fbpx

HFM

artykulylista3

 

Lenny Kravitz - Black And White America

86-87 02 2012 lennyKravitz

Roadrunner Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Nie ma jak czasy „Let Love Rule” (wystrzałowy debiut) czy „Mama Said” (rockowa perełka). Ale i na „Czarno-białej Amerce” każdy fan Kravitza znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, jeśli miał okazję posłuchać go na niedawnym warszawskim koncercie.
Niestety, najnowszy album słynnego rockmana nie jest taki, jak pierwszy, który podbił nasze serca i daleko mu do „Mama Said”. Wprawdzie słyszymy wszystkie firmowe zagrywki: łatwo rozpoznawalny wokal i charakterystyczne gitarowe riffy, ale czegoś brakuje. Owszem, bywa świetnie. Przykładem „Life Ain’t Ever Better Than It Is Now” (jeden z ciekawszych kawałków); nieźle pulsują też „Everything” i utwór tytułowy. A jeśli ktoś tęskni za miłosnymi balladami, ma „Looking Back On Love”. Mimo to nowe piosenki Kravitza nie porywają tak, jak wcześniejsze propozycje.
Szkoda, bo muzyk napracował się w studiu. Grał na kilku instrumentach i jest współautorem większości kompozycji.
W tekstach sporo o sobie opowiada, jest więc okazja, aby lepiej go poznać. Zaprosił nawet do wspólpracy gwiazdy hip-hopu – Jaya-Z i DJ Military („Boongie Drop”) oraz Drake’a („Sunflower”). Mimo to chciałoby się więcej magii. W końcu to Kravitz.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Pati Yang - Wires And Sparks

86-87 02 2012 patiYang

EMI 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

„Nasz człowiek w Londynie”, czyli Patrycja Hilton, znana lepiej jako Pati Yang, powoli odchodzi od kojarzonego z jej twórczością trip hopu. Na „Faith, Hope + Fury” z 2009 roku było go mniej niż na „Silent Treatment” z 2005. Na najnowszym krążku nie słychać go już w ogóle.
Zamiast wolnych, niepokojących bitów „Wires And Sparks” wypełniają dominujące syntezatory, proste rytmy i przestrzenne wokale. We fragmentach, takich jak singlowy „Near to God”, muzyka przenosi się wprost w rejony elektronicznego popu. Szczęśliwie, elektro-pop w wersji Yang nie jest znanym z komercyjnego radia produktem muzykopodobnym. Wokalistka nie popada w banał ani nie modyfikuje swojego głosu, by brzmieć jak cyborg. Innymi słowy, nawet w takiej formie potrafi poruszać się z pewną klasą! Ale czy ta zmiana stylistyczna to krok w dobrym kierunku?
Roman Polański skarżył się kiedyś, że najłatwiejszym sposobem na zwiększenie grona sympatyków jego filmu jest nakręcenie kolejnego. Po premierze nowego obrazu zawsze słyszy: „poprzedni film Polańskiego był lepszy”. Niestety, właśnie takie odczucia mam względem Pati Yang. Może część słuchaczy z zadowoleniem przyjmuje przebieg jej muzycznej drogi. Ja zaliczam się do grona tych, którzy woleli, gdy tworzyła lawirujący w stronę nowoczesnego jazzu trip hop.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wilco - The Whole Love

86-87 02 2012 wilco

dBpm Records 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Komuś, kto dotąd nagrań Wilco nie słyszał, polecam na początek dwupłytowy album „Being There” z 1996 roku. Sporo tam nastrojów przypominających The Rolling Stones z najlepszego okresu. Nowa propozycja zespołu – „The Whole Love” – zawiera wyłącznie utwory utalentowanego lidera, Jeffa Tweedy. Daleko jej jednak do wydawnictwa sprzed kilkunastu lat.
W soczyste rockowe rytmy, grane na ogół przy akompaniamencie akustycznej gitary, wkradł się tym razem grunge’owy klimat. Niektóre nagrania „zabrudzono” szumami i przesterowaniami. Szkoda, bo głos wokalisty jest na tyle wciągający, że nie potrzebuje dodatkowych atrakcji. W balladzie „Sunloathe” dodano jakieś dziwne dźwięki do podkładu instrumentalnego. Po niej jest „Dawned On Me”, też z przesterowaniem na powitanie. Taka konwencja. Liderowi spodobała się zabawa dźwiękiem, a koledzy musieli się w nią włączyć.
Na szczęście Tweedy nadal potrafi zaserwować sympatyczną, akustyczną balladę, gdzie na pierwszym planie są jego głos i gitara („Open Mind”). Umie też pożartować, jak w „Capitol City”. Wreszcie – stać go na „Whole Love”, czyli świetnie zaaranżowany i wpadający w ucho utwór tytułowy. Ciekawego materiału jest tu więcej. Nic dziwnego. W końcu to Wilco. Tyle że nie w szczytowej formie.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kate Bush - 50 Words For Snow

86-87 02 2012 kateBush

Noble & Brite Ltd. 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Jeśli to nie jest najnudniejsza płyta Kate Bush, to przynajmniej plasuje się w czołówce. Otwierające „Snowflake” uśpiło mnie przy pierwszym odtworzeniu, więc nie mogłem wysłuchać kolejnych nagrań. Dopiero za drugim podejściem – po mocnej kawie – pokonałem całość.
Nie twierdzę, że było aż tak źle, ale jak na artystkę, której zawdzięczamy „Wuthering Heights” i wiele innych wspaniałości, zdecydowanie zbyt blado. Gdyby nie Elton John, który fantastycznie ożywił kompozycję „Snowed In At Wheeler Street”, ocena byłaby jeszcze niższa. Ale przynajmniej dla tej piosenki warto albumu posłuchać. Trochę też po to, aby przypomnieć sobie uroczy głos Kate. I wreszcie dla jeszcze jednego wyjątkowego gościa. Jest nim Steve Gadd – najbardziej rozchwytywany sesyjny perkusista w muzyce rozrywkowej. Grał z największymi. Duet Simon i Garfunkel oraz Barbra Streisand to tylko część gwiazd, które gościły go w studiu lub na scenie. Na „50 Words For Snow” słynny pałkarz trochę się marnuje, bo wolno płynące kompozycje nie wymagają szczególnych umiejętności, jednak tu i ówdzie coś z jego talentu udało się przemycić.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Johnny Winter - Roots

86-87 02 2012 johnnywinter

Megaforce Records 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Mistrz slide’owej gitary znów w dobrej formie. Nie tylko słyszymy popisowe, choć nieco wolniejsze niż dawniej, solówki, ale też powrócił znany głos. W repertuarze sprawdzone kompozycje, na których słynny albinos ćwiczył umiejętności. Jest temat „Got My Mojo Working”, wylansowanay przez Muddy Watersa. Jest „Maybelline” Chucka Berry’ego. Na początek jednak „T-Bone Shuffle”, wprowadzający w nostalgiczną atmosferę albumu.
Kompozycje pochodzą z połowy ubiegłego stulecia. Mimo że ograne, udało się je uwspółcześnić. Zasługa to zarówno sprawnej ekipy realizatorskiej, jak i zdolnych wykonawców. Johnny Winter zaprosił bowiem do studia znanych gości. Wspomniany utwór „T-Bone Shuffle” nadaje płycie tempo nie tylko dzięki gitarze Wintera. Błyszczą w nim także solówki Sonny’ego Landretha. Z kolei w „Done Somebody Wrong” pojawia się lider Gov’t Mule, Warren Haynes. Mamy też bluesowy duet Derecka Trucksa (slide w „Dust My Broom”) z Susan Tedeschi (gitara i śpiew w „Bright Lights, Big City”). A gdyby komuś zabrakło jazzowych elementów, to w „Come Back Baby” może posłuchać Johna Medeskiego. Nie byłoby jednak kompletu bez brata lidera, Edgara. Ten gra na saksofonie w „Honky Tonk”. A wszystko trzyma w ryzach Johnny Winter, który mimo podeszłego wieku pozostaje w świetnej formie.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Beach Boys - Smile

p beachBoys 04 2012

Capitol Records 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Kalifornijska grupa należy do najdłużej działających rockowych formacji. Liderował jej Brian Wilson, któremu towarzyszyli utalentowani bracia, kuzyni i koledzy.
Po pierwszych sukcesach, które The Beach Boys zawdzięczali przebojom wychwalającym beztroski wypoczynek nad Pacyfikiem, muzycy porwali się na album koncepcyjny. Realizacji jednak nie dokończyli, a nagrania z sesji – poza „Good Vibrations” i „Heroes and Villains” – na długo trafiły do sejfów. Potem kompozycje jeszcze raz wziął na warsztat Brian Wilson i wydał je w 2004 roku pod własnym nazwiskiem jako album „Smile”, z innymi instrumentalistami. Lider formacji nie był jednak chyba zadowolony z efektu, gdyż w ubiegłym roku zmiksował ponownie oryginały sprzed ponad 40 lat i wydał je pod szyldem The Beach Boys. Słusznie, bo oryginalne wersje mówią najwięcej o talencie kalifornijskiej grupy, której charakterystyczne harmonie wokalne są do dzisiaj rozpoznawalne i cenione. Wilson wydobył ze starego materiału brzmieniowe niuanse. Jest nareszcie prawdziwy „Smile” z 1967 roku, w dodatku z „odkurzonym” dźwiękiem. Warto posłuchać, bo mimo kilkudziesięciu lat od powstania muzyczna uczta w wykonaniu młodych The Beach Boys jest wyjątkowo smakowita.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 4/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF