HFM

artykulylista3

 

Krystyna Tkacz śpiewa Kurta Tucholsky’ego

88 06 2010 krystynaTkacz

Dystrybucja: EMI Music Polska

Interpretacja: k1
Realizacja: k2

Kurt Tucholsky, przedwojenny niemiecki satyryk żydowskiego pochodzenia, w jednym z utworów pisał: „skłonności miewam do obcesowości”. Przykro odkrywać w sobie takie inklinacje w stosunku do piosenek znakomitej i lubianej aktorki.
Jestem rozczarowany i zawiedziony. Zawiedzeni będą też ci, którzy pamiętają wybitne kreacje Krystyny Tkacz w repertuarze brechtowskim. Niezwykłego klimatu tamtych wykonań jest tu tyle co kamienia węgielnego w węglu kamiennym.
Teksty, tłumaczone przez Romana Kołakowskiego, nie oddają dezynwoltury zadymionych kabaretów. Są archaiczne i ciężkawe, a ich wokalne interpretacje – mało odkrywcze i nudne.
Muzyka stanowi najsłabszą stronę przedsięwzięcia. Dziwaczne walczyki, marsze i bluesy. Brakuje tylko samby i fokstrota, ale może coś mi umknęło. Flet, saksofon, bandoneon/bas, perkusja, akordeon rymują się prawie tak samo jak: zespół zgrany/trąbka, pompka i organy. Niestety, brzmią również podobnie. W większości utworów drażni nuta mało subtelnego klezmerstwa, gdzie czosnek przeważa nad cynamonem. Całość jest nieudana.
Pozostaje wierzyć, że niezwykły talent aktorski Krystyny Tkacz uratuje recital, na który składają się piosenki z omawianej płyty, wystawiony w jednym z teatrów. Chciałbym się o tym przekonać, ale pewnie teraz już mnie nie wpuszczą.

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Sharon Jones & The Dap-Kings - I Learned The Hard Way

88 06 2010 sharonJones

Daptone Records 2010
Dystrybucja: Multikulti

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Czyżby remaster jakiejś starej płyty? Takie wrażenie można odnieść, gdy się ogląda zdjęcie na okładce, nawiązujące do stylu lat 60. ubiegłego wieku. Do tego brak informacji o dacie rejestracji, choć dane na temat twórców i wykonawców są dostępne. A jaka wytwórnia jest odpowiedzialna za nagranie? Firma Daptone Records, która – choć nie należy do fonograficznych gigantów – słynie z promowania artystów brzmiących jak soulowe i rhythm and bluesowe sławy sprzed 50 lat.
Do naśladowczyń starego brzmienia zalicza się też Sharon Jones. Kompozycje są nowe, ale przepełnione duchem dawnej muzyki. Bosco Mann – kompozytor, lider grupy Dap-Kings i basista – zaaranżował wszystkie utwory tak, aby nie uronić nic z klimatu hitów Arethy Franklin i Diany Ross. Przy realizacji wykorzystano wyłącznie analogowy sprzęt, a wspomniane już charakterystyczne zdjęcie dopełnia całość.
A sama muzyka? No cóż, Sharon Jones popisuje się dynamicznym, „krzykliwym” głosem, a muzycy Dap-Kings jej sekundują. Utwór tytułowy i „Better Days” chyba najszybciej zapadają w pamięć, chociaż jeszcze kilka innych piosenek, jak na przykład „She Ain’t A Child No More”, ma klasę.
Słuchając ich, można się rzeczywiście przenieść w czasie. Udanej podróży!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Robert Gawliński - Kalejdoskop

94-95 07-08 2010 RobertGawlinski

EMI Music

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Długo oczekiwany solowy album Roberta Gawlińskiego może namieszać w głowach etatowym malkontentom, zrzędzącym o niskim poziomie produkcji polskiej muzyki popularnej. Same kompozycje nie wnoszą wiele nowego, co potwierdzają słowa artysty, że nie należy się spodziewać szokujących i karkołomnych zwrotów. Jak kolorowe szkiełka w dziecinnej zabawce, kolejne piosenki mienią się jednak wieloma barwami.
Wierni słuchacze Gawlińskiego będą lekko zaskoczeni odmiennością stylistyczną, odróżniającą krążek od dotychczasowych dokonań wilczej watahy. Jak w kalejdoskopie zmieniają się nastroje. Ciepłe ballady przenikają ciekawe odniesienia do muzyki wschodu („Tuareg”) i kontrastują z psychodelicznym graniem, usprawiedliwionym egzystencjalizmem warstwy tekstowej. Teksty są takie sobie, ale nie chodzi o to, co komu gra w duszy, ale w głośniku.
Ta płyta jest jak średnio urodziwa panna odziana w kreację Versace. Realizatorski ansambl pod dyrekcją Leszka Biolika dokonał rzeczy niezwykłych. Dwa utwory „Grey” i „Grzesznicy” zakończone instrumentalnymi codami to świadectwo zadziwiającego wyczucia w odnajdywaniu kapitalnych subtelności brzmieniowych, które oryginalnością i świeżością nie odbiegają od najnowszych światowych trendów i są pozbawione skazy bezmyślnego kopiowania.
Mości Panowie, bejzbolówki z głów! Polak potrafi.

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Jónsi - Go

94-95 07-08 2010 jonsi

EMI 2010

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Kiedy wokalista uznanej formacji decyduje się stworzyć projekt sygnowany własnym nazwiskiem, staje przed wyborem: zerwać ze stylistyką rodzimej grupy lub kontynuować podróż wytyczonym przez nią szlakiem. Jón Birgisson zdecydował się na to drugie – gdyby jego debiutancką solową płytę puścić zaraz po ostatnim krążku Sigur Rós, niewtajemniczony słuchacz nie zorientowałby się zapewne, że słucha innego albumu.
Materiał z „Go” wiąże z Sigur Rós nie tylko falset i charakterystyczna maniera Jónsiego. Znajdziemy tu również mocny marszowy rytm bębnów w pogodnych utworach, jak „Animal Arithmetic”, „Around Us” i otwierającym „Go Do”, czy spokojnie ciągnące się dźwięki klawiszy i instrumentów orkiestrowych w nastrojowych „Grow Till Tall” oraz „Hengilás”. Gitara jest zepchnięta jeszcze dalej niż na płytach Sigur Rós, ale pojawia się typowe dla Islandczyków postrockowe instrumentarium (dęciaki, smyczki, dzwonki). Jakby skojarzeń było mało, również elegancka oprawa graficzna przywołuje na myśl okładkę „Takk”.
Nie są to zarzuty o powtarzalność, ale prosta konstatacja, że „Go” przypadnie do gustu tym, którym Sigur Rós jest szczególnie bliskie. Jónsi wydał naprawdę dobrą płytę, a fakt, że jego zespół ogłosił właśnie przerwę w działalności, czyni ją tym cenniejszą.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Rolling Stones - Exile On Main Street

94-95 07-08 2010 TheRollingStones

Promotone B.V. 2010
Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k6
Realizacja: k4

Płyta dynamit. Jeśli jakiś fan rocka jeszcze jej nie ma, to nie wie, co w tej muzyce jest najlepszego.
Niedoceniana tuż po premierze (narzekano, że za długa, trochę za bardzo zróżnicowana stylistycznie), powoli zdobyła grono wielbicieli. Dziś zaliczana jest do najmocniejszych pozycji gatunku.
Stonesi wyjechali do Francji, aby uciec od wysokich podatków i się zabawić. Kupili lub wynajęli ekstrawaganckie domy, a w jednym z nich – należącym do Keitha Richardsa – zorganizowali studio. Tam pili, palili, gościli sławy, a przede wszystkim – grali. Efekt to 18 znakomitych nagrań – od rockowych szlagierów (chyba jeszcze nikt nie powtórzył drive’u z „Tumbling Dice”), poprzez rytmy boogie („Casino Boogie”) oraz country („Sweet Virginia”), a na rhythm and bluesowych i soulowych hitach kończąc. Jest też kawałek, który szczególnie przypadł do gustu Tomowi Waitsowi („I Just Wanna See His Face”), a to spora rekomendacja.
Chociaż zwykle w zespole najjaśniej błyszczy Mick Jagger, tym razem ustąpił pierwszeństwa Richardsowi. To właśnie on miał we Francji najwięcej do powiedzenia i to głównie jemu zawdzięczamy tę wspaniałą płytę. Wznowiona wersja wprawdzie zawiera dodatkowy kompakt z materiałem bonusowym, ale najbardziej się liczą nagrania z oryginalnego albumu z 1972 roku. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Gorillaz - Plastic Beach

94-95 07-08 2010 gorillaz

EMI 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Na trzecim albumie najpopularniejszej animowanej muzycznej grupy świata jest wiele... wszystkiego. Czyli, jak zwykle u Gorillaz, płyta rozbrzmiewa mnogością popowych stylistyk, pomysłowością i tłumem gościnnie występujących muzyków.
Niekiedy ta ilość atrakcji przytłacza; momentami chciałoby się wręcz z kilku tych dodatków zrezygnować. Męczy rymujący niezmiennie beznamiętnie Snoop Dogg, a eksperymentalne fragmenty pokroju „Sweepstakes” wręcz irytują. Wszak nie dla znanych raperów czy muzycznych dziwadełek sięgamy po twórczość Gorillaz!
Ten projekt to przede wszystkim melodyjny elektro-pop z hip-hopowym rytmem, charakterystycznym wokalem Damona Albarna i wpadającymi w ucho refrenami. Szczęśliwie muzycy nie zrezygnowali z tych aspektów i na „Plastic Beach” można znaleźć utwory takie, jak „Rhinestone Eyes” lub „Some Kind of Nature”, które od razu przywołają miłe wspomnienia dwóch poprzednich krążków. Dzięki nim czy kojarzącym się z latami 80. piosenkom „Stylo”, „Empire Ants” i „On Melancholy Hill” album prezentuje się jako pełen potencjalnych przebojów. Wprawdzie w zestawie nie znajdziemy kompozycji, która chodziłaby po głowie równie długo co „Feel Good Inc.” czy „Clint Eastwood”, ale próba powiązania kompozycji antykonsumpcyjną tematyką czyni płytę bardziej spójną od poprzedniczek.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF