fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Lubię szum starej płyty

088 091 Hifi 12 2021 004
Nastrój towarzyszący wywiadowi był serdeczny. Dominował sympatyczny ton, pojawiały się delikatnie żartobliwe dygresje. Miałem ogromną ochotę wydobyć od pana Leszka Długosza znacznie więcej informacji, szczególnie historycznych. Wiedziałem jednak, że rozmowa będzie uzupełnieniem większego artykułu i postanowiłem się skoncentrować na ciekawostkach dookoła muzyki, sprzętu, twórczości i poezji.


fot. Andrzej Szełęga


Z Leszkiem Długoszem rozmawia Michał Dziadosz:

Poznaliśmy się przy okazji pańskiego koncertu, który organizowałem jakieś 13 lat temu. Byłem zdziwiony, jak można przy użyciu samego fortepianu i głosu nie tylko oczarować publiczność, ale również utrzymać jej uwagę przez cały recital. Stąd pytanie: preferuje pan występy kameralne, czy raczej bardziej rozbudowane, z szerokim instrumentarium i dla większej publiczności?
Zdecydowanie kameralne. Wolę występy, w których nie mam poczucia, że występuję, tylko spotykam się z ludźmi przyjaznymi i chętnymi posłuchać tego, z czym do nich przychodzę. Sytuacja kameralna: dobry instrument (oczywiście nie żadna elektronika, tylko klasyczny, najlepiej akustyczny fortepian) i dobre nagłośnienie wokalu dają mi wystarczający komfort, żebym mógł przekazać to, co chcę. Jakąś opowieść, jakieś sensy i jakąś emocję. Ale zdarzają się również okoliczności, które wymagają większej formy. Wiążą się z większą salą, z większym zespołem, rozszerzonym instrumentarium. To też inny nastrój, który dostarcza innej ekspresji. Natomiast bez wątpienia konwencja „solo przy klawiaturze” jest o wiele wygodniejsza, gdyż to ja w każdym momencie decyduję o dramaturgii występu. O tym, co gram, jak gram, gdzie idę i ile dokładam. Dotyczy to również repertuaru, który w trakcie takiego występu mogę dowolnie regulować, jednocześnie wpływając na przebieg całego recitalu: kontrastować, puentować, zmieniać.


Co jest panu bliższe: praca w studiu, kiedy ma się pełną kontrolę nad niemal wszystkim, czy koncertowa spontaniczność i niepowtarzalność?
Najbliższy jest mi drugi wariant, czyli prawdziwe życie, skok w żywioł, a także niewiadoma: na ile sam się wykażę i jak ten „mecz się rozegra”. Natomiast inne przyjemności są w studiu, kiedy można, niemal laboratoryjnie, pewne sprawy skorygować i dopieścić.


088 091 Hifi 12 2021 001

 

A jak pan postrzega zmiany w obrębie techniki studyjnej w ostatnich latach? Czy z pańskiego punktu widzenia praca nad płytą wygląda podobnie jak cztery dekady temu?
To są dwie opowieści. Moje pierwsze prace w studiu czterdzieści lat temu to było takie granie na żywo. Zespół nagrywał albo w całości, albo partiami. Już wtedy oddzielnie nagrywało się wokal. Ale nie było takich możliwości montażu jak dziś. Wprowadzenia określonej precyzji.


A który z tych światów jest panu bliższy: współczesna precyzja czy dawny żywioł?
Podejrzewam, że oczekuje pan odpowiedzi jednoznacznie wskazującej na żywioł?


Oczekuję odpowiedzi szczerej. Naprawdę mnie to interesuje.
Mnie się wydaje, że dostępne współcześnie możliwości są imponujące. Oczywiście bywa, że zakłamują rzeczywistą jakość produktu. Obawiam się też, że przy obecnie dostępnych rozwiązaniach łatwo jest zgubić pewnego rodzaju spontaniczność. Natomiast wspaniała jest możliwość zachowania żywiołowości przy jednoczesnym wprowadzeniu precyzji.


088 091 Hifi 12 2021 001

 

Jesteśmy czasopismem o tematyce związanej nie tylko z muzyką, ale przede wszystkim aparaturą do jej słuchania w domu. Jakie znaczenie ma dla pana sprzęt grający?
Pytanie jest zawstydzające, ponieważ mam złom! Stare rzeczy mi się zużyły, nowe są doraźnie kupowane na szybko. Ciągle sobie obiecuję, że poproszę kogoś zaprzyjaźnionego, kto ma lepsze rozeznanie, żeby się zaopatrzyć, co prawdopodobnie nastąpi niebawem. Chciałbym słuchać smakowitości, które mam w swojej kolekcji, na dobrym sprzęcie.


Dla mnie najważniejsze jest to, że liczy się dla pana jakość.
Ależ oczywiście! Kiepski sprzęt spłaszcza jakość nagrań. Nie słychać tego, nad czym się pracowało w studiu. Dobry sprzęt i dobre pasma to prawdziwa frajda. Może pan mi coś podpowie?


W redakcji są koledzy o lepszym rozeznaniu niż moje.
Ale ja nie mam aż takiego rozmachu…


Tak czy inaczej, zachęcam do lektury naszego czasopisma, gdyż informacji o dobrym sprzęcie można w nim znaleźć sporo. A jaki nośnik ceni pan najwyżej? Płytę CD, winylową czy może nowoczesne platformy streamingowe?
Jestem tradycjonalistą. Zdecydowanie płyty winylowe! Była taka audycja w Trójce „Lubię szum starej płyty” i to jest świetne podsumowanie mojego podejścia. Winyle to moja młodość, moje pierwsze zachwyty. To była nieprawdopodobna jakość, jak na tamte czasy. Mam na myśli szczególnie płyty przywożone z Zachodu, bo u nas było z tym ciężko, gdyż dostępna wówczas w Polsce technologia kładła jakość. Winyle były tłoczone na złym materiale, choć też dawały frajdę. Mam spory zbiór starych płyt. Chwilowo ich nie słucham, bo nie mam na czym i ten problem muszę rozwiązać, ale są tam zarejestrowane nagrania dzisiaj nieosiągalne. Właśnie dzięki prawdzie, jakości i mistrzostwu tamtych ludzi.


088 091 Hifi 12 2021 001

 

Dla mnie też winyl jest najważniejszy i nie chodzi o obecną modę.
Tak, ostatnio jest na to moda, ale ja nigdy się nie wyprowadziłem z płyty winylowej i dla mnie zawsze była najważniejsza, nie tylko ze względów sentymentalnych. Poza tym to piękny przedmiot, zaopatrzony zwykle w piękną grafikę. To zupełnie inna jakość doznań!


Pańska najnowsza płyta „Muzyka tamtych dni” ukazała się na kompakcie. Czy pojawi się również w innych formach? Może właśnie na winylu?
Bardzo bym chciał, ale to nie zależy ode mnie. To są kwestie, do których nie mam ani dostępu, ani rozeznania. Może to się powiedzie? Nie byłbym nieszczęśliwy. Przeciwnie, chętnie dołączyłbym do swojej kolekcji winylowej i tę płytę.


We wkładce wspomina pan, że nie uważał się nigdy za profesjonalnego songwritera, tworzącego na zamówienie. Do tego zawsze pisał pan tylko to, co czuł i z czym mógł się identyfikować.
To prawda! To była moja leniwa i luksusowa sytuacja!


Ale to był jedynie punkt wyjścia do innego zagadnienia. Pytanie brzmi: jaki typ twórcy pan reprezentuje? Czy jest to szkoła wychodząca od struktury, dominanty, harmonii, pilnująca każdego elementu, czy raczej szkoła oczekiwania na „iskrę z kosmosu” i pojawiającego się ziarna, z którego później powstaje dzieło?
Zdecydowania ta druga! (uśmiech) Może nie jest to „iskra z kosmosu”, ale jakieś „uwiedzenie”, emocjonalny powód…


088 091 Hifi 12 2021 001

 

Impuls!
Impuls, zachwyt, rozczulenie, głębokie przybicie, wkurzenie. Na przykład wtedy powstaje taka piosenka jak „Ironia”, której akurat nie ma na tej płycie. W każdym razie, pretekstem do wzięcia się za piosenkę jest stan emocjonalny.


A czy melodia przychodzi do pana razem z tekstem?
Różnie! Czasem są słowa, które się dopominają, by ułożyć do nich melodię. Czasami dostaję prezenty pod postacią wierszy. Tak było w przypadku odkrycia tomiku poezji, nieznanego wówczas w Polsce, Stanisława Balińskiego. Tomiku przemyconego w roku 1968. Melodia przyszła wówczas sama. Wróciwszy do domu, poprawiłem ją już przy pianinie.


Zupełnie inaczej pisze się melodie do swojego tekstu, a inaczej do czyjegoś. W drugim przypadku nie możemy zrobić za wiele.
Nie za wiele, ale coś możemy! W ramach uczciwości i przyzwoitości możemy coś przesunąć, coś powtórzyć. Sam bardzo chętnie, jeśli tylko dobrze się to komponuje, powtarzam pierwszą zwrotkę na końcu. Tak, by stworzyć klamrę kompozycyjną. Najważniejsze, by się pilnować i działać wyłącznie w obrębie zmian formalnych, które nie zaburzają intencji twórcy. Jestem prawie pewien, że gdybym spotkał autora, ten nie miałby do mnie pretensji.


Jaki klucz zadecydował o wyborze utworów na najnowszą płytę?
Trudno powiedzieć, czy kryła się za tym jakaś wielka idea przewodnia. Na pewno chciałem nagrać piosenki, które nie były jeszcze nagrane lub takie, które chciałem usłyszeć w innym, rozszerzonym brzmieniu. W sumie wyszedł z tego kompromis, który niekoniecznie pochodzi bezpośrednio ode mnie. Spory udział miał w tym kompozytor i aranżer Andrzej Zarycki, który chciał opracować taki, a nie inny zestaw.

Czyli o doborze zadecydowała bardziej wartość estetyczno-muzyczna?

Raczej tak.

Których poetów teraz pan czyta? Których wiersze chciałby pan zaśpiewać, a może nawet samodzielnie umuzycznić?

Teraz raczej nie mam takiej potrzeby. Jest jednak coś, co czeka na taśmach już nagranych, choć jeszcze nieopublikowanych. Być może nadają się do pokazania w obecnej formie, a może należałoby je lekko dopracować. W okolicach roku 2000 przygotowałem osiem programów dla Telewizji Polskiej. To jest cały zestaw poezji staropolskiej. Cykl programów miał się nazywać „Literatura według Długosza”. Składa się z opowieści o dawnych poetach, od Kochanowskiego po Lieberta. W zestawie znaleźli się i Karpiński, i ksiądz Baka, i Trembecki, Morsztyn, Konopnicka, Lenartowicz. Uważam, że napisałem szereg, oczywiście według mojej skali, naprawdę atrakcyjnych, ładnych i interesujących piosenek. Mają one ten walor, że mogłyby się okazać bardzo pomocne w edukacji szkolnej. Wiadome jest, że piosenka zapewnia lepszy poziom przyswajalności niż sam wiersz. Na razie leży to jednak kompletnie nieznane i nieużywane.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Michał Dziadosz
Hi-Fi i Muzyka - 12.2021