fbpx

HFM

artykulylista3

 

Jerry Lee Lewis - Mean Old Man

119-120 12 2010 jerryLeeLewis

Verve 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Już cztery lata temu Jerry Lee Lewis doczekał się dowodu uznania od kolegów z branży w postaci albumu „Last Man Standing”. Towarzyszyli mu na nim m.in. Jimmy Page, B.B. King, Bruce Springsteen i Neil Young. Płyta okazała się sukcesem, więc Lewis powrócił do koncepcji nagrań z udziałem sław.
Może lista gości na „Mean Old Man” jest mniej spektakularna, ale i tak robi wrażenie. Jak na poprzednim krążku usłyszymy tu trzech Stonesów, Erica Claptona i Ringo Starra. Nowi goście to: Sheryl Crow, Slash czy John Mayer.
Doborowe towarzystwo serwuje półgodzinną mieszankę lekko archaicznych standardów rocka, country i bluesa w klimacie rodem z południa USA. Jest to więc wycieczka w przeszłość, ale że muzyczny wehikuł czasu działa bez zgrzytu, to nawet kolejnych wersji znanych na pamięć utworów słucha się z przyjemnością. Lewis wciąż krzesze z fortepianu iskry, a w dodatku zestarzał się wytwornie i w jego śpiewie, niczym w głosie Johnny’ego Casha z ostatnich płyt, słychać doświadczenia trudnego życia rock’n’rollowego wygi.
Zazwyczaj o legendarnych artystach sprzed dekad show biznes przypomina sobie zaraz po ich śmierci. Tym lepiej, że debiutujący 60 lat temu Lewis doczekał się zasłużonego „upomnikowienia” jeszcze za życia.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Japoto - Japoto

105-107 01 2011 Japoto

Luna Music 2010

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Jamiroquai, Prince, Frank Zappa – to tylko niektóre nazwiska, które mogą przyjść na myśl w trakcie słuchania debiutu Japoto. Zamiast jednak mnożyć skojarzenia, lepiej przyznać, że najróżniejsze inspiracje udało się muzykom przetworzyć we własny styl.
Zaprezentowane przez zespół piosenki łączą mocne, powtarzające się taneczne rytmy w klimacie funku i breakbeatu. Klubowy charakter nie oznacza jednak, że panowie z Japoto tworzą materiał jedynie w oparciu o sample i komputery! Na albumie prezentują się bowiem jako solidni instrumentaliści: praca sekcji rytmicznej, gitar czy saksofonów nie pozostawia wiele do życzenia, a pomysłowe i chwytliwe partie instrumentalne przenoszą klimat z rejonów muzyki tanecznej w stronę alternatywnego rocka i acid jazzu.
Większość tekstów jest śpiewana po angielsku, a gdy w niektórych fragmentach albumu pojawiają się polskojęzyczne wstawki, aż trudno uwierzyć, że „Japoto” jest produktem rodzimym!
I największe zaskoczenie: muzykom znanym z grup Pogodno, No!No!No! i 100nka towarzyszy Krzysztof Zalewski, wokalista kojarzony głównie z programu „Idol”. Czyli, wbrew obiegowej opinii, zwycięzca telewizyjnego konkursu jest w stanie nagrać świetną płytę!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Lizz Wright - Fellowship

105-107 01 2011 LizzWright

Verve 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Od czasu debiutanckiej płyty „Salt” Lizz Wright lekko zmienia dominującą w jej twórczości stylistykę i udowadnia, że równie dobrze radzi sobie z soulem, r’n’b, jak z współczesnymi jazzem i bluesem. Na najnowszym albumie „Fellowship” czarnoskóra wokalistka jest najbliższa swoim muzycznym korzeniom, sięgającym czasów, gdy jako córka pastora grała na pianinie i śpiewała w lokalnym kościele.
Krążek przepełnia duch muzyki gospel. Ta idealnie dopasowana do śpiewu Wright forma pojawia się w ośmiominutowym medleyu tradycyjnych pieśni wykonanych na fortepian, głos oraz charakterystyczne rytmiczne klaskanie i tupanie kościelnego chóru. Religijna atmosfera jest zresztą obecna na całym albumie, choć nie ma tu epatowania religijnością spod znaku haseł „praise the Lord!”. Usłyszymy raczej grę wyważonymi nastrojami, zwieńczoną poruszającą wersją hymnu „Amazing Grace” Johna Newtona.
„Fellowship” to płyta refleksyjna, oszczędna pod względem instrumentalnym, zbudowana niemal w całości na pełnym emocji głosie Lizz. Ciekawe, że wśród kompozycji religijnych pojawia się na niej ukłon w stronę rocka: po fenomenalnych wersjach piosenek Neila Younga i Led Zeppelin z wcześniejszych wydawnictw Wright wzięła na warsztat Claptona i Hendriksa. Czysta magia!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Hurt - Załoga G

105-107 01 2011 Hurt

Luna Music 2010

Interpretacja: k1
Realizacja: k2

Wydanie „Załogi G” grupy Hurt jawi się jako posunięcie bądź artystycznie kuriozalne, bądź ocierające się o marketingowe szalbierstwo. Nie chodzi nawet o jakość tego wydawnictwa. Nie najlepsza produkcja wszak dodaje alternatywnego charakteru, a proste melodie i infantylne teksty śpiewane przez 35-latka wciąż mogą przypadać do gustu części młodzieży. To raczej sposób, w jaki Hurt próbuje odgrzać nie pierwszej świeżości danie, budzi wyraźny niesmak.
Album składa się z dwóch krążków: reedycji płyty „Czat” z 2005 roku oraz rejestracji promującego ją koncertu z radiowej Trójki. Wśród 15 utworów „live” usłyszymy więc aż dziewięć kompozycji znanych ze studyjnej części wydawnictwa – przyzwoicie wykonanych, ale nieszczególnie różniących się od pierwowzorów; poza tym słabo wyprodukowanych. Po co tworzyć taką kompilację? Chyba nie tylko po to, by pokazać, że pięć lat temu zespół radził sobie z odtwarzaniem własnych piosenek na scenie?
O co w ogóle chodzi Maciejowi Kurowickiemu i jego kolegom? Jak zrozumieć ten dziwny zwrot ku przeszłości? Co z materiałem z nowszych płyt, choćby z albumu, nomen omen, „Nowy początek”, którego tytuł obiecywał zgoła co innego niż rozpaczliwy powrót do czasów komercyjnego sukcesu grupy?
Obawiam się, że odpowiedź na te pytania nie ma nic wspólnego ze szczerością, o której śpiewa wokalista Hurtu.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Ben Folds/Nick Hornby - Lonely Avenue

105-107 01 2011 BenFoldsNickHornby

Nonesuch Records 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Zwykle nie zaczynam recenzji płyty od okładki, ale zrobię wyjątek. Widok z szoferki sporego samochodu – można domyślić się, że kempingowego, z kosztownym wyposażeniem i metrażem naszego blokowego M-3. Takiego, w którym Amerykanie marzą spędzić parę lat na emeryturze, jeżdżąc po kraju i robiąc to, na co nigdy nie mieli czasu. Tu jednak za kierownicą siedzi młoda kobieta w szortach. Przed nią widać samochody, palmy, stateczniki samolotów, a wszystko skąpane w promieniach letniego słońca. Słowem: jesteśmy w krainie wymarzonej dla amerykańskiego rocka spod znaku Bruce’a Springsteena, Johna Mellencampa i The Eagles.
Tym razem śpiewa Ben Folds, wychowany na muzyce Eltona Johna i Billy’ego Joela, mający za sobą staż w Nashville. Folds przeważnie sam pisze słowa i muzykę do swoich utworów. Tym razem jednak ograniczył pracę do melodii. Autorem tekstów jest Nick Hornby, angielski powieściopisarz i scenarzysta. Efekt okazuje się udany.
Jeśli ktoś nie zna Foldsa, radzę sięgnąć po jego płyty. To taki łagodniejszy Elvis Costello, z podobnym ładunkiem pomysłów; zdolny pianista i wokalista. Jeśli do innych płyt Foldsa nie uda się dotrzeć, to na początek wystarczy „Lonely Avenue”. Jest tu wszystko, czym wyróżnia się twórczość tego artysty. Dodam, że partie smyczkowe przygotował legendarny dyrygent i aranżer – Paul Buckmaster.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Neil Young - Le Noise

105-107 01 2011 neilYoung

Nonesuch Records 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Jeśli uznać, że „Le Noise” znaczy hałas, to można na tym recenzję skończyć. Poza przesterowanymi gitarami i znajomym skądinąd, ale słabym wokalem Younga, niewiele można na niej znaleźć. Owszem, jest kilka ładniejszych fragmentów (m.in. ballada „Love and War”), ale to zdecydowanie za mało.
Jednak „noise” to „hałas” tylko po angielsku, natomiast po francusku oznacza kłótnię, zwadę, tyle że z żeńskim rodzajnikiem „la”. Ciekawostka.
Dziwię się, że taki krążek w ogóle powstał. Wykonawca, który dysponuje przeciętnym głosem i nie jest wirtuozem gitary, nie powinien samodzielnie nagrywać płyt. Owszem, był gwiazdą festiwalu Woodstock i ma w swoim dorobku sporo ciekawych nagrań, ale jego atutami zawsze były teksty i melodie, które dopiero w odpowiedniej oprawie wokalno-instrumentalnej nabierały blasku. Tu nikt owej oprawy nie stworzył.
Słychać głównie gitarowy hałas i mizerny wokal. Gdyby Neil Young startował w programie „Mam talent”, odpadłby w eliminacjach. Daniel Lanoise – utalentowany producent – nie zmodyfikował zamysłów autora. Być może gwiazda nie życzyła sobie zbytniej ingerencji w muzyczną wypowiedź.
Pociesza jedynie fakt, że album trwa zaledwie 38 minut. Chociaż dla mnie to i tak o pół godziny za długo.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF