fbpx

HFM

artykulylista3

 

Sting - Symphonicities

109-110 10 2010 Sting

Universal Music 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Po siedmiu latach od ostatniego autorskiego projektu Sting wydał trzecią płytę, która nie zawiera ani jednej jego nowej kompozycji. W dodatku postanowił zmierzyć się z pomysłem, najłagodniej mówiąc, mało oryginalnym: zaaranżowaniem popowych przebojów na orkiestrę symfoniczną...
A jednak! Wystarczy posłuchać otwierającego utworu „Next To You”, by pozbyć się początkowego złego nastawienia. Napędzana smyczkami piosenka brzmi żywiołowo, elegancko i pogodnie. Wykonanie „Englishman in New York” nie różni się zbytnio od pierwowzoru, a jakkolwiek nie byłby on dobry, przy takim projekcie można by sobie życzyć więcej inwencji. Za to „Every Little Thing She Does Is Magic” wypada nawet lepiej niż oryginał, a i kolejne „I Hung My Head” nie pozostawia wiele do życzenia.
Po tych utworach płyta jednak siada i aż do przedostatniej piosenki nie pojawiają się na niej świeżość i energia dwóch pierwszych kompozycji The Police. Trafiają się za to numery nieudane: np. „Roxanne” w wersji symfonicznej została po prostu przemieniona w smętną balladę, której daleko nie tylko do pamiętnego oryginału, ale i do tanga z filmu „Moulin Rouge”.
Płyta z orkiestrowymi wersjami szlagierów Stinga okazała się nierówna. Szkoda, bo początek zwiastował, że projekt mógł się zakończyć sukcesem.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Robert Plant - Band of Joy

119 11 2011 RobertPlant

Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Robert Plant konsekwentnie odrzuca propozycje reaktywowania Led Zeppelin. Można by mieć mu to za złe, gdyby nie fakt, że wydawnictwa, którym ostatnio poświęca swój czas, są po prostu znakomite!
Podobnie jak poprzedni projekt z Alison Krauss, najnowszy album przynosi kilkanaście zaaranżowanych na nowo piosenek utrzymanych w folkowo-bluesowym klimacie. Nazwę „Band of Joy” Plant przejął po swoim pierwszym zespole z wczesnej młodości i płyta ta w dużej mierze jest hołdem dla minionych czasów oraz atmosfery nagrań sprzed 40 lat.
Pojawiają się więc gitary akustyczne, mandoliny (przypomina to fragmenty „Led Zeppelin III”), bluesowe brzmienia i melancholijne teksty. Niemniej prócz akustycznych kompozycji i bluesowych piosenek autorstwa m.in. Richarda Thompsona czy Los Lobos znajdziemy tu także bardziej przestrzenne, elektryczne fragmenty, jak dwa utwory ze świetnej płyty Low „The Great Destroyer” czy rock’n’rollowy „You Can’t Buy My Love”.
Plant jest wciąż w świetnej formie wokalnej, a jego głos spaja płytę w solidną całość. Mimo że jest odpowiedzialny tylko za jedną krótką piosenkę oraz aranżacje utworów tradycyjnych, to odnosi się wrażenie obcowania z osobistą, przemyślaną płytą. Za poprzedni album muzyk otrzymał Grammy. Ten jest jeszcze lepszy, jaka więc nagroda mu się należy?

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Iron Maiden - The Final Frontier

119 11 2011 IronMaiden

EMI 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Od dobrych trzech dekad zmiany w muzyce Iron Maiden zachodzą z prędkością dryfu kontynentalnego. Najnowszą płytę legendy ciężkiego rocka rozpoczynają awangardowe, jak na standardy zespołu, dźwięki syntetycznego basu, nerwowa perkusja i industrialne wręcz gitary.
Wprawdzie już po kilku minutach muzyka wskakuje na znane fanom Maiden tory, ale Brytyjczycy jeszcze parę razy na „The Final Frontier” zaskakują dość nowatorskim podejściem do ogrywanych przez lata rozwiązań.
Bo choć znowu można usłyszeć znaną galopującą gitarę basową Steve’a Harrisa, typową melodykę trzech gitar i manierę wokalną Dickinsona, to muzycy zrównoważyli te elementy bardziej progresywnymi wstawkami oraz oryginalniejszymi aranżami. Owszem, pojawiają się piosenki, jak „The Alchemist”, brzmiące niczym żywcem wyjęte z sesji nagraniowej którejś ze starszych płyt, jednak w czasie słuchania 9i 11-minutowych kompozycji („Isle of Avalon” , „When the Wild Wind Blows”) dominuje przyjemne odczucie świeżości.
„The Final Frontier”, z tradycyjnie kiczowatą okładką i przepełniającym muzykę duchem Maiden, zapewne nie przysporzy zespołowi nowych wielbicieli. Niemniej amatorzy gatunku nie będą mieli powodów do narzekań. Piętnastym studyjnym krążkiem nie pierwszej już młodości muzycy Iron Maiden elegancko i dumnie wkroczyli w panteon rockowych dinozaurów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Miss Polski - Fitness

119 11 2011 MissPolski

EMI 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Na „Fitness” znajduje się dziesięć piosenek z gatunku, który określa się oksymoronicznie jako „alternatywny pop”. Cóż to znaczy? Są na tyle melodyjne, że wpadają w ucho, a jednak mają w sobie wystarczająco dużo niebanalności, by odciąć się od sztampowych produkcji popowych gwiazdek. Nagrania są zanurzone w klimacie wciąż modnych lat 80. i opierają się głównie na dźwiękach klawiszy, delikatnych gitarach oraz na dość subtelnie podanej elektronice. Spokojnej atmosferze muzyki towarzyszą nieszczególnie wesołe teksty, ocierające się momentami o lekkie erotyki, podane w popkulturowej retro potrawce sugerowanej w samych tytułach kolejnych utworów. Pojawiają się w nich Miss Piggy, Humphrey Bogart i James Bond, jak również stare kino, dancing, kawiarnie i bary.
Słychać wpływy brytyjskiego popu. Sami muzycy Miss Polski nie ukrywają, że bliskie są im dokonania Pulp czy Pet Shop Boys.
Żeby tylko jeszcze trio postawiło na inne rozwiązanie wokalne niż monotonna recytacja Romana Szczepanka! Ta na dłuższą metę staje się nużąca. Zwłaszcza do początkowego groove’u piosenki „Miss Piggy na parkiecie” można było dobrać bardziej energiczny śpiew! Gdyby nie te zastrzeżenia, zespół Miss Polski po swoim debiucie trafiłby do grona moich rodzimych faworytów. A tak pozostaje grupą z potencjałem, której kolejnym poczynaniom warto się przyglądać.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Orb featuring David Gilmour - Metallic Spheres

119-120 12 2010 metallicSpheres

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Wspólna płyta zasłużonego dla ambientowej sceny The Orb oraz gitarzysty Pink Floyd to niespodzianka, ale i – jak przyznają zainteresowani – logiczne następstwo istnienia wielu wspólnych płaszczyzn tych muzycznych światów. Wprawdzie od psychodelii oraz kosmicznych klimatów David Gilmour odszedł dobrych parę lat temu, ale w czasie współpracy z Alexem Patersonem oraz Martinem „Youth” Gloverem bez problemu przypomniał sobie dawne, awangardowe dokonania Floydów.
Z jego lap steel guitar wydobywają się charakterystyczne niepokojące „jęki”, tworzone techniką slide, a i słynny czarny Stratocaster ciekawie się prezentuje na tle delikatnej elektroniki The Orb. Prócz gitar w ciągnące się frazy instrumentów klawiszowych Brytyjczycy wpletli odgłosy natury, rozmowy i kolaże dźwiękowe. Chociaż nie brakowało już mariaży takich stylistyk (Fripp i Eno, Oldfield), to dla fanów rocka „Metallic Spheres” może stanowić dobre wprowadzenie do muzyki elektronicznej.
Pomimo patetycznego orkiestrowego finału dwie ścieżki tworzące album to raczej jeden ambientowy „set” niż progrockowa suita. Poszczególne tematy przechodzą płynnie jedne w drugie, ale trudno powiedzieć, by ta kompozycja miała wyraźny kształt.
Płyta The Orb z Gilmourem zyskuje z każdym przesłuchaniem, lecz pozostaje raczej ciekawostką niż arcydziełem.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Patrycja Markowska - Patrycja Markowska

119-120 12 2010 patrycjaMarkowska

EMI 2010

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Najnowsza płyta Patrycji Markowskiej to kwintesencja polskiego popu: 3-, 4-minutowe, lekko rockowe kompozycje. Prościutkie melodie, banalne teksty, solidna praca instrumentalistów-rzemieślników. Całość zaś zmasterowana do radiowych standardów, czyli w myśl „im głośniejsze nagranie, tym lepsze miejsce na liście przebojów”.
Za większość muzyki odpowiada Jerzy Runowski, znany ze współpracy z Kasią Kowalską. Prawdopodobnie dlatego płyta brzmi jak dokonania tej wokalistki lub jednej z jej fonograficznych kopii. Choć wszystko jest tu na miejscu, to dominuje poczucie, że zamiast Markowskiej każdą piosenkę mogła spokojnie zaśpiewać inna pop-rockowa gwiazdka – od Dody po Beatę Kozidrak. Markowska, owszem, ma rozpoznawalne nazwisko, ale najwyraźniej brak jej pomysłów na to, co może pod nim sprzedać. Na jej piątym albumie znajdziemy parę chwytliwych refrenów („Lew story”), kilka ballad o miłości („Księżycowy”), ale gdzie odrobina oryginalności? Gdzie „styl Patrycji Markowskiej”, którym mogłaby oczarować?
Z pewnością nie tkwi w kilku napisanych przez nią tekstach, bo gdy rozbrzmiewają słowa: „Hello, hello, hello/ wiem już, czego chcę/myślę o tym/że to nie koniec”, to nawet średnio wrażliwy słuchacz też wie, czego chce i ma nadzieję, że ów koniec nadejdzie czym prędzej.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF