fbpx

HFM

McIntosh MC611

064 069 Hifi 001Życie zaczyna się po siedemdziesiątce. Nie wierzycie? To zerknijcie do katalogu McIntosha. Czcigodny nestor audiofilskiego rodu nie tylko nie myśli o emeryturze, ale wciąż się unowocześnia, pręży muskuły i zaskakuje nowościami. Niekiedy nawet w podwójnym wydaniu, tak jak w przypadku monobloków MC611.









Zawsze, kiedy mam do czynienia z urządzeniami firmy z Binghamton, nie mogę się nadziwić, jak umiejętnie łączy ona tradycję z nowoczesnością. Z jednej strony, McIntosh to przede wszystkim legendarne wzmacniacze: zintegrowane, dzielone, tranzystorowe, lampowe – do wyboru. W oczach laików wyglądają jak odbiorniki radiowe z czasów prezydentury Dwighta Eisenhowera, a ich archaiczne wskaźniki i podświetlone „gotyckie” logo przenoszą nas do czasów jeszcze wcześniejszych. A jednak, jak na tak rzekomo zachowawczą wytwórnię, McIntosh zadziwiająco szybko i gładko wszedł w erę cyfrową. Świadczą o tym nie tylko liczne odtwarzacze CD/SACD, lecz także urządzenia do odtwarzania plików bądź streamingu. Mało tego, gdy na rynku zaczęło się pojawiać coraz więcej wzmacniaczy w klasie D (nie do końca poprawnie nazywanych cyfrowymi), Amerykanie odpowiedzieli własnymi opracowaniami, przyprawiając zapewne o palpitacje serca niejednego audiofila starej daty. Jednak tym, co najbardziej cenię sobie w podejściu inżynierów McIntosha, jest fakt, że nie spoczywają na laurach. Legendarne konstrukcje z dawnych lat są systematycznie ulepszane albo ustępują miejsca swoim progeniturom, które – nie zrywając z sygnaturą brzmieniową przodków – starają się wejść na jeszcze wyższy poziom, tak w dziedzinie konstrukcji, jak i dźwięku. A wszystko to zgodnie z zasadą: „Nic nie brzmi tak dobrze, żeby nie mogło brzmieć lepiej”.
I właśnie tak się dzieje w przypadku testowanego dziś duetu.
Monobloki MC611 zastąpiły nie tak dawno cenione MC601. Stoją już bardzo wysoko w firmowej hierarchii, a moc jest oddawana jeszcze w setkach watów. Gdy sięgniemy wyżej, po monstrualne MC1,25 oraz MC2KW, zaczniemy mówić o kilowatach – w sam raz do nagłośnienia wielkiego salonu potentata naftowego z Teksasu. My zadowolimy się mniejszymi, co nie znaczy, że skromnymi osiągami.

064 069 Hifi 002

 

Znak firmowy McIntosha:
przejrzysty podział na sekcje,
a każda z nich w oddzielnej
puszce ekranującej.

 

 

 

Budowa
Wcale nie taki wielki ten McIntosh, jak go malują; przynajmniej optycznie. Owszem, potężne skrzynie, które wraz z zawartością ważą po 50 kg, robią wrażenie, jednak po wypakowaniu urządzeń i ustawieniu na półce jakoś nie czujemy się przytłoczeni ich rozmiarami. Wynika to, po pierwsze, ze zwartej budowy; po drugie – z faktu, że tak jak wszystkie wzmacniacze McIntosha, tak i testowane są o wiele głębsze niż szersze.
Stylistykę sprzętu z Binghamton znają wszyscy, którzy choćby otarli się o świat hi-endu, jednak przypomnijmy jej najważniejsze cechy. Front każdego „maka” to ręcznie polerowane szkło, za którym umieszczono gigantyczny niebieski wyświetlacz ze wskaźnikiem wychyłowym. Pokazuje zmiany sygnału wyrażone zarówno w watach, jak i decybelach. Jeśli „tańcząca” wskazówka lub jaskrawe podświetlenie nas zmęczą, możemy je zgasić pokrętłem po lewej stronie, które służy także do przytrzymywania wskaźnika na określonej wartości (funkcja „hold”). Identyczne pokrętło po prawej włącza i wyłącza zasilanie. Jego trzecia, środkowa pozycja – oznaczona jako „remote” – przyda się, gdy zafundujemy sobie całą wieżę McIntosha. Obsługa takiej masy dobra to nie przelewki. Jeżeli zapragniemy konstrukcji dzielonych z górnej półki i kilku źródeł sygnału, to elementów może się zebrać i dziesięć. Dzięki 12-woltowym wyzwalaczom i funkcji „remote” będzie można uruchomić bądź wyłączyć cały system za pomocą jednego przycisku.
Pod wyświetlaczem znalazło się jeszcze miejsce na jarzące się na zielono firmowe logo oraz dwie czerwone diody. Pierwsza świeci nieprzerwanie i informuje po prostu o podłączeniu urządzenia do prądu. Druga to wskaźnik układu Sentry Monitor, który chroni wzmacniacz przed zwarciem. Prawda, że bogato? Pamiętajmy, że gros monobloków na rynku to zwyczajne prostopadłościany, urozmaicone co najwyżej wściekłe niebieską diodą na przedniej ściance. Poza tym – nud, panie, jak mawiał filmowy klasyk.
Jednak nie w przypadku McIntosha. Tu nawet spojrzenie na wzmacniacz z góry będzie ciekawe, ponieważ zamiast jednolitej górnej płyty ujrzymy całą złożoność urządzenia podzielonego na osobne sekcje, pozamykane w ekranowanych obudowach. Pierwsza, na samym froncie, skrywa elektronikę sterującą oraz mechanizmy wskaźników wychyłowych i podświetlenie LED.  Dalej mamy serce wzmacniacza, a ściślej – dwa serca: główny zasilacz oraz transformator wyjściowy, czyli słynny autoformer, dzięki któremu końcówka oddaje taką samą moc niezależnie od impedancji podłączonych kolumn. Po co, skoro przytłaczająca większość wzmacniaczy tranzystorowych nie jest wyposażona w podobne rozwiązanie? Odpowiedź jest prosta: żeby obniżyć poziom zniekształceń do pomijalnego minimum. Wzmacniacze półprzewodnikowe wysokiej klasy, które obywają się bez transformatorów wyjściowych, radzą sobie z wahaniami impedancji (zwłaszcza jej spadkami) dzięki mocnym, wydajnym i szybko reagującym zasilaczom. Przy nagłym spadku oporności układ musi nierzadko podwoić dostarczaną do głośników moc. Kłopot w tym, że tak duże wahnięcia na wyjściu mogą się odbijać na liniowości przenoszonego sygnału. W przypadku MC611, dzięki transformatorowemu dopasowaniu impedancji, poziom zniekształceń wynosi raptem 0,005 % – a tego nawet nietoperz nie usłyszy.

064 069 Hifi 002

 

LED-owe podświetlenie
– mocne, choć ekologiczne.
Zawsze można je wyłączyć

 

 

 

Ostatnia sekcja to zasadnicza część urządzenia. W niej bowiem znalazły się elementy wzmacniające, czyli dwie ułożone symetrycznie płytki z sześcioma tranzystorami każda. Skąd taki układ, skoro mamy do czynienia z monoblokiem a nie dwukanałową końcówką? Wynika on z zastosowania opatentowanej technologii Quad Balanced, która zakłada wykorzystanie dwóch niezależnych układów wzmacniających. Stanowią swoje lustrzane odbicia i pracują w trybie przeciwsobnym (push-pull).
Na tylnej ściance zwraca uwagę kolejny wynalazek McIntosha, czyli wysunięta „półeczka” z umieszczonymi na niej pionowo trzema parami pozłacanych terminali głośnikowych o firmowej nazwie Solid Cinch. Każdy komplet został przeznaczony do kolumn o innej impedancji znamionowej (odpowiednio 2, 4 i 8 omów) i przyjmuje zarówno wtyki bananowe, jak i widełki. Do dokręcenia tych ostatnich można użyć eleganckiego klucza z twardego tworzywa sztucznego, dostarczanego w komplecie.
Wszystko to razem jest piękne i funkcjonalne. Szkoda tylko, że fatalnie oznaczone. O tym, które gniazdo przeznaczono dla jakiej impedancji, oraz gdzie jest minus, a gdzie plus, informują rachityczne symbole naniesione białą czcionką na srebrnym tle – po prostu raj dla krótkowidzów i daltonistów! W dodatku oznaczenia umieszczono wyłącznie na tylnej ściance, a przecież ze względu na lokalizację gniazd będziemy je podpinać, patrząc od góry. Ktoś ewidentnie nie pomyślał, ale nie znęcajmy się. To naprawdę jedyna mała niedoróbka w tym, skądinąd, dopracowanym urządzeniu.
Na właściwej tylnej ściance znalazło się wejście RCA oraz XLR. Oprócz tego przewidziano wyjście XLR, które umożliwi podłączenie… kolejnej końcówki mocy. Ot, gdybyśmy uznali, że 600 watów to jednak zbyt skromnie i postanowili dokupić drugą parę MC611, by zrealizować bi-amping. Albo tri-amping, bo przecież są kolumny, które na to pozwalają. A ponieważ zakup sześciu monobloków zahacza już o transakcję hurtową, moglibyśmy zapewne liczyć na pokaźny rabat, a później równie pokaźne rachunki za prąd.
Zejdźmy jednak na ziemię, a raczej na tylną ściankę. Oprócz wspomnianych gniazd widać na niej jeszcze gniazdka wyzwalaczy, przełącznik trybu podłączenia sygnału (symetryczny/niesymetryczny) oraz hebelek z oznaczeniem „auto-off”. Po jego aktywacji cały system wyłączy się mniej więcej po trzydziestu minutach, jeśli nie wykryje sygnału na wejściu.
Trzeba przyznać, że – jak na monobloki – MC611 są bogato wyposażone. Niczego nam tu nie zabraknie, z kilku funkcji zapewne nigdy nie skorzystamy – co jednak szkodzi mieć je w zanadrzu?
Choć prawdziwy audiofil nie ufa pomiarom i ocenia wszystko na słuch, tym razem od parametrów nie uciekniemy. Choćby dlatego, że MC611 mają je wyszczególnione na górnej ściance puszek ekranujących, podobnie jak schemat blokowy. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na jedną wartość, która świadczy o tym, że MC611 nie są jedynie kosmetycznie odświeżonymi MC601, ale gruntownie przeprojektowaną konstrukcją. Jak podaje producent, w porównaniu z poprzednikiem podwojono pojemność filtra zasilacza, dzięki czemu aż o 55 procent wzrósł tzw. Dynamic Headroom, czyli moc chwilowa. Przekładając to na natężenie sygnału, otrzymujemy wzrost od 1,8 do 2,8 dB – a to już sporo i świadczy o tym, że nowe „sześćsetki” powinny dysponować niebagatelnymi zdolnościami dynamicznymi. Jeśli natomiast chodzi o stronę wizualną, to mogę jedynie stwierdzić, że mnie „muzealny” wygląd „maków” nigdy się nie znudzi i zawsze pozostanie intrygujący. Zwłaszcza że w przypadku urządzeń z Binghamton w parze ze stylistyką zawsze idą ponadprzeciętna jakość wykonania i funkcjonalność.

064 069 Hifi 002

 

Jak na monoblok
– bogactwo wejść. Wyjście XLR
służy do podłączenia kolejnej
końcówki bądź subwoofera.

 

 

 

Przygotowanie
O mocy nie wspominajmy. Gdyby ktoś uznał, że 600 W to za mało, zawsze może sięgnąć po wspominane wcześniej fabryki kilowatów tej samej firmy. Jednak trudno sobie wyobrazić kolumny, których MC611 by nie wysterowały. Dla przyszłych użytkowników mam za to dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że monobloki, jak to się mówi w języku samochodziarzy „palą na dotyk”. Choć potężna moc i masa sugerowałyby równie dużą bezwładność termiczną i konieczność długiego wygrzewania, to mnie nie udało się wychwycić różnicy w brzmieniu między wzmacniaczem zimnym a wygrzanym. Po włączeniu czekamy dosłownie kilka sekund, aż skończy działać Sentry Monitor i… gotowe. Nie wiem, jak w McIntoshu to robią, ale trzeba przyznać, że z punktu widzenia użytkownika to wielka zaleta i wygoda nie do przecenienia. Zła wiadomość? Dobór towarzystwa. Nowe „maki” nie zadowolą się byle czym, a próby oszczędzania na sprzęcie towarzyszącym obnażą bez litości.
Konfiguracja systemu
Dotyczy to przede wszystkim przedwzmacniacza, bez którego ani rusz. Przekonałem się o tym na własne uszy, ponieważ przez kilka pierwszych dni testu sygnał do końcówek płynął z przetwornika Hegel HD 30. Nie jest to przecież urządzenie z dolnej półki i może być używane w roli preampu, jednak… dopiero gdy otrzymałem od dystrybutora firmowy C53, mogłem docenić potencjał monobloków. W dodatku okazało się, że amerykański przedwzmacniacz został wyposażony w tak kapitalnie brzmiący przetwornik, że Hegel poszedł w kąt, a sygnał do przedwzmacniacza płynął odtąd wyłącznie cyfrowy – przewodem koaksjalnym z Primare’a CD32 w roli transportu oraz przez USB z komputera. Źródłem muzycznym były płyty CD, pliki bezstratne oraz serwis streamingowy Tidal. MC611 zasilały kolumny Dynaudio Contour 1.8. Sygnał płynął używanymi przeze mnie na co dzień Nordostami Frey 2 oraz dostarczonymi przez dystrybutora Transparentami Ultra.

064 069 Hifi 002

 

Wykwintne, dokręcane eleganckim
kluczem terminale głośnikowe
to opatentowane przez McIntosha
złącza Solid Cinch.

 

 

 

Wrażenia odsłuchowe
Zdarza się, że testowany sprzęt już na samym początku ujawnia jakąś szczególną cechę, która przewija się później przez cały odsłuch. Może to być przepastny bas albo napompowana przestrzeń, wyraźne ocieplenie lub przeciwnie – ponadprzeciętna przejrzystość i analityczność. Akurat z punktu widzenia recenzenta to bardzo dobrze, bo od razu wiadomo, na czym się oprzeć i o czym pisać. Gorzej z samym słuchaniem, ponieważ każda dominująca cecha powoduje, że po dłuższym czasie zaczynamy mieć dość muzyki odtwarzanej „na jedno kopyto”. To, co z początku mogło się wydawać atrakcyjne, przeradza się w nużącą manierę i sprawia, że nasz początkowy entuzjazm przygasa albo wręcz przeradza się w irytację. Czy są wyjątki od tej reguły? Teraz już wiem, że tak, ale żeby się o tym przekonać, potrzebowałem właśnie McIntosha.
Po włączeniu monobloków natychmiast ujawnia się ich nadrzędna i stale obecna cecha – naturalność i swoboda brzmienia. Czy coś takiego może znużyć lub skłonić do szukania odmiany? Chyba tylko wyjątkowo zblazowane jednostki. Warto podkreślić, że owa naturalność ani odrobinę nie nudzi. Wzmacniacze z Binghamton nie brzmią też zwyczajnie, a ich klasę oraz możliwości słychać od pierwszych dźwięków. Rzecz w tym, że wszystko zostało tu zakomponowane w taki sposób, by jak najmniej ingerować w przekaz, a jednocześnie maksymalnie przybliżyć nam wrażenia związane ze słuchaniem muzyki w warunkach naturalnych – na żywo. I mniejsza z tym, czy mówimy o teatrze operowym, stadionie, klubie jazzowym czy sali kameralnej, ponieważ MC611 pieczołowicie nam to wszystko rekonstruują i z pewnością nie są jedynymi urządzeniami, które to potrafią. Są za to jednymi z nielicznych, które na pierwszym planie stawiają przekazanie emocji i wchodzą w nie tak głęboko, jak to tylko możliwe w przypadku muzyki odtwarzanej z płyt bądź plików.
Monobloki okazują się wyjątkowe pod wieloma względami. Z jednej strony, pokazują takie mrowie szczegółów, że ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że sięgnęliśmy na najwyższą półkę sprzętową. A jednak robią to na tyle taktownie, by detaliczność nigdy nie zaszkodziła spójności przekazu, ponieważ  wszystkie zebrane tu elementy – przestrzeń, szczegóły, czarne tło, dynamika – służą wyższemu celowi, jakim jest wierna prezentacja muzyki. Obojętne, czy będzie to jazz, klasyka czy rock, ponieważ McIntoshe żadnego gatunku nie dyskryminują ani nie faworyzują; chciałoby się rzec: są sprzętem bez własnych preferencji. Takie uniwersalne urządzenia, nazywane przez anglojęzycznych recenzentów „all rounders”, zawsze pięknie eksponują cechy kluczowe dla danego repertuaru. Agresywny rytm i gitarowe przestery w hard rocku? Proszę bardzo. Barwne smyczki w klasyce? Jak znalazł. A może nisko schodzący, soczysty bas w kwartecie jazzowym? Nie ma problemu. Dylemat – czy audiofil słucha bardziej muzyki, czy sprzętu – nie ma tu racji bytu, ponieważ ten akurat  sprzęt dąży do maksymalnej przezroczystości. Choć przecież… ma swój charakter. To niewątpliwie paradoks, a jednak z każdą kolejną płytą coraz lepiej słyszalny. McIntosh ma bardzo indywidualne podejście do kształtowania dźwięku. Służy ono jednak wyłącznie temu, by jak najpełniej zaprezentować każdy kolejny utwór. Mówiąc krótko: wielka klasa, wielka skromność, a zarazem wielkie możliwości.

064 069 Hifi 002

 

Końcówka potężna,
choć z przodu tego nie widać.
Dzięki autoformerom radiatory
nie nagrzewają się zbyt mocno.

 

 

 

Popisowym numerem MC611 jest średnica. Niby nic nowego – od lat stanowiła atut McIntosha – jednak w porównaniu ze starszymi urządzeniami sposób jej prezentacji zmienił się zasadniczo. To już nie jest stereotypowa „lampowość”, polegająca na ociepleniu dźwięku czy lekkim rozmyciu konturów. Owszem, okolice 200-2000 Hz zostały nieco wyeksponowane, mocno nasycone, a barwa bywa raczej aksamitna niż szklista. Jednocześnie nawet w gęstych aranżacjach dźwięki zachowują kapitalną czytelność i żwawe tempo i nigdy nie odnosimy wrażenia, że się ciągną lub ze sobą zlewają. Delikatne dobarwienie średnicy czyni ją po prostu znacznie przyjemniejszą w odbiorze: naturalną, organiczną i… z braku lepszego określenia – żywą. Bo ona żyje, mieni się, płynie, śpiewa – i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Nie chodzi jedynie o wokalistykę, choć i jej należy się uznanie. Tym razem uwiodło mnie brzmienie saksofonów tenorowych, które barwą, śpiewnością i ambitusem idealnie pokrywają się z niskim głosem męskim. Dźwięk instrumentu miał świetne osadzenie w dole („był dobrze postawiony”, jak mawiają belfrzy ze szkół muzycznych), był soczysty i roztaczał wokół siebie niesamowitą przestrzenną aurę. Ta ostatnia sprawiała, że nawet słuchając z drugiego pomieszczenia, odnosiło się wrażenie, że tuż obok gra żywy muzyk. Barwa, kontrola, dynamika oraz ułożenie dźwięku w przestrzeni – niby tak niewiele trzeba, by stworzyć przekonujący spektakl. Ciśnie się więc pytanie: dlaczego tylko nieliczni producenci sprzętu hi-fi  potrafią to osiągnąć?
Aby w pełni docenić „średnicowy kunszt” McIntosha, sięgnąłem po swój ukochany album brytyjskiego ansamblu The Sixteen z muzyką polskiego kompozytora epoki baroku Bartłomieja Pękiela. Płyta została nagrana wzorcowo, ale dopiero testowany zestaw w pełni wyodrębnił z niej to, co najistotniejsze: potoczystość brzmienia, jedwabistość barw i „wszechogarniającą” przestrzeń. Partie wokalno-instrumentalne zachwycały spójnością przy zachowaniu atencji dla szczegółów, lecz gdy tylko odzywał się solista, miałem wrażenie, że postąpił dwa kroki naprzód. Jego głos był pięknie wyeksponowany, choć równocześnie pozostawał nieodłączną częścią ansamblu. Brzmienie instrumentów, zarówno smyczkowych, jak i dętych, było czytelne i dźwięczne mimo lekko zaokrąglonych konturów. Przepięknie wypadły skrzypce barokowe w duecie z klawesynem. Ich współpraca jest dość trudnym egzaminem dla większości sprzętów grających. W warunkach domowych brzmienie takiego duetu jest na ogół mało przyjemnie, a bywa wręcz napastliwie. Tym razem nic takiego się nie stało. Wysokie tony zachowały przejrzystość i klarowność, a testowany sprzęt nie starał się ich zbytnio łagodzić. Mimo wszystko, całość wypadła gładko i aksamitnie, zarówno za pośrednictwem detalicznych przewodów głośnikowych Nordosta, jak i masywniejszych Transparentów. Nieznaczne złagodzenie faktury pomogło jedynie „uczłowieczyć” dźwięk i w żadnym stopniu nie zaburzyło neutralności przekazu.
Skoro jesteśmy przy wysokich tonach, warto zauważyć, że skraje pasma to w przypadku MC611 elementy, które najdalej odbiegły od dawnego wzorca „lamp na tranzystorach”. Pamiętam, że o McIntoshach często mówiło się jako o wzmacniaczach grających miękkim i poluzowanym dołem i zaokrągloną górą. Do tej opinii przyczyniły się zapewne dawne wzmacniacze zintegrowane – choćby legendarny MA6850, który faktycznie brzmiał ciepło. Z końcówkami mocy było już nieco inaczej, choć McIntosh nigdy nie słynął z żelaznej kontroli niskich tonów ani ultraprzejrzystej góry. O tej ostatniej już wspomniałem, zaś jeśli chodzi o bas, to tutaj również zaszła metamorfoza. Jest taki, jakiego byśmy oczekiwali od wydajnych końcówek. Schodzi nisko. Jest punktualny, zwrotny i świetnie kontrolowany, a przy tym – kapitalnie wypełniony. Wnosi też  charakterystyczną – chciałoby się powiedzieć – firmową barwę. Owszem, znam urządzenia, których niskie tony są jeszcze bardziej imponujące. Szkopuł w tym, że gdybyśmy chcieli na siłę wyciągnąć z „maków” jeszcze więcej dołu, zburzylibyśmy misterną kompozycję, polegającą na idealnej integracji zakresów pasma.
Na koniec warto przywołać cechę, za którą chyba wszyscy kochamy wzmacniacze z potężną rezerwą mocy: porządek. Brzmienie amerykańskich monobloków, nawet przy radykalnie wysokiej głośności, pozostaje uporządkowane, stabilne i tak samo barwne, jak przy cichym słuchaniu. Jeśli zrobi się nieprzyjemnie, to dlatego, że w końcu odezwie się pomieszczenie, reagując odbiciami lub dudnieniami. Albo też poddadzą się nasze kolumny, nienawykłe do tak brutalnego traktowania.
Czy MC611 mają wady? Mnie dała się we znaki jedna: nie byłem w stanie odsłuchiwać pojedynczych utworów lub ich fragmentów, co jest normalną praktyką w czasie testów. Kiedy w odtwarzaczu lądowała płyta, musiałem  przesłuchać ją do końca. Ten dźwięk wciąga bez reszty.

064 069 Hifi 002

 

McIntosh MC611

 

 

 

Konkluzja
Tak się złożyło, że ostatnio trafiał do mnie sprzęt bardzo dobry bądź wręcz wybitny. Nie szczędziłem mu więc komplementów. Zawsze jednak byłem nad wyraz ostrożny z deklaracjami typu: „Chciałbym to mieć u siebie, to wymarzony sprzęt dla mnie, tego właśnie szukałem”. Ba, chyba nigdy aż tak jednoznacznie się nie zdeklarowałem. Tym razem nie będę owijał w bawełnę: tak, zestaw McIntosha to sprzęt, który mógłbym sobie zostawić i jestem przekonany, że nawet po wielu latach nie czułbym niedosytu ani chęci zmiany. Bo klasyka się nie starzeje, a dobre brzmienie tym bardziej.

 

2021 03 25 19 47 23 064 069 Hifi 03 2021.pdf Adobe Reader

 

Bartosz Luboń
Źródło: HFM 03/2021