fbpx

HFM

artykulylista3

 

Soft Machine Legacy - Live Adventures

94-95 03 2011 softMachineLegacy

Moonjune Records 2010
Dystrybucja: www.moonjune.com

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Zespół Soft Machine należał do najważniejszych brytyjskich formacji przełomu lat 60. i 70. Był to wyjątkowo płodny czas dla muzyki, zarówno jazzu, jak i rocka (dla tego ostatniego gatunku bodaj najciekawszy okres w całej jego historii).
Twórczość grupy sytuowała się właśnie pomiędzy tymi biegunami. Wychodząc od psychodelicznego rocka, dotarła do jazzrocka, fusion, a nawet rubieży freejazzu. Soft Machine nigdy nie odniosła wielkiego komercyjnego sukcesu, ale zdobyła grono wielbicieli i szacunek środowiska, dla którego była jednym z założycieli tzw. sceny Canterbury.
Przez lata zmieniał się skład zespołu. Przeszli przez niego choćby Robert Wyatt, Roy Ayers, Elton Dean, Daevid Allen, a nawet gitarzysta Police – Andy Summers. Już w obecnym stuleciu powstał projekt SM Legacy, w którym znaleźli się trzej członkowie SM z połowy lat 70. (John Etheridge (g), Roy Babbington (bg) i John Marshall (dr)). Do tego składu zaproszono Theo Travisa na flecie i saksofonie.
W porównaniu z muzyką dawnego SM jest tu więcej jazzu; zarówno tego rozumianego jako fusion, jak i postbopowego. Travis gra momentami na saksofonie z żarliwością Coltrane’a, a jego flet dodaje pięknych barw kompozycjom grupy. Etheridge z kolei przemyca rockowy pazur, a wszystko pulsuje dzięki znakomitej pracy sekcji rytmicznej.

Autor: Marek Romański
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kurt Elling - The Gate

103 04 2011 kurtElling

2011 Concord
Dystrybucja: Universal

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Kurt Elling, wiadomo, najlepszy wokalista jazzowy na świecie. No, może poza Markiem Murphym, ale obu dżentelmenów łączy więź uczeń-mistrz.
Kiedy więc najlepszy śpiewak jazzowy nagrywa płytę, to musi być dobra albo bardzo dobra. Z Ellingiem jest najczęściej bardzo dobra i „The Gate” zostanie pewnie uznana za jedną z najlepszych wokalnych płyt tego roku. Przyniesie też wokaliście kolejne tytuły, od zwycięstw w ankietach „Down Beatu” po Grammy. Dysponujący czterooktawowym głosem amerykański baryton jest skazany na sukces.
Album tworzy dziewięć utworów. Dobór standardów, jak zwykle, zaskakuje, bo oprócz Davisowskiego „Blue in Green” z „Kind Of Blue” mamy utwór „Hee Haw Samurai” pióra Marka Johnsona oraz cover King Crimson z płyty „Discipline” – „Matte Kudasai”.
O technice, artykulacji, frazowaniu, timingu i rozumieniu niuansów jazzowej estetyki pisać nie ma po co, bo przecież z tych atutów Elling słynie. Właściwie to w ogóle nie ma po co o tej płycie pisać, ponieważ, podobnie jak poprzedniczki, jest najzwyczajniej bardzo dobra, jeśli nie wybitna. Dobór przymiotników zależy wyłącznie od tego, kto jak bardzo jest zafascynowany talentem Amerykanina i jak wielką przejawia skłonność do gloryfikowania jego dokonań.
Biegnijmy więc pędem do sklepu i słuchajmy, ile się da!

Autor: Maciej Karłowski
Źródło: HFiM 04/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Pink Freud - Monster of Jazz

103 04 2011 pinkFreus

Universal Music Polska 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Działający od dekady Pink Freud osiąga obecnie apogeum powodzenia, ciesząc się uznaniem zarówno wśród miłośników sztuki niszowej, jak i fanów o bardziej tradycyjnych upodobaniach (pierwsze miejsce na liście Jazz Top pisma „Jazz Forum” w kategorii „zespół elektryczny”).
„Monster of Jazz” to piąty album zespołu. Podobnie jak na poprzednich mamy tu śmiałe mieszanie konwencji, łączenie muzyki akustycznej z elektroniką, szkicową bądź „modułową” formę oraz improwizacje (niekoniecznie jazzowe). Pewnym novum jest natomiast bogate i zróżnicowane brzmienie – typowy dla Freudów skład (bas, bębny, trąbka) został poszerzony o flugelhorn, puzon, saksofon barytonowy, klarnet, klarnet basowy, flet i wibrafon. Potencjał kolorystyczny przekłada się – choć nie zawsze – na charakter utworów. Stymuluje grupę do niekonwencjonalnych rozwiązań; poszerza repertuar. Mam tu na myśli głównie utwór Anthony Braxtona. Grając muzykę wiecznego awangardzisty, zespół wysyła nam komunikat, że nowe idee są mu wciąż bliskie. Śmiało można też polecić „Pierun” (temat przypomina nieco klimaty Ronalda Shannona Jacksona z lat 80.), „Goz Quarter” oraz nostalgiczny „Diamond Way”.
Na tym tle dość blado wypada np. „Warsaw”. Trochę nuży też powielany wielokrotnie pomysł przepuszczania trąbki/flugelhornu przez urządzenia pogłosowe. Album niezły, choć nierówny.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 04/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Cassandra Wilson - Silver Pony

103 04 2011 cassandraWilson

Blue Note 2010
Dystrybucja: EMI Music Polska

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Najnowsza płyta Cassandry Wilson jest kompilacją nagrań studyjnych (dokonanych w nowoorleańskim Piety Street Recording) i koncertowych (trasa po Europie w 2009). Połączenie wypadło naturalnie. Kolejność utworów jest przemyślana, a muzyka odznacza się pulsującym rytmem i bogatą kolorystyką, co jest efektem zmieniających się składów. Wśród gości słyszymy m.in. Raviego Coltrane’a oraz Johna Legenda.
W repertuarze znalazły się standardy („Lover Come Back To Me”), kompozycje Cassandry oraz tematy Wondera, Lennona i Bonfy (z filmu „Czarny Orfeusz”).
Głównym bohaterem płyty jest głos Cassandry – charakterystyczny, głęboki kontralt o barwie matowego hebanu. Wilson ma bogatą przeszłość wokalną. Śpiewała folk, jazz i pop. Współpracowała ze sceną M-Base. Na płycie łączy te doświadczenia, tworząc syntezę bluesa, jazzu i soulu. To, co puryści mogliby uznać za wahnięcia intonacyjne, stanowi jeden ze środków ekspresji, dodaje jej głosowi autentyczności.
Słowa uznania należą się zespołowi Cassandry (określenie „sekcja rytmiczna” jest tu zupełnie nie na miejscu), z genialnym gitarzystą Marvinem Sewellem, specjalizującym się w różnych odmianach bluesa (z archaicznym włącznie), na czele. Chyba najlepszym kawałkiem albumu jest „Saddle Up My Pony” (ze wspaniałym intro Sewella), zarejestrowany na koncercie w Warszawie.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 04/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Joe Lovano Us Five - Bird Songs

116-118 05 2011 JoeLovanoUsFive

2011 EMI Music Polska

Interpretacja: k6
Realizacja: k5

Joe Lovano przyzwyczaił fanów, że wydaje nową płytę co roku i że jest to płyta głośna. Kiedy więc w 2010 roku nie pojawiła się żadna, co bardziej niecierpliwi zaczęli odczuwać niepokój. Usprawiedliwiony tym bardziej, że nie dalej jak w 2009 Lovano anonsował powstanie nowego „working bandu”. Ulgę przyniósł sam początek bieżącego roku. Na sklepowe półki trafił album „Bird Songs”. Reszty można się domyśleć.
Radość, euforia, aplauz i peany! Ale jak inaczej postępować, kiedy się trafia na płytę nie dość, że wyśmienitą, to jeszcze bardzo ważną?
Po raz pierwszy Lovano poświęcił cały album muzyce Birda. Ale nie jako zwyczajny „tribute to”, polegający na robieniu maślanych oczu w stronę pomnika. „Charlie Parker pozostawił po sobie wiele otwartych pytań o muzykę. Zasygnalizował kierunki jazzu. Na część z tych pytań odpowiedział, na wiele innych nie zdążył. Ten album to moja próba odpowiedzi” – wyznał w jednym z wywiadów.
Żeby nie przedłużać: poproszę więcej takich polemicznych głosów na tematy historyczne. „Bird Songs” to fascynująca nowoczesna muzyka z Parkerem w pejzażu. Wyrazisty przykład, jak można twórczo podejść do legendy, nie rezygnując z własnej tożsamości.

Autor: Maciej Karłowski
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Marcin Wasilewski Trio - Faithful

116-118 05 2011 marcinWasilewskiTrio

2011 ECM
Dystrybucja: Universal

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Długo trzeba było czekać na kolejną płytę Marcina Wasilewskiego. Długo, ale było warto. Na 10 utworów pięć to kompozycje pióra Marcina; resztę dostarczyli wielcy świata jazzu m.in.: Ornette Coleman (utwór tytułowy), Hermeto Pascoal, Paul Bley oraz Hanns Eisler (kompozycja „An den kleinen Radioapparat”, znana lepiej z wykonania Stinga jako „The Secret Marriage”).
Skład się nie zmienił. Na kontrabasie nadal gra Sławek Kurkiewicz, a na perkusji Michał Miśkiewicz. I tak od 20 lat! Imponujący jubileusz. Ten staż zresztą słychać. W tym miejscu trzeba by napisać, jak cudownie brzmi zespół, jak ciekawie potrafi modelować przestrzeń i jak w ogóle jest fantastyczny. Oczywiście, że jest, ale to już zwyczajny banał!
Jedyne, co jeszcze przy okazji tego albumu warto powiedzieć, to że ma bardzo przyjazną cenę, która została skalkulowana według zasady „zagraniczna płyta, polska cena”. A zatem, drodzy Państwo, do sklepów! Kupować bez marudzenia, a potem zasiąść wygodnie w fotelu – przed wyrafinowanym systemem hi-fi albo przy lichutkiej wieżyczce i rozkoszować się muzyką.

Autor: Maciej Karłowski
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF