fbpx

HFM

artykulylista3

 

Wilson Benesch Trinity

Mag 08-12 06 2012 01Monitory Wilson Benesch Trinity wydają się szczytem możliwości technologicznych w konstruowaniu zestawów głośnikowych. Zaawansowana obudowa budzi uznanie. Została opracowana, żeby zminimalizować rezonanse i zniekształcenia, a tym samym zapewnić wierną reprodukcję muzyki.

Kolejnym celem projektanta było uzyskanie efektu punktowego źródła dźwięku poprzez jak największe zbliżenie do siebie przetworników. Na koniec zwrotnica – skoro już musi być, to najlepiej minimalistyczna, z najmniejszymi przesunięciami fazowymi.
Obudowę wykonano w technologii P.A.C.T (Poly Alloy Carbon Technology), co oznacza zastosowanie stopów metali, stali i aluminium do budowy podwójnej płyty czołowej i ramy wewnętrznej w połączeniu z włóknem węglowym, które jest wytwarzane na zamówienie WB. Wyrafinowana konstrukcja płyty czołowej jest ściśle związana ze sposobem mocowania przetworników i zbliżenia ich do siebie.


Przetworniki w Trinity to autorskie opracowania Wilson Benescha. Może z wyjątkiem supertweetera Sphere, który powstał we współpracy z japońską wytwórnią Murata. Głośnik niskośredniotonowy Tactic ma membranę z trójwarstwowego polimeru Isotactic, odróżniającego głośniki WB od innych konstrukcji. Kosz to jednoczęściowy odlew z aluminium. Magnes jest prawdopodobnie neodymowy i uformowany tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływał na pracę membrany. Ważna informacja – nisko-średniotonowiec nie jest filtrowany.
Przetwornik wysokotonowy to miękka kopułka z jedwabiu powlekana ręcznie, również konstrukcja własna WB, od dekady z powodzeniem stosowana w głośnikach. Supertweeter (generator ultrasoniczny) Sphere to ceramiczna kopułka powlekana złotem. Monitor jest wentylowany podwójnym bas-refleksem umieszczonym od spodu. Całość spoczywa na zintegrowanej podstawce, do której jest mocowana sześcioma trzpieniami. Stendy są wykonane ze stali i aluminium. Ich konstrukcja umożliwia pochłanianie pasożytniczych rezonansów. We wnętrzu nóżek umieszczono zwrotnicę. Cała podstawka opiera się na trzech regulowanych kolcach.
Terminale z rodowanej miedzi umieszczono na samym dole. Pozwalają na podłączenie w bi-wiringu przewodów zakończonych zarówno bananami, jak i widełkami. Niestety, przy korzystaniu z pojedynczego okablowania zworki trzeba wykonać we własnym zakresie albo kupić gotowe. Głośniki wyposażono w maskownice mocowane do frontu kołkami.

Jerzy Mieszkowski

Mag 08-12 06 2012 opinia1Odsłuchy rozpocząłem od klasyki – koncertów fortepianowych i symfonii. Następnie sięgnąłem po jazz i muzykę wokalną. Być może technologia wykorzystana przy budowie Trinity sugeruje brzmienie tak dokładne, że wręcz sterylne, ale nic podobnego. Głośniki zaskoczyły muzykalnością i wiernie odtworzoną barwą. Dźwięk był namacalny, przejrzysty i wyrównany w paśmie. Góra pozostała zróżnicowana, czytelna choć sprawiała wrażenie nieznacznie wycofanej. Płynnie dopełniała zakres tonów średnich. Wybrzmienia perkusji w nagraniach tria Keith Jarrett, Gary Peackock, Jack DeJohnette, bogatych w partie tego instrumentu, brzmiały realistycznie i były pełne powietrza. Średnicę pasma cechowały naturalność i płynność, co dało się odczuć zarówno w grze fortepianu w jazzie (Keith Jarrett, E.S.T.), jak i klasycznych koncertach Rachmaninowa i Czajkowskiego. Można się było delektować muzyką, choć odnosiło się wrażenie, że niższy zakres średnich tonów został dyskretnie wyeksponowany. Wokale otaczały głośniki, ale nie były wysunięte w kierunku słuchacza. A sybilanty? Obecne, ale nie przeszkadzały. Porównanie brzmienia z amplifikacją lampową (Bel Canto SET na triodzie 845, Cary 120S na ośmiu KT120) i tranzystorową (Bryston 4SST) pozwoliło określić preferencje głośników. Te same płyty brzmiały podobnie, a zarazem inaczej. Lampa 845 wspaniale przekazywała średnicę pasma, ale nie równoważyła wycofania góry będącego cechą głośników. Przyczyną okazała się prawdopodobnie relatywnie niska moc – zaledwie (!) 35 W z triody SE.

Zmiana na końcówkę mocy Cary 120S diametralnie zmieniła charakter brzmienia. Stało się szybsze, czystsze, ze znacznie bardziej zróżnicowanym basem, choć kontury instrumentów pozostały lekko zaokrąglone.

Mag 08-12 06 2012 02     Mag 08-12 06 2012 03

Próba z końcówką mocy Brystona spowodowała dalszą korzystną ewolucję. Brzmienie stało się nie tyle przyjemniejsze w odbiorze, ale rzetelniejsze, może z zacięciem studyjnym i w granicach rozsądku. Bas stał się jeszcze bardziej konturowy i zróżnicowany. Wokół instrumentów pojawiło się więcej powietrza.
Nie zmienia to faktu, że w pomieszczeniu średnio wytłumionym i wielkości 22 metrów kwadratowych bas momentami dudnił i nie do końca spełniał oczekiwania. Z pewnością nie była to wina pomieszczenia, lecz charakteru głośników. To dość typowy efekt bas-refleksu. Zapewne zamierzony, bo pozwalający osiągnąć wrażenie pełniejszego, „dopalonego” dźwięku. Praw fizyki jednak nie ominiemy i nie łudźmy się, że osiągniemy efekt jak przy 25 czy 30-cm wooferze w konstrukcji trójdrożnej.

Mag 08-12 06 2012 04     Mag 08-12 06 2012 05

Efekty przestrzenne, jak i stereofonia, pozostawały we wszystkich amplifikacjach na wysokim poziomie. Nie podważam w tym roli zastosowanego głośnika superwysokotonowego, niemniej konstrukcje weń niewyposażone potrafią zabrzmieć równie dobrze.
W moim odczuciu Trinity to udana konstrukcja. Technologią wykonania i wyglądem przywodzi na myśl formułę F1. Jednak aby w pełni wykorzystać jej zalety, musimy zastosować mocny wzmacniacz tranzystorowy, minimum 100 W, i dysponować raczej niewielkim pomieszczeniem o nienagannej akustyce. Osoby które skuszą się na zakup nietanich przecież monitorów, z pewnością zapewnią im odpowiednie warunki pracy. Wówczas satysfakcja zarówno z odsłuchów, jak i organoleptyczna będzie gwarantowana.

Jerzy Mieszkowski

Mag 04-07 06 2012 opinia2Dynamiki odmówić im nie sposób, jednak nie są to zestawy, które bez problemu odnajdą się w każdym systemie. Konstrukcję oparto na znanym już i całkiem niezłym modelu Arc, jednak poddano ją „ulepszeniu” poprzez dołożenie generatora ultrasonicznego. Jak pokazuje doświadczenie, lepsze jest wrogiem dobrego.

Poza tym wszelkie supertweetery, generujące dźwięk w paśmie niesłyszalnym dla człowieka (powyżej 20 kHz), są dla mnie czymś w rodzaju seansów Kaszpirowskiego czy odpromienników żył wodnych z oferty telezakupów. Dodawanie elementu, którego nie słychać, a jedynie da się jakoś wyczuć (wiem, są badania) zbytnio do mnie nie przemawia – po co mi coś, czego nie mam szans usłyszeć z powodu ograniczeń mojego aparatu percepcji? Ale to jeszcze nie problem. Ten wynika raczej z faktu, że zastosowane rozwiązanie albo przestrojenie zwrotnicy z innego powodu spowodowało przesunięcie równowagi tonalnej do góry. Niskie tony zostały przez to potraktowane po macoszemu.
Góry pasma Trinity mają sporo. Słuchanie muzyki bogatej w instrumenty perkusyjne czy wysokich rejestrów skrzypiec wypadło różnie. Blachy brzmiały czasami głucho i matowo, a flażolety powodowały trzeszczenie kostek słuchowych. Naturalnie znajdą się i miłośnicy takiego brzmienia, jednak dalekie jest ono od neutralności i wymaga dobrze dobranej amplifikacji, aby stało się satysfakcjonujące.
Trinity to zestawy o niewątpliwych walorach, ale też wymagające. Nie można im wiele zarzucić w kwestii dynamiki, bogactwa wysokich tonów, żywej średnicy czy stereofonii. W testowym systemie świetnie się sprawdziły w przypadku małych składów i delikatnych utworów jazzowych, szczególnie tych trochę przebasowionych.
Nie twierdzę, że to głośniki wyłącznie do takiej muzyki, ale w połączeniu z towarzyszącymi w teście urządzeniami właśnie w takim repertuarze wypadły najlepiej. Kobiece wokale na płytach „Ladies Jazz vol 5” i Sade „The Ultimate Collection” zostały oddane niezwykle precyzyjne i w sposób przyjemny dla ucha. Brzmiały bezpośrednio, ale bez tendencji do wychodzenia przed szereg. Średnica namacalna, gęsta jak smoła, jednak trochę podwyższona. Wyjątkowo precyzyjna artykulacja prowadziła gdzieniegdzie do powstawania sybilantów, jednak nie były one rażące. Dało się słyszeć mnóstwo wyraźnych niuansów, takich jak ciche mlaśnięcia i oddechy wokalistek. Taka prezentacja znajdzie niejednego zwolennika.
Z drugiej strony nie było tak cudownie, jak mogłoby się zdawać – wszystkie utwory były odtwarzane ciut wyżej, to znaczy – o ile jeszcze wokale trzymały prawie naturalne brzmienie, o tyle cała sekcja basowa została mocno uszczuplona. W celu potwierdzenia powyższych odczuć na warsztat trafiła płyta „Herbaciane nonsensy” z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Oprócz tego, że album należy do moich ulubionych, to jednocześnie jest zbyt bogaty w niskie tony. Używam go często dla potrzeb recenzji i zawsze konieczne jest skrócenie bas-refleksu. W innym przypadku bas włóczy się po podłodze i dudni w kątach przeokrutnie.
Z Trinity było inaczej. Wszystko brzmiało idealnie! Gdybym nie znała specyfiki płyty, uznałabym, że brzmiało to doskonale, tyle że właśnie... nie miało prawa tak brzmieć! Próba potwierdziła teorię o podstawie basowej tych zestawów. Dolne rejestry zostały uszczuplone i nie schodzą tak nisko, jak można by oczekiwać od kolumn za 23000 zł.
Nie znaczy to, że w przypadku opisywanego modelu pogłębienie basu nie jest możliwe. Do tego celu kolumny potrzebują jednak albo tranzystora o dość ciepłej barwie, albo lampy, która wyciągnie z nich pożądaną głębię dolnych rejestrów. Idąc już zupełnie na łatwiznę, za to dość kosztowną, można zastosować proponowany przez producenta subwoofer Torus, który uzupełni niskie zakresy.
W repertuarze symfonicznym i w rozbudowanych nagraniach rockowych Trinity prezentują dużo precyzji i dynamiki. Poradziły sobie nawet z gęsto tkanymi utworami, a także wielowątkowością planów w kompozycjach Watersa. Stereofonia również stała na poziomie powyżej przeciętnej, umożliwiając dokładną lokalizację instrumentów wyraźnie poza szerokością bazy. Scena była dobrze zarysowana, z głębią umożliwiającą łatwe wychwycenie wielowarstwowości utworów Mozarta.
Wniosek z odsłuchu jest jeden – opisywane monitory, niczym kobieta, pełne są sprzeczności.

Reklama

Trinity to zestawy, które albo pokochają system od razu, wynosząc go na audiofilskie wyżyny albo zmieszają z błotem. Decydując się na ich zakup, należy się kierować taką samą zasadą, jak przy poszukiwaniu żony – zanim przygarniesz pod swój dach na stałe, pomieszkaj chwilę i zobacz, jak się sprawuje. Jeśli tego nie zrobisz, niewykluczone, że za chwil kilka będziesz szukał okazji, żeby zamienić na nowszy model.
Oczywiście, można się też kierować inną zasadą: „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Byle tylko ten szampan nie przypominał smakiem Igristoje za 8,20 zł w opakowaniu za 23500 złotych.

Aleksandra Chilińska

Mag 08-12 06 2012 daneTechniczne

Autorzy: Jerzy Mieszkowski i Aleksandra Chilińska
Źródło: MHF 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF