HFM

artykulylista3

 

Craig Taborn - Daylight Ghosts

cd102017 012

ECM 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Amerykański pianista Craig Taborn z niejednego pieca chleb jadł. Grał rocka, jazz-rocka, klasykę i wiele innych gatunków. Należy do nowej fali artystów, którzy nie zwracają uwagi na czystość gatunkową, ale tworzą muzykę ponad podziałami. „Daylight Ghosts” to doskonały przykład takiego eklektyzmu, a jednocześnie spore zaskoczenie dla miłośników pościelowego brzmienia ECM-u. Owszem, jeśli dobrze pogrzebać, to znajdziemy tu firmową melancholię, choćby w „Jamaican Farewell”, napisanej przez Roscoe Mitchella. To jednak wyjątki. Większość kompozycji na tej płycie jest karkołomna i wielowątkowa, a ich nastrój, tempo, a czasem nawet harmonia i metrum, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Lider czerpie zarówno z tradycji jazzowej, jak i klasycznej (muzyki współczesnej nie wyłączając). Jego stylistyczne szaleństwa nie byłyby jednak możliwe, gdyby nie mocna obsada sidemanów. Saksofonista i klarnecista Chris Speed, basista Chris Lightcap oraz perkusista Dave King (znany z tria The Bad Plus) świetnie czują i realizują wizje Taborna. Choć nie jest to muzyka łatwa w odbiorze – trzeba być bardzo uważnym, by śledzić jej tok, zwłaszcza że czasem rygory formalne się rozluźniają i zespół wypływa na niebezpieczne wody free jazzu – „Daylight Ghosts” to płyta na swój sposób fascynująca.

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Chris Potter - The Dreamer Is The Dream

cd102017 006

ECM 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Chris Potter jest jednym z mistrzów współczesnego saksofonu. Może nie jest to postać tak charyzmatyczna, jak Sonny Rollins czy, ostatnio, Kamasi Washington – ale to „muzyk dla muzyków”. Specjalista, który umie i zagra wszystko, a jednocześnie przemyci własną osobowość. Tę ostatnią najlepiej słychać na jego autorskich krążkach, nagrywanych dla monachijskiej wytwórni ECM. „The Dreamer Is The Dream” to już trzecia płyta Pottera wydana przez Manfreda Eichera i jego „Editions of Contemporary Music”. Lidera, który gra na saksofonie tenorowym, klarnetach, flecie i elektronicznymi samplami, wspierają David Virelles na fortepianie (ostatnio stały współpracownik Tomasza Stańki) oraz sekcja rytmiczna Joe Martin (kontrabas) i Marcus Gilmore (perkusja). To fachowcy z najwyższej amerykańskiej półki, więc nic nie mogło pójść źle. I nie poszło. Album zaczyna się nostalgiczną balladą „Heart In Hand”. Dalej dzieją się rzeczy niebywałe. Zespół gra jak dobrze naoliwiona maszyneria, a saksofon lidera mieni się feerią barw. Ogólnie, mamy tu współczesny mainstream, ale z taką ilością zaskakujących pomysłów harmonicznych i rytmicznych, nietypowych współbrzmień i oryginalnych konceptów kompozycyjnych, że wszelkie etykietki tracą sens.

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Diana Krall - Turn Up The Quiet

cd102017 007

Verve 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Diana Krall to wokalistka i pianistka, która bez trudu zapełnia nawet wielkie sale koncertowe. Na nią przychodzi się w garniturze i wieczorowej kreacji, nawet jeżeli wcześniej trzeba je wyjąć z naftaliny. Należy powiedzieć, że bohatersko usiłowała uciec od emploi zmysłowej wykonawczyni jazzowych standardów dla statecznej publiczności. Flirtowała z popem (na płycie „Wallflower” z 2015 roku), a nawet nagrywała z irlandzkimi zakapiorami z zespołu The Chieftains. Te „wyskoki” nie przysporzyły jej jednak większej popularności. Zwolennicy podkasanej muzy nie uwierzyli, że Diana może się naprawdę zapomnieć, zaś jej tradycyjna publiczność patrzyła na nie z niesmakiem. Na „Turn Up The Quiet” artystka powróciła do tego, co przyniosło jej największy sukces – standardów „amerykańskiego śpiewnika” z połowy ubiegłego wieku. Znajdziemy tu m.in. kompozycje Irvinga Berlina, Cole’a Portera oraz te wykonywane kiedyś przez Nat King Cole’a. Diana śpiewa je zmysłowo, bez szaleństw; kiedy trzeba – intymnie. Można sobie wyobrażać, że robi to tylko dla nas, gdzieś w luksusowym apartamencie hotelowym, bo przecież taka dama w innych nie nocuje. O muzykach i aranżacjach nie ma co pisać; to światowa czołówka zaangażowana na potrzeby superprodukcji. Warto tylko wspomnieć, że za aranżacje odpowiada Tommy LiPuma, który wydania płyty już, niestety, nie doczekał

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Jef Neve - Spirit Control

cd102017 009

Universal 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Na swoim nowym albumie belgijski pianista i kompozytor Jef Neve porusza się na pograniczu klasyki, klimatów filmowych, popu i jazzu. Gdyby się przyjrzeć utworom od strony formy i użytych środków, okaże się, że najbliżej im do muzyki ilustracyjnej. Zamiast rozwiniętych konstrukcji z tematami i ich przetworzeniem, mamy krótkie, zamknięte segmenty z powtarzającymi się, motorycznymi sekwencjami. Ten typ operowania materiałem przywodzi na myśl filmowe produkcje Philipa Glassa. Dodajmy, że i sam Neve para się twórczością dla kina. Na „Spirit Control” jazz występuje w ilościach śladowych, można go odnaleźć jedynie na początku i na końcu albumu oraz w utworze „Shinjuku Golden Gai”, gdzie Neve wykonuje coś w rodzaju jazzującej solówki. W jednym utworze pojawia się też wokalista, ale nie wnosi do całości niczego istotnego. Styl i technika gry Neve’a nie są zbyt wyrafinowane. Pianista tworzy swoje wypowiedzi na bazie rozłożonych akordów, a z najwyższych, akcentowanych dźwięków buduje linię melodyczną. Niewiele, ale w rekompensacie dostajemy miękki, klasyczny ton i zgrabne operowanie dynamiką. Pomimo pewnych zastrzeżeń, muzyki słucha się miło. Lekkie harmonie, dopracowane aranże ze smyczkami i sekcją dętą, nostalgiczny klimat oraz prostota przekazu przypadną do gustu wielu fanom.

Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Paweł Kaczmarczyk Audiofeeling Trio - Something Personal

cd092017 005

Hevhetia 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Po blisko dwóch latach od premiery „Something Personal” doczekaliśmy się edycji albumu w formie dwóch płyt winylowych. Radość to ogromna, bowiem mamy do czynienia z jedną z najciekawszych polskich płyt jazzowych ostatnich lat. W porównaniu z edycją CD (która notabene ukazała się w dwóch różniących się nieznacznie wersjach: oficjalnej i skierowanej do dziennikarzy) materiał rozszerzono. Na czarnych płytach z 2017 roku ujęto nagrania z obu wydań, zmieniono kolejność utworów oraz dodano niepublikowaną wcześniej kompozycję Michała Barańskiego „Dormitory Groove”. Każdy utwór cechuje spójność, zarówno w aspekcie harmonii, jak i ozdobników. Słyszymy ją i w swawolnych galopadach kontrabasu Macieja Adamczaka, i w kadencjach perkusji Dawida Fortuny. Paweł Kaczmarczyk dyskretnie wykorzystuje elektronikę i preparuje fortepian. O ile zabiegi te nie zawsze sprawdzają się w kameralnym jazzie, to w utworach „Sunrise”, „Mr. Blacksmith” oraz „I.E.Q.” stanowią wyborny dodatek. Każdy egzemplarz albumu ma indywidualny numer i własnoręczny podpis pianisty. Płyty zapakowano w stylową rozkładaną kopertę. Nagranie brzmi dynamicznie i zdecydowanie. Szum analogowego nośnika towarzyszy nam bardzo subtelnie, dodając jedynie uroku tej kameralnej realizacji. Średnie tony są naturalne i bogate w szczegóły, a czytelny bas przekonująco przekazuje zarówno linię kontrabasu, jak i uderzenia lewej ręki pianisty. Jakością brzmienia nośnik analogowy nokautuje płytę CD, mimo że w obu przypadkach mamy do czynienia z materiałem pierwotnie zarejestrowanym cyfrowo.

Robert Ratajczak
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Roger Waters - Is This The Life We Really Want?

cd092017 001

Columbia 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Rogera Watersa stracili już nadzieję na jego kolejną płytę z premierowym repertuarem. Ale jest! Gdyby nie teksty, odnoszące się do aktualnych problemów, trudno byłoby uwierzyć w przerwę dzielącą oba wydawnictwa. Waters nie ulega modom. Charakterystycznym głosem, z właściwymi sobie złością i żalem, cedzi teksty, manifestując niezgodę na realia świata, którym rządzą niewłaściwi ludzie i w którym obawa przed tym, co przyniesie jutro, stała się codziennością. Mimo że w nagraniach wzięło udział trzech znakomitych gitarzystów, nie znajdziemy tu solówek czy nawet istotnych partii gitar. Stanowią oni jedynie uzupełnienie, dyskretnie zaznaczając swą obecność w tle. W wersji winylowej 54-minutowy program rozłożono na dwie krótkie płyty, odtwarzane z prędkością 33 1/3 obr./min, spakowane w rozkładaną okładkę typu gatefold. Widoczne odbarwienia na powierzchni krążków nie wróżyły nic dobrego. Po opuszczeniu ramienia okazało się jednak, że płyty brzmią przyzwoicie. Szeroka baza stereofoniczna pozwala się cieszyć przestrzennymi efektami (rozmieszczone w różnych obszarach dźwięki tykających zegarów, urywane i zapętlone wypowiedzi, rozległe orkiestrowe tło). Ciepły szum, słyszalny w wyciszonych fragmentach, pozostaje wolny od trzasków i zakłóceń. Wobec rozmachu i brzmieniowej błyskotliwości, znanych z kanonicznych „Dark Side Of The Moon” czy „The Wall”, nowe dzieło współtwórcy tych albumów może robić wrażenie skromnego. Mimo to „Is This The Life We Really Want?” pełen jest rozmaitych ornamentów, najlepiej słyszanych właśnie z winylu. Do płyt analogowych dołączono kupon z jednorazowym kodem, umożliwiającym pobranie materiału w wersji cyfrowej.

Robert Ratajczak
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF