fbpx

HFM

artykulylista3

 

Corinne Bailey Rae - The Sea

110 05 2010 corinneBaileyRae

EMI Records 2010

Interpretacja: k6
Realizacja: k4

Doczekaliśmy się znakomitej płyty w kobiecym wykonaniu. Gdyby ocena za muzykę mogła być wyższa, nie zawahałbym się takiej postawić.
Ten album to balsam dla uszu. Nie tylko dlatego, że wokalistka ma melodyjny, delikatny głos o soulowym zabarwieniu. I nie wyłącznie z powodu ciekawych pomysłów aranżacyjnych. Ba, nawet nie ze względu na udane kompozycje czy też na to, że Corinne Bailey Rae gra z polotem na gitarach, instrumentach klawiszowych i perkusji. Bo wspomniane elementy są tylko podstawą, aby uzyskać produkt dobry. Żeby był wyjątkowy, trzeba dołożyć trochę magii, a tej nagraniom z „The Sea” nie brakuje.
Mamy tu melodie, których od razu słucha się z przyjemnością, a połączenie wokalu z podkładem jest rewelacyjne. Niech nikogo nie zmyli prosty gitarowy wstęp do otwierającego „Are You Here”, bo kiedy pojawia się głos bohaterki płyty, muzyka od razu nabiera rumieńców. „I Do It All Again” to materiał na światowy przebój. Od tej piosenki trudno się oderwać. Podobnie z „Feels Like The First Time”. Najpierw świetna przygrywka, a potem muzyczna machina rusza w bajkową krainę, pełną aranżacyjnych niespodzianek i wciągających melodii. Nie inaczej czaruje „Closer”. A jeśli kogoś nie porwie „I Would Like To Call It Beauty”, to albo w ogóle nie ma nastroju na słuchanie, albo nie potrafi docenić pięknej muzyki.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 05/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Natanael - Tak ma być!

88 06 2010 natanael

Luna Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Słoneczne jamajskie dźwięki wśród nadwiślańskich piasków smakują czasami jak bigos myśliwski w chińskiej karczmie. Trzeba nie lada talentu i odwagi, by podjąć próbę połączenia odległych stylistycznie konwencji i uniknąć stworzenia niestrawnej dla uszu papki.
Niekłamana przyjemność płynąca ze słuchania omawianego albumu upoważnia do twierdzenia, że Natanael – zespół znany dobrze miłośnikom reagge, założony w 1991 roku – wyszedł z tej próby zwycięsko.
Reagge to tylko tło i pretekst do budowania ciekawej i oryginalnej struktury większości utworów. Bez chemii, dopalaczy i toksycznych miazmatów wtórnej nowoczesności. Niebanalna kompilacja atawistycznych rytmów spojonych z obfitością niuansów brzmieniowych electro fusion to synonim poszukiwań radości płynącej z pierwotnych form wyrażania emocji.
Piękno lirycznego przekazu przeżywanych doznań zawartych w prostych i mądrych tekstach nadaje całości uniwersalne przesłanie („Czereśnie”, „Ciebieczekanie”, „Wino”). Nie brakuje też szczerych wzruszeń („Krzesła”). Ta piosenka to marzycielski hymn wszystkich samotnych, zmagających się na co dzień z tęsknotą za prawdziwym uczuciem.
Refleksja pojawiająca się po przesłuchaniu krążka to podziękowanie autorom za przypomnienie, jak na przednówku smakują czereśnie. I tak ma być!

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Krystyna Tkacz śpiewa Kurta Tucholsky’ego

88 06 2010 krystynaTkacz

Dystrybucja: EMI Music Polska

Interpretacja: k1
Realizacja: k2

Kurt Tucholsky, przedwojenny niemiecki satyryk żydowskiego pochodzenia, w jednym z utworów pisał: „skłonności miewam do obcesowości”. Przykro odkrywać w sobie takie inklinacje w stosunku do piosenek znakomitej i lubianej aktorki.
Jestem rozczarowany i zawiedziony. Zawiedzeni będą też ci, którzy pamiętają wybitne kreacje Krystyny Tkacz w repertuarze brechtowskim. Niezwykłego klimatu tamtych wykonań jest tu tyle co kamienia węgielnego w węglu kamiennym.
Teksty, tłumaczone przez Romana Kołakowskiego, nie oddają dezynwoltury zadymionych kabaretów. Są archaiczne i ciężkawe, a ich wokalne interpretacje – mało odkrywcze i nudne.
Muzyka stanowi najsłabszą stronę przedsięwzięcia. Dziwaczne walczyki, marsze i bluesy. Brakuje tylko samby i fokstrota, ale może coś mi umknęło. Flet, saksofon, bandoneon/bas, perkusja, akordeon rymują się prawie tak samo jak: zespół zgrany/trąbka, pompka i organy. Niestety, brzmią również podobnie. W większości utworów drażni nuta mało subtelnego klezmerstwa, gdzie czosnek przeważa nad cynamonem. Całość jest nieudana.
Pozostaje wierzyć, że niezwykły talent aktorski Krystyny Tkacz uratuje recital, na który składają się piosenki z omawianej płyty, wystawiony w jednym z teatrów. Chciałbym się o tym przekonać, ale pewnie teraz już mnie nie wpuszczą.

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Sharon Jones & The Dap-Kings - I Learned The Hard Way

88 06 2010 sharonJones

Daptone Records 2010
Dystrybucja: Multikulti

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Czyżby remaster jakiejś starej płyty? Takie wrażenie można odnieść, gdy się ogląda zdjęcie na okładce, nawiązujące do stylu lat 60. ubiegłego wieku. Do tego brak informacji o dacie rejestracji, choć dane na temat twórców i wykonawców są dostępne. A jaka wytwórnia jest odpowiedzialna za nagranie? Firma Daptone Records, która – choć nie należy do fonograficznych gigantów – słynie z promowania artystów brzmiących jak soulowe i rhythm and bluesowe sławy sprzed 50 lat.
Do naśladowczyń starego brzmienia zalicza się też Sharon Jones. Kompozycje są nowe, ale przepełnione duchem dawnej muzyki. Bosco Mann – kompozytor, lider grupy Dap-Kings i basista – zaaranżował wszystkie utwory tak, aby nie uronić nic z klimatu hitów Arethy Franklin i Diany Ross. Przy realizacji wykorzystano wyłącznie analogowy sprzęt, a wspomniane już charakterystyczne zdjęcie dopełnia całość.
A sama muzyka? No cóż, Sharon Jones popisuje się dynamicznym, „krzykliwym” głosem, a muzycy Dap-Kings jej sekundują. Utwór tytułowy i „Better Days” chyba najszybciej zapadają w pamięć, chociaż jeszcze kilka innych piosenek, jak na przykład „She Ain’t A Child No More”, ma klasę.
Słuchając ich, można się rzeczywiście przenieść w czasie. Udanej podróży!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Robert Gawliński - Kalejdoskop

94-95 07-08 2010 RobertGawlinski

EMI Music

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Długo oczekiwany solowy album Roberta Gawlińskiego może namieszać w głowach etatowym malkontentom, zrzędzącym o niskim poziomie produkcji polskiej muzyki popularnej. Same kompozycje nie wnoszą wiele nowego, co potwierdzają słowa artysty, że nie należy się spodziewać szokujących i karkołomnych zwrotów. Jak kolorowe szkiełka w dziecinnej zabawce, kolejne piosenki mienią się jednak wieloma barwami.
Wierni słuchacze Gawlińskiego będą lekko zaskoczeni odmiennością stylistyczną, odróżniającą krążek od dotychczasowych dokonań wilczej watahy. Jak w kalejdoskopie zmieniają się nastroje. Ciepłe ballady przenikają ciekawe odniesienia do muzyki wschodu („Tuareg”) i kontrastują z psychodelicznym graniem, usprawiedliwionym egzystencjalizmem warstwy tekstowej. Teksty są takie sobie, ale nie chodzi o to, co komu gra w duszy, ale w głośniku.
Ta płyta jest jak średnio urodziwa panna odziana w kreację Versace. Realizatorski ansambl pod dyrekcją Leszka Biolika dokonał rzeczy niezwykłych. Dwa utwory „Grey” i „Grzesznicy” zakończone instrumentalnymi codami to świadectwo zadziwiającego wyczucia w odnajdywaniu kapitalnych subtelności brzmieniowych, które oryginalnością i świeżością nie odbiegają od najnowszych światowych trendów i są pozbawione skazy bezmyślnego kopiowania.
Mości Panowie, bejzbolówki z głów! Polak potrafi.

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Jónsi - Go

94-95 07-08 2010 jonsi

EMI 2010

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Kiedy wokalista uznanej formacji decyduje się stworzyć projekt sygnowany własnym nazwiskiem, staje przed wyborem: zerwać ze stylistyką rodzimej grupy lub kontynuować podróż wytyczonym przez nią szlakiem. Jón Birgisson zdecydował się na to drugie – gdyby jego debiutancką solową płytę puścić zaraz po ostatnim krążku Sigur Rós, niewtajemniczony słuchacz nie zorientowałby się zapewne, że słucha innego albumu.
Materiał z „Go” wiąże z Sigur Rós nie tylko falset i charakterystyczna maniera Jónsiego. Znajdziemy tu również mocny marszowy rytm bębnów w pogodnych utworach, jak „Animal Arithmetic”, „Around Us” i otwierającym „Go Do”, czy spokojnie ciągnące się dźwięki klawiszy i instrumentów orkiestrowych w nastrojowych „Grow Till Tall” oraz „Hengilás”. Gitara jest zepchnięta jeszcze dalej niż na płytach Sigur Rós, ale pojawia się typowe dla Islandczyków postrockowe instrumentarium (dęciaki, smyczki, dzwonki). Jakby skojarzeń było mało, również elegancka oprawa graficzna przywołuje na myśl okładkę „Takk”.
Nie są to zarzuty o powtarzalność, ale prosta konstatacja, że „Go” przypadnie do gustu tym, którym Sigur Rós jest szczególnie bliskie. Jónsi wydał naprawdę dobrą płytę, a fakt, że jego zespół ogłosił właśnie przerwę w działalności, czyni ją tym cenniejszą.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 7-8/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF