, Erikiem Claptonem i Led Zeppelin. Ponownie ujawnił się estradowy duch JBL-a. Imponowały nie tylko koncertowy nerw, ale też barwa dźwięku i jego nasycenie, kojarzące się z dawnymi, analogowymi nagraniami. Kiedy przytupywałem do rytmu „Whole Lotta Love” i „Red House”, słuchanie uprzyjemniała mi świadomość, że nagrania te powstawały na bardzo podobnym sprzęcie, jaki teraz je dla mnie odtwarzał. Niewątpliwie w studiu stały wzmacniacze lampowe, a monitory odsłuchowe, być może także wyposażone w tuby, miały wielkie, kilkudziesięciocentymetrowe membrany z celulozy. I kto wie? Może były to właśnie JBL-e?

img107…choć z maskownicą
wygląda dyskretniej.

Konkluzja
Nie łudźmy się, S4700 nie przeniosą nas ani do filharmonii, ani do pałacowych wnętrz, w których uprawiało się muzykę kameralną. Ale na scenę Royal Albert Hall? Do zadymionego wnętrza Ronnie Scott’s? Albo nawet na Wembley? Ależ proszę bardzo!


 

2019 04 23 14 32 46 052 057 Hifi 04 2019.pdf Adobe Reader

 

 

Bartosz Luboń
Źródło: HFM 04/2019


Pobierz ten artykuł jako PDF