fbpx

HFM

artykulylista3

 

Cambridge Audio Edge M

046 051042021 001
Mówią, że dobry produkt obroni się sam. A naprawdę dobrego lepiej nie poprawiać. Co jednak ma zrobić firma, która po wprowadzeniu udanych modeli chce iść za ciosem, ale bez ponoszenia kosztów opracowania nowej, jeszcze lepszej serii? No cóż, zamiast coś poprawiać, zawsze można… podwoić.

Przed trzema laty Cambridge Audio uczciło 50. rocznicę działalności prezentacją flagowej serii Edge. Z założenia miała ona wprowadzić firmę w inny wymiar prestiżu. Marka – kojarzona dotąd z rynkiem nisko- i średniobudżetowym – przygotowała urządzenia aspirujące do high-endu.


Kilka lat przygotowań przyniosło ciekawy efekt. Nazwana na cześć Gordona Edge’a – pioniera rozwiązań technologicznych w firmie – seria składała się początkowo z trzech modeli: odtwarzacza sieciowego z przedwzmacniaczem Edge NQ, stereofonicznej końcówki mocy Edge W i wzmacniacza zintegrowanego Edge A. Od razu wzbudziła zainteresowanie specjalistycznej prasy oraz potencjalnych nabywców, a integrę testowaliśmy nawet na naszych łamach („HFiM” 4/2019). Pod koniec roku 2020 pojawiły się monobloki Edge M, które właśnie dotarły do naszej redakcji.
Wzornictwo serii Edge jest dość charakterystyczne. Krawędzie przednich i tylnych paneli aluminiowych zostały mocno wygięte. Po bokach przykręcono ostre radiatory – przy przenoszeniu i ustawianiu warto zachować ostrożność. Dół i górę wykonano ze stali. Pokrywa pod naciskiem ręki lekko sprężynuje – to celowy zabieg, który może mieć jakiś cel akustyczny. Pokrywy nie przykręca się w ogóle – ma ona cztery „nóżki”, które się wsuwa w specjalne zapadki i blokuje dociskiem bocznym – za pomocą dwóch śrubek widocznych z tyłu.
Każdy monoblok ma nie tylko wejście, ale i wyjście liniowe w formatach RCA i XLR. Umożliwiają one rozbudowę systemu do bardziej złożonych konfiguracji. Wyboru aktywnej ścieżki sygnału dokonujemy za pomocą małego przełącznika. Pojedyncze terminale głośnikowe oraz gniazdo zasilania uzupełniają listę podstawowych elementów. Do dodatków zaliczymy przelotkę komunikacji systemowej i aktywator funkcji automatycznego przełączenia w tryb stand by po dłuższej pracy bez sygnału.
Na pierwszy rzut oka wnętrze monobloku bardzo przypomina końcówkę stereo. Różnica jest jednak zasadnicza. Ścieżka sygnałowa dzieli się na dwie części, ale sekcje, które we wzmacniaczu stereo odpowiadałyby całemu jednemu kanałowi, tutaj pracują osobno dla dodatniej i ujemnej połówki sygnału. W dodatku przy bliższej inspekcji okazuje się, że na każdą taką połówkę przypada pięć par tranzystorów, a to znaczy, że w każdym monobloku pracuje ich 10, co daje 20 tranzystorów mocy. Ten fakt powinien budzić uznanie, niezależnie od półki cenowej. Oznaczeń jednak nie rozpoznamy – zostały tak zakryte, że ich odczytanie jest niemożliwe. Producent deklaruje moc 200 W/8 ? – i już po tym pobieżnym rekonesansie można mieć pewność, że te waty mają bardzo solidne podstawy.

046 051042021 002

 

RCA czy XLR
– wybieramy
malutkim
przełącznikiem.

 

 


XA
Monobloki Edge M, podobnie zresztą jak końcówka Edge W i integra Edge A, pracują w klasie XA. Pod tym tajemniczym kryptonimem nie kryje się jednak jakaś rewolucja; niech nikt się nie łudzi, że firma słynąca z budżetowych hitów nagle odkryje nikomu wcześniej nieznany tryb wzmacniania. Chodzi tutaj o coś w rodzaju autorskiej kalibracji pracy tranzystorów, której po prostu nadano specjalną nazwę. Omówienie tej zasady jest dość ogólnikowe i z jego wyjaśnieniem męczyłem się już dwa lata temu, opisując integrę Edge A. Tak czy inaczej, chodzi o modyfikację klasy AB.
Jak wiadomo, w klasie A element wzmacniający przewodzi sygnał przez cały czas, czyli przez pełną sinusoidę, jeśli ograniczymy nasze omówienie do jednego wycinka cyklu. Skutkuje to niewielką sprawnością, za to niskimi zniekształceniami. W klasie B element wzmacniający przewodzi sygnał przez dokładnie połowę sinusoidy. W punkcie przejścia przez 0 sygnał jest przejmowany przez drugi element. Ów punkt przejścia generuje na tyle wysokie zniekształcenia, że czystej klasy B nie wykorzystuje się w urządzeniach hi-fi. Audiofilskim kompromisem jest klasa AB, w której dzięki zwiększeniu prądu spoczynkowego sygnał przechodzi przez więcej niż połowę sinusoidy. Klasę AB można skalibrować płytko – wtedy sygnał z jednego tranzystora przechodzi tylko nieznacznie przez 0 – lub dowolnie głęboko, „wyłączając” go o wiele dalej. Rozwiązaniem zastosowanym we wzmacniaczach serii Edge jest inny sposób pogłębienia klasy AB – nie przez wydłużanie przewodzenia sygnału przez jeden tranzystor w jednym cyklu, lecz przez przesunięcie punktu przejścia przez 0 dla każdej pary tranzystorów.

046 051042021 002

 

Pojedyncze terminale głośnikowe, przelotka do komunikacji systemowej
oraz aktywacja trybu uśpienia po dłuższej bezczynności.

 

 


Zasilanie
Potężną baterię tranzystorów wspomaga adekwatnie potężne zasilanie. W serii Edge konstruktor postanowił użyć… pary toroidów dla każdego kanału. Dwa trafa, jedno na drugim – to rozwiązanie rzadkie, choć jego idea jest dość prosta, a powód zastosowania – bardzo sensowny.
Każdy transformator toroidalny z natury rzeczy jest elektromagnesem, który emitując pole elektromagnetyczne, może zakłócać pracę elektroniki. Można ten skutek uboczny redukować, stosując na przykład ekranowanie. Można jednak również wymusić wzajemne znoszenie się tych oddziaływań poprzez przyłożenie drugiego, odwrotnie spolaryzowanego pola magnetycznego. Dlatego dwa bliźniacze trafa ustawiono w odwróconej symetrii (ze zwojami nawiniętymi w odwrotnym kierunku). Ten piętrowy zestaw obsługuje zasilanie linii sygnałowej, natomiast do układów pomocniczych przeznaczono jeszcze jeden, tym razem mniejszy transformator. W sumie, uruchamiając parę monobloków Edge M, odpalamy aż sześć toroidów.
Do filtracji zasilania zastosowano cztery kondensatory o pojemności po 10000 µF na każdą połówkę sygnału. Jeżeli jednak chodzi o sygnał na wyjściu, to nie jest buforowany przez kondensatory. To kolejne rozwiązanie, charakterystyczne dla serii Edge. Normalnie kondensatory służą do blokowania niepożądanej składowej stałej. Tutaj ze ścieżki sygnałowej je wyeliminowano. Dzięki temu nie ma ryzyka mikrofonowania; nie ograniczają też pasma. Ich rolę przejęło specjalnie zaprojektowane serwo, pracujące w oparciu o sprzężenie stałoprądowe (DC coupling).
Taka koncepcja zasilania i wzmacniania wymusiła użycie większej niż się to zazwyczaj spotyka liczby bezpieczników. Dla każdego kanału naliczyłem ich aż dwanaście. Co prawda, wymiana bezpiecznika jest czynnością prostą, ale z uwagi na fakt, iż wiąże się ze zdjęciem pokrywy, należy ją traktować jak zabieg serwisowy. Miejmy nadzieję, że w praktyce nie będzie potrzeby go wykonywać. Jako ciekawostkę dodam, że w całej mojej karierze recenzenta jeszcze się nie zdarzyło, żebym musiał wymieniać bezpiecznik – ani we własnym, ani w testowanym sprzęcie.
Monobloki Edge M robią ogólnie bardzo dobre wrażenie. Gustowne, ale minimalistyczne wzornictwo uzupełnia wrażenie solidności. Jest ono potęgowane faktem, że na stoliku widzimy dwa wzmacniacze, a nie jeden. Siła takiej podprogowej sugestii, że „jest dobrze”, zadziała chyba na każdego.

046 051042021 002

 

Tranzystory – na jeden kanał
przypada w sumie 10 par.

 

 


Konfiguracja systemu
System odsłuchowy składał się z odtwarzacza Naim 5X z zasilaczem Flatcap 2X, przedwzmacniacza lampowego BAT VK3iX SE oraz kolumn Dynaudio Contour 1.3 mkII. W sumie był bardzo zbliżony do tego z recenzji integry Edge A.


Wrażenia odsłuchowe
Od samego początku odsłuchu monobloki Edge ujawniły bardzo duży potencjał dynamiczny. I mimo że później odsłoniły także inne zalety, to właśnie dynamika wydaje się kluczem do ich interpretacji muzyki.
Dość często w czasie testów zauważam, że dane urządzenie cechuje się dobrą dynamiką w skali makro albo mikro. Rzadziej się zdarza, aby oba wymiary były dopracowane jednakowo. Tym razem się udało. Do tego stopnia, że brytyjskie monobloki mogą w swojej cenie stanowić pod tym względem wręcz punkt odniesienia.
Dynamika nadaje muzyce wigor i energię; niesie orzeźwiającą żywotność. Ma w sobie coś w rodzaju pozytywnego nakręcenia. Ale już teraz chciałbym rozwiać naturalne w takiej sytuacji obawy o zbyt mocne dopalenie dźwięku. Edge M nie tworzą nowych bytów, o czym można się przekonać, słuchając materiału symfonicznego. Wbrew pozorom, to chyba najtrudniejszy repertuar dla sprzętu grającego. Nawet pomijając cały aspekt akustyki, mamy tu do czynienia z takimi skokami natężenia sygnału, że ich oddanie w warunkach domowych zawsze będzie się wiązać z kompromisem. W trakcie odsłuchów nagrań z dużymi składami orkiestrowymi niemal automatycznie przestawiam swą recenzencką uwagę w tryb „tolerancyjny”, a wysterowanie zwiększam o co najmniej 20 procent w porównaniu z innymi rodzajami muzyki. W przypadku monobloków Edge nie było takiej potrzeby – brzmienie broniło się samo. Mało tego, nie tylko broniło, ale wręcz nadawało symfonice skalę dynamiczną, której zawsze lub prawie zawsze mi brakowało.

046 051042021 002

 

Dwa toroidy
jeden na drugim. Za nimi widać
jeszcze jedno trafo – do zasilania
układów pomocniczych.

 

 


Od której by strony nie patrzeć, Edge swobodnie kontrolują każdy instrument i każdą grupę rytmiczną. Żadne tempo nagrania nie stanowi dla nich wyzwania, a we wspomnianej symfonice czy w cięższym rocku są po prostu w swoim żywiole.
Oczywiście nie byłoby pełnowartościowej makrodynamiki bez porządnego basu. I tutaj Edge M również pokazują klasę. Jednak podejście do kompozycji niskich tonów jest nieco inne, niż intuicyjnie moglibyśmy zakładać po powyższym wstępie. Doprawienie tak charyzmatycznej dynamiki zbyt twardym basem mogłoby prowadzić do zabicia muzykalności. Konstruktorzy Cambridge Audio, według zapewnień zawartych w materiałach marketingowych, kierowali się przede wszystkim odsłuchem, a dopiero później pomiarami. I to daje się odczuć, bo pomimo świetnej dynamiki brzmienie zachowuje ujmującą płynność i muzykalność. Przypuszczam, że udało się to osiągnąć dzięki wyważonym proporcjom składowych pasma, w tym właśnie basu.
Fundament harmoniczny charakteryzuje się ogromnym potencjałem w najniższym zakresie. Tam gdzie wiele wzmacniaczy odpuszcza, Edge M potrafią jeszcze mocno pociągnąć. Jeżeli ktoś lubi wrażenie, że bas jest ciągle aktywny w rejonach, w których się go już bardziej odczuwa, niż słyszy, powinien być usatysfakcjonowany.
Wspomniałem, że najniższe tony mają potencjał – należy to określenie traktować dosłownie. Edge M nie zalewają słuchacza pogłębionym dudnieniem. Przeciwnie, bas, pomimo łatwości, z jaką schodzi nisko, nie nadużywa tego atutu. Można nawet powiedzieć, że stara się być bardziej dyskretny niż ekspansywny. To jest ten rodzaj brzmienia, w którym niskie tony są głębokie, ale nie emanują swoją potęgą za wszelką cenę i przy każdej okazji.

046 051042021 002

 

Pośrodku zasilacz i bufor
wejściowy. Po bokach – wzmacniacze
mocy dla każdej połówki sygnału.

 

 


Bas zestrojono tak, aby mocnej stopy rytmicznej dodatkowo już nie utwardzać. Lekkie poluzowanie świetnie się tu sprawdza; nadaje dynamice bardziej fizjologiczny charakter. Dzięki temu uderzenia instrumentów perkusyjnych zachowują moc, ale lekkie złagodzenie ataku powstrzymuje je od brawury. Monobloki grają z wyczuciem – i to pierwszy krok na drodze do harmonijnego połączenia dynamiki z muzykalnością.
Drugim jest lekkie zaokrąglenie konturów średnicy. Dodaje jej ono wdzięku i płynności. Barwy są raczej mocne i gęste. Dla niektórych niewielkim mankamentem takiego podejścia będzie mniejsze napowietrzenie – ale to już kwestia gustu. Nie można mieć jednak wszystkiego i konstruktorzy Cambridge Audio zdawali sobie z tego sprawę. Świadomie dokonali więc wyboru, a efekt brzmieniowy stanowi gruntownie przemyślaną całość.
Trzecim elementem nadającym świetnej dynamice aspekt muzykalności jest lekko osłodzona góra pasma. Detali jest dużo, ale ogólnie soprany przypominają nieco podejście lampowe. Nie trzeba się obawiać drażniącej ostrości ani kłujących sybilantów. Edge M prezentują wysmakowane podejście – element lekkości i ogólna harmonia sprawiają, że pomimo charyzmatycznej dynamiki odsłuch w ogóle nie męczy.

046 051042021 002

 

Precyzja montażu.

 

 


Szczytowe monobloki Cambridge’a należą do urządzeń stanowiących antytezę brzmienia sterylnego i chirurgicznego. Dysponują siłą, ale i subtelną miękkością, która sprawia, że bardzo dynamiczny dźwięk pozostaje spójny i przyjemny w odbiorze. W ten obraz wpisuje się również stereofonia. Edge M nie będą się raczej specjalizowały w superdokładnym obrysowywaniu każdego instrumentu w przestrzeni. Owszem, bez problemu wskażemy miejsce, w którym stoi (lub siedzi) muzyk, ale już stwierdzenie o wycinaniu ich konturów skalpelem nie znajdzie tu zastosowania. Lokalizacja okazuje się nieco zmiękczona. Jeżeli ktoś poczuje pod tym względem niedosyt, to rozmachem sceny powinien być już w pełni usatysfakcjonowany. Jest naprawdę szeroko i głęboko. Pod tym względem brytyjskie wzmacniacze bez kompleksów mogą konkurować z najlepszymi.

 

046 051042021 009

 

Minimalizm i piękny styl.

 

 


Edge M vs Edge A
Na koniec wypadałoby się przez chwilę zatrzymać na porównaniu brzmienia monobloków M z integrą A. Klasyczne werdykty tego typu podkreśliłyby większy zapas mocy i zachowanie ogólnej sygnatury brzmienia – wszak to ciągle ta sama seria. W moim przekonaniu różnice idą jednak dalej. W integrze aspekt lampowości był bardziej odczuwalny – niemal wiodący. Tutaj pozostał, ale w znacznie dyskretniejszej formie, jako element uzupełniający. Poza tym monobloki wynoszą dynamikę na wyższy poziom. Góra i stereofonia zachowują zbliżoną formułę. Oczywiście to wszystko należy traktować umownie, bo nie wypowiadam się na podstawie porównania A-B, lecz na podstawie własnych notatek oraz pamięci słuchowej. A ta ostatnia, jak wiadomo, bywa zawodna.

046 051042021 002

 

Radiatory są dość ostre
– lepiej zachować ostrożność.

 

 


Konkluzja
Każde dziecko wie, że co dwa wzmacniacze, to nie jeden. Trudno się więc dziwić, że Cambridge Audio wzbogaciło serię Edge o monobloki. Czy pomysł wypalił? O tak. Para – buch! Koła – w ruch!

 

2021 04 11 11 33 25 046 051 Hifi 04 2021.pdf Adobe Acrobat Pro DC

 

Mariusz Malinowski
Źródło: HFM 04/2021