fbpx

HFM

artykulylista3

 

The Rolling Stones - Exile On Main Street

94-95 07-08 2010 TheRollingStones

Promotone B.V. 2010
Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k6
Realizacja: k4

Płyta dynamit. Jeśli jakiś fan rocka jeszcze jej nie ma, to nie wie, co w tej muzyce jest najlepszego.
Niedoceniana tuż po premierze (narzekano, że za długa, trochę za bardzo zróżnicowana stylistycznie), powoli zdobyła grono wielbicieli. Dziś zaliczana jest do najmocniejszych pozycji gatunku.
Stonesi wyjechali do Francji, aby uciec od wysokich podatków i się zabawić. Kupili lub wynajęli ekstrawaganckie domy, a w jednym z nich – należącym do Keitha Richardsa – zorganizowali studio. Tam pili, palili, gościli sławy, a przede wszystkim – grali. Efekt to 18 znakomitych nagrań – od rockowych szlagierów (chyba jeszcze nikt nie powtórzył drive’u z „Tumbling Dice”), poprzez rytmy boogie („Casino Boogie”) oraz country („Sweet Virginia”), a na rhythm and bluesowych i soulowych hitach kończąc. Jest też kawałek, który szczególnie przypadł do gustu Tomowi Waitsowi („I Just Wanna See His Face”), a to spora rekomendacja.
Chociaż zwykle w zespole najjaśniej błyszczy Mick Jagger, tym razem ustąpił pierwszeństwa Richardsowi. To właśnie on miał we Francji najwięcej do powiedzenia i to głównie jemu zawdzięczamy tę wspaniałą płytę. Wznowiona wersja wprawdzie zawiera dodatkowy kompakt z materiałem bonusowym, ale najbardziej się liczą nagrania z oryginalnego albumu z 1972 roku. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Gorillaz - Plastic Beach

94-95 07-08 2010 gorillaz

EMI 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Na trzecim albumie najpopularniejszej animowanej muzycznej grupy świata jest wiele... wszystkiego. Czyli, jak zwykle u Gorillaz, płyta rozbrzmiewa mnogością popowych stylistyk, pomysłowością i tłumem gościnnie występujących muzyków.
Niekiedy ta ilość atrakcji przytłacza; momentami chciałoby się wręcz z kilku tych dodatków zrezygnować. Męczy rymujący niezmiennie beznamiętnie Snoop Dogg, a eksperymentalne fragmenty pokroju „Sweepstakes” wręcz irytują. Wszak nie dla znanych raperów czy muzycznych dziwadełek sięgamy po twórczość Gorillaz!
Ten projekt to przede wszystkim melodyjny elektro-pop z hip-hopowym rytmem, charakterystycznym wokalem Damona Albarna i wpadającymi w ucho refrenami. Szczęśliwie muzycy nie zrezygnowali z tych aspektów i na „Plastic Beach” można znaleźć utwory takie, jak „Rhinestone Eyes” lub „Some Kind of Nature”, które od razu przywołają miłe wspomnienia dwóch poprzednich krążków. Dzięki nim czy kojarzącym się z latami 80. piosenkom „Stylo”, „Empire Ants” i „On Melancholy Hill” album prezentuje się jako pełen potencjalnych przebojów. Wprawdzie w zestawie nie znajdziemy kompozycji, która chodziłaby po głowie równie długo co „Feel Good Inc.” czy „Clint Eastwood”, ale próba powiązania kompozycji antykonsumpcyjną tematyką czyni płytę bardziej spójną od poprzedniczek.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Magnetic Fields - Realism

94-95 07-08 2010 TheMagneeticFields

Nonesuch Records 2010
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

The Magnetic Fields to w zasadzie Stephin Merritt, który dobiera składy muzyków do każdego projektu. Ostatnio miał pomysł na trzy albumy bez syntezatorów i właśnie „Realism” zamyka ten cykl. Kolejna płyta będzie wyłącznie elektroniczna.
Na razie mamy nową porcję nagrań w charakterystycznym dla tego artysty nurcie, będącym wypadkową songów broadwayowskich, muzyki marszowej i chórków w stylu The Beach Boys. Do tego w warstwie instrumentalnej pojawiają się tuba, sitar, akordeon i smyczki. Raz jest marzycielsko, to znów czujemy się jak rano w kurniku, gdzie kury gdaczą, a koguty pieją wniebogłosy...
Merritt jest niewątpliwie zdolny; w Ameryce uznawany za artystę kultowego. Trzeba go jednak lubić, by można było słuchać jego utworów. Pod tym względem jest z nim trochę jak z Tomem Waitsem, chociaż to zupełnie inne osobowości.
Merritt debiutował w 1991 roku, ale zabłysnął dopiero 8 lat później trzypłytowym wydawnictwem „69”, z tyloma właśnie utworami, głównie o miłości. O ile tam wykazał się repertuarową szczodrością, o tyle „Realism” to tylko 33 minuty muzyki. Nieco mniej oryginalnej i urozmaiconej niż jego najsłynniejsze dzieło, ale też mającej swoje zalety. Pod warunkiem, że ktoś już zna i ceni Merritta lub jest w stanie „z marszu” polubić jego zakręcony styl.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Rufus Wainwright - All Days Are Nights: Songs For Lulu

94-95 07-08 2010 rufusWainwright

Decca 2010
Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Rufusa Wainwrighta uznaje się za złote dziecko sceny. Na pianinie zaczął grać w wieku sześciu lat, a edukację zakończył na Uniwersytecie McGilla, gdzie studiował zarówno muzykę rockową, jak i klasyczną.
Jego pierwszy album ukazał się w 1998 roku. Dostrzegli go krytycy, uznając za jeden z ciekawszych debiutów. Wainwright zwykle bogato aranżuje swoje piosenki. Ocierają się one o rozmaite style – od popu i rocka, po kabaret i operę. Tym razem postanowił wszystkie kompozycje wykonać sam, akompaniując sobie tylko na fortepianie.
Powstał melancholijny program, w czasie którego nie tylko rozkoszujemy się świetnym wokalem bohatera płyty, ale też jego mistrzowską pianistyką. Warto się też wsłuchać w poetyckie teksty, nie tylko autorstwa Wainwrighta (niektóre melodie zostały ułożone do sonetów Szekspira). Płyta dostarcza wspaniałych wrażeń i jest inna od znanych produkcji z udziałem śpiewających pianistów.
Trochę tylko nie udała się okładka, która nijak nie chce się kojarzyć z zawartością muzyczną. To jednak mało istotny szczegół, bo muzyka jest godna polecenia.
A jeżeli ktoś woli płyty z bogatszą oprawą instrumentalną, to odsyłam do innych albumów Wainwrighta – jednego z ciekawszych artystów współczesnej sceny muzycznej.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Tindersticks - Falling Down A Mountain

95-96 09 2010 tindersticks

4AD 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Brytyjska formacja Tindersticks, po kilku mniej udanych projektach – a przynajmniej nie tak wystrzałowych jak „Curtains” z 1997 roku powraca z klasą. Za swój debiut w 1993 roku muzycy dostali mnóstwo nagród, ale dopiero na „Curtains” rozwinęły się najbardziej rozpoznawalne elementy ich stylu: melancholijne utwory z gitarami akustycznymi na pierwszym planie, czasami trochę zadziorne, ale „złagodzone” smyczkowymi aranżacjami, w których brylował mroczny i sugestywny głos Stuarta A. Staplesa.
Późniejsze płyty, choć ciekawe, stylistycznie nie dorównywały „Curtains”. „Fallin Down A Mountain” to powrót do formy. Staples napisał prawie wszystkie piosenki i tym razem nie dopuścił do mikrofonu innych wokalistów. Jedynie towarzyszą mu w chórkach. Wyjątkiem jest utwór „Peanuts”. Tu frontman grupy śpiewa w duecie z Mary Margaret O’Harą. Radzą sobie świetnie, za to tekst mógłby być lepszy. „Wiem, że uwielbiasz orzeszki... – śpiewa ona, po czym dodaje – ... a ja kocham ciebie, więc też kocham orzeszki.” No cóż... Nawet najlepszym zdarzają się wpadki.
Ale poza tym jest tu sporo dobrego grania i kilka utworów najwyższej próby, jak choćby „Keep You Beautiful”. Nie wiem tylko, dlaczego zespół z tak ciekawym wokalistą skusił się aż na dwa nagrania instrumentalne.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Tale of Diffusion - Adventures of Mandorius (The Bird)

95-96 09 2010 taleOfDiffusion

Jazz Bass Cafe 2009

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Łódzką grupę Tale of Diffusion tworzą: Bartosz Florczak, Michał Schmidt, Tomasz Pawlikowski i Radosław Malinowski. Do nagrań zaproszono także trębacza Szymona Żmudzińskiego oraz Pawła i Michała Marciniaków (bas, gitara, klawisze). Muzyka debiutanckiego albumu, utrzymana w klimatach progresywnego rocka z domieszką elektroniki, to rodzaj programowej suity, opowiadającej o przygodach wyimaginowanego ptaka imieniem Mandorius. By lepiej poznać tę opowieść, warto się zagłębić w dołączoną książeczkę. Zawiera ona wiersze oraz piękne prace graficzne gitarzysty grupy Michała Schmidta. Strona wizualna albumu jest jednym z jego atutów i pozytywnie wpływa na odbiór całości.
Środki muzyczne oraz forma utworów nie są zbyt wyrafinowane ani szczególnie oryginalne. Minimalizm (zwłaszcza rytmiczny i harmoniczny) oraz technika instrumentalna wykonawców wynikają albo z przyjętej koncepcji, albo – co bardziej prawdopodobne – z ich niewielkiego doświadczenia. Wyraźnie słychać nawiązania do klasycznego rocka, zwłaszcza do King Crimson i utworu „Frame by Frame” („Discipline”, 1981). Eksponowane brzmienia gitarowe zostają wzbogacone barwą trąbki, która chwilami pełni także rolę nośnika melodii. Szkoda, że na płycie zabrakło bardziej niepokornych dźwięków. Chciałoby się zawołać: „Śmielej, panowie!”.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 09/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF