fbpx

HFM

artykulylista3

 

The Flaming Lips - The Dark Side of the Moon

109-110 10 2010 TheFlamingLips

Warner Bros. Records, Inc. 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Okładka nie zachęca do odkrywania zawartości płyty, bo jeśli chodzi o nowe spojrzenie na starą muzykę, to mężczyzna z dzieckiem powinien być przynajmniej w wieku Rogera Watersa. Ale do rzeczy.
Mamy tutaj do czynienia z próbą zmierzenia się z jedną z najlepszych płyt w dziejach rocka progresywnego. Kiedy usłyszałem początek „Speak To Me”, pomyślałem, że próbą nieudaną. „On the Run” też nie wypadł lepiej. Jest zbyt agresywny, niepotrzebnie wybuchowy.
Dopiero od „Time” zacząłem nabierać respektu. Zamiast dzwonków i odgłosu cykania – rytmiczna wokaliza i syntezatory. Całkiem zgrabne. Do tego łagodniej niż w oryginale zaśpiewana melodia. Brawo! Z pozostałych nagrań wyróżnia się „The Great Gig in the Sky”. Słynna wokaliza ostrzejsza niż u Floydów, na motorycznym rytmie, ale ciekawa, z zakończeniem zbliżonym do oryginału. Drugi udany „cover” to „Us and Them”. Sporo klawiszy, melodyjne tło i gitara. Wokal też niczego sobie.
Interesujących momentów znajdziemy tu więcej. Do porażek zaliczyłbym „Money”. Elektroniczne przeszkadzajki oraz przetworzony wokal niszczą nie tylko wspaniałą melodię i mądry tekst, ale też słynny basowy motyw, oparty na nieparzystym metrum. No cóż... Nie każdy jest takim mistrzem jak Joe Cocker, który – chyba jako jedyny – swoim „With A Little Help From My Friends” przyćmił autorską wersję Beatlesów.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Anna Jantar - Wielka dama

109-110 10 2010 AnnaJantar

EMI Music Poland

Interpretacja: k3
Realizacja: k5

Jaka jest piękna piosenka? Nieśmiertelna, słoneczna, refleksyjna, zaskakująca? Z pewnością. Nieprzypadkowo tak właśnie zatytułowano kolejne części czteropłytowego albumu Anny Jantar, trafnie określając jej artystyczną spuściznę i niepowtarzalną osobowość sceniczną.
W tym roku obchodziłaby 60. urodziny, stąd 60 utworów będących hołdem złożonym tej niezapomnianej wokalistce. Wydawnictwo zaopatrzone w obszerną książeczkę, pełną wspomnień, zdjęć i kartek z kalendarza artystki, to unikalny prezent dla wiernych słuchaczy.
Na wymienienie wszystkich evergreenów Anny Jantar nie wystarczy tu miejsca. Dodatkowy smaczek stanowią piosenki dotąd nieznane, odnalezione w archiwach na całym świecie. Niespodzianek jest sporo: przedwojenny szlagier Z. Terne „Nikt tylko ty”, wykonany z prawdziwie broadwayowskim aranżem, czy duety z Hołdysem, Mecem oraz Soyką. Wielki hit „Hopelessly Devoted To You” z „Grease” brzmi nie gorzej od oryginału, o czym według legendy miała się przekonać sama Olivia Newton-John.
Dla młodszych odbiorców twórczość Anny Jantar może być odkryciem, że prawdziwy przebój jest w istocie tworem konwencjonalnym: szlagwort, prosta melodia, sensowny tekst. Dla innych to wspomnienia błękitu lipcowego nieba, chrypiącego tranzystora i oranżadki w proszku rozsypanej na dłoni. Nieco starsi dokładnie wiedzą, co mam na myśli.

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Stick Men - Soup

109-110 10 2010 StickMen

Stick Men Records 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Stick Men – trio, którego dwóch muzyków grało w ostatnim wcieleniu King Crimson – zadebiutowało płytą tak bliską dokonaniom Karmazynowego Króla, że aż trudno uwierzyć, że w sesji nie wziął udziału Robert Fripp. Tony Levin i Pat Mastelotto, współpracujący z nim przez blisko trzy dekady, wręcz nachalnie nawiązują do twórczości legendy progresywnego rocka.
Słuchając „Soup” stale odnosi się wrażenie deja vu: to przypominają się kompozycje z płyt „Discipline”, to znowu z „Thrak”. Niemniej nie brakuje tu świeżości, którą zapewnia pomysłowe wykorzystanie dwóch sticków – instrumentów o praktycznie niewyczerpanych możliwościach. Efekt jest tym ciekawszy, że prócz Levina stickiem posługuje się jego wirtuoz – Michael Bernier. Taki duet zapewnia nie mniejsze bogactwo melodii i dźwięków, niż może wydobyć ze swych instrumentów trzech, czterech „standardowych” gitarzystów.
Jak zwykle, gdy niedaleko do King Crimson, stylistyka jest rozpięta między rockiem, jazzem a awangardą. Choć dominują kompozycje instrumentalne, Levin dwukrotnie pełni rolę wokalisty, zaś w uroczej piosence „Scarlet Wheel” śpiewa wszechstronny Bernier.
„Stickmeni” do muzycznej zupy dorzucili też szczyptę klasyki, prezentując trzynastominutową wersję „Ognistego ptaka” Strawińskiego. Powstało danie nad wyraz apetyczne!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Sting - Symphonicities

109-110 10 2010 Sting

Universal Music 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Po siedmiu latach od ostatniego autorskiego projektu Sting wydał trzecią płytę, która nie zawiera ani jednej jego nowej kompozycji. W dodatku postanowił zmierzyć się z pomysłem, najłagodniej mówiąc, mało oryginalnym: zaaranżowaniem popowych przebojów na orkiestrę symfoniczną...
A jednak! Wystarczy posłuchać otwierającego utworu „Next To You”, by pozbyć się początkowego złego nastawienia. Napędzana smyczkami piosenka brzmi żywiołowo, elegancko i pogodnie. Wykonanie „Englishman in New York” nie różni się zbytnio od pierwowzoru, a jakkolwiek nie byłby on dobry, przy takim projekcie można by sobie życzyć więcej inwencji. Za to „Every Little Thing She Does Is Magic” wypada nawet lepiej niż oryginał, a i kolejne „I Hung My Head” nie pozostawia wiele do życzenia.
Po tych utworach płyta jednak siada i aż do przedostatniej piosenki nie pojawiają się na niej świeżość i energia dwóch pierwszych kompozycji The Police. Trafiają się za to numery nieudane: np. „Roxanne” w wersji symfonicznej została po prostu przemieniona w smętną balladę, której daleko nie tylko do pamiętnego oryginału, ale i do tanga z filmu „Moulin Rouge”.
Płyta z orkiestrowymi wersjami szlagierów Stinga okazała się nierówna. Szkoda, bo początek zwiastował, że projekt mógł się zakończyć sukcesem.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Robert Plant - Band of Joy

119 11 2011 RobertPlant

Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Robert Plant konsekwentnie odrzuca propozycje reaktywowania Led Zeppelin. Można by mieć mu to za złe, gdyby nie fakt, że wydawnictwa, którym ostatnio poświęca swój czas, są po prostu znakomite!
Podobnie jak poprzedni projekt z Alison Krauss, najnowszy album przynosi kilkanaście zaaranżowanych na nowo piosenek utrzymanych w folkowo-bluesowym klimacie. Nazwę „Band of Joy” Plant przejął po swoim pierwszym zespole z wczesnej młodości i płyta ta w dużej mierze jest hołdem dla minionych czasów oraz atmosfery nagrań sprzed 40 lat.
Pojawiają się więc gitary akustyczne, mandoliny (przypomina to fragmenty „Led Zeppelin III”), bluesowe brzmienia i melancholijne teksty. Niemniej prócz akustycznych kompozycji i bluesowych piosenek autorstwa m.in. Richarda Thompsona czy Los Lobos znajdziemy tu także bardziej przestrzenne, elektryczne fragmenty, jak dwa utwory ze świetnej płyty Low „The Great Destroyer” czy rock’n’rollowy „You Can’t Buy My Love”.
Plant jest wciąż w świetnej formie wokalnej, a jego głos spaja płytę w solidną całość. Mimo że jest odpowiedzialny tylko za jedną krótką piosenkę oraz aranżacje utworów tradycyjnych, to odnosi się wrażenie obcowania z osobistą, przemyślaną płytą. Za poprzedni album muzyk otrzymał Grammy. Ten jest jeszcze lepszy, jaka więc nagroda mu się należy?

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Iron Maiden - The Final Frontier

119 11 2011 IronMaiden

EMI 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Od dobrych trzech dekad zmiany w muzyce Iron Maiden zachodzą z prędkością dryfu kontynentalnego. Najnowszą płytę legendy ciężkiego rocka rozpoczynają awangardowe, jak na standardy zespołu, dźwięki syntetycznego basu, nerwowa perkusja i industrialne wręcz gitary.
Wprawdzie już po kilku minutach muzyka wskakuje na znane fanom Maiden tory, ale Brytyjczycy jeszcze parę razy na „The Final Frontier” zaskakują dość nowatorskim podejściem do ogrywanych przez lata rozwiązań.
Bo choć znowu można usłyszeć znaną galopującą gitarę basową Steve’a Harrisa, typową melodykę trzech gitar i manierę wokalną Dickinsona, to muzycy zrównoważyli te elementy bardziej progresywnymi wstawkami oraz oryginalniejszymi aranżami. Owszem, pojawiają się piosenki, jak „The Alchemist”, brzmiące niczym żywcem wyjęte z sesji nagraniowej którejś ze starszych płyt, jednak w czasie słuchania 9i 11-minutowych kompozycji („Isle of Avalon” , „When the Wild Wind Blows”) dominuje przyjemne odczucie świeżości.
„The Final Frontier”, z tradycyjnie kiczowatą okładką i przepełniającym muzykę duchem Maiden, zapewne nie przysporzy zespołowi nowych wielbicieli. Niemniej amatorzy gatunku nie będą mieli powodów do narzekań. Piętnastym studyjnym krążkiem nie pierwszej już młodości muzycy Iron Maiden elegancko i dumnie wkroczyli w panteon rockowych dinozaurów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF