fbpx

HFM

artykulylista3

 

Elvis Deluxe - Favourite State of Mind

119 05 2011 elvisDeluxe

Harmony 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Gdzieś na marginesie polskiego rocka działa kilka takich grup jak Elvis Deluxe. Nie pojawiają się w mainstreamowych mediach. Nie grają w wielkich klubach. Nie profilują się na „szerokiego odbiorcę”. A jednak warto zdawać sobie sprawę z ich istnienia, zwłaszcza jeśli ma się skłonności do muzyki charakternej i niesztampowej.
Twórczość Elvis Deluxe jest mocna niczym samogon, hałaśliwa jak rzężący silnik, surowa niby pustynna aura i naładowana gitarowymi przesterami jak ostatni krzyk podpalonego na scenie stratocastera Hednrixa. „Favourite State of Mind” wypełniają gitarowe riffy oraz mocna sekcja rytmiczna; to krzykliwe, to melodyjne wokale. Panowie sięgają zarówno po hard rock w odmianie cięższej („Break The Silence”), jak i bardziej przebojowej („Fade Away”), psychodelię („Out There”) i bluesa („The Apocalypse Blues”), co w sumie daje stylistykę określaną zwykle mianem „stoner rocka” – reprezentowaną choćby przez amerykańską formacją Kyuss. W tej kategorii Elvis Deluxe jest w Polsce wręcz bezkonkurencyjny, ale ich druga płyta udowadnia coś jeszcze: grupie nawet nie w głowie muzyczne kompromisy. Popartowa okładka to jedyne, co płyta ma wspólnego z tzw. „popem”. Reszta to szczery do bólu rockowy łomot!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Iron & Wine - Kiss Each Other Clean

119 05 2011 IronWine

4AD 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Sympatyczny brodacz z gitarą akustyczną, wyglądający niczym muzyk folkowy i śpiewający w wokalnych harmoniach a la lata 60. i 70.? Na pierwszy rzut oka to anachronizm, jednak działającego od dekady na scenie muzyki niezależnej Sama Beama nie można sprowadzić do roli muzycznego reliktu.
Kompozycje z najnowszej płyty autorskiego projektu Iron & Wine Beam wzbogaca delikatną elektroniką i przeróżnymi efektami dźwiękowymi, nadającymi ich brzmieniu świeżość.
Sam zapewnia, że piosenki z „Kiss Each Other Clean” są „przyjazne radiu”. Rzeczywiście – pomysłowo zaaranżowane, melodyjne, miłe dla ucha, mają wszystko, co powinien zawierać dobry pop, nie popadając przy tym w typowy dla gatunku banał. Tempa utworów są przeważnie średnie. Przyspieszają w funkującym „Big Burned Hand” i bardziej rockowym „Your Fake Name Is Good Enough for Me”. Zwalniają w kameralnej balladzie „Godless Brother in Love”.
Jak przystało na muzykę tworzoną przez rodowitego Kalifornijczyka, zawartość „Kiss Each Other Clean” podnosi temperaturę powietrza o dobrych kilka stopni. Ciepłemu głosowi wokalisty i lirycznym tekstom prócz gitar towarzyszą okazjonalnie flety i saksofony, subtelne instrumenty klawiszowe i dzwonki. Bogata paleta pogodnych barw przekłada się na urzekającą atmosferę płyty.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Bruno Mars - Doo-woops & Hooligans

87-88 06 2011 brunoMars

Elektra Entertainment 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Bruno Mars to nowy wykonawca, po którego nagrania warto sięgnąć. Dysponuje niezłym głosem, miejscami przypominającym Michaela Jacksona. Z kolei jako muzyk i aranżer ma sporo wspólnego z Prince’em, grając na wielu instrumentach. Na razie nie ma jeszcze wokalnego doświadczenia oraz interpretacyjnej maestrii tego pierwszego i wiele mu brakuje do muzycznej inwencji i wykonawczej perfekcji drugiego, jednak utworami z „Doo-woops & Hooligans” pokazuje, że ma zadatki na gwiazdę dużego formatu. Pod warunkiem, że konsekwentnie będzie podnosił swoje kwalifikacje i nie rozmieni się na drobne, nagrywając przeciętne płyty.
Zaczął z impetem. Zdążył podbić listy bestsellerów hitami „Grenade”, „Just the Way You Are” – nie mylić z tak samo zatytułowanym hitem Billy’ego Joela – i „Count On Me”. Otrzymał też nagrodę Grammy za wokalną interpretację „Just the Way You Are”. Dla porządku dodam, że Bruno Mars naprawdę nazywa się Peter Gene Hernandez, urodził się na Hawajach w muzycznej rodzinie i ma 25 lat. Czyli wszystko przed nim. Na jego pierwszej płycie nie brakuje ciekawego materiału. I wcale nie mam na myśli jedynie wspomnianych przebojów, bo również inne utwory, jak choćby „Talking To The Moon”, mogą się podobać. Oby więcej takich debiutów!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Rumer - Seasons Of My Soul

87-88 06 2011 Rumer

Warner Music 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Rumer to pseudonim artystyczny Sary Joyce – brytyjskiej piosenkarki urodzonej w Pakistanie. Jej debiutancka płyta to właśnie „Seasons of My Soul”, na której artystka objawia się słuchaczom jako kontynuatorka stylu Karen Carpenter. Nawet dysponuje podobnym głosem. Zanim jednak pozwolono Rumer na samodzielne popisy wokalne, przez pewien czas terminowała jako Sarah Prentice w londyńskiej grupie folkowej La Honda. Jej wokalny talent dostrzegł Burt Bacharach i nawet napisał dla niej kilka piosenek. Artystka śpiewała też okazjonalnie z innymi gwiazdami, chociażby z Joolsem Hollandem i Jamie Cullumem.
Na jej debiutanckim krążku nie brakuje ciepła i łagodnych brzmień. Głos Rumer płynie na delikatnym akustycznym podkładzie. Piosenkarka skomponowała większość repertuaru sama lub wspólnie ze Steve’em Brownem, grającym na fortepianie i gitarze. Ciekawe, czy przed napisaniem „Come To Me High” słyszała jedno nagranie z repertuaru Basi Trzetrzelewskiej? Czy ktoś zgadnie, które mam na myśli?
Na „Seasons Of My Soul” nie brakuje też utworów obcych. Aż się prosiło o jakąś kompozycję Burta Bacharacha. Przecież jest jego protegowaną. Padło na utwór „Alfie”, z którym 32-letnia piosenkarka poradziła sobie poprawnie. Wreszcie, na zakończenie, Rumer przypomniała balladę „It Might Be You” z filmu „Tootsie”. Urocza muzyka na każdą okazję. Jeśli ktoś słuchał duetu The Carpenters, wie, co mam na myśli.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Sean Lennon i Charlotte Kemp Muhl - The Ghost of a Saber Tooth Tiger

87-88 06 2011 seanLennon

Chimera Music V 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Syn Johna Lennona miał w swojej artystycznej biografii parę lepszych momentów, choć nigdy nie doścignął najpopularniejszego z Beatlesów. Również jego nowa płyta nie doczekała się większego rozgłosu, do czego pewnie przyczynił się niedawny powrót nagrań Johna Lennona w remasterowanych wersjach. Chyba nawet nasi dystrybutorzy zapomnieli o płycie Seana, bo jakoś nie trafiłem na nią w naszych sklepach. Ale od czego jest Internet?
Szczęśliwi nabywcy mogą się cieszyć uroczymi melodiami w akustycznej oprawie. Do tego całkiem sprawnie zrealizowanymi i może nie po pierwszym odsłuchu, jednak stopniowo wpadającymi w ucho.
Drugą gwiazdą albumu jest Charlotte Kemp Muhl – modelka, która po raz pierwszy przespacerowała się po wybiegu w wieku zaledwie 13 lat. Jej kariera w świecie mody rozwinęła się błyskawicznie. Trzy lata po debiucie została najmłodszą modelką, której zdjęcie ukazało się na okładce czasopisma „Harper’s & Queen”. Dziś ma 24 lata, pracuje też jako aktorka i nic dziwnego, że podbiła serce Seana Lennona.
Oboje mają podobne zainteresowania muzyczne. Na razie wspólnie nagrali płytę. Jak potoczy się dalej ich historia, dowiemy się zapewne niebawem. Tymczasem możemy ich posłuchać.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Amos Lee - Mission Bell

87-88 06 2011 amosLee

Blue Note 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

„Mission Bell” to bardziej refleksyjne granie niż to, które Amos Lee prezentował na dotychczasowych płytach wydawanych przez Blue Note. Na najnowszym krążku amerykański muzyk prezentuje piosenki minimalistyczne w formie, budowane głównie wokół akustycznej gitary i własnego głosu. Choć więc wspomagają go znakomici goście, jak Willie Nelson, Lucinda Williams i Sam Beam z Iron & Wine, to najnowsza płyta Lee pozostaje jego autorskim, kameralnym projektem.
Dużo na „Mission Bell” spokojnych i wyważonych melodii. Mniej tu soulowej beztroski – pojawia się ona w chwytliwych, wzbogaconych gospelowym chórem utworach „Flower” i „Cup of Sorrow”. Więcej zaś bluesowej nostalgii i skojarzeń z amerykańskim folkowym rockiem. Choćby „El Camino” oraz „Out of the Cold” przywołują na myśl dokonania Bruce’a Springsteena z „The Ghost of Tom Joad”. Dominujące instrumenty akustyczne tylko na chwilę schodzą na dalszy plan. Dzieje się tak we wzbogaconej elektryczną gitarą i mocniejszym bluesowo-rockowym głosem piosence „Jesus”.
Bez trudu można by wymienić przynajmniej kilka młodych, ciekawych amerykańskich wokalistek z kręgu soulu, bluesa czy folku. Ale już analogiczna lista zawierająca męskie nazwiska byłaby trudniejsza do ułożenia. Tym stosowniej zapamiętać nazwisko Amosa Lee i sięgnąć po jego najnowszą płytę.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF