fbpx

HFM

Gryphon Mephisto Stereo

060 069 Hifi 10 2020 003
Z urządzeniami Gryphona jest trochę jak z używkami. Nie dość, że wciągają, to jeszcze sprawiają, że człowiek oczekuje coraz mocniejszych wrażeń. Po teście wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300 oraz końcówki mocy Antileon Evo Stereo wiedziałem, że nie zaznam spokoju, dopóki nie sięgnę po najwyższy model.





No, prawie najwyższy, bo Mephisto Stereo, z którym się dziś zaznajomimy, występuje także jako monobloki Mephisto Solo. Oferują one nieco wyższą moc i zapewne jeszcze lepszą rozdzielczość, jednak ich parametry i topologia pozostają bliźniaczo podobne do wersji stereo.
To logiczne, ponieważ oba wzmacniacze oparto na tej samej platformie, która przed laty posłużyła Flemmingowi Erikowi Rasmussenowi do zbudowania urządzenia… nie przeznaczonego do sprzedaży. Potężna końcówka miała być czymś w rodzaju poligonu doświadczalnego dla przeróżnych rozwiązań wykorzystywanych następnie w modelach seryjnych.
Najwidoczniej jednak zasada „nigdy nie mów nigdy” obowiązuje także w Ry. Zachęcony przychylnymi opiniami dziennikarzy, audiofilów oraz wspólników biznesowych, właściciel Gryphon Audio Designs postanowił uwolnić Mephisto z czterech ścian firmowego laboratorium. Dziś to prawdziwa perła w duńskiej koronie oraz największa, najmocniejsza, najcięższa i najdroższa końcówka, jaka kiedykolwiek powstała w Ry.
Niewątpliwie zadziałał tu nieuchwytny genius loci tego niewielkiego duńskiego miasteczka. To właśnie tutaj, pod Ry, wyrasta największa w Danii góra o zawrotnej wysokości 147 metrów nad poziomem morza i adekwatnej nazwie Himmelbjerget („Góra Niebiańska”). Nic dziwnego, że urządzenia, które powstają w tak niezwykłym otoczeniu, w cieniu górującego nad Jutlandią zalesionego „kolosa”, są pod każdym względem wyjątkowe. A przede wszystkim monstrualnie wielkie, tak jak Himmelbjerget w oczach Duńczyków.

060 069 Hifi 10 2020 004

Sferyczny tunel biegnący
przez środek obudowy to jedyny
niekanciasty element.


 

Masa
Widok czarnego monstrum wnoszonego do mojego salonu w wielkiej metalowej skrzyni sprawił, że przypomniała mi się „Lokomotywa” Tuwima. A konkretnie fragment o tysiącu atletów, którzy choćby zjedli tysiąc kotletów, to nie udźwigną, taki to ciężar. W tym przypadku atletów było dwóch i poradzili sobie – z moją skromną pomocą – bez zagrażającej zdrowiu konsumpcji. Warto mieć jednak na uwadze, że masa spakowanej końcówki to, bagatela, 140 kg, a uchwyty zaprojektowano z myślą o czterech niosących. Cztery pary rąk przydadzą się zwłaszcza przy wypakowywaniu, przenoszeniu i ustawianiu urządzenia, które trzeba jeszcze pewnie osadzić na platformie bądź stoliku, o ile ktoś dysponuje wystarczająco dużym i wytrzymałym. Jako że wzmacniacz zaopatrzono w cztery wielkie nogi, podklejone krążkami antywibracyjnymi, można go bez większych wyrzutów sumienia ustawić bezpośrednio na podłodze. Jego masa stłumi w zarodku wszelkie wibracje.


Aparycja
Kiedy już oswoimy się z tymi niecodziennymi gabarytami, z pewnością zwrócimy uwagę, że – jak na Gryphona – Mephisto wygląda jakoś tak… zwyczajnie. Ot, potężny czarny prostopadłościan z wydatnymi radiatorami po bokach. Oczywiście i tutaj zaserwowano rozpoznawalną firmową mieszankę, czyli szczotkowane aluminium, złamane połyskliwym akrylem, ale widzieliśmy to już przecież wiele razy. Monotonię przedniej ścianki urozmaica jedynie poprowadzony przez środek niewielki radiator i biegnąca w poprzek, wystająca akrylowa wstęga. Ta, po włączeniu piekielnego modelu, ożywa czerwienią firmowego logo oraz bladozielonym światłem dotykowych przycisków. Wszystko to jest oczywiście szalenie stylowe, minimalistyczne i ergonomiczne, a jednak, jak na projekt, który wyszedł spod ręki samego Rasmussena, dziwnie stonowane. Plasowany niżej Antileon ze swoimi krągłościami, agresywnymi załamaniami i potężnym deklem wieńczącym górną płytę wygląda przy Mephisto jak statek kosmiczny. Jednak wiele wskazuje na to, że – zwłaszcza po niedawnym przejściu założyciela firmy na emeryturę – owa designerska prostota i zwyczajność zaczynają w Gryphonie dominować. Wystarczy rzucić okiem na zupełnie nową, „budżetową” końcówkę Essence. Żadnych stylistycznych wygibasów czy kontrowersyjnych dodatków. Po prostu kwintesencja bezpretensjonalnej urody, która każdemu przypadnie do gustu. Kierunek na przyszłość? Być może.
Ale dość już o wdziękach. Przejdźmy teraz do bardziej męskich tematów, czyli budowy wewnętrznej i parametrów.

060 069 Hifi 10 2020 004

Precyzja w każdym calu.


 

Budowa
Jak wszystkie końcówki mocy w ofercie Gryphona, również Mephisto został przystosowany do pracy w klasie A. Przy ośmiu omach oddaje imponujące 175 watów, a przy czterech – dubluje ten wynik. To oczywiście potrafi też konkurencja, ale w tym przypadku najciekawsze rzeczy dzieją się, gdy zejdziemy z impedancją do ekstremalnie niskich wartości. Zgodnie z firmową specyfikacją, układ pozostaje stabilny nawet przy 0,5 Ω, a więc wartości, którą większość urządzeń uzna za zwarcie i przy odrobinie szczęścia zdąży się wyłączyć. Mephisto Stereo oddaje wtedy chwilowo niewiarygodne sześć 6 kW (6000 watów)! Nie słyszałem wprawdzie o kolumnach, które wystawiałyby podłączony sprzęt aż na takie tortury, niemniej świadczy to o niesamowitej wydajności i elastyczności zasilacza. A właściwie dwóch, ponieważ Mephisto Stereo to tak naprawdę dwa monobloki, zamknięte we wspólnej obudowie. Zdublowane jest tu wszystko, łącznie z gniazdami zasilania, przeznaczonymi osobno dla lewego i prawego kanału.
Ukryte głęboko w trzewiach potężne trafa Holmgrena i bateria kondensatorów o łącznej pojemności filtrującej pół miliona mikrofaradów dają gwarancję nie tylko stabilności zasilania, ale także nieskrępowanej dynamiki i szybkiego basu, który powinien nam poprzestawiać meble w pokoju.
Przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę przedniej ściance. Układ przycisków na biegnącej w poprzek akrylowej wstędze jest identyczny jak w Antileonie. Tam jednak mieliśmy znane ze starszych modeli plastikowe „wypustki”. W Mephisto zastosowano bardzo czułe przyciski dotykowe, które po włączeniu urządzenia pojawiają się w formie podświetlanych na zielono napisów. Patrząc od lewej, są to: stand by, wyciszenie oraz funkcja umożliwiająca szybkie przetestowanie obwodów wewnętrznych. Jest ona uruchamiana także automatycznie, po każdorazowym załączeniu końcówki. Po kilkunastosekundowej analizie, sygnalizowanej komunikatem „testing”, wyświetla się (oby zawsze) radosny napis „left/righ channel OK” i można zaczynać słuchanie. Przyciski, z których będziemy korzystać zapewne nieraz, znajdują się po prawej stronie podświetlonego logo z symbolem gryfa – to trzy nastawy prądu spoczynkowego oznaczone symbolami „low”, „med.” i „high”. Pełne dobrodziejstwo klasy A uzyskamy dopiero po wciśnięciu tego ostatniego. Gigantyczne aluminiowe radiatory rozgrzeją się wtedy niemal do czerwoności. No cóż, taka jest cena niskich zniekształceń i wysokiej jakości.
Na tylnej ściance – lustrzana symetria. Z obu stron zamontowano gigantyczne czarne uchwyty, które bardzo się przydają zarówno przy przenoszeniu, jak i ustawianiu Mephisto. Na samym dole znalazły się gniazda zasilania z wygodnym dostępem do bezpieczników, włączniki oraz złącza wyzwalacza, którymi można spiąć końcówkę z innymi urządzeniami Gryphona i uruchamiać całą wieżę jednym przyciskiem. Pośrodku – pozłacane firmowe terminale głośnikowe (pojedyncze, bo Gryphon nie wierzy w bi-wiring), które przyjmują każdy rodzaj końcówek. Identyczne znajdziemy w Antileonie oraz w obu Diablo. I wreszcie, na górze, dwa samotne gniazda XLR. Wzmacniacz jest w pełni symetryczny od wejścia, po wyjście. Brak wejścia RCA automatycznie eliminuje sporą część przedwzmacniaczy, z którymi szczęśliwy nabywca Mephisto mógłby poeksperymentować. Oczywiście zakładając, że nie każdy zdecyduje się od razu na firmową Zenę bądź kosmicznie drogą dzieloną Pandorę, choć w tym przypadku byłoby to chyba najbardziej rozsądne rozwiązanie. Wielu realizatorów dźwięku oraz inżynierów elektroników uważa też, że rola połączeń symetrycznych w sprzęcie hi-fi jest fetyszyzowana, a ich główna zaleta, czyli brak wrażliwości na zakłócenia przy bardzo długich połączeniach (rzędu kilkunastu i więcej metrów) pozostaje w warunkach domowych niewykorzystana. Konstruktorzy w Ry najwyraźniej mają na ten temat inne zdanie, a kimże jesteśmy my, skromni audiofile, żeby z nimi polemizować? Ja nie miałem zamiaru, tym bardziej, że na czas testu otrzymałem zarówno Pandorę, jak i firmowe łączówki symetryczne. Pytanie o brak wejścia RCA pozostaje jednak otwarte, zwłaszcza że nie jest to jedyne kontrowersyjne rozwiązanie zastosowane w Mephisto.

060 069 Hifi 10 2020 004

To się naprawdę grzeje.
Trzeba tylko cierpliwie poczekać.


 

Z pewnością każdy, kto ma na tyle samozaparcia, by się uważnie wczytać w tabelę danych technicznych, zauważy, że mimo eliminacji globalnego sprzężenia zwrotnego Mephisto może się pochwalić prawdziwie wyczynowym pasmem przenoszenia, które rozciąga się od zera (!) aż do 350 kiloherców. O zaletach szerokiego pasma przenoszenia wzmacniacza nie trzeba nikogo przekonywać. Wiąże się ono z szybszym przenoszeniem impulsów, eliminacją przesunięć fazowych oraz sprawia, że w słyszalnym zakresie akustycznym charakterystyka urządzenia jest bardziej płaska. Jednak przenoszenie ekstremalnie niskich częstotliwości to także wielkie ryzyko, które nierzadko skutkuje wzmocnieniem nawet niewielkiej składowej stałej, jaka może się pojawić na wyjściu sygnału. Efekt? Przegrzanie uzwojenia głośnika niskotonowego oraz wprowadzanie dodatkowych zniekształceń nieliniowych. Oczywiście nietaktem byłoby podejrzewać, że Duńczycy nie wzięli tego pod uwagę, dlatego tym większy szacunek dla projektantów za stworzenie bezkompromisowego wzmacniacza, który nie boi się iść pod prąd ogólnie przyjętych, bezpiecznych rozwiązań.
Zdjęcie górnej pokrywy wiele nam nie powie, ponieważ Mephisto ma architekturę piętrową. Aby dotrzeć do niższych poziomów, trzeba by użyć specjalistycznych narzędzi serwisowych i rozkręcić całe urządzenie na części pierwsze. Z opisu producenta wiadomo jednak, że zastosowano japońskie rezystory Takmana, podwójne tranzystory J-FET w buforze wejściowym, a sam stopień wzmocnienia napięciowego oparto na szybkich tranzystorach Zeteksa, które cechują się minimalną pojemnością i wysokim wzmocnieniem. W stopniu wyjściowym, tak jak we wszystkich Gryphonach, pracują już Toshiby – „raptem” po 20 sztuk na kanał. Jest więc czym wzmacniać sygnał i grzać obudowę.
Duńska manufaktura słynie z rozbudowanych zabezpieczeń, nawet we wzmacniaczach z samego dołu oferty. Tym bardziej nie mogło ich zabraknąć w Mephisto. Znalazły się tu układy zapobiegające przegrzaniu, pojawieniu się składowej stałej, zwarciu, nieodpowiedniemu napięciu zasilania oraz wpływowi promieniowania radiowego. Mamy też układ miękkiego startu, który nie tylko przedłuża żywotność urządzenia, ale także ratuje domowe bezpieczniki. W trakcie wspomnianego testowania układ analizuje status transformatora, mostków prostowniczych, zasilacza, kondensatorów oraz stopni wzmacniających. Najważniejsze jednak, że obwody ochronne Mephisto działają poza ścieżką sygnałową, a zatem nie wpływają na jakość dźwięku.
No to najwyższy czas wszystko powłączać…
Konfiguracja
O doborze kolumn, przewodów czy źródeł nie będę się rozpisywał, ponieważ w tym przypadku po prostu nie wypada. Nie dość, że Mephisto pożre na przystawkę wszystko, co się do niego podłączy, to w dodatku będzie się domagał więcej. Nie ma dla niego tzw. trudnych kolumn, więc sprawdzą się nawet największe kolubryny o niskiej impedancji i jeszcze niższej skuteczności. Z drugiej strony, ekscentrycy mogą eksperymentować z monitorami wysokiej klasy. Tego typu zestawienia, choć z daleka pachną mezaliansem, od strony brzmieniowej mają głęboki sens.
Tym, o czym należy pamiętać w przypadku flagowego Gryphona, jest jego ogromna bezwładność termiczna. Mówiąc krótko, taki kawał kloca długo się nagrzewa i po uruchomieniu zimnego trzeba cierpliwie zaczekać, aż się odezwie pełnym głosem. Najlepiej dajmy mu wtedy godzinę lub dwie, a potem nie wyłączajmy z sieci. Osobiście zachęcam też do oszczędnego obchodzenia się z trybem stand by, po użyciu którego wzmacniacz także potrzebuje dłuższej chwili, żeby dojść do siebie. W przeciwieństwie do Antileona, w którym zmiany prądu spoczynkowego były słyszalne niemal natychmiast, tutaj wszystko odbywa się w tempie znacznie bardziej leniwym, a ciężka obudowa rozgrzeje się na dobre mniej więcej po godzinie pracy w pełnej klasie A.
W czasie testu Mephisto wystąpił w doborowym towarzystwie dzielonego przedwzmacniacza Pandora oraz nowego odtwarzacza CD Ethos. Logiem Gryphona opatrzone były też przewody symetryczne i zasilające, a prąd filtrował słusznych rozmiarów kondycjoner Hydra Alpha A12, przewidziany do zasilania potężnych wzmacniaczy.
Sygnał z końcówki wędrował przewodami Nordost Frey 2 do moich starych Dynaudio Contourów 1.8. Te ostatnie jawiły się w tym ekskluzywnym towarzystwie niczym Kopciuszek. Chyba nie przypuszczały, że kiedykolwiek zatańczą na takim balu.

060 069 Hifi 10 2020 004

Idealna symetria.
Nawet włączniki są osobne
dla każdego kanału. Wejść RCA brak,
tylko XLR-y. Są za to luksusowe
gniazda głośnikowe.


 

Wrażenia odsłuchowe
Kiedy przeszło rok temu trafił do mnie Antileon Evo – najdłużej produkowana przez Gryphona końcówka mocy w klasie A – nie mogłem się nadziwić, jak odmienne okazało się jego brzmienie od tego, co prezentują wzmacniacze zintegrowane duńskiej firmy. Antileon, choć mniejszy od Mephisto, nie jest przecież ułomkiem, a jego monumentalne kształty oraz potężny zasilacz zapowiadały ucztę dla miłośników cięższego repertuaru. Tymczasem okazało się, że w trzewiach potwora bije gołębie serce – jego dźwięk czarował barwą, plastycznością oraz ciepłą, przytulną atmosferą. Był tak zniewalający, że w początkowej fazie testu skupiłem się niemal wyłącznie na spokojnym jazzie, muzyce wokalnej i dawnej; zupełnie, jakbym dostał do odsłuchu wysmakowany wzmacniacz triodowy. A Mephisto? Cóż, jeśli Antileon to nieco krnąbrne dziecko, które poszło własną drogą, to Mephisto jest nieodrodnym synem swojego konstruktora i typowym przedstawicielem gryfowego rodu.
Zaczęło się z grubej rury. Już w pierwszym dniu odsłuchów delikatna muzyka z klimatem poszła w kąt, a do odtwarzacza powędrował znakomity album Beth Hart „Fire on the Floor”. Jestem umiarkowanym wielbicielem ostrego blues-rocka, zwłaszcza współczesnego, jednak tym razem, gdy usłyszałem pierwsze takty utworu „Fat Man” (piękne gitarowe intro, a potem wokal i łupnięcie sekcji rytmicznej), wpadłem w ekstazę. Mephisto potrafi stworzyć hiperrealistyczny spektakl, na który składają się nieujarzmiona potęga, dynamika, przepastny bas oraz gigantyczna przestrzeń, która nawet akustykę stadionu przeniesie do pokoju odsłuchowego w skali jeden do jednego. No i do tego timing, którego nie powstydziłby się najlepszy perkusista. Każdy atak to potężne, twarde uderzenie, które zmiata słuchacza z fotela i nie trwa ani o milisekundę dłużej niż trzeba. Jednak nie chodzi tylko o samą energię brzmienia (choć ta jest imponująca), lecz o to, ile przy okazji otrzymujemy informacji o akustyce, fakturze instrumentów oraz sposobie realizacji. Mimo wybitnie rockowego charakteru dźwięk Mephisto jest kapitalnie nasycony od najniższego basu aż po wyższą średnicę. Ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia suchości czy sterylności, która była przypadłością dawnego Callisto 2100 czy Tabu. Głos Beth Hart, choć agresywny i ze specyficzną chrypką, miał wspaniałe wypełnienie i bardzo organiczny tembr, przez co wypadał wyjątkowo realistycznie. Dzięki kontroli wybrzmień w całym paśmie oraz idealnemu porządkowi na scenie nigdy nie następował moment, kiedy przy wysokim poziomie ciśnienia akustycznego słuchanie stawało się nieprzyjemne. Tak jak napisałem we wstępie – tego rodzaju dźwięk jest jak narkotyk. Ma się ochotę robić coraz głośniej. 

2020 10 24 19 53 59 060 069 Hifi 10 2020.pdf Adobe Reader

Na górnym piętrze widać
tylko część mocarnego zasilacza.
Potężne trafa Holmgrena
ukryte są niżej.

 

 

 

O basie Mephisto można powiedzieć, że brzmi dokładnie tak, jak wygląda jego opakowanie: jest twardy, rekordowo ciężki i schodzi piekielnie nisko. To jednak tylko część atrakcji, ponieważ jedną z istotniejszych cech wzmacniacza z Ry jest fenomenalna zdolność różnicowania barw niskich tonów. O ile na płycie Beth Hart bas wyróżniał się tempem i dyscypliną, o tyle na świetnie nagranym krążku Johna Mayalla „U.S.A. Union” zachwycał miękkością i soczystą barwą. Olbrzymie wrażenie zrobił na mnie utwór „Off the Road”. To popis kunsztu Larry’ego Taylora, słynnego basisty, który grał m.in. w Canned Heat. Mephisto tak sugestywnie oddał specyficzne brzmienie gitary basowej (Fender Jazz Bass), podłączonej do wzmacniacza lampowego, że przez chwilę odnosiłem wrażenie, iż grają nie tyle moje kolumny, co gitarowy piec, który ktoś wstawił do pokoju.
Jeszcze bardziej zaskakujące było odkrycie na nowo utworu, który zna chyba każdy z nas, a który nie należy raczej do kanonu audiofilskich nagrań. Chodzi o piosenkę „W moim magicznym domu” Hanny Banaszak, gdzie charakterystyczny dla bossa-novy puls nadaje głównie kontrabas. Utwór znałem na pamięć, a jeszcze nigdy nie słyszałem tak fenomenalnie poprowadzonej linii basu, która sprawiała, że wszystko zaczynało jeszcze bardziej swingować. Najniższe dźwięki kontrabasu sięgały znacznie niżej niż za pośrednictwem innych wzmacniaczy, a do tego miały charakterystyczny ciepły pomruk i wspaniałą aurę pogłosową, która wcześniej zupełnie mi umykała. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czy sami realizatorzy byli świadomi tego, jak wspaniale brzmi to, co nagrali? W końcu utwór powstał w roku 1981, w czasach największego kryzysu, kiedy to studia nagraniowe w Polsce niekoniecznie dysponowały sprzętem wysokiej jakości. Zresztą, nie chodzi o sam bas, również głos Hanny Banaszak zabrzmiał soczyście i dźwięcznie, co w połączeniu z pulsującym rytmem sprawiało, że od muzyki naprawdę trudno było się oderwać.
Jeśli chodzi o prezentację wokali, Mephisto znów okazuje się nieodrodnym dzieckiem Gryphon Audio Designs i stosuje ten sam trik, co większość wzmacniaczy i odtwarzaczy duńskiej wytwórni. Wokal jest powiększony, wypchnięty w kierunku słuchacza i umieszczony w olbrzymiej przestrzeni. A ponieważ pozostaje przy tym kapitalnie nasycony i barwny, to nie znam nikogo, kto oparłby się tak atrakcyjnemu przekazowi i protestował przeciwko odstępstwu od neutralności.

060 069 Hifi 10 2020 004

Surowo, ale wciąż luksusowo.


 

A góra? Topowe modele Gryphona zawsze należały pod tym względem do ścisłej czołówki i nie inaczej jest tym razem. Wysokie tony Mephisto są dźwięczne, przejrzyste i ponadprzeciętnie detaliczne. Na tę ostatnią cechę szybko zwrócimy uwagę, kiedy w dobrze znanych nagraniach co chwilę będziemy łowić nowe szczegóły. Nie chodzi jedynie o same dźwięki, ale też o wspomnianą aurę pogłosową, dzięki której każdy szmer można zlokalizować co do milimetra. Owszem, antagoniści gryphonowej szkoły brzmienia powiedzieliby z przekąsem, że to dźwięk powycinany żyletką. I zapewne mieliby rację, ale jeśli ktoś lubi lampową mgiełkę niedopowiedzenia – najlepiej taką unoszącą się nad triodami SE – to tutaj nie ma czego szukać. Mephisto nie tworzy atmosfery nagrania. On ją odtwarza z niezwykle rzadko spotykaną chirurgiczną precyzją. Wszystko jest tu czytelnie wyartykułowane, dopowiedziane do końca i rzęsiście oświetlone. Przy czym cecha ta nie ma nic wspólnego z ostrością ani też z przykrą dla ucha ekspozycją górnej części pasma. Stanowi za to wyznacznik klasy i wybitnej rozdzielczości, a jeśli zdarzy się, że górą zacznie nieprzyjemnie „siać”, to z całą pewnością odpowiedzialny za to będzie inny element systemu.
Od samego początku dałem się uwieść dynamicznym właściwościom Mephisto i słuchałem cięższych gatunków. Muzykę klasyczną, od której zwykle rozpoczynam testy, zostawiłem, nietypowo, na sam koniec. W tym przypadku trudno mi było sformułować jednoznaczną ocenę. Multum gatunków i form kryjących się za pojemnym określeniem „klasyki” stawia sprzętowi odtwarzającemu bardzo różne i nierzadko wzajemnie wykluczające się wymagania.
Jak nietrudno się domyślić, spektakularnie wypadły nagrania XIX-wiecznej symfoniki, które dla poprawnego odtworzenia potrzebują „konkretnego” prądu. Tym razem sam wolumen dźwięku, jego potęga i skoki dynamiki sprawiały, że jedynym ograniczeniem dla pełnego brzmienia wielkiej orkiestry symfonicznej były moje skromne Dynaudio. Idę jednak o zakład, że w większym pomieszczeniu i z większymi kolumnami uzyskamy wrażenia bardzo bliskie doświadczanym na żywo. Nie chodzi wyłącznie o ciśnienie akustyczne, lecz także o specyficzną atmosferę koncertu, oddanie setek szczegółów i ogniskowanie źródeł pozornych. W tych aspektach Mephisto nie ma sobie równych.

2020 10 24 19 55 40 060 069 Hifi 10 2020.pdf Adobe Reader
Obudowa niczym dom
jednorodzinny, a wnętrze
i tak wypełnione po brzegi.
 

Nie mniej spektakularnie wypadła muzyka o kilkaset lat wcześniejsza, czyli repertuar renesansowy z płyty Hesperionu XXI pod dyrekcją Jordiego Savalla. Utwory wokalne Willaerta, Gomberta czy Josquina des Prés zabrzmiały o wiele bardziej majestatycznie niż na sprzęcie odniesienia. Głosy zyskały fenomenalne wypełnienie, naturalny tembr i znakomitą czytelność. Bardziej mieszane uczucia wzbudził odsłuch muzyki kameralnej z różnych epok. Delikatne z natury brzmienie barokowych ansambli i XIX-wiecznych kwartetów smyczkowych okazało się tym razem nieco zbyt dosadne. Kontury instrumentów były ostre, ich wybrzmienia – twarde, a niskie tony nieco przesadnie akcentowane. Owszem, taka estetyka prezentacji na pewno znajdzie swoich zwolenników, kłopot jednak w tym, że… na żywo nie brzmi to aż tak radykalnie. Co prawda, instrumenty dawne mogą niekiedy zabrzmieć przenikliwie, jednak mają w sobie sporą dozę miękkości i łagodności, Dźwięk najniższych strun największego nawet klawesynu realizującego basso continuo nie schodzi aż tak nisko i nie ma tak mocnej fazy ataku, jak sugeruje to Mephisto. Zaznaczam jednak, że nie brzmiało to źle, po prostu nie zgadzało się z moimi wrażeniami wyniesionymi z licznych koncertów. Uważam, że akurat w tej dziedzinie lepiej radził sobie Antileon, który – przełączony w tryb wysokiego prądu spoczynkowego – potrafił powstrzymać wrodzoną brutalność, zwolnić tempo i skupić się na spokojnym oddaniu kolorytu barw i złożonej faktury XVII-wiecznego instrumentarium. Mephisto niepowstrzymanie mknie do przodu i atakuje kaskadą ciosanych w granicie dźwięków. Przy czym zdecydowanie góruje nad Antileonem energią, rozdzielczością i zejściem basu. Czy to lepiej, czy gorzej? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.


 

Konkluzja
Zachowałem się kiedyś bardzo niekulturalnie i wyśmiałem znajomego, który zafundował sobie Porsche Panamerę. No bo przecież wygląda jak Frankenstein, wielkie to, ciężkie, nieekonomiczne i drogie. W odpowiedzi usłyszałem, że to jedno z niewielu aut, które w ułamku sekundy potrafią się przedzierzgnąć z cichej i komfortowej limuzyny w ryczącego podwójnie doładowaną V8 potwora. Musiałem przyznać mu rację. Bo przecież sam, z tego samego powodu, uwielbiam wielkie, ciężkie i nieekonomiczne końcówki mocy. Niby też kosztują oczy z głowy, ale w porównaniu z dziełem niemieckiej motoryzacji ich cena wydaje się wręcz okazyjna.

 

2020 10 24 19 38 51 060 069 Hifi 10 2020.pdf Adobe Reader

 

Bartosz Luboń
Źródło: HFM 10/2020