fbpx

HFM

artykulylista3

 

Miss Polski - Fitness

119 11 2011 MissPolski

EMI 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Na „Fitness” znajduje się dziesięć piosenek z gatunku, który określa się oksymoronicznie jako „alternatywny pop”. Cóż to znaczy? Są na tyle melodyjne, że wpadają w ucho, a jednak mają w sobie wystarczająco dużo niebanalności, by odciąć się od sztampowych produkcji popowych gwiazdek. Nagrania są zanurzone w klimacie wciąż modnych lat 80. i opierają się głównie na dźwiękach klawiszy, delikatnych gitarach oraz na dość subtelnie podanej elektronice. Spokojnej atmosferze muzyki towarzyszą nieszczególnie wesołe teksty, ocierające się momentami o lekkie erotyki, podane w popkulturowej retro potrawce sugerowanej w samych tytułach kolejnych utworów. Pojawiają się w nich Miss Piggy, Humphrey Bogart i James Bond, jak również stare kino, dancing, kawiarnie i bary.
Słychać wpływy brytyjskiego popu. Sami muzycy Miss Polski nie ukrywają, że bliskie są im dokonania Pulp czy Pet Shop Boys.
Żeby tylko jeszcze trio postawiło na inne rozwiązanie wokalne niż monotonna recytacja Romana Szczepanka! Ta na dłuższą metę staje się nużąca. Zwłaszcza do początkowego groove’u piosenki „Miss Piggy na parkiecie” można było dobrać bardziej energiczny śpiew! Gdyby nie te zastrzeżenia, zespół Miss Polski po swoim debiucie trafiłby do grona moich rodzimych faworytów. A tak pozostaje grupą z potencjałem, której kolejnym poczynaniom warto się przyglądać.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Orb featuring David Gilmour - Metallic Spheres

119-120 12 2010 metallicSpheres

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Wspólna płyta zasłużonego dla ambientowej sceny The Orb oraz gitarzysty Pink Floyd to niespodzianka, ale i – jak przyznają zainteresowani – logiczne następstwo istnienia wielu wspólnych płaszczyzn tych muzycznych światów. Wprawdzie od psychodelii oraz kosmicznych klimatów David Gilmour odszedł dobrych parę lat temu, ale w czasie współpracy z Alexem Patersonem oraz Martinem „Youth” Gloverem bez problemu przypomniał sobie dawne, awangardowe dokonania Floydów.
Z jego lap steel guitar wydobywają się charakterystyczne niepokojące „jęki”, tworzone techniką slide, a i słynny czarny Stratocaster ciekawie się prezentuje na tle delikatnej elektroniki The Orb. Prócz gitar w ciągnące się frazy instrumentów klawiszowych Brytyjczycy wpletli odgłosy natury, rozmowy i kolaże dźwiękowe. Chociaż nie brakowało już mariaży takich stylistyk (Fripp i Eno, Oldfield), to dla fanów rocka „Metallic Spheres” może stanowić dobre wprowadzenie do muzyki elektronicznej.
Pomimo patetycznego orkiestrowego finału dwie ścieżki tworzące album to raczej jeden ambientowy „set” niż progrockowa suita. Poszczególne tematy przechodzą płynnie jedne w drugie, ale trudno powiedzieć, by ta kompozycja miała wyraźny kształt.
Płyta The Orb z Gilmourem zyskuje z każdym przesłuchaniem, lecz pozostaje raczej ciekawostką niż arcydziełem.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Patrycja Markowska - Patrycja Markowska

119-120 12 2010 patrycjaMarkowska

EMI 2010

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Najnowsza płyta Patrycji Markowskiej to kwintesencja polskiego popu: 3-, 4-minutowe, lekko rockowe kompozycje. Prościutkie melodie, banalne teksty, solidna praca instrumentalistów-rzemieślników. Całość zaś zmasterowana do radiowych standardów, czyli w myśl „im głośniejsze nagranie, tym lepsze miejsce na liście przebojów”.
Za większość muzyki odpowiada Jerzy Runowski, znany ze współpracy z Kasią Kowalską. Prawdopodobnie dlatego płyta brzmi jak dokonania tej wokalistki lub jednej z jej fonograficznych kopii. Choć wszystko jest tu na miejscu, to dominuje poczucie, że zamiast Markowskiej każdą piosenkę mogła spokojnie zaśpiewać inna pop-rockowa gwiazdka – od Dody po Beatę Kozidrak. Markowska, owszem, ma rozpoznawalne nazwisko, ale najwyraźniej brak jej pomysłów na to, co może pod nim sprzedać. Na jej piątym albumie znajdziemy parę chwytliwych refrenów („Lew story”), kilka ballad o miłości („Księżycowy”), ale gdzie odrobina oryginalności? Gdzie „styl Patrycji Markowskiej”, którym mogłaby oczarować?
Z pewnością nie tkwi w kilku napisanych przez nią tekstach, bo gdy rozbrzmiewają słowa: „Hello, hello, hello/ wiem już, czego chcę/myślę o tym/że to nie koniec”, to nawet średnio wrażliwy słuchacz też wie, czego chce i ma nadzieję, że ów koniec nadejdzie czym prędzej.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Artur Gotz - Obiekt seksualny

119-120 12 2010 arturGotz

Luna 2010

Interpretacja: k2
Realizacja: k2

Od samego początku „Obiekt seksualny” wprowadza w zakłopotanie: czy to album muzyczny? A może kabaret?
Pierwszą hipotezę zdaje się podważać antyśpiew Gotza, którego aktorską ekspresję aż trudno znieść. Drugą – nie najwyższej jakości humor i zbyt dobra muzyka w tle – choćby autorstwa Koniecznego czy Waglewskiego – często bardziej interesująca niż utrudniające jej odbiór popisy wokalisty.
Podobne dylematy się mnożą, bo płyta jest niespójna. Wbrew tytułowi i sugestii wydawcy, jakoby miały się na nią składać muzyczne erotyki, trafiają się też piosenki rozbijające tematyczną konwencję. Fakt, że teksty wyszły spod pióra nie mniej niż dziesięciu autorów, dodatkowo komplikuje sprawę. Choć teksty Osieckiej czy Broniewskiego prezentują oczywistą klasę, to zmierzenie się z utworem „Kobiety są jak pierogi” stanowi dość trudną próbę charakteru. W końcu nawet sam Dariusz Rzontkowski, twórca większości materiału, prezentuje istną mieszankę stylów: od infantylnie urokliwych kompozycji w rodzaju „I z kropeczką”, po wulgarne piosenki-dowcipy („Ptaka”).
Na scenie taka forma wypowiedzi ma zapewne rację bytu, ale na płycie jest po prostu męcząca.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Black Crowes - Croweology

119-120 12 2010 theBlackCrowes

Silver Arrow Records 2010

Interpretacja: k6
Realizacja: k4

Album kolejnego wykonawcy sięgającego w przeszłość, chociaż nie aż tak odległą jak ta, do której ostatnio wracają Phil Collins czy Eric Clapton. Grupa The Black Crowes, znana przede wszystkim z „Shake Your Money Maker” (1990), z okazji 20-lecia ukazania się ich debiutanckiej płyty, nagrała jeszcze raz swoje najpopularniejsze piosenki – tym razem w wersjach akustycznych – i wydała je na podwójnym albumie „Croweology”.
Co mamy w efekcie? Kolejny zbiór nieco inaczej brzmiących hitów? Ależ skąd! Melomani otrzymali dzieło wybitne – takie, które z powodzeniem może kandydować do tytułu „Płyta Roku 2010”. Fakt, że mamy do czynienia z powtórkami, wcale nie obniża ich wartości. Bo te powtórki są tak zagrane i zaśpiewane, że można ich słuchać bez końca.
„Croweology” to kwintesencja rocka z domieszką folku. Najwyższa półka. The Black Crowes – mający w dorobku albumy dobre i takie sobie – tym razem pokazali się z najlepszej strony. Nie ma tu ani chwili nudy. Jakby wybrać najlepsze wokale z repertuaru kwartetu Crosby, Stills, Nash and Young, dodać trochę gitarowej energii w stylu „Exile On Main Street” The Rolling Stones i wszystko okrasić sentymentalizmem Van Morrisona. Pomyślano nawet o fikuśnej okładce – w chwili rozłożenia powstają z niej czarne wrony.
Rewelacja!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Gordon Haskell Hionides - One Day Soon

119-120 12 2010 gordonHaskellHionides

Gordon Haskell Hionides 2010
Dystrybucja: Universal Music Polska

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Na początek trzy mocne punkty. Utwór otwierający płytę jest godnym następcą „Harry’s Bar” – hitu, który kilka lat temu odnowił zainteresowanie słuchaczy angielskim wykonawcą, szczycącym się krótką współpracą z zespołem King Crimson. Piosenki „The Fools of Yesterday” nie powstydziliby się najlepsi rockmani. Choć należy dodać, że solowe dokonania autora „One Day Soon” nie mają prawie nic wspólnego z nagraniami grupy kierowanej przez Roberta Frippa. Gordon Haskell słynie bowiem z melodyjnych, przyjemnych dla ucha, a przy tym pomysłowych, profesjonalnie zaaranżowanych i wykonanych ballad.
Świadczy o tym drugi mocny punkt – wstęp do „Some Sins (I Should’ve Known By Now)”. Współbrzmienia basu i akustycznej gitary są tu genialne. Wreszcie trzeci utwór – „Forevermore” – zachwyca nie tylko melodią, ale nostalgicznym tekstem.
Dalej jest różnie, chociaż produkcja nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Za to jest jeszcze kilka momentów, jak chociażby „Wounded Tigers”, których chciałoby się słuchać bez końca.
Co do realizacji, to może nie jest ona audiofilska, ale też trudno jej cokolwiek zarzucić. Haskell znów stanął na wysokości zadania.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF