fbpx

HFM

artykulylista3

 

ACT Family Band - The Jubilee Concerts

cd112017 008

ACT Music 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Ćwierćwiecze działalności renomowana wytwórnia ACT Music uświetniła jubileuszowym koncertem nagrywających dla niej muzyków. 2 kwietnia 2017 w sali widowiskowej Konzerthaus Berlin stawili się najlepsi z nich, w tym nasz skrzypek, Adam Bałdych. Jak zwykle, zadbano o perfekcyjną realizację, mimo że cały program zarejestrowano w trakcie jednego występu. Autorskie utwory uczestników wydarzenia przeplatały się ze światowymi standardami. Na początek puzonista i wokalista Nils Landgren zinterpretował evergreen „Send in the Clowns”. Lars Danielsson porzucił na moment kontrabas dla wiolonczeli, aby przedstawić własną kompozycję „Suffering”, z udziałem Nguyêna Lê – renomowanego gitarzysty wietnamskiego pochodzenia. Udało im się zaczarować publiczność. Adam Bałdych, wraz z międzynarodowym zespołem, zaprezentował „Quo Vadis” Zbigniewa Seiferta. Nie zabrakło także innych perełek. Pojawiła się np. kompozycja „Dodge the Dodo” z repertuaru legendarnego Esbjörn Svensson Trio. Na zakończenie uczestnicy koncertu zagrali i zaśpiewali kolejny standard, tym razem „We Are Family” Bernarda Edwardsa i Nile’a Rodgersa. Przed mikrofonem stanęła Ida Sand, a w chórkach mogliśmy usłyszeć Viktorię Tolstoy, Cæcilie Norby i Andreasa Schaerera. To był udany wieczór.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 11/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Stephan Micus - Inland Sea

cd102017 010

Blue Note 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Przy „Inland Sea” naprawdę można odpłynąć. Włączamy odtwarzacz, przestrzeń zaczynają wypełniać dźwięki o niespotykanych barwach, czas zwalnia, świat staje się lepszy. Słowem: pełna harmonia. Stephan Micus, niestrudzony poszukiwacz muzycznego Graala, multiinstrumentalista, kompozytor i wokalista, po raz kolejny podarował nam genialny solowy album, nagrany przy użyciu egzotycznego instrumentarium. Ze swej bogatej kolekcji wybrał balanzikom, nyckelharpę, dwie cytry i shakuhachi. Brzmienie japońskiego fletu wyłapiemy bez trudu, natomiast pozostałe instrumenty są już mniej oczywiste. Najbardziej uwiodła mnie nyckelharpa, konstrukcja smyczkowo-„klawiszowa”, pochodząca ze Skandynawii. Jej niebiański ton przypomina lirę korbową i violę d`amore, razem wzięte. Stosując technikę multitracków, mistrz wyczarował utwory („Haze”, „Dawn”, „Dusk”) o polifonicznej fakturze i niestabilnej tonalności, mogącej się kojarzyć z przełomem średniowiecza i renesansu. Płyną swobodnie poza metrum i pulsem rytmicznym. W innych kompozycjach (polecam finałową „Nurię”) Micus nawiązuje do nurtu world music. Nie próbuje jednak adaptować muzyki z konkretnych zakątków globu i ma wystarczający potencjał do kreowania własnych światów. Album nieprawdopodobny, ukazujący ogrom umiejętności Stephana Micusa, jego kulturę, erudycję i smak.

Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Ambrose Akinmusire - A Rift In Decorum

cd102017 011

Blue Note 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Stały kwartet amerykańskiego trębacza Ambrose’a Akinmusire (Sam Harris – fortepian, Harish Raghavan – kontrabas i Justi Brown – perkusja) nagrał podwójny album w nowojorskim klubie Village Vanguard. To miejsce dla fanów jazzu szczególne. Występowali tam najwięksi jazzmani wszech czasów; powstawały historyczne płyty. W ten kanon wpisał się Akinmusire. Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z najważniejszych albumów roku. Zespół starannie się przygotowywał do rejestracji, ale czy to znaczy, że mamy do czynienia z wypolerowanym na wysoki połysk jazzem dla mas? Wręcz przeciwnie! Lider słusznie zauważył, że dziś jazz to spontaniczność i umiejętność uchwycenia nastroju chwili. I taka jest ta płyta. Muzycy żonglują gatunkami i technikami. Trudno mówić o stylistycznej spójności, a jednocześnie ani przez sekundę nie mamy wątpliwości, że to ich własna, niepodrabialna muzyka. Czy rządzi tu improwizacja? Tak! Czy jest to muzyka przemyślana i stale kontrolowana? Tak! Mamy tu wielką tradycję amerykańskiego jazzu. Znajdziemy doświadczenia muzyki klasycznej oraz tej improwizowanej w Europie. Przede wszystkim zaś znajdziemy oryginalną osobowość każdego z twórców. Realizacja nie jest z pewnością audiofilska, ale dawno już nie słyszałem tak autentycznej, klubowej atmosfery uchwyconej na płycie. Stąd wysoka ocena.

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Craig Taborn - Daylight Ghosts

cd102017 012

ECM 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Amerykański pianista Craig Taborn z niejednego pieca chleb jadł. Grał rocka, jazz-rocka, klasykę i wiele innych gatunków. Należy do nowej fali artystów, którzy nie zwracają uwagi na czystość gatunkową, ale tworzą muzykę ponad podziałami. „Daylight Ghosts” to doskonały przykład takiego eklektyzmu, a jednocześnie spore zaskoczenie dla miłośników pościelowego brzmienia ECM-u. Owszem, jeśli dobrze pogrzebać, to znajdziemy tu firmową melancholię, choćby w „Jamaican Farewell”, napisanej przez Roscoe Mitchella. To jednak wyjątki. Większość kompozycji na tej płycie jest karkołomna i wielowątkowa, a ich nastrój, tempo, a czasem nawet harmonia i metrum, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Lider czerpie zarówno z tradycji jazzowej, jak i klasycznej (muzyki współczesnej nie wyłączając). Jego stylistyczne szaleństwa nie byłyby jednak możliwe, gdyby nie mocna obsada sidemanów. Saksofonista i klarnecista Chris Speed, basista Chris Lightcap oraz perkusista Dave King (znany z tria The Bad Plus) świetnie czują i realizują wizje Taborna. Choć nie jest to muzyka łatwa w odbiorze – trzeba być bardzo uważnym, by śledzić jej tok, zwłaszcza że czasem rygory formalne się rozluźniają i zespół wypływa na niebezpieczne wody free jazzu – „Daylight Ghosts” to płyta na swój sposób fascynująca.

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Chris Potter - The Dreamer Is The Dream

cd102017 006

ECM 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Chris Potter jest jednym z mistrzów współczesnego saksofonu. Może nie jest to postać tak charyzmatyczna, jak Sonny Rollins czy, ostatnio, Kamasi Washington – ale to „muzyk dla muzyków”. Specjalista, który umie i zagra wszystko, a jednocześnie przemyci własną osobowość. Tę ostatnią najlepiej słychać na jego autorskich krążkach, nagrywanych dla monachijskiej wytwórni ECM. „The Dreamer Is The Dream” to już trzecia płyta Pottera wydana przez Manfreda Eichera i jego „Editions of Contemporary Music”. Lidera, który gra na saksofonie tenorowym, klarnetach, flecie i elektronicznymi samplami, wspierają David Virelles na fortepianie (ostatnio stały współpracownik Tomasza Stańki) oraz sekcja rytmiczna Joe Martin (kontrabas) i Marcus Gilmore (perkusja). To fachowcy z najwyższej amerykańskiej półki, więc nic nie mogło pójść źle. I nie poszło. Album zaczyna się nostalgiczną balladą „Heart In Hand”. Dalej dzieją się rzeczy niebywałe. Zespół gra jak dobrze naoliwiona maszyneria, a saksofon lidera mieni się feerią barw. Ogólnie, mamy tu współczesny mainstream, ale z taką ilością zaskakujących pomysłów harmonicznych i rytmicznych, nietypowych współbrzmień i oryginalnych konceptów kompozycyjnych, że wszelkie etykietki tracą sens.

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Diana Krall - Turn Up The Quiet

cd102017 007

Verve 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Diana Krall to wokalistka i pianistka, która bez trudu zapełnia nawet wielkie sale koncertowe. Na nią przychodzi się w garniturze i wieczorowej kreacji, nawet jeżeli wcześniej trzeba je wyjąć z naftaliny. Należy powiedzieć, że bohatersko usiłowała uciec od emploi zmysłowej wykonawczyni jazzowych standardów dla statecznej publiczności. Flirtowała z popem (na płycie „Wallflower” z 2015 roku), a nawet nagrywała z irlandzkimi zakapiorami z zespołu The Chieftains. Te „wyskoki” nie przysporzyły jej jednak większej popularności. Zwolennicy podkasanej muzy nie uwierzyli, że Diana może się naprawdę zapomnieć, zaś jej tradycyjna publiczność patrzyła na nie z niesmakiem. Na „Turn Up The Quiet” artystka powróciła do tego, co przyniosło jej największy sukces – standardów „amerykańskiego śpiewnika” z połowy ubiegłego wieku. Znajdziemy tu m.in. kompozycje Irvinga Berlina, Cole’a Portera oraz te wykonywane kiedyś przez Nat King Cole’a. Diana śpiewa je zmysłowo, bez szaleństw; kiedy trzeba – intymnie. Można sobie wyobrażać, że robi to tylko dla nas, gdzieś w luksusowym apartamencie hotelowym, bo przecież taka dama w innych nie nocuje. O muzykach i aranżacjach nie ma co pisać; to światowa czołówka zaangażowana na potrzeby superprodukcji. Warto tylko wspomnieć, że za aranżacje odpowiada Tommy LiPuma, który wydania płyty już, niestety, nie doczekał

Marek Romański
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF